Pokuszę
się o wyznanie, bez zbędnego wahania: to najpewniej moja książka
roku, choć rok 2026 dopiero stawia pierwsze kroki. Książka
zaliczana do tych najcenniejszych w moim prywatnym archiwum ważnych
spotkań z literaturą. Nie mogłabym też nie przyznać, że to
jedno z fundamentalnych spotkań, z Jarosławem Iwaszkiewiczem,
porządkujące moją prywatną topografię literackich drogowskazów
wpisujących się w najistotniejsze czytelnicze doświadczenia,
naprowadziło mnie ku tak nietuzinkowym postaciom. Od niego
rozchodziły się ścieżki prowadzące ku Konstantemu Jeleńskiemu,
Józefowi Czapskiemu, Simone Weil, Ludwikowi Heringowi, w końcu
Wojciechowi Karpińskiemu. Dzisiaj, każde z nich budzi się pod
moimi powiekami, przegląda ponownie w źrenicach przypominając
wcześniejszą swoja obecność w „Wyrwanych stronahc” czy
„Zbójeckich książkach”. W zarysie postaci „Henryka”, i
pozostającego dla mnie tajemnicą, intrygującego Gabora. To
spotkania sięgające dalej niż okładki pojedynczej książki.
Sięgam
zatem po jedną z nich, szczególnie bliską mojemu sercu - „Obrazy
Londynu” Wojciecha
Karpińskiego, w której pisał:
O
Bonnardzie powiedziano, że nie malował świata, ale malował nasz
proces postrzegania (...) Sam o sobie powiedział, że chciałby
przedstawić na płótnie wrażenie, jakie się ma, gdy nagle wchodzi
się do pomieszczenia. Powiedział też, że sztuka jest
zatrzymywaniem czasu.
Czytając
korespondencję Wojciecha Karpińskiego z Józefem Czapskim, odnoszę
wrażenie, że podobna intuicja prowadziła także ich własne
pisanie. Ich listy pozostały nie tylko zapisem myśli, pragnień czy
relacją z bieżących wydarzeń, ale także próbą uchwycenia
chwili w jej intensywnej przemijalności odczuwania. Pisania czasem
niespiesznego, zawieszonego w głębi egzystencjalnej analizy, czasem
niewygodnego, niemniej domagającego się pochylenia nad każdą
frazą, kolejnym akapitem będącym niedomkniętą przestrzenią
splecenia się dwóch form: malarskiej wyobraźni i eseistycznego
patrzenia. Młodzieńczej i dojrzałej żarliwości, obu
zakorzenionych w doświadczeniu i obdarzonych szczególnym stanem
wrażliwości, potrzeby przebywania w strefie autentyzmu, ciągłego
dialogu z nieustannie rozdzierającym nas światem.
Prawda
jest taka: pisanie było mi wewnętrznie niewygodne, celom higieny
mentalnej szkodliwe. Unikałem tego typu oceny mej sytuacji bieżącej,
bowiem od przyjazdu z Francji łudziłem się, że nastąpi COŚ,
jakaś głęboka zmiana, która umożliwiłaby mi utrzymanie się w
tym stanie umysłowej frenezji, ożywienia wrażliwości, że mimo
braków bodźców – temu stanowi odpowie tego typu ucerebralnienie
moich zainteresowań, wyostrzenie aparatury intelektualnej, że przez
siebie, dla siebie i w sobie dokonam czarodziejskiej przemiany
rzeczywistości w Rzeczywistość, że „widząc jasno w
zachwyceniu” będę potrafił, pogłębić zdołam to, co dostępne,
a resztę z siebie wyrzucić.
Obaj
prowadzą bogaty dialog, w którym zdaje się, że istotne jest samo
trwanie w procesie spostrzegania i rozumienia. Czujnej analizie
przeżywanych lektur, rozterek, otaczającej ich codzienności,
skrawków płócien ujętych w ramy muzealnych przestrzeni i
filozoficzno-literackich rozważań. Barwa i intensywność tej
korespondencji, trwającej ponad dwadzieścia lat, nakreślają
temperaturę wzajemnej relacji, jej dojrzewania mierzonego nie
upływającym czasem, lecz linią światła między pauzami i
potrzebą dzielenia się tym, co domaga się uważności słów.
Po
pierwsze – choć wdzięk sam się w swojej pełni uchwytujący
istnieć nie może, to jednak może on istnieć dla innych, dla tych,
którzy zdołają zrozumieć, że choć nie jest możliwe
zrealizowanie w sobie tak doskonałej konstrukcji, to można ją
podziwiać jako doskonałość nigdy w pełni nieosiągalną, choć
zawsze upragnioną; jeżeli nie można być samo się uświadamiającą
wcieloną psychicznością, można jednak być wcieloną
psychicznością dla kogoś, można jej w innych poszukiwać.
Czule
tuląc jedną z najnowszych publikacji Wydawnictwa Próby, przyznaję
że korespondencja Wojciecha Karpińskiego z Józefem Czapskim jest
lekturą wymagającą. Rozbraja pospieszne pragnienie czytelniczej
zachłanności domagając się ciszy i czasu. Zgody na powolność.
To spotkanie dwóch umysłowości, które wymykają się wszelkim
próbom nazwania. Napisać o nich: Józef Czapski - malarz, Wojciech
Karpiński - eseista, nawet jeśli najwyśmienitsi, znaczyłoby
zawężenie ich zdolności postrzegania świata i sztuki. Każda
próba ich uchwycenia osuwa się w uproszczenie. Obaj wychodzą
daleko poza przypisywane im ramy, jakby istnienie było dla nich
ruchem ku czemuś szerszemu, nieustannie otwartemu, czyniąc to z
naturalną swobodą i
erudycją, rozległością myślenia i spostrzegania. Jak sprostać
takiemu wyzwaniu?
Przyklejam
kolorowe kartki nie chcąc zgubić żadnej refleksji, najcichszego
szeptu myśli przemieniającej się w dyskurs filozoficzny. Niektóre
kartki drżą w mojej dłoni, jakby chciały umknąć uchwyceniu, ale
trzymam je mocno, bo każda już nosi kawałek mnie samej.
Czuje, że
to książka, do której będę powracać jeszcze długo po tym jak zamilknie ostatnia jej strona.
Należy bowiem do tych, wcale nie częstych, spotkań z literaturą,
w których czas z nią spędzony staje się obecnością intensywną, nie milknącą, otwierającą nowe przestrzenie czujnego milczenia i światła. Pozostawiającą ślad wewnętrznej przemiany, pewnego
rodzaju duchowego dopełnienia, jakby na moment udało się dotknąć istoty istnienia.
rzucić pisanie
i zająć się rozżarzonymi znakami
uznanych znakomitości, stać się
ich idealnym czytelnikiem, żarłocznym
przeżuwaczam, który miłość do arcydzieł
przedkłada ponad chęć powtórzenia ich
albo przelicytowania
i być najznakomitszym czytelnikiem na świecie [...]
Muszę czytać uważniej.
Derek Walcoot,
"Cyprysy i Topole" Marek Zagańczyk
Józef Czapski - Wojciech Karpiński. Korespondencja.
Wydawnictwo Próby, 2026
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz