czwartek, 8 stycznia 2015

Nie umiem tego inaczej powiedzieć

(...) Nie jestem pewien, ale pamiętam, jak tylko raz po nią wyszedłem. I rzeczywiście padało. Mogłem mieć siedem lat. Poszedłem do kwiaciarni. A w drodze na przystanek papier, w który był zapakowany kwiat, kompletnie przemókł i przykleił się do niego. Nie wiedziałem, co robić. (...) I dramat. Za nic nie chciałem dać go jej w tym stanie, w tej postaci. Zacząłem ściągać ten cholerny papier. Nie chciał odejść w całości. Rwał się cały czas. Pokaleczyłem się o szpilki i kolce. Ludzie na przystanku patrzyli na mnie. Wstydziłem się, że widzą, że coś źle robię. Schowałem się za przystankiem. Zmokłem. Było mi naprawdę źle (...) W końcu w niemocy szarpnąłem z całej siły za ten papier. Oderwał się i spadł na ziemię razem z kwiatem. Pamiętam jak powoli leciał. W ręku została mi sama łodyga.

Ta scena mogłaby posłużyć za kwintesencję wszystkiego, co chciałabym napisać o tej książce, bo jakże opakować w słowa to, co w niezdarności wyrażeń mogłoby zniszczyć istotę historii Daniela. Zniszczyć to odczuwane podskórnie „Reisefieber”. Niepokój przed podróżą, nade wszystko w głąb samego siebie, ale może i po trosze przed podróżą w swoje dalsze życie, które bywa kwiatem zawiniętym w przemoknięty od deszczu papier. Dużej zręczności wymagając od siebie, aby odwijając go nie pokaleczyć rąk szpilkami, by w dłoni nie została jedynie łodyga pozbawiona tego, co w istocie samego życia najważniejsze. Międzyludzkich relacji. Rodzinnych więzi jakże często skomplikowanych i obrośniętych bluszczem zaniedbania, bo wymagających pracy, by móc je utrzymać, bo dopiero po latach okazują się ulotne i nie do nadrobienia. Jak niemożliwe jest zawrócenie czasu przywołując wspomnienia wydarzeń nawet po wielokroć. Szukając utraconej osoby we wspomnieniach innych. Między kałużami, w ciemnych taksówkach, w pęknięciach na suficie stających się własnością wspomnień z dzieciństwa. W rozchodzących się w przeciwnych kierunkach uczuciach, w niepewność, w smaku herbaty i milczących budkach telefonicznych. Szukaniu szansy na rozumienie.

Wydaje mi się (...) że zastanawianie się, jaka była naprawdę, nie ma sensu. Nikt tego nie wie. Ani pan, ani ja, ani nawet Astrid. Dlatego myślę, że ważne jest ta Astrid, którą pan pamięta. Nie umiem tego inaczej powiedzieć.

Pozostajemy zatem tacy, jakich nas zapamiętają inni, nawet jeśli to tylko jakiś kawałek na samych, niewielka część znacznie większej złożoności. Taką dla Daniela miała pozostać Astrid. Jego matka. Obrazami z pamięci. Dawnymi wydarzeniami, notatkami do "nowoczesnej powieści" powstającej z natrętnym trudem, jak próby Daniela złożenia w całość ostatnich lat Astrid. Z kartki noszącej zapis ostatnich zdań, cienia stojącego na krawędzi istnienia, krzyku przerażonego dziecka i szpitalnych korytarzy. W niewidzącym spojrzeniu psychoterapeutki. W niepamiętanej cyfrze z numeru telefonu. W odosobnieniu. We własnym natręctwie i próbach nie zauważania siebie w lustrach i nie myślenia w pierwszej osobie. Szukał matki, by odnaleźć siebie. Składał w całość jej życie, aby ułożyć swoje. Zbierał jego fragmenty jak brzęczące monety do puszki, jak niekończące się spojrzenia na zegarek które mogłyby na chwilę zatrzymać czas między dwoma wskazówkami albo przyjrzeć się uważniej każdej mijającej właśnie chwili. W potrzasku własnych domysłów.

Zastanawia się, co wtedy czuł. Nie wie i już się chyba nie dowie, bo nikt poza nim nie może tego wiedzieć. Nie da rady wyciągnąć tego z siebie.

"Reisefieber" debiut literacki Mikołaja Łozińskiego. Dla mnie, po przeczytaniu "Książki", potwierdzenie szlachetności jego prozy z wyczuciem szkicującej historie, pozwalającej czytelnikowi składać je z zebranych fragmentów. Proza wyważona i subtelna. Spokojnie płynąca na tarczy zegarka, tykająca rytmem podróży w siebie.

W końcu w niemocy szarpnąłem z całej siły za ten papier. Oderwał się i spadł na ziemię razem z kwiatem. Pamiętam jak powoli leciał. W ręku została mi sama łodyga.
- Jaki to był kwiat?
Zdziwiło go to pytanie. Jakby myślała, że kiedyś może go gdzieś zobaczy. I pozna.


"Reisefieber" Mikołaj Łoziński
wyd. Wydawnictwo Literackie, 2011

9 komentarzy:

  1. Zaciekawiłaś mnie tym fragmentem...świetny język, lubię takie pisarstwo..."cienia stojącego na krawędzi istnienia"...super...lubię krawędzie istnienia...krawędzie czasu...krawędzie rzeczywistości...sama często na nich przebywam...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może całe życie to stanie na krawędzi i ciągłe próby utrzymywania równowagi. Serdeczności.

      Usuń
  2. Jak przejść obojętnie wobec takiej opinii?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gosiu, zachęcam do przeczytania, gorąco. Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  3. Kilka słów, kilka zdań .. a rozpala ciekawość. Bardzo, bardzo jestem ciekawa co dalej..? Małgosiu, ściskam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zachęcam do przeczytania ciągu dalszego :). To piękny sposób na zaspokojenie tej ciekawości, która nie gaśnie do ostatniego akapitu. Też ściskam serdecznie, Dominiczko.

      Usuń
  4. Poznałam Mikołaja Łozińskiego na rozdaniu nagrody Kościelskich. Byłam na warsztatch pisarkich, które prowadził z dziećmi. Niezwykły człowiek, subtelny... W czasie Nocy Czytania, prezentował fragment swojej nowej powieści, zaintrygował mnie i czekam cierpliwie na tę powieść... Pozdrawiam ciepło

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zatem Pisarz jest jak jego proza. Takie spotkania, dla mnie, są zawsze dopełnieniem książki. Za to dopełnienie, dziękuję. I bardzo się cieszę, że jest na co czekać, że coś się pisze i przyjdzie. Serdeczności.

      Usuń