poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Przenikliwość

Następnego dnia był piątek. O świcie obudziły Polę Rubin, dalekie huki. Leżała jeszcze godzinę, po czym wstała, zarzuciła sukienkę na gołe ciało i wyszła na ganek. Niebo zasnuła lekka mgła. Zza zakamarków ogrodu wypływał nocny chłód. Jakiś ptak odzywał się rytmicznie wysokim głosem. Zapowiadał się piękny dzień. W domu panowała cisza. Zawołała na służącą, ale ta nie odpowiedziała. Pola weszła do kuchni. Wyglądało tak, jakby dziewczyna nagle porzuciła swoje zajęcie i wybiegła w pośpiechu. Na kuchennym stole leżał chleb, masło, stał dzbanek z gorącym mlekiem, w kamionkowej miseczce – twaróg. Pola usiała i zaczęła smarować kromkę masłem.

Tymczasem mój wczorajszy poranek unosił się na kroplach deszczu, jakby przeskakując z jednej na drugą wytaczał sobie ścieżkę, by w końcu rozwiesić naszyjnik lśniących koralików u drzwi mojego domu. Zapukał. Zamiast sukienki zarzuciłam szlafrok, by ogrzać nagi chłód wiosennego poranka. Miękki materiał błękitu przybrał stalowy odcień odbijając barwę, rozpostartych nad purpurowym dachem, chmur. Za oknami ogród drżał od przenikliwej wilgoci osiadającej przeźroczysta pajęczyną drgań między giętkimi wierzchołkami srebrzystych choinek.Przenikliwość.Szelest kolejnych kartek burzy ciszę sennego wciąż domu. Domy rozsypują się jak budowle z kart, chwieją się mosty na swoich potężnych nogach, walizki zdają się nie móc pomieścić, chwytanych migawką własnych spostrzeżeń, niejednej ludzkiej tragedii. Są nazbyt obfite, nabrzmiałe, by je zamknąć, ograniczyć. Giną światy, nie tylko te ograniczone murami miasta, ale też te wyznaczone granicą naszej własnej wrażliwości.Nagle, porywisty wiatr zrywa sznur koralików wiszący za drzwiami. Przeźroczyste kuleczki turlają się po schodach tworząc połyskujący dywan, jakby rozwijały się zwoje pergaminu z zerwanej ręką historii mezuzy, wypowiadając słowa swoistej modlitwy, szukając błogosławionej ciszy.„Słowa powinny podkreślać ciszę”, powiedziała któregoś razu do kogoś i nagle wydało jej się to kluczem do tajemnicy. Jak na japońskiej rycinie, przed którą stała długo, nie mogąc oderwać wzroku od gałązki jabłoni w rogu na samym dole – tak delikatnej, nieśmiałej, lecz wcale nie samotnej na tle bieli. „Chciałabym umieć namalować kilka słów na milczącym tle – powiedziała. - Czy wtedy nie zabrzmiałyby tak czysto jak srebrne dzwoneczki z bajki?”.

Dzisiaj, ponownie biorąc w swoje dłonie czytaną wczoraj książkę, myślę, że jako czytelnicy jesteśmy czasami obdarzani autorami, którzy słowami potrafią podkreślić ciszę, a na ich nową książkę czeka się jak na najdoskonalszą japońską rycinę, jak na zapach rozkwitających jabłoni. I taką jest proza Anny Boleckiej. Wyczekiwaną. Mnie samej trudno byłoby mówić o prawdzie doświadczania słowa pisanego, bez twórczości Pani Anny. Nawet filiżanka gorącej czekolady od Wedla, przy jej prozie, wydaje się niewystarczająco gęsta, nazbyt słodka, choć przecież jest smakowita. Wykwintna. Jak więc przekazać ten wyrafinowanie aksamitny smak słów, które można odnaleźć między kartkami książek autorki „Cadyka i dziewczyny”?

Pozostaje czytać, chłonąć, łączyć się w jakieś orbitalnej więzi między doświadczaną realnością i metafizyką doznań jakie mogą połączyć czytelnika i pisarza, w ciszy czytanego słowa, gdzie odnajduje się tak wiele płaszczyzn i siebie samego gdzieś w ich najdrobniejszej szczelinie.O parapety okien wciąż bębnią sobie krople wieczornego deszczu, nie zagłuszając wcale mojej ciszy w obcowaniu z najnowszą książką Anny Boleckiej. Gdzie przeplata się „Miłość i dzieje niezwykłej przyjaźni w bombardowanej Warszawie, ucieczka grupy chasydów tuż pod bokiem gestapo, śmiertelne zagrożenie i ocalenie, dramatyczne wybory: ratować się czy solidarnie iść na śmierć, pomagać innym czy chronić siebie.Cadyki dziewczyna – powieść, w której fikcja miesza się z rzeczywistością – opowiada o losach Żydów, Polaków i Niemców podczas trzech lat okupacji”.

Przenikliwość.

fragmenty książki Anny Boleckiej "Cadyk i dziewczyna"
wyd. Czarna Owca, 2012



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz