poniedziałek, 19 marca 2012

Kłudzienko

Spieszyłam się dzisiaj, choć to przecież nic wyjątkowego, tym razem jednak by zdążyć sprawy urzędowe załatwić. Zatem i drogę obrać inną musiałam. I znowu to mijane z rzadka Kłudzienko. Mieścina niewielka, jakże mnie swoją nazwą zawsze rozczulająca, zmiękczająca uczucia skłębione w odłamek skamieliny, tworu bezdusznej codzienności. Nazwa rozdrabniająca mnie każdą literką, sylabą, zgłoską, samogłoską, brzuszkiem pękatym turlającym się po przykurzonych ścieżkach Mazowsza. Kłudzienko. Zostało za mną przymierzając nagusieńkim konarom drzew siwy welon z ulotnych dymów unoszących się ponad dachami pobliskich domostw. Kłudzienko. Zapach domowego ciepła, drwa palącego się w kominkach, śpiących jeszcze krzaków bzów przy powyginanych, przez nieugięty czas, furtkach. Ostanie spojrzenie we wsteczne lusterko. Zniknęło. Kłudzienko.
Tymczasem w moim domu cisza popołudnia rozsiadła się w fotelu wygodnie nie spodziewając się mnie o wcześniejszej porze. Ustąpiła jednak miejsca dźwiękom wydobywającym się spod ulegających, moim palcom, klawiszy na klawiaturze laptopa. Strona Uniwersytetu Otwartego UW. Nowa lista kursów, wykładów, jak zawsze kusząca. Co wybrać, jak wpleść w zabiegany czas, jeszcze jedną nitkę, jakże ciągnącą się za mną kusząco, choć czasem sznurówką się zdając zawiązującą supełki wokół kostek uniemożliwiając zrobienie kolejnego kroku. A jednak jesienią zdołałam dobiec, co czwartek, na wykłady z literatury, zatem wiosna tym bardziej sprzyjającą być powinna obdarzając słońcem, energią, dodając sił do pogodzenia wszystkich obowiązków, z tą dodatkową dawką, literackich zachwytów. Na co się skusić?
Spoglądam na gruby zeszyt pełen notatek z jesiennej sesji. Tyle życiorysów, kontrowersji, odłamków historii, a wśród wielu z tych których poznawałam bliżej, Aleksander Wat. Pamiętam jak szukałam w antykwariatach "Mojego wieku", by chociaż zdążyć przekartkować, złapać myśli kilka, poszukać do niego klucza. Wtedy nie znalazłam.
I nagle, niespodziewanie, wrócił do mnie nadwątloną siłą swojego głosu, w bezlitosnej przynależność do świata bólu będącego jego największym ograniczeniem, więzieniem z karą dożywocia. Bez jakiejkolwiek szansy na ułaskawienie.
Głos pisarza. Swoista melodia, dźwięk otwierający drzwi do duszy. Podarowano mi klucz, do świata głosów pisarzy, poetów. Jeden z najdrogocenniejszych upominków.
Głos pisarza. I całkiem jak to Kłudzienko, rozczula mnie tembr głosu słabego, a jakże silnego swoją wymową, drganiem strun załamujących się w chwili, kiedy wypowiadają słowa, jakby w modlitewnym rozmodleniu: W czterech ścianach mego bólu / Nie ma okien ani drzwi. /Słyszę tylko tam i nazad / Chodzi strażnik za murami. Przez chwilę czuję się nieswojo. Tkwię przy nim, podsłuchuję, trochę jak ten strażnik, chociaż bardziej wartownikiem się czując, stojącym na straży jego spokoju, ciszy, ułudy ukojenia. To jego świat, Aleksandra Wata, stał się ostatnio czterema ścianami, w których się zamknęłam.
Myślę o bólu. Rozbijającym przynależność do życia na drobinki, szpileczki wbijające się pod skórę, dotykając rdzenia własnego odczuwania.
Ból. Jakże często pod jego wpływem stajemy się bardziej wrażliwi, nadwrażliwi, przewrażliwieni, można by w nieskończoność odmieniać te odcienie wrażliwości nazbyt czułej na najdrobniejszy dźwięk, nawet poruszenie się firanki w oknie, przez którą przedziera się snop porannego światła. Prawie sami zauważając z jakim wysiłkiem kolejny promień słońca próbuje przeniknąć ścisłe sploty tkaniny w gęstym materiale naszego odczuwania. Intensywniejszego. Bardziej doskwierającego. Chowamy się. Przed najdrobniejszym drżeniem powietrza, tam gdzie nie poczujemy nawet własnego oddechu.
Wsłuchuję się wciąż w głos Aleksandra Wata. Uzależniam się od niego. Brzmi spokojnie, choć tyle w nim okaleczenia. Wyciszony. Jakby pogodzony z nieodzownością istnienia w cierpieniu. Bez zbędnej egzaltacji, wykrzykników, jakichkolwiek oznak wewnętrznego buntu przeciwko własnej ułomności. Słucham i zastanawiam się jak bardzo można ukryć własne cierpienie w sobie. Zaszyć się za wykrzywiającym, twarz, grymasem boleści.
Umieć: Żywić się kwiatem glicynii, korą drzew palmowych / rozgrzebywać korzonki w chłodnej wilgotnej ziemi/ i tańczyć po świeżej nocy. Patrzeć na księżyc w pełni / odbijać w oczach obłe światło księżycowej/agonii. / Zaszyć się w mysią dziurkę na czas, kiedy zły Boreasz / szukać mnie będzie zimnymi palcami kościstymi / by gnieść moje małe serce pod blaszką swego szponu. 
Sięgam po gęsto zapisany zeszyt. Rozczytuję szybko notowane zdania. Pierwsze z nich: Mówił o sobie jako "jasnej tożsamości".

Na parapecie mojego okna zakwitł fiołek.


fragmenty wierszy Aleksandra Wata
*** W czterech ścianach mego bólu...
*** Być myszą...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz