Widok Krakowa


Kiedy poranne słońce swoimi smukłymi palcami próbuje rozczesać moje włosy, splątane zwojami trudnych do zapisania snów, oczy zupełnie nie potrafią sobie poradzić z ciężką zasłoną rzęs. Odebrane minuty snu sprawiają, że nad ranem szlafrok jest niewystarczająco przytulny, kawa skutecznie roznosi mgiełkę sennego rozleniwienia, a skarpety zsuwają się ze stóp i same, z powrotem, wspinają się po schodach do sypialni. Walentyna śpi apetycznie, zwinięta w rogalik, a ja wspominam smak maślanych rogalików z konfiturą serwowanych na śniadanie w gościnnych progach Krakowa.
Zapatrzona w lustro, zamiast swojej twarzy widzę całkiem inne oblicze...
Przede mną Kraków w szarej kotlinie
Jaskółki go niosą na długich warkoczach
z powietrza. Pilnują go gawrony
w czarnych pelerynach
. W krzewie
czeremchy huczą głodne pszczoły.
Koty czuwają na dachach samochodów (...)
Przede mną Kraków...

Śpiące przedwczesną porą zaułki przykryte poszarzałą mgłą, cicho oddychające ściany domów, na których późnym wieczorem, spacerując samotnie, wyświetlałam sobie film złożony z obrazów zatrzymanych w kadrach mojej własnej pamięci. Na rynku kwiaciarki sprzedające gałązki przyodziane w staromodne, futrzane mufki i gdzie z wysokich wazonów wyglądały wielobarwne tulipany z wdziękiem ukazujące fantazyjne kształty kielichów tworzących przepiękną, delikatną zastawę na kamiennych płytach. Późnym popołudniem przy kawiarnianych stolikach zasiadał uliczny gwar zmęczony całodniowym zabieganiem, a bruk próbował strzepnąć z siebie ślady drepczących niestrudzenie stóp.
I z tego zabieganego, parodniowego pobytu pozostała mi, prócz krótkich wspomnień, gałązka puchatych bazi i słoiczek tradycyjnie smażonej pomarańczowej skórki wprowadzającej nieco krakowskiego smaku do mojego tradycyjnego, podwarszawskiego kredensu.
Teraz, gdy otwieram jego drzwiczki:
Przede mną Kraków, szara dolina.
Plantami, gęstym tunelem, biegnie
dziewczyna na wykład, spóźniona.
W jej włosach rosną płatki piwonii,
w jej włosach czułość czasu uwiła gniazdo.

fragment wiersza Adama Zagajewskiego
Widok Krakowa z tomiku "Jechać do Lwowa"

Pudełko zapałek


Czemu tamtego poranka spojrzałam niespodziewanie w górę?
Ta stara, krakowska kamienica była jedną z wielu ustawionych w szeregu, jak pudełka zapałek. Wtopiona w śpiący pejzaż miasta. Na parapetach siedziały wtulone w siebie gołębie, a w jednym oknie, ona. Stała oparta o spopielałą framugę wyglądając na szarą uliczkę wijącą się, u jej stóp, między nierównymi kawałkami zakurzonego trotuaru. Stała w płaszczu. Niedawno musiała wrócić. Ze sklepu, ze spaceru... może niewypakowana siatka wciąż leżała na okrągłym stole, a stary zegar tykał miarowo odliczając kolejną minutę prześlizgującą się po nierozpoznawalnych już portretach, dawno zapomnianych książkach, niewidzących okularach w pękniętej oprawce.
Oddychała ciężko. Wchodzenie na drugie piętro, w jej wieku, było mozolnym wspinaniem się po krawędziach wysokich schodów, tych wyszczerbionych przez czas, sztucznie bielonych zębów, które szczerzyły się w szyderczym uśmiechu ciemnej klatki schodowej. Między piętrami zdarzało jej się przysiąść na szerokim parapecie podpierającym przygarbione sylwetki okien. W ich przydymionych oczach szukała, choćby niewyraźnego, odbicia swojej twarzy sprzed lat, konturów, dzisiaj równie niewyraźnych jak wspomnienia o własnej młodości. Odgarnęła z czoła kosmyk włosów spadający na czoło i dodający nieco dziewczęcego wdzięku. Tylko tyle jej zostało.
Kolejne stopnie schodów skrzypiały ciężkim oddechem. Klucz zazgrzytał w zamku. Świat tętniący życiem zostawał za jej plecami. Przed nią, cisza. Wróciła w świat powoli oddalający się, także od niej samej, szeleszczący pożółkłymi kartkami albumów, które zamykała w przepastnych szufladach, by nie było słuchać ich nieprawdziwie, dzisiaj, brzmiących opowieści. Ze zdjęć powoli znikały postacie chowające się za mgła zapomnienia.
Czajnik nucił świszczącą melodię płynącą z jego krótkiego, wąskiego gardła. Szklankę niezmiennie wstawiała w platerowy koszyczek, spleciony z łodyg przekwitniętych róż. Drżącą ręką podnosiła malutką, srebrną łyżeczkę, chwilę wcześniej, zatopioną w słodkiej konfiturze z malin, której smak dodawał koloru jej już prawie bezbarwnym ustom. Plasterki cytryny uśmiechały się do niej, ze spodeczka, ukazując podłużne zmarszczki na swoich policzkach. Obok nieotwarte koperty, kartki z zapisem tygodniowych wydatków, wyblakłe widokówki z wakacji, których nigdy nie było. Czasami czuła się jak zapałka zamknięta w pudełku, pragnąca w swojej skrytości, rozpalić w sobie jeszcze żar młodości, żar wypalającego się coraz szybciej życia. Potrzebna była tylko najmniejsza iskierka.
Podeszła do okna. Uchyliła je by spojrzeć w dół, na ulicę i wsłuchać się w niemy odgłos porannej ciszy. Promień słońca wśliznął się, przez firankę, do pokoju próbując zapalić świeczki na starym kandelabrze.
Czemu tamtego poranka spojrzałam niespodziewanie w górę?
Podniosłam rękę, aby do niej pomachać. Nie drgnęła wciąż stojąc nieruchomo w oknie. Odeszłam. Bałam się odwrócić, by nie okazało się, że nie było ani jej, ani tego okna, ani tej kamienicy. W szybach sklepowych witryn odbijała się, idąc wciąż obok mnie, nieco niewyraźnie zarysowana sylwetka kobiety w płaszczu.
Kiedyś zamieszkam w starej, krakowskiej kamienicy, na drugim piętrze.

Dwóch świętych, walizka i sznurowadło


Walizka. Parę swetrów, dżinsy, czapka w szkocką kratkę z daszkiem na bakier, stos mało gustownych papierów służbowych, może nieco bardziej gustowna mała czarna, bilet na pociąg. Buty zachwycają się swoimi wypolerowanymi noskami i ja prawie jestem gotowa do drogi.
Każdy wyjazd do Krakowa to przyjemność niezaprzeczalna, ale tym razem głowa, nade wszystko, zaprzątnięta ważnymi sprawami do załatwienia i nieco nieudolną próbą poukładania ich sobie, możliwie najzgrabniej, by nie zabrakło momentu, by pospacerować uliczkami Kazimierza czy wypić kawę w "Bonie". Pobłądzić wzrokiem między okładkami w „hurtowni taniej książki” lub przebiec między kształtymi stoliczkami, kryjąc się, przed natłokiem spraw, pod kolorowymi kapeluszami parasoli budzących się na wiosnę w kawiarnianych ogródkach. Strzepnąć kurz z rzęs, utrudzonych bezczynnym staniem, sprzedawczyń obwarzanków i wsłuchać w dźwięki zamknięte w tubach, tramwajowych szyn, na Franciszkańskiej. Wtulić się w skrzydła krakowskich gołębi, spacerujących wśród kwiatowych straganów i unieść się z nimi ponad dachami starych kamienic, błyszczącymi w słońcu kościelnymi dzwonnicami, zaglądając w oczy maszkaronom zapatrzonym, w osłupieniu, na pysznie kremowe przyodzienie Sukiennic. To tam, od niedawna w nowym anturażu, kryje się jeden z moich ulubionych obrazów, "Kuszenie św. Antoniego" Lucjana Wędrychowskiego.
A ja chciałabym móc skusić czas, który zaplątał się, jak sznurowadła, wokół moich stóp nie pozwalając mi chodzić własnymi ścieżkami, i przysiąść na chwilkę w „Camelocie”. Popatrzeć na świat przez „okienka” staromodnych, koronkowych serwetek, z widokiem na nieco nieporadne, obrazki Nikifora zdobiące ściany kawiarni. Z dala od zgiełku, w tym cichym zaułku niewiernego Tomasza, odnaleźć nieco wiary w nadejście spokoju, odrzucenia szamotania się z każdą uciekającą minutą, jak wyrywanym przez wiatr szalem, podszytym nierealnymi marzeniami. Zadumać się nad imbryczkiem herbaty i znaleźć ukojenie dla rozbieganych myśli. Poddać się aromatowi suszonych owoców, będących na wyciągnięcie dłoni, przywołujących wspomnienia o letnim sadzie, a może „Nagim sadzie” będącym przepełnionym miłością portretem ojca sporządzanym przez syna, we wznowionej, debiutanckiej książce, Wiesława Myśliwskiego, wydanej ostatnio przez "Znak".
I zdaje się to być, dla mnie, znakiem na najbliższe dni, drogowskazem, po powrocie do domu, wskazującym zawiłe ścieżki, jakimi mogą być niełatwe relacje ojciec-syn, także te ujęte między czekającymi na mnie kadrami drzew w „Lesie” Piotra Dumały. Zapisanej na celuloidzie, szumiącej historii, gdzie starzec prowadzi syna przez las, a jednocześnie leży pod jego opieką, przykuty do łóżka śmiertelną chorobą. A przecież na uginającym się, od książek, kawałku zręcznie wyprofilowanego drzewa, czeka wciąż  „Satrun” Jacka Dehnela, następna planeta trudnego układu, w którym, jak złączone ze sobą pierścienie, widać sploty niszczącej presji, jaką na syna wywiera potężny i despotyczny ojciec – Francisco Goya.I tak czekam na moment, w którym będę mogła im kolejno towarzyszyć w dźwiganiu swojego losu i przeznaczenia, jak przyciężkiego życiowego bagażu. Sama, jednak zawczasu, próbując spakować nadmiar swoich trudnych spraw do walizki i zamykając ją na strych.
W końcu być zdolną by spokojnie przysiąść i ułożyć sobie swoistą harmonię uczuć na trzy serca, jak trzy rodzaje tej samej relacji, gdzie losy ojca i syna przeplatać się będą jak cienie strzelistych i całkiem karłowatych drzew w lesie wspomnień, jak ledwo uchwycone, nieliczne prześwity jasnych barw na przygaszonych obrazach Goi, jak promienie zachodzącego słońca prześlizgujące się po nagich brzuszkach młodych jabłek w sadzie życia.
Walizka spakowana. Ja jeszcze w małym rozgardiaszu, ale rozgrzeszam się i jeszcze sięgam po tomik wierszy, jak w Międzynarodowy Dzień Poezji przystało, by naprędce zerwać kilka strof i narzucić sobie "Inne tempo" tych moich wyjazdowych przygotowań. A jutro już tylko pozostało zasznurować buty.

Ale słowo. Mógłbym z nim pojechać
na poetycką wiosnę lub literacką jesień.

Łączy cholewki wysokiego buta
i dociska język do nogi.

A dociśnięty język to przecież poezja.

wiersz Jacka Gutorowa
II. Sznurowadło z tomiku "Inne Tempo"
 wyd. Biuro Literackie, 2008

W zagłębieniach moich powiek

Ostatnio towarzyszy mi, na każdym kroku, z lekka ironiczny uśmiech kolejno mijającego dnia, który spoglądając zza moich pleców nie może nawet pójść w zapomnienie, bo ledwo dostrzegam, że w ogóle istniał. Szybko i prawie niepostrzeżenie wyślizguje się z rąk, jak nieuchwycone w porę nieśmiałe uczucie.
Budzi się zbyt pospiesznie, za flakonik perfum służy mu mgiełka znad kubka ze świeżo zaparzoną kawą waniliową. Rozpościera nad sobą parasol złocisty, utkany z ukradzionych słońcu promienistych nitek, albo przywdziewa, niewinnie, zwiewną pelerynę z porannej mgły. Prześlizguje się zwinnie między szklanymi sylwetkami domów, zaglądając z zaciekawieniem w przymrużone oczy budzącego się powoli miasta i znikając w długich korytarzach bezimiennych ulic. Czasem, lotem ptaka, przetnie połyskującą wstążkę rzeki zatopionej w czeluściach bezkresnego czasu, by wypłynąć w pełnym blasku na powierzchnię krótkotrwałej doczesności. W południe godzinami szeleści stosem papierów, jak dama chińskim wachlarzem, umęczona trudami zbyt upalnego popołudnia, zaś wieczorem wygląda, doprawdy, już bardzo blado na tle kruczoczarnej piękności nocy. Jakby przetarty przez gęste sitko codzienności, przelewa się przez ręce ze zmęczenia. Szarzeje i powoli traci ostrość widzenia. Rozmywa się, jak zdania w otwartej, zbyt późno, książce i chowa się z lubością, jak zmęczone stopy, w miękkich skarpetach. W końcu przysiada wygodnie w zagłębieniach moich powiek, przymykając je jak okiennice, by o północy przykryć się kołderką, z niepamiętanych już o świcie snów, która zsuwając się z niego delikatnie zatrzymuje się na szczebelkach rzęs.
I nic nie wskazuje na to, aby ten na nowo się budzący dzień różnił się od tego, który już odszedł, nie mając siły zerknąć w kierunku intrygujących mężczyzn czekających na czułe spojrzenie. Hrabia Lew Tołstoj coraz bardziej zatraca się w czeluściach swojego religijnego dramatu, całkiem tracąc wiarę, że choćby wieczorem będzie mógł dać mi odpowiedź na pytanie o sens własnej egzystencji. Wszak to o nim napisał Mikołaj Bierdiajew, przywołany przez autora książki Radosława Romaniuka: Całe życie Lwa Tołstoja było dramatycznym przechodzeniem od tworzenia doskonałych dzieł sztuki do tworzenia doskonałego życia.
Tymczasem ja, w swojej niedoskonałości, wciąż gonię za samym życiem, więc gdzież szukać czasu do jego doskonałego tworzenia.
I kolejni czekajacy mężczyźni, z rodziny Goya, tworzący jakże doskonałe dzieła, też pozostający w cieniu mojego niedoczasu, ale także samych siebie, wciąż odlegli jak „Saturn”, na czarnych obrazach słownych namalowanych przez Jacka Dehnela.
A ja, o poranku, zapowiadającym dzień jednako szary i zwyczajny, znowu przywdziewam przyciasną sukienkę uszytą z przykrótkiego dnia, który budzi się zbyt pospiesznie… i zasypia, o północy, w zagłębieniach moich powiek.

Niechciany


Zastukał rano w okiennice.
Podniosły się sennie i leniwie patrząc na niego z wyrzutem. Schylił zawstydzony głowę, niespiesznie narzucił na siebie płaszcz i wyruszył w świat. Speszony swoją obecnością chował się, przed wzrokiem przechodniów, pod chmurzastym parasolem. Wpatrując się w swoje odbicie, w kałużach własnych łez, szedł budzącymi się powoli ulicami, nie zważając na przemoczone stopy i stróżki spływające po jego smutnie zapadniętych policzkach.Tak bezbarwny, że nie mógł się dostrzec w zaparowanych szybach okien, gubiąc swoje ślady na mokrych płytach, równie szarych jak on, chodników. Chciał się zatrzymać na łyk ciepłej, aromatycznej kawy, ale ktoś zatrzasnął przed nim drzwi. Odszedł nie oglądając się za siebie.
Nikt go nie kochał.
Ptaki chowały się przed nim pod dachami niewzruszonych domów, a psy strząsły z siebie każdą, najdrobniejszą cząstkę jego obecności, z przesiąkniętej sierści. Płakał żałośnie, nad własnym, niechcianym przez nikogo losem. Idąc rysował na kałużach szeroko otwarte oczy przerażenia, komponując żałośnie brzmiącą muzykę, płynącą w głuchych rynnach i rytmicznie wybijaną kroplami o tępe parapety okien. Nikt nie dostrzegał jego wrażliwej, artystycznej duszy, nikt nawet na zadrżał z zachwytu nad nieskazitelną przezroczystością jego istnienia. Zadrżał on sam, nad swoim bezdennym osamotnieniem.
Pełen rozdzierającej rozpaczy wszedł do parku. Nieświadomie obmył nagie ramiona drzew, które spojrzały na niego czule, jeszcze nierozwiniętymi pączkami liści, chłonącymi z rozkoszą każdą jego łzę.
Nie uchwycił ich spojrzenia.
Starł wczorajszy kurz z nieruchomych, o poranku, huśtawek. Te chichutko zaskrzypiały z wdzięczności.
Nie dosłyszał ich głosu.
Przysiadł zmęczony na przemoczonej ławce niezdolny do powstrzymania swojego płaczu. Gdzież mu w konkury z wczorajszym słońcem. Ono maluje złote pasemka we włosach roześmianych dziewcząt. On potrafi jedynie oblec je sznurem łzawych pereł. Wszyscy czekali by odszedł.
Chciał przestać istnieć.
Z każdą łzą stawał się mniej widoczny, wtapiając się  w otaczającą go szarość dnia. Usiadłam obok niego. Pozwoliłam przytulić mu się do mnie. Zniknął cichy.
Niechciany.
 

Nowa karta z pamiętnika starego subiekta


Mam, tak samo jak ty,
Miasto moje a w nim:
Najpiękniejszy mój świat
Najpiękniejsze dni
Miałam, mój świat w jeden z takich najpiękniejszych dni. Wczoraj. Opatulona szalem utkanym z promieniami słońca, czując na policzkach słodkie pocałunki ciepłego powietrza, spacerowałam Krakowskim Przedmieściem chłonąc jego urok, gwarne bramy Uniwersytetu Warszawskiego, by na dłużej zatrzymać się w księgarni ‘Liber’. Dalej szłam już pod rękę z Lwem Tołstojem, wspierając go w przeżywanym dramacie religijnym. Z okien witryn, mijanych cukierni, kusiły rumiane brzuszki pączków w lukrowanych płaszczykach. Ja jednak skusiłam się jedynie na malutką filiżankę gorącej czekolady w kameralnej cukierence „Wawel”, pachnącej zmielonymi ziarenkami kakao, wybornymi czekoladkami skrywajacymi różnorodne smaki, ubranymi w szeleszczące warstwy spódnic i wzorzyste fartuszki.
Zza łagodnych brzegów filigranowej filiżanki patrzyłam na ojca Stacha Wokulskiego. Stał samotny, zadumany, w idealnie skrojonym surducie, zapatrzony na współczesną Warszawę. Obok, w całym swoim majestacie, hotel Bristol w kolorze alabastrowego marcepanu, spowity w delikatnej poświacie, podkreślał swoją elegancję i styl. Pod stopami trakt wyłożony zgrabną kostką z wyrastającymi strzeliście latarniami, które z wdziękiem noszą fantazyjnie zawinięte, jak słodkie rogaliki, kapelusze. Może tylko one nie straciły nic ze swojej gracji i starodawnego fasonu. Konne bryczki stukające podkowami zamieniły się w warczące konie mechaniczne, dostojni mieszkańcy miasta jakby z innego filmu, w zbytnio przyspieszonym tempie wyświetlanego. Ku zaskoczeniu, patrząc na nich czasem nie sposób odróżnić czy to idącej damie miałby się pokłonić, czy to tylko z rozwianymi włosami młodzieniec przemyka obok.
Tylko Fryderyk Chopin jakby bardziej na wyciągnięcie ręki, na małych ławeczkach przygrywa, próbując przebić się, kolejno stawianą nutą, przez męczące dźwięki pędzących aut. I jak tu znaleźć klucz do współczesnej muzyki? Zaś Mikołaj Kopernik, jak z bloku ciemnej czekolady wyrzeźbiony, pysznie wygląda z tą swoją głową wiecznie w chmurach. Tkwiący niezmiennie w bezruchu na ziemskim padole, zmienność ruch ziemi zawczasu ogłosiwszy.
Jak zatem dzisiaj patrzy na Warszawę pan Bolesław, jak dzisiaj opisałby ukochane miasto subiekt Prus w swoim pamiętniku?
To już na zawsze zostanie jego słodką tajemnicą, tak jak moją pozostaną słodkie wspomnienia ze spacerów, gdy w moich włosach tańczyły na wietrze kolorowe kokardy, a ja stałam przed wystawą sklepu " U Wokulskiego" marząc o pięknej lalce.

Wszystko tu znam od dziecka i ukochałam wszystko, 
na Piwnej, na Zapiecku, na Starym Rynku też...
Gdy w złoceniach zabłysną, domy stare i słynne,
chcę oglądać to blisko, blisko dachów i wież....
fragmenty piosenek:
Sen o Warszawie
Pójdę na Stare Miasto

On stoi wśród nas


Pejzaż ukraiński i mazowiecki posiada wiele cech wspólnych, mimo iż pozornie różnią się krańcowo. Wspólnotę ich można by było nazwać raczej natury emocjonalnej (...) Jeśli zechcemy znaleźć to coś, co łączy pejzaż mazowiecki z ukraińskim, musimy się od zewnętrznych oderwać przedmiotów. Zarówno w zróżnicowaniu Mazowsza, jak w tamtym scałkowanym mieszka pewna dusza, która się ni stąd, ni zowąd nieraz w pieśni, w melodii, w poezji wyrywa. Dusza ta jest zarazem moją duszą. Nazywa się "melancholia".
I taka dusza pełna melancholii wyrywała się z rozmodlonych dźwięków cerkiewnych pieśni i melodii ukraińskich dumek, w stawiskowym domu wtopionym w mazowieckim pejzażu. Ni stąd, ni zowąd, raz w pieśni, a raz to w melodii, kryła się błogosławiona cisza lub brzmiące donośnym głosem wołanie przepełnione pragnieniem rozpoznania Boga i wychwalenia Imienia Jego. To jednoczesne przeniesienie się, na pięciolinii dźwięków, w klimat ukraińskich stepów, rozpostartych na skraju kawałka ziemi wznoszącego swoją głowę ponad wierzchołkami gór,
a stopami dotykającego brzegu kryjącego się w morskich falach. Tych przypływających jak słodkie wspomnienie z dzieciństwa i tych pobudzanych bryzą rześkiego oddechu lat młodości.
„Nie przypominam sobie epoki w życiu, w której nic nie pisząc, nie układając wierszy, oddychałbym tak bardzo atmosferą poezji – napisał Jarosław Iwaszkiewicz o lecie spędzonym w Stawiszczu, określając ówczesną atmosferę tego miejsca mianem cieplarnianej i przesyconej zmysłami. Samych dni, drzew, kwiatów młody poeta doznawał jak niezapomnianych poematów, piękniejszych niż te ubrane w słowa”.
A mnie samej trudno ubrać w słowa atmosferę poetyckiej niedzieli spędzonej na Stawisku, kiedy to: „Dom-Muzeum, mimo upływu lat od śmierci Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów, sprawia wrażenie, jakby Gospodarze byli tylko chwilowo nieobecni”. Koncert w wykonaniu Męskiego Zespołu Muzyki Cerkiewnej pod dyrekcją ks. Jerzego Szurbaka rozpromieniał chwalebną radością ku czci Pana lub tulił do serca delikatnym kołysaniem modlitwy do Najświętszej Panienki. Zamykając oczy można było skryć się, nieśmiało, w przygaszonym przedsionku drewnianej cerkwi, wyciągającej ku niebu swoje kopuły jak ręce złożone do modlitwy, by za moment doznać olśniewającej iluminacji rozpraszającej wszelkie ciemności, takze te schowane głęboko we mnie samej. To jakby spojrzeć w oczy ikon połyskujących złoceniami jak płomykami świec, zatopionymi w pięknych kroplach czerwieni, skrytych pod aureolą niewinnej bieli. Jak wczytanie się w zapisaną w niebieskich odcieniach, duchowość, która melancholijnie wkradała się w nieuchwytną materię mojej duszy.
Wszystko to zdawało się być powrotem do źródła, do początku jestestwa, do domu, tego noszonego w sobie, tego mieszkającego w zakamarkach stawiskowych pokoi, pełnych, w ten szczególny wieczór, wciąż żywej pamięci o nieistniejącym już, w ukraińskim Kaliniku, świadku narodzin Wielkiego Pisarza. Ale także tego stojącego na mazowieckiej ziemi, wśród starych drzew szumiących powrotami do lat minionych. I powrotów tych było tak wiele, i wciąż trwają, wijąc się wśród bezdroży, ścieżkami pejzaży dni, których teraz doświadczamy. Te ujęte w okładkach nowej książki "Jarosław Iwaszkiewicz i Ukraina", czy te wciąż płonne, pełne nostalgii, skreślone ręką przybranego syna Pisarza, pana Wiesława Kępińskiego:
Rok 1960. Minęło prawie pięć lat jak wyniosłem się ze Stawiska. Ale będę często bywał (obiecuję sobie) w moim dawnym domu. I nie, jako gość. Nie musiałem dzwonić, że przyjadę. Po prostu jechałem. Przy większych przyjęciach uczestniczyłem nie tylko po to, żeby dobrze zjeść, lecz także by poznać nowych ludzi, posłuchać ciekawych rozmów i pomóc w tym wszystkim. Nigdy nie zatracę więzi ze Stawiskiem, aż do śmierci. Ważne słowa, ale prawdziwe.Rok 2011. Minęło dokładnie trzydzieści jeden lat jak odszedł Jarosław Iwaszkiewicz, a moje myśli biegną dziś, ku Niemu, lipową aleją.

On stoi wśród nas. Olbrzymi. On zdążył ufedrować
To drugie życie, które trwa przez tysiące lat.
Narody trzy po nim płaczą, a ludzkość będzie świętować
Ten dzień, kiedy matka wydała go światu.
cytowane fragmenty pochodzą z następujących źródeł:
"Twórczość", luty 2011:
Evviva l'arte - Radosław Romaniuk
Moje Stawisko - Wiesław Kępiński
Stawisko - z muzeum do Domu - Małgorzata Zawadzka
książka "Jarosław Iwaszkiewicz i Ukraina"
w opracowaniu Roberta Papieskiego

wyd. Muzeum A.J. Iwaszkiewiczów w Stawisku, 2011
oraz fragment wiersza Iwaszkiewicz Dmytra Pawłyczki
w tłumczeniu Bohdana Zadury

Jak błazen


Są takie dni, że chodzi za mną nie licząc się z zakłopotaniem w jaki wprawia mnie jego zbyt bliska obecność. Raz próbuje być moim drugim ja, by za chwilę być jego odbiciem w krzywym zwierciadle. Krok w krok. Potrafi zniknąć za rogiem ulicy lub schować się w przydrożnej kafejce, by znienacka znowu być tuż za mną. Chwilami zdaje się być wysmukły, zgrabniejszy niż można by się spodziewać, ale zawsze bezbarwny, całkiem pozbawiony wyrazu, jakby odwiecznie chodził w szarym, wytartym prochowcu i to wtedy, gdy nie pada. Znika dopiero razem ze słońcem, wieczorem, kiedy piekarnik rumieni krągłe kształty ciasteczek maślanych, a ja siedzę nad kubkiem gorącego mleka z miodem wpatrując się w noc, która aż dudni ciszą. Jego nie ma, właśnie wtedy, kiedy nadmiar trosk wypłukuje sen spod powiek, kiedy oczy stają początkiem potoku i jak on coraz bardziej bezbarwne. Dokąd odchodzi, gdy nie mam go tuż za moimi plecami, co robi gdy pada deszcz, czy chowa się za chmurami czy wtapia w napięty kraciasty materiał parasola? A może w gorące lato przenika przez rondko słomkowego kapelusza chroniącego mój nos przed piegami?
Czasami, gdy za nim zatęsknię przywołuję go rękoma, jak wtedy gdy byłam dzieckiem, śledząc jego obecność na ścianie, kiedy palce układają się w przeróżne kształty udając zająca lub perskie oko. Jednak zdarza się, że  przychodzi o zmroku, dyskretnie, po cichu zaglądając mi przez ramię, kiedy piszę lub zapalam lampkę przy łóżku. Przekornie lubi mnie naśladować, co zresztą mnie rozbawia: kręci głową jak ja, przygarbia plecy, gdy zbyt długo siedzę przy komputerze, wydłuża moje palce próbując przechadzać się po przyciskach klawiatury. Jednak zawsze, kiedy chcę mu spojrzeć w oczy, znika, rozpływa się w rozproszonym świetle żyrandola, między jego mlecznymi szkiełkami malowanymi w chińskie motywy. Sam motywem mojej codzienności się stając, ciągnącym się za mną leniwie jak kot, a czasem jak szczeniak próbując nadążyć za moimi goniącymi się z czasem stopami. Aż przychodzą i takie dni, że to ja się nim staję, przywdziewając jego szary kolor, kryjąc się w tajemnicznej aurze jego nieuchwytności. Wtedy zdaje mi się, że już wiem, dokąd czasami odchodzi i gdzie chowa się w porze deszczu, czemu przesiaduje nocami mimo, że zmęczone już oczy zamiast składać litery widzą ledwie rozpływające się czarne smużki farby drukarskiej. Właśnie wtedy, kiedy cieniem samej siebie się staję.

Mój cień jak błazen za królową.
Kiedy królowa z krzesła wstanie,
błazen nastroszy się na ścianie
i stuknie w sufit głupią głową.

Co może na swój sposób boli
w dwuwymiarowym świecie. Może
błaznowi źle na moim dworze
i wolałby się w innej roli.

Królowa z okna się wychyli,
a błazen z okna skoczy w dół.
Tak każdą czynność podzielili,
ale to nie jest pół na pół.

Ten prostak wziął na siebie gesty,
patos i cały jego bezwstyd,
to wszystko, na co nie mam sił
- koronę, berło, płaszcz królewski.

Będę, ach, lekka w ruchu ramion,
ach, lekka w odwróceniu głowy,
królu, na stacji kolejowej.
Królu, to błazen o tej porze,
królu, położy się na torze.
Wisława Szymborska
wiersz Cień

Lekarstwo i Talizman


Ostatnio na biurku aż nadto przedmiotów: dziadkowa maszyna do pisania, niezliczone numery "Zeszytów Literackich" i "Twórczości", książki przeczytane i te wciąż czekające posłusznie w kolejce, tworzące swoisty pociąg, do literatury zresztą, gdzie każda z nich to wagonik, który czeka, aby uchylić drzwi i zaprosić do środka. I tylko czekam chwili, aby się w nich rozgościć.
Zaraz obok nich stosik karteczek, książkowych ptasich piór, wskazujących fragmenty i ułamki zdań wartych zapamiętania. Czasami stające się biletami wstępu do teatru mojego własnego życia.
Nieopodal tomiki poezji, nie zawsze rymujące się ze sobą i album z pożółkłymi zdjęciami z wielobarwnych Indii. Z niewielkiej wysokości spogląda przygarbiona zanadto, od zaglądania w książki, lampka próbująca rozjaśnić moje szare komórki, a pod którą Walentyna, z swoich odcieniach szarości, często wygrzewa wciąż młode kości, kiedy znuży ją spacerowanie po rozgrzanych pisaniem chodniczkach klawiatury. Wtedy z wrodzonego lenistwa udaje, że nie spostrzega natrętnie zaczepiających ją wysmukłych łodyżek ołówków w filigranowej doniczce, kuszącego swoimi krągłymi kształtami pudła z listami, oblicza urzekającej, w swoich malutkich rozmiarach, ikony przywiezionej ze Świętej Góry Grabarki i poszarzałych okładek starych kalendarzyków, nie dających zapomnieć o nieuchronności mijającego czasu, o chwilach już całkiem oderwanych od teraźniejszości. I mogłabym przyznać, słowami Jarosława Iwaszkiewicza zaczerpniętymi z "Pejzaży sentymentalnych", że czasami: Męczy mnie to wszystko. Za dużo jest przedmiotów - jak powiada jeden z moich przyjaciół. Trzeba wybrać tych kilka, które mają zostać twoimi towarzyszami aż do samej śmierci. Oczywiście, jedyne przedmioty, które godne są towarzyszyć człowiekowi na całe życie aż do trumny i w trumnie stać się wezgłowiem, na którym głowa odpocznie - to książki. Trzeba wybrać wśród mnóstwa słów te jedyne, które ci wskażą, gdzie masz zasnąć.Zatem od dawna wybieram, układam, zasypiam z tymi, które zdają się być dla mnie najważniejsze. Zaś od dzisiaj, najbliższe wieczorowe pory, przepełnione będą "Chwilami oderwanymi" Konstantego Jeleńskiego, zebranymi w pokaźnym egzemplarzu, który, zgodnie z daną mi obietnicą, dotarł do mnie jeszcze w tym tygodniu. I obok nieodłącznych "Dzienników" Pana Jarosława, "Snu" śpiącego w jego "Ogrodach", ta właśnie książka zapewne wskazywać będzie miejsce, gdzie można wybrać wśród mnóstwa słów te jedyne, które Piotr Kłoczowski określił jako pełne znaczeń i zbiegów okoliczności, w których sztuka łączy się z życiem.Tymczasem Konstanty Aleksander Jeleński zaczyna od wyznania:
Dwie tylko książki posiadam w trzech egzemplarzach. Leżą pod lampką na stoliku obok łóżka i powracam do nich często przed zaśnięciem w paryskim mieszkaniu, w starej fermie nad brzegiem Loary, w odbudowanej celi korsykańskiego klasztoru: dzieła Szekspira i wiersze Miłosza. Wybór ten nie jest podyktowany żadnymi literackimi kryteriami. W nawiasie między jawą a snem książka jest trochę lekarstwem, trochę talizmanem. 
Zatem będę leczyć dni złe i zaklinać, by zostały te dobre, pozwalając sobie na chwile oderwane przed zaśnięciem, w domu zwykłym, zbudowanym we wsi starej, nad brzegiem bezimiennego potoku.
  
"Chwile oderwane" Konstanty A. Jeleński
wyd. słowo / obraz terytoria, 2011

Morze samotności


20 lutego 1959
Znowu ten okropny dzień: urodzin. Po mojej koszmarnej wizycie w Bydgoszczy czuję się jak zbity pies. Wszystko razem przerażające – jak to pisałem przed rokiem. I nie wiem, co jest gorsze, czy zeszłoroczna samotność, czy tegoroczna „uroczystość”, gdzie mi się nic nie chce, tylko płakać.
A ja stoję z rozłożonymi dłońmi, jak kwiatami lotosu, by uchwycić każdą z tych łez, jak drogocenną perłę i sama nie wiem skąd się bierze to romantyczne odczuwanie rzeczywistości. W tej głupiej polskiej krwi tyle tego fermentu pasożytuje na zdrowym rozsądku, objadając go, niby liszki liście kapusty.
Przykładam dłonie do spierzchniętych od mrozu ust, by poczuć smak łez słonych, drobnych kryształków zrodzonych z samotności, bólu i tęsknoty, wrażliwości i przejmującego uczucia braku ukochania. A przecież ja tak bardzo ukochałam i zdaje się, że każda z tych łez przemienia się w słowo, zdanie, w myśl ulotną, która znalazła swoje miejsce na kartkach papieru. Szepczę zamieniając potok łez w kolejne wersy czytanych wierszy, opowiadań, młodzieńczych szkiców i dzienników dojrzałego literata. I szept ten już zdaje się być szumem drzew w brzezinie, a może przeźroczami wspomnień Wiktora i szelestem sukien panien z jego przeszłości, delikatnym niewypowiedzeniem namiętności wśród ciemności straconej nocy, gorzkim pocałunkiem kochanków nie z Werony, słodkim smakiem poziomki lub cieniem wędrującym pomiędzy murami siedmiu bogatych miast, gdzie:
Gwiazdy przeciągle sygnalizują dalekość wszystkiego. I wszystko powoli odpływa w mglistą szarość przepełnionych stężałą mgłą arkad; mnożą się one w nieskończoność, ujęte w zwieszające się palce winorośli, bluszczów - roślin, które mogła oplatać teraźniejszość, kochając wieczność... jak niebieski zawrót głowy, jak mgła to wszystko połyska zapachem oczu nieznanych, czyhających w głębi.I ja Jego oczu wypatruję, w mglistej szarości dzisiejszego wieczoru, szukając odbicia Jego źrenic w żadnym kolejnym zapisie na kartkach diariuszy, by dotykając palcami kolejnej kartki, ponownie czytanych dzienników, w urodzinowym prezencie, dać subtelny znak mojego ukochania, wytrzeć kolejno spadającą łzę płochej nadziei.
 
Nie ukołysał mnie, kto mnie ukochać mógł. A jednak wonna
niega żółtego łubinu przywodzi mi ze sobą zabawną tkliwość lat dziecinnych.
Nawet i tu, nad morzem.
Powiedziano mi: już nie zdołano mnie pokochać. A jednak płocha nadzieja.
To nawet nie jest smutne.
Powędruję przez owo morze samotności, a pazie błękitnoocy i pazinie poniosą mój długi, ciężki tren z żółtego aksamitu, pachanący łubinem.
fragment z II tomu Dzienników 1956-1963;fragment z Siedmiu Bogatych Miast;oraz Łubin z Prozy Poetyckiej
Jarosława Iwaszkiewicza

Kocia przewrotność


Dzisiaj Światowy Dzień Kota i u mnie też Kot w głowie. Chodzi delikatnie, subtelnie, z jakimż wyczuciem i wysmakowaniem, Kocią elegancją. Zresztą, kiedy myślę o Kocie, pierwsze wspomnienia mnie ogarniają: jak susami po wąskich schodach wbiegał do mnie po naradach i konferencjach w Giedroyciem. Zwykle na ścianie naprzeciwko schodów wieszałem ostatnie płótna. Pierwszy rzut jego spojrzenia był decydujący. Trafiał natychmiast na to, co było najważniejsze, tak często przez innych uznane za wybryk niepotrzebny, za karykaturę czy dziwactwo.
I mnie trafiło, całkiem obezwładniając, to pierwsze spojrzenie w stronę Konstantego Jeleńskiego. Może nie całkiem pierwsze, bo pierwszym było spojrzenie na jego korespondencję z Jarosławem Iwaszkiewiczem. Zresztą to właśnie Panu Jarosławowi zawdzięczam najpiękniejsze i najważniejszego spotkania, i spojrzenia
. A Konstanty Jeleński z każdym, kolejno "otwieranym" listem jawi się jako ktoś zgoła niezwykły i urzekający. Jest jakby przepojony czułością, cały nią będąc, w stosunku do ludzi, zwierząt i wszelakiego piękna, przez co sam pięknym się stając, nie tylko w moich oczach.
Dziś, kiedy prawie straciłem wzrok, kiedy tracę pamięć do tego stopnia, że całe połacie mego życia są starte jak kreda na czarnej desce, kiedy żadnej książki przeczytać nie mogę, a przecież przez nie żyłem, kiedy za chwilę przestanę już zupełnie malować i naprawdę ze światem współżyć, jestem szczęśliwy, że dane mi było obcować przez tyle lat z człowiekiem o myśli tak wolnej i tak żarliwym sercu.
"Listy z Korsyki" pisane przez Konstantego Jeleńskiego do Józefa Czapskiego, jego przyjaciela, to zdumiewające przeplatanie się i "przepływanie" myśli, pojęć, patrzenia na świat i sztukę. Nie zawsze zgodne, nie zawsze tożsame, ale zawsze pełne wzajemnego ciepła, zrozumienia i szacunku, bo dominuje w nich poczucie tej bliskości jego reakcji, jego sądu niezależnego.
Wszak koty to niezależne stworzenia, a ja niezależnie od dzisiejszego święta, całkiem w Kocim świecie się zatracam, podczas gdy: "Kot ukazuje się jako bardzo jednolity w swoich upodobaniach i sądach, niż można byłoby przypuszczać. Konsekwentny, prawy, wierny, mądry. Uświadomiłem sobie, jak wiele miejsca zajął w moim życiu i jak bardzo na moją wdzięczność zasłużył. Przez całe lata miałem jednego tylko czytelnika, jego [...]. W ocenach był swój własny, szczery, nie cofał się przed krytyką, a zarazem zdolność do zachwytu miał niezwykłą. I to nas łączy: utrwalona chwila zachwytu".
I ja na swoją kolejną chwilę zachwytu niecierpliwie czekam, spodziewając się rychłego nadejścia "Chwil oderwanych" Konstantego Jeleńskiego, prawie jak Józef Czapski, słysząc: "będę u ciebie w tym tygodniu, bądź pewny" i obietnicy prawie zawsze dotrzymywał.
Zatem czekam.
  
fragmenty z Hojności błyskawicznej Józefa Czapskiego
oraz wypowiedź Czesława Miłosza
 "Listy z Korsyki" Konstanty A. Jeleński
wyd. Zeszyty Literackie, 2003

Wielopiętrowy dom rzeczywistości


Każdego poranka wieżyczki kościołów wyciągały swoje strzeliste szyje w stronę promieni słońca, ogrzewającego uliczki Krakowa i budzącego mnie pukaniem w hotelowe okno. Kilkudniowy pobyt w królewskim mieście prześlizgnął się, jednak, nazbyt szybko, jak prześlizgiwały się wspomnienia, choć niespiesznie, o dawnej dzielnicy Kazimierz i czasach wojny, zapisanych na skrawkach kartek, starych zdjęciach i archiwalnych obwieszczeniach eksponowanych we wnętrzach niedawno otwartego muzeum. Wspomnienia, które układają się w przeróżne desenie, będące jak potłuczone szkiełka w kalejdoskopie historii, jak zwoje myśli przewijających się wąskimi uliczkami dzielnicy żydowskiej. Bo to trochę jak: Chodzić po biednym, opustoszałym Kazimierzu i medytować o wielopiętrowym domu rzeczywistości, krążyć po tej osieroconej dzielnicy (...), gdzie spomiędzy przygarbionych kamienic wciąż, czasami, dochodzi łkanie pękniętych serc, a w starych rynnach dzwonią paciorki z wyschniętych łez.
Na jednej z kartek umieszczonych w licznych gablotach, rozwieszonych na ścianach muzeum, można przeczytać: "Nagle zrozumiałem mieliśmy zostać zamurowani. Zrobiło mi się straszno aż wybuchnąłem płaczem. Roman Polański, lat 8".
Ale żyjących wspomnień  nie da się zamurować, oddzielić, odgrodzić, takich słów nie da się zetrzeć jak błędu historii z czarnej tablicy przeszłości, ale można zebrać w miejscu przepełnionym szeptem, jakim stało się muzeum otwarte w dawnej Fabryce Schindlera. Bo dzisiaj, to co minione, doznane, nawet jeśli tak dotkliwie boleśnie, jest częścią współczesnego wielopiętrowego domu rzeczywistości, w którym każdy z nas może znaleźć swoje miejsce, już bez strachu, że zostanie mu odebrane, że już nie będzie miało się dokąd wracać.
Miałam dokąd wrócić. Zatem jestem. Z
e „Skrzynią wspomnień” autorstwa  Helli S.Haasse, w której umieściłam jeszcze dwa wydania „Zeszytów Literackich” z późnych lat dziewięćdziesiątych, owinięty wstążką, jak falą ciepłego morza, stosik „Listów z Korsyki” Konstantego A. Jeleńskiego, kierowanych do jego przyjaciela Józefa Czapskiego. A ponieważ skrzynia wspomnień jest zawsze pojemna i jakby dna pozbawiona, to jeszcze całe „Lata” dziewiętnastowiecznej Anglii, spisane przez Virginię Woolf, znalazły tam swoje miejsce. Taki literacki wielopiętrowy dom, dany mi na własność.
Pociąg sunął niewzruszony przed siebie. Wiózł inny, wielopiętrowy dom, różnych ludzkich osobowości. Dżentelmena wpatrzonego nieprzytomnym wzrokiem w migający ekranik swojego iPhone'a, młodą dziewczynę przeglądającą z przejęciem plotkarskie doniesienia i wiekową damę czytającą książkę ukrytą w starej, gazetowej okładce. Na jej piersiach połyskiwał, zawieszony na grubym łańcuszku, przepiękny, klasycznej urody, zegarek. Aż miało się ochotę ująć go w dłonie i przyłożyć do ucha wsłuchując w delikatne tykanie jego serca. Tik tak, tik tak... stuk puk, stuk puk... zagłuszał go rytm wybijany przez koła szybko mknących wagonów, wiozących niezliczone bagaże, te schowane w ludzkich duszach i te umieszczone w statecznych walizkach, niekonwencjonalnych torbach i zawsze swobodnie wyglądających plecakach. Z milczącego dotychczas głośnika zabrzmiało: Warszawa Centralna, dziękujemy za wspólną podróż...

Wysiadłam. Walizka terkotała na nierównych płytach chodnika wpadając, co chwila, w liczne pęknięcia. Objął mnie przejmujący chłód miasta. Otworzyłam drzwi, do wielopiętrowego domu mojej codziennej rzeczywistości.
  
 
    
przytoczony fragment pochodzi z większej całości,
tekstu Adama Zagajewskiego Słowo
60 Zeszyty Literackie, nr 4/1997

Stach w Krakowie


Chłód poranka pogłaskał mnie tak pieszczotliwie po policzkach, aż się zarumieniły z zawstydzenia. Dłonie schowały się szybko w gościnnie otwartych kieszeniach, a palce u stóp podskakiwały rozgrzewając maleńką przestrzeń zamkniętą między wąskimi ściankami pantofli. Zamykając drzwi spojrzałam w stronę Stacha. Już dawno wyszedł poza wszelkie ramy dla niego spisane, poza wszelkie okładkowe ograniczenia, po prostu zaczął żyć własnym życiem. Wróciłam myślami do wczorajszego wieczoru, kiedy długo namawiałam go, by wybrał się ze mną w podróż. Kiedy odwrócił się do mnie plecami, czego nigdy wcześniej nie czynił, pomyślałam, że proszę go o zbyt wiele.
"Pociąg?..." - rzekł do siebie, i przywidziało mu się, że jest to ten sam pociąg, którym jedzie panna Izabela. Znowu zobaczył salonik oświetlony latarnią przysłoniętą niebieskim kamlotem, a w kącie pannę Izabelę w objęciach Starskiego.
Podeszłam do niego. Pozwolił się objąć. Mówił, że bolą go wspomnienia. Po cichu przyznałam mu rację. Pociąg którym sama, lata temu, wracałam z wakacji tylko się wykoleił, jemu w pociągu wykoleiło się życie. Dał się jednak przebłagać. Wie, że mam do niego wielką słabość, że był moją pierwszą miłością. Cóż, historia jak z książki. Klasyka.
W pracy zamiast skupić się na przygotowaniach do wyjazdu, myślałam o Stachu, a wracając do domu szykowałam sobie w głowie kolejne argumenty, aby go przekonać do wspólnej podróży. Tymczasem on przywitał mnie: Otóż i pojechałem... Kupiłem bilet do Krakowa, na Dworcu Warszawsko-Wiedeńskim... Nie chciałam go poprawiać, wiedziałam, że wciąż wiedzie życie w innym wymiarze czasu, praktycznie w ogóle nie zajmował się czasem, który dla niego jakby nie istniał.Spojrzał mi prosto w oczy. Nie mogę ani na chwilę rozstać się z Warszawą i ze sklepem... Żyć bym bez nich nie potrafił - szepnął niespodziewanie, jakby sam do siebie. A jednak od jakiegoś czasu mieszkał w innym mieście. W Warszawie mówiło się już o tym głośno, pisało w periodykach, niosąc wieść za autorem wiadomości, Krzysztofem Rutkowskim. Tytuły obwieszczały: "Wokulski w Paryżu".
Ze strychu przyniosłam walizkę. Stach spoglądał przez okno marszcząc brwi. Lubiłam patrzeć jak na jego czole rzeźbią się podłużne tuneliki, jak koryta rzeki niosącej niespokojne fale myśli. Może próbował sobie wyobrazić tę naszą wspólną wyprawę, widział ludzi wsiadających do wagonów z dziećmi, z bagażami. Mój niewielki bagaż będzie zapewne leżał ponad moją głową. Bagaż Stacha, wręcz przytłaczający, tkwił w jego głowie. Wszak żaden kufer nie byłby w stanie pomieścić tylu doświadczeń i przeżyć. Z całym tym bagażem nie umiał się rozstać i wszędzie zabierał ze sobą.
Zastanawiam się co przyniesie nam ta wyprawa, poniekąd jakby wiodąca w dwóch kierunkach, do Krakowa i Paryża jednocześnie, ale dokądkolwiek bym nie doszła, cieszę się na myśl, że przez najbliższych parę dni towarzyszyć mi będzie Stach "Wokulski w Paryżu".
fragmenty z II tomu Lalki Bolesława Prusa

Dotyk jedwabiu


Jedwab, wyślizgujący się z dłoni, nieujarzmiony, jak tylko nieujarzmiona potrafi być namiętność kojąca pragnienie, choćby, w niespiesznym łyku herbaty, zostawiająca ciepły ślad ust na krawędzi filizanki, tak jak: "wtedy, gdy jego wzrok padł na stojącą przed nim na ziemi filżankę herbaty. Ujął ją jedną ręką, podniósł do warg i powoli upił łyk (...)", a ona: "okręciła ją powoli, aż przy jej wargach znalazło się dokładnie to miejsce, którego on dotknął, pijąc. Przymknąwszy oczy, wypiła łyk herbaty".
I przymykając oczy dotykamy jedwabiu, tkaniny tak gładkiej jak skóra na kobiecej szyi, na wygiętym karku muskanym przez niesfornie opadający kosmyk włosów, rozciągniętej między zgrabnymi uniesieniami łopatek
, delikatnie naciągniętej w zaokrągleniu bioder, skrytej w cienistym zagłębieniu kolan, prowadzącej aż po końcówki wysmukłych palców stóp.
Bo taką to zmysłową podróżą jest niewielki kawałek materiału, utkany przez zwinne przebiegające, po nim, palce Alessandra Baricco. Podróżą rozpostartą między łagodnymi brzegami Francji, prowadzącą przez Wiedeń i Budapeszt, aż do Kijowa, potem tysiącami kilometrów rosyjskiego stepu, wzgórzami Uralu, aż ku granicom Kraju Kwitnącej Wiśni.
Podróż skrojona z prostych skrawków, w swojej oszczędności wręcz wyrafinowa, zanurzona w baśniowej mgle przylądka Teraya na zachodnim brzegu Japonii. Otoczona woalem tajemniczości, tylko od czasu do czasu, zakłócanej przez drżący dźwięk dzwonków i przejmujący śpiew wielobarwnych ptaków. Dlatego wiedzeni upojnym pragnieniem, wciaż o tej samej porze roku, wyruszamy z Hervé do miasteczka Shirakawa, już nie tylko w celach handlowych, ale z chęci ujrzenia czarnych oczu w nieegzotycznej oprawie, przemawiających krzykiem milczenia, niewysłowionym pragnieniem bliskości. Bo w każdej linijce opowiadanej historii tkwi jakieś niedopowiedzenie, jak ulotność motyla z ryżowego papieru stworzonego sztuką 'origami' i fascynującego, jak rozłożysta forma drzewka
'bonsai'.
Dlatego, przekładając każdą, dopiero co przeczytaną kartkę, pozostajemy w niemijającym zachwycie, zadumie
zanurzającej nas samych w rozważaniach o sile miłości tak wielkiej, by poczuć co znaczy umierać z tęsknoty za czymś, czego nigdy nie przeżyjesz.
"Jedwab" Alessandro Baricco, to jedna z tych niespiesznie wijących się historii, której nie sposób opisać, bo jest obrazem malowanym delikatnością uczuć, niedoświadczonym dotykiem, pejzażami niewypowiedzianych pragnień. Jest podróżą poza
koniec świata i "może po prostu czasami życie przybiera taki obrót, że człowiek nie ma już właściwie nic do powiedzenia".

                                                                                                                     "Jedwab" Alessandro Baricco
                                                                                                                             przekład Halina Kralowa
                                                                                                                                  wyd. Czytelnik, 2009

MACZANIE PALCÓW W ATRAMENCIE


Leniwy, niedzielny poranek. Za oknami słychać jedynie ogłuszającą ciszę. Wiatr odfrunął, zamaszyście porywając za sobą resztki białego jedwabiu, który jak odświętny obrus leżał jeszcze w piątkowy wieczór w ogrodzie.
Zazieleniło się. Nieśmiałe światło, przebijające się przez grube warstwy chmur, wybrało się do mnie na poranny spacer. Przemknęło delikatnie po poduszce oddychającej jeszcze niedawnym snem, przytulało się od ścian, malując na nich różne odcienie "piasku pustyni". Przetykało swoje promyki przez ażurowy parawan, zupełnie jak czynią to sprawne dłonie szwaczki przetykającej złote nici w miękkich warstwach jedwabnych sari. Oblekło rumieńcem pobladłe policzki czosnków, przyłapało na ploteczkach dwie damy w kąpielowym salonie, by w końcu przysiąść na schodach obserwując siebie w odbiciu lustra i tworząc świetlisty dywan, dla moich stóp, schodzących już powoli do kuchni.
Zapachniała waniliowa kawa. Walentyna wyszła na swój pierwszy, od paru miesięcy, spacer jeszcze niepewnie stawiając łapki na wychłodzonym tarasie. W pokoju porozstawiane świeczki, oplecione fantazyjnymi szalami z wosku, tworzącymi pamięć o "stopionym" czasie. Jeszcze wczoraj rozświetlały domostwa pozbawione prądu, porwanego zapewne przez rozszalały wiatr, który musiał dodać sobie nieco energii osłabiony ciężką pracą. I tak, moja wieś zanurzyła się w nieprzejednanych ciemnościach. Nagle zniknęły błyszczące, szeroko otwarte oczy domów, gościnne progi ganków, niektórych jeszcze przyozdobionych świątecznymi lampkami. Jedynie wysmukłe szyje kominów oddychały głęboko snującym się, ponad dachami, szarym dymem mknącym po granatowym niebie jak jasna wstążka, która zerwała się z warkocza wracającej do domu dziewczyny.
Usiadłam przy kominku wpatrując się w ogniste tancerki zgrabnie poruszające się w rytmie wystukiwanym przez pękające kawałki drewna... czemu ostatnio rzadziej pisuję na blogu?
Sama próbuję odpowiedzieć sobie na to pytanie, bo przecież pisanie tutaj zdaje się być jak: Maczanie palców w atramencie. Lampy elektryczne, oświetlające mgły jesienne (...) Gorączka tworzenia wśród zadymionych kawiarni.
A jednak w skrytości ducha przyznałam, że po minionych, kilka dni temu, pięciu latach prowadzenia tego swojego zakątka, ostatnimi czasy, przysiadając by zapisać swoje ukochania i utracenia odzwierciedlające moją codzienność, coraz częściej zdaję sobie sprawę, że tak bardzo boję się tworzenia „pustych pierożków”. Kiedyś tak nazwałam bezbarwne dni, teraz bardziej myślę o słowach - bez smaku, bez apetycznego nadzienia i szczypty odpowiednio dobranych przypraw. Boję się słów niezgrabnych, bezkształtnych, lepionych zbyt pochopnie, bezdźwięcznych, bo czasami mam wrażenie, że zgubiłam odpowiednie proporcje w dobrze składników, przez co ciasto, zamiast formować się w smakowite pierożki, przepływa między palcami pozostawiając niesmak własnej nieudolności.
W dodatku w tej codziennej pogoni za czasem, łapaniem każdej chwili, jak frywolnego motela, uważając by mi się z rąk nie wymknął, kiedy mi się uda go pochwycić, czasami brakuje mi już tchu, by pod koniec dnia coś zgrabnego, jeszcze, z siebie wykrzesać. Ale by nie stać się takim całkiem "wygasłym paleniskiem", obiecuję dorzucać nieco więcej drewna, dostrzegać swoje, przyprószone popiołem codzienności, olśnienia i częściej je tutaj zapisywać, by móc spojrzeć w oczy tych, którzy tutaj zaglądają. By nie skazać się na utracenie tego energetycznego przesyłu między ulubionymi blogami, o którym wspomniał Remek w swoim na nowo zapisywanym zakątku. Bym nie straciła więzi z tymi miejscami, które sama odwiedzam i jestem od nich chorobliwie uzależniona. Biorę zatem łyk herbaty Lipton dla inspiracji, by nie zapomnieć jakie to uczucie "maczać palce w atramencie".
  
"atramentowy" fragmencik pochodzi z Prozy PoetyckiejJarosława Iwaszkiewicza

Trącił mnie anioł


Moja wieś dziś znowu nieco przyprószona siwizną, otulona szalem przejmującego chłodu, który czyhał w każdym zakątku: za rogiem opustoszałego sklepu, w uśpionych, przydomowych ogrodach, między drzewami, które same bezwstydnie ogołocone z letnio-jesiennej kolekcji, skłonne były przyodziać się, choćby, w chłodny oddech zimowego powietrza, niż tak stać nagusieńkie obnosząc jedynie swoje zawstydzenie.
Mimo namiętnych porywów wiatru, mój ogród wydał się spokojny, drzemiący w ciszy wieczoru i połyskujący świeżutko położoną pierzynką śniegu mieniącego się w świetle przydrożnej lampy przyozdobionej białą czapą, wysmukłej i samotnej, zaglądającej tęsknie do okien pobliskich domów. Spojrzałam na śnieg w ogrodzie, który tworzył, miejscami, zbite grudki przypominające kształtem kokony jedwabników.
"Hervé Joncour miał 32 lata.
Kupował i sprzedawał. Jedwabniki",  a od wczoraj zamieszkał ze mną. Na chwilę porzucił Lavilledieu, przysiadł z filiżanką herbaty i zaczął opowiadać swoją historię:
"Francja, podróże morskie, zapach morw w Lavilledieu, pociągi parowe, głos Hélène. Hervé Joncour opowiadał nadal o swoim życiu, jak nigdy jeszcze tego w swoim życiu nie robił."
W niewielkich rozmiarów książeczce skrywa się  historia miłosna. Ale gdyby tylko o to chodziło, nie warto byłoby opowiadać. Są tu pragnienia i cierpienia, które znasz dobrze, ale nie znajdujesz słowa zdolnego je wyrazić.I mnie trudno znaleźć słowa, które wyraziłyby magię jaka kryje się w "Jedwabiu" Alessandra Baricco, w utkanej z prostych słów melodii, bo każda historia ma swoją muzykę. Ta ma muzykę białą. Trzeba to koniecznie powiedzieć, bo biała muzyka jest muzyką dziwną, czasami cię zaskakuje: gra się ją cicho i tańczy powoli. Jeśli jest dobrze grana, masz wrażenie, że słyszysz muzykę ciszy, a znakomici tancerze wydają ci się nieruchomi.Zatem nieruchoma, niezdolna do żadnego gestu, skupiona na ciszy słowa, na bieli i jedwabnej delikatności materii jaką stworzył Alessandro Baricco wtapiam się w dźwięki tej białej muzyki skrytej na prowincji dziewiętnastowiecznej Francji, gdzie Hervé " (...) wieczorem przesiadywał długo obok żony Hélène na werandzie swojego domu. Ona czytała na głos jakąś książkę, a on czuł się szczęśliwy, bo myślał, że na całym świecie nie ma piękniejszego głosu".
I choć mój głos lepiej brzmi w skrytości swojej własnej, to może pokuszę się o przyjemność przeczytania sobie samej tej niedużej książeczki na głos, tak jak kiedyś czyniła to moja Babunia czytając mi do snu. Ona była moją Pierwszą Książką, dźwiękiem każdej nakreślonej litery na niewidocznej pięciolinii, muzyką słów, bez których dzisiaj nie umiem żyć.
Tymczasem krople deszczu bębnią o szyby okien wystukując własną melodię. "Życie jak deszcz spływało przed jego oczami: widok pełen spokoju".
Siadam przy kominku przywołując w pamięci słowa Jarosława Iwaszkiewicza: Fotel wygodny. Wtulenie się. Ukochaność (...) Mieszkanie starodawne. Deszcze nieznośne. Utracenie się.Jak tylko można ukochać utracanie się w muzyce słów.

Koło południa
trącił mnie anioł
stań zjedz
cekin słońca
i biegnij za wierszem
nie wyczerpie się
deszcz łez

fragmenty z książki "Jedwab" Alessandro Baricco, wyd. Czytelnik 2009
cytat z prozy poetyckiej "Nasza Droga" Jarosława Iwaszkiewicza, wyd. Czytelnik 1958
wiersz Edy Ostrowskiej -"Twórczość", czerwiec 2010

Rdzewiejją szyldy


Dzisiejszy dzień przemknął jak struś pędziwiatr, zostawiając za mną smugę rozgrzanego, do czerwoności, kurzu osiadającą na każdej zbyt pośpiesznie minionej chwili, spalającego każdy, nieodradzającą się już, fragment codzienności.
Wpadłam do domu czując się jak jedna z kobiet mieszkających na obrazach Janet Hill. One zdają się być jakby niepełne, złapane w źle ujętnym kadrze, a jednak przepełnione jakąś magiczną aurą własnego, kobiecego świata, słodkiego jak tort bezowy z truskawkami. Takiego, w którym dni wyglądają jak dobrze dobrane pantofle, ale z ulgą zrzucane ze zmęczonych, pod koniec dnia, stóp. Inne będące jeszcze oczekiwaniem, jak nieprzeczytane książki, wciąż będące w zasięgu ręki, jedynie czekające na swój moment, by otworzyć przed nami to, co w nich jeszcze dla nas niepoznane.
Rzuciłam na tapczan torbę, z której wyjrzał rąbek styczniowego numeru "Twórczości" i mały tomik liryki rosyjskiej zamkniętej w przedziale 1880-2005. Mam nadzieję wsiąść z nim do pociągu poetyckiej kolei transsyberyjskiej i przemierzać liryczne światy. Wszak biegnie kolej elektryczna / wędrują cienie po ścianie / ćma ostatnia heretyczka  / lata na ogniu płonie (...) na pełnych księżyca brzegach / stanęły, patrzać na rzekę / mamroczą swoje westchnienia / w jakimś nieznanym narzeczu.
Spróbuję zatem zrozumieć cień rosyjskiej nostalgii skrytej w delikatnych dłoniach Anny Achmatowej, powędrować szlakami skrytymi między wierzchołkami palców Osipa Mandelsztama, aż po wyraziście kreślone granice słów Władimira Wysockiego. Będę przekraczać strefy czasowe rozpostarte między końcem XIX wieku i wieku XX, aż po początki wieku XXI zahaczając, wyznaczające czas „gdy liryka rosyjska rozwijała się najbujniej, gdy mnożyły się kierunki literackie i wystąpienia wybitnych jej osobowości.”
Z kubkiem herbaty malinowej, osłodzonej szczypką lirycznego rozmarzenia, wtuliłam sie w miękkie poduchy nadchodzącego wieczoru, mając jeszcze przed oczami szyld księgarni "Czytelnik”, z której umykałam pośpiesznie, by nie ulec pokusie zakupienia kolejnych książek, kuszących dochodzącym mnie, spomiędzy okładek, szeptem. Przyznaję, że uwielbiam szeleszczonącą ciszę tego miejsca.W tym niewielkim wnętrzu mieści się swoista mapa, którą znam na pamięć, pozwalająca pewnie sięgnąć po wydawnictwa sygnowane przez ZL, przystanąć przy niejednym zadziwiającym życiorysie zamkniętym w opasłych tomach fascynujących biografii lub wesprzeć się o kolumnę stojącą na straży, nazbyt skromnych, tomików poezji.
„Czytelnik” szyld, którego, mam nadzieję, nie dotknie nigdy rdza czasu, bo przecież czasami…

Rdzewieją szyldy, kurzą się obrazy
mijają lata. Srebro leżąc w wodzie
matowieje. Butwieją zatopione łodzie
i nic się nigdy nie zdarza dwa razy.
Płowieje czerwień i czernieje złoto
biel rękopisów szarzeje w szufladach.
Jeśli nieszczęścia to po nas. I potop
i noc niech po nas dopiero zapada.
Czas mija. Nieruchoma czuję całą skórą
jak strach wypełnia mięśnie, podpełza do kości.
Choroba jest jak ciężka, ołowiana chmura
Całuję życie swoje — chora z namiętności.

   
wiersz Anny Piwkowskiej *** (Rdzewieją szyldy, kurzą się...)
fragmenty ze wstępu do "Antologia liryki rosyjskiej" - wyd. ANAGRAM, 2007fragment wiersza Bułata Okudżawy *** (Biegnie kolej elektryczna...)
obrazy autorstwa Janet Hill

Fiołki nie chciały umierać


Chce mi się smaku słodkich migdałów i gwiazdki z nieba – przemknęła myśl w mojej jeszcze zaspanej głowie, kiedy próbując strzepnąć z oczu resztki snu, schodziłam nad ranem do kuchni. Spojrzałam na kalendarz. Wolałabym przespać ten dzień. Zerwać go z kalendarza zanim się obudził.
Kawa zapachniała dzisiaj inaczej. Za oknem ogród w świetle, przygaszonej nieco, latarni spał przykryty narzutą utkaną z misternych rozet. Mogły się zdawać mniej imponując od tych zdobiących paryską katedrę Notre Dame czy od tych równie misternych, nieruchomo tkwiących w strzelistej katedrze Św. Wita w Pradze. Te śnieżne, prostsze, skromniejsze, bardziej przypominały rozety wtopione w surową postać katedry w Spoleto. Bez przepychu, połyskujących w słońcu wielobarwnych witraży, same w sobie, zachwycające skromnością, stanowiące wyjątkową ozdobę. Taka Ty byłaś.
Niestety na tyle kruche, że trudno czasem dostrzec ich zgrabne zaokrąglenia, prześwity i koronkową fakturę, bo nim przyjrzeć im się z atencją, znikają pod kolejnym, cieplejszym oddechem powietrza, będącym dla nich śmiertelnym. Śmierć nigdy nie zawodzi.
Rzuciałam się w wir pracy. Przyciszyłam radio. Im mniej przypominania sobie o dzisiejszym dniu tym lepiej.
Dobrze, że nie mam czasu myśleć o niczym innym poza sprawami służbowymi, im więcej piętrzy się przede mną obowiązków, tym łatwiej przetrwać ten dzień. Czy jesteś gdzieś obok?Koła samochodu chwilami ślizgały się na jezdni. Chyba prześlizgnęłam się przez ten dzień.

Zagłuszałam natrętnie stukające do mojej głowy myśli. Spróbuję je osłodzić. Na przekór.
Przede mną na stoliku tabliczka mlecznej czekolady z fiołkami. Brzmi rozpustnie i tak samo smakuje. Powoli rozpływam się wraz z czekoladą nadto ogrzewaną ciepłem płynącym z kominka. Zdaje się, że stare kapciochy z rozkoszy zsunęły się z moich stóp i obejmując się czule, wychudłymi sznurowadłami, siedzą przytulone do siebie. Nie prawda. Zsunęły się pod ciężarem bolesnego wspomnienia. Wychudłe sznurowadła, to moje ramiona, które wyciągam do Ciebie. Proszę daj znać, że jesteś obok.Z parapetu okna spoglądają na mnie niebieskie płatki fiołka alpejskiego. Taki sam stał zawsze na parapecie okna w Jej pokoju. Fiołki... taki kolor miały Twoje oczy.
Wolałabym nie mieć dzisiaj serca.

Fiołki, jak i inne kwiatki, nie chciały mieć ust ni oczu,  
rąk, które można załamać, włosów, co mogą posiwieć.  
Wolały zamilczeć w trawie, z daleka na uboczu.  
Wolały nie być szczęśliwe ani też nieszczęśliwe.


Fiołki nie chciały się spalić w pożarze na siódmym piętrze,
fiołki nie chciały umierać na łóżku w krzyku i strachu.
Nie chciały być wcale większe, mądrzejsze i gorętsze,  
życzyły sobie spokoju w niskim, fiołkowym zapachu.


Fiołki nie chciały miłości, tęsknot i czekań na listy.
Nie chciały płaczu marzenia, kiedy je na śmierć wzywają.  
Wolały codzienną pszczołę obojętności złocistej,
która im serca nie weźmie, bo go umyślnie nie mają.

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska
wiersz "Fiołki"

Żeby nie zrobić nic złego wobec literatury


Co się dzieje kiedy wyśmienity krytyk literacki, miast kolejnego rozdziału książki, poddaje ocenie kolejne rozdziały swojego życia?
Poznajemy jedne z najciekawszych wątków o
współistnieniu krytka, z pisarzem i jego działami. Podpatrujemy czym jest życie, jakby toczące się między okładkami książek, w poszukiwaniu zarysu każdego słowa, jego kształtu, wszelkiej, ledwo zauważalnej, subtelności lub dobitnie brzmiącej wymowy. Podążamy między splotami zdań, wierzchołkami liter rozpoczynających myśl, a dolinami tych kontynuujących pisarski zamysł. Ale nade wszystko, przynajmniej w przypadku tegoż krytyka i eseisty, zauważamy jego przychylne patrzenie na dzieło literackie i traktowanie obcowania z nim jako przeżycia artystycznego:„Literatura ta, która ma znaczenie, jest poznaniem artystycznym, poznaniem autonomicznym i wobec tego kwestie oceny artyzmu literackiego są szalenie skomplikowane. Bo ja muszę w zgodzie z sobą, z moimi przekonaniami filozoficznymi, z całym moim doświadczeniem literackim, ja muszę po prostu każdorazowo, indywidualnie rozstrzygać, czy to poznanie przez artyzm jest wartościowe, czy niewartościowe, czy ono coś obiecuje, czy niczego nie obiecuje, to jest sprawa trudna, ja tutaj nie mam żadnych innych narzędzi i nie mogę mieć przy mojej filozofii literatury niczego poza moim doświadczeniem."Między tytułami niezapomnianych książek spoglądamy na odsłony życiorysu wpisanego w nieustające życio-czytanie. Przywoływane są obrazy wspomnień, począwszy od klimatu rodzinnego domu, przez lata studiów i podejmowanej pracy, przez postawę wobec realiów socrealizmu i uwikłań literatury w politykę. Towarzyszymy spotkaniom z literatami obserwujać rodzącą się więzi, która zaczyna łączyć krytyka z dziełem i jego autorem. Obcowanie Henryka Berezy z książkami zdaje się być, po prostu, ich doświadczaniem intelektualnym, poznawczym, a rzec by można metafizycznym, także. To obcowanie ze sztuką słów.
Przywoływane tytuły i ich autorzy niejako wtapiają się w jego życie, stają się poniekąd, nie tylko jego częścią, ale i jednością. I już nie wiem ile w tym jest rozmowy o książkach, a ile o sobie samym, bo wydaje się, że tworzą nierozerwalną całość. Poznajemy nie tylko tych, którzy w życiu Henryka Berezy byli postaciami ważnymi, ale może nade wszystko jakim jest sam bohater rozmowy prowadzonej przez Adama Wiedemanna i Piotra Czerniawskiego.
Tymczasem Henryk Bereza wyznaje:„To, co się stało – tak można powiedzieć analogicznie do terminu życio-pisanie, które wymyśliłem dla Stachury – można nazwać życio-czytaniem, w każdym razie to było czytanie twórcze, kreacyjne możne trzeba by powiedzieć. To już nie miało nic wspólnego z przeglądaniem dzieł literackich dla celów akademickich, ja czytałem artystycznie, to znaczy wprzęgałem się w procedury twórcze, bo przecież czytanie rzeczywiste jest współtworzeniem, dzieła literackie, dzieła poetyckie nie istnieją po prostu jako zapisy. Prace akademickie dla innych prac akademickich to są teksty, natomiast działa literackie są dziełami, które istnieją dopiero w tym procesie, jakiego wymaga czytanie, i ja już wyłącznie się nastawiłem i tutaj już z pełną świadomością i z pełną konsekwencją do tego się zabrałem. I stąd taki jestem zdewastowany i zużyty w sensie duchowym, ponieważ ja uprawiałem jakiś rodzaj twórczości na tak rozległych planach”.
I zazdroszczę tego zdewastowania i zużycia, w sensie duchowym, bo jakże musi być niezwykłym, posiadać taką wiedzę, i umiejętność przeżywania i obcowania z literaturą, że staje się ona każdym oddechem, najdrobniejszym tchnieniem, wręcz uzależnieniem, pracą i spełnieniem jednocześnie. Bo żyć to czytać, a może co istotniejsze odczytywać, to co w literackim dziele cenne i warte późniejszego odnotowania w esejach i recenzjach.
Ale poza książkami, nieodłącznymi towarzyszami życia Henryka Bereza, byli też nieodłączni ich autorzy. W rozmowie przewijają się postaci, które jakże mocno zarysowały swoją obecność w życiu z-cy redaktora naczelnego "Twórczości", jak choćby może najważniejszy z nich, Marek Hłasko, z którym przyjaźń była "solidarnością dwóch cierpień", ale także Jarosław Iwaszkiewicz, Jan Kot, Janusz Rudnicki, Adam Ważyk, z którym prowadził fascynujące dysputy literackie. Kreśli sylwetki znajomych i przyjaciół przywołując ich w wyrywkowo wybieranych wspomnieniach, przywołując do życia, także tych, którzy schowali się w cieniu zapomnienia, jak Jan Drzożdżon.
I tak śledzimy losy Henryka Berezy, jego literackich pasji, własnych definicji, choćby tej, która mnie zawsze intryguje najbardziej, co jest powinnością krytyka.
Może właśnie to, co ujmuje w tak frapujących słowach:
"Mieć najlepszą dobrą wolę, żeby nie zrobić nic złego wobec literatury. Żeby zdawać sobie sprawę, że zajmowanie się literaturą, jeśli tutaj w grę wchodzi jeszcze jakiś rodzaj autorytetu, jest zajęciem tak odpowiedzialnym i tak skomplikowanym jak odpowiedzialność chirurga, który operuje  żywe serce lub żywe oko. Nie powinno podsuwać rozstrzygnięć, jaka ma być literatura, jak ma kto pisać, bo żeby wiedzieć, jak ma kto pisać, to trzeba wiedzieć, co ten ktoś w ogóle może zrobić. Bo nie jest tak, że  każdy, co chce, to będzie robił w literaturze, takiej możliwości nie ma. Jeśli ja się jakimś autorem interesuję (...) to dzieję się tak, że jestem wplątany w los tego autora."
I tak rozdział po rozdziale, sami wplątujemy się w nić słów, podążamy za nimi, by samemu zasmakować życio-czytania, by pochwycić "Końcówki. Henryk Bereza mówi".
          
Adam Wiedemann i Piotr Czerniawski
"Końcówki. Henryk Bereza mówi"
wyd. Korporacja Ha!art, 2010

Między drzewami


Na kuchennym parapecie stoi mała doniczka z bazylią rozsiewającą swój aromatyczny zapach. Na pewno lubi przez okno obserwować biegające wesoło psiaki o poranku, dzieci z lubością wskakujące do kałuż na nierównej ścieżce, samochody sunące sennie w stronę gwarnego miasta. Może nocami rozmawia z księżycem i przegląda się w błyszczących oczach gwiazd. Jej zielone listki, każdy z nich, mógłby być inną historią, zapisem niecodziennych obserwacji. I takie też zielone listki miałam kiedyś w internetowej otchłani. Po prostu przystanęłam kiedyś przed drzwiami do zielonego zakątka pachnącego farbą drukarską wydobywającą się spomiędzy kartek prezentowanych tam książek, opowiadającego zwykłe ludzkie historie i całkiem niezwykłe kocie, przepojonego wrażliwością, jak jesień deszczowymi kroplami i niosącego nadzieję, jak promienie budzącego się słońca wiosną, niosącego szept skrzypiących desek teatralnych. Tam można było wejść z filiżanką kawy w ręku, by przysiąść przy zamyślonym Kafce notującym skrupulatnie swoje myśli. Delektować się codziennym przebywaniem „Z Kafką przy kawce”. Tam pierwszy raz usłyszałam Wierę Gran, tam skulona cichutko między linijkami wierszy pozwoliłam, już na zawsze, uwieść się Annie Boleckiej, a przecież tych zachwytów było tyleż więcej. Stamtąd do mojego kalendarzyka trafiały tytuły spektakli koniecznych do przeżycia, to stamtąd wydreptałam swoją ścieżkę do ulubionego teatru. Ten zielony zaułek stał się uzależnieniem.
Potem jakby przekorny los odebrał mi to miejsce, schronienie przed biegiem codzienności. Listki przestały opowiadać. Zamknęły się drzwi i choć zdawałoby się, że dzierżę w dłoni wiele kluczy, które kiedyś otworzyły przede mną niejeden pokój dający schronienie niezwykłym wspomnieniom, mnie ofiarowując nieprzeciętną gamę zachwytów, to do tych drzwi zielonego zaułka klucza nie było. Tak jak nie było już klucza do mojego ulubionego teatru. Koniec.
Ale przecież każdy koniec zdaje się być jednocześnie czegoś początkiem, więc czekałam. Mijały miesiące. Ratowałam się przekraczając „Zwierciadlane”, comiesięczne, „tereny pod ochroną”, sama szukając tam schronienia dla swojego uzależnienia.
Tak nastał nowy rok, obudziła się nowa nadzieja, otworzył nowy rozdział. I powstał nowy zakątek, który znowu powiedzie na fascynujące literackie i teatralne szlaki, gdzie codzienność będzie całkiem niecodzienna. Tam będzie się chodziło boso, by poczuć pod stopami każdy najdrobniejszy kamyk będący słowem, które być może zaprowadzi kogoś do ulubionej książki lub ulubionego spektaklu teatralnego. Gdzie dreptać się będzie ulubioną alejką, spacerować między drzewami, chowając się przed deszczem pod parasolem rozłożystych gałęzi lub wystawiając twarz ku promieniom słońca ślizgającym się beztrosko między zielonymi liskami. Stanie się ulubionym miejscem, całkowitym uzależnieniem. Dla każdego to może być początek pięknej, wspólnej drogi. Może się tam spotkamy, miniemy w zadumaniu.
Ten nowy zakątek to:
http://remigiusz-grzela.pl

Ciemność nuci pewną melodię


Wciąż z Wierą, z jej historią, przejmującym głosem, który szumi w uszach przedwojennymi piosenkami ze starych płyt, tych czarnych krążków, na których widać każdą rysę, zadrapanie, zadany ból dźwiękowi i melodii, które już nie brzmią tak czysto. Może niektóre leżą gdzieś schowane w pudłach, może są potłuczone, istnieją jedynie w trudnych do złożenia w całość kawałkach, jak życie Wiery, składające się ze strzępów przeszłości przykrytych niełatwą do zdarcia warstwą oskarżeń. To one powoli wsiąkały w nią, jak kwas, spalając resztki nadziei, wżerając się w jej duszę i umysł, niszcząc złudzenia, że można zacząć żyć od nowa.
Czytam niektóre fragmenty książki po parę razy, jakbym za każdym kolejnym próbowała odnaleźć między słowami promień światła, który rozświetliłby ciemności, w których skryła się Wiera Gran. Skryta przed strachem, odgłosem niecichnących win nieudowodnionych, przed sobą samą, tą oklaskiwaną, uwielbianą, może zbyt piękną na szpetne czasy, w jakich przyszło jej przeżywać młodość. Zostaję z nią jeszcze, czytam dalej, niespiesznie. Przede mną kolejny rozdział jej życia, jej ucieczki. Tymczasem mogłabym potwórzyć za Agatą Tuszyńską:
„Im dłużej z nią jestem, im bardziej to drążę, im więcej otwiera się przede mną dokumentów sprzed lat, tym mniej pozwalam sobie rozumieć. Tym bardziej czuję się wobec tamtej przeszłości bezradna. Nieuprawniona do jej moralnej oceny. Cóż wiem, cóż mogę wiedzieć?”
Mówisz: nic nie wiemy. Ale przecież wiemy,
że dobroć istnieje, przynajmniej niekiedy,
i są stare obrazy, które pokazują cierpienie,

i płomyk świecy; są ludzi nieszczęśliwi,
na próżno szukający pocieszenia
jak listonosz brnący w śnieżnej zawiei,

jest muzyka rosnąca w dżungli milczenia,
są oprawcy, są mroczne ulice, ślepe okna,
dni, które wydają się świętem okrucieństwa,

są ci, co płaczą bez nadziei w ciasnej poczekalni,
są podziemne pociągi, ciężkie oskarżenia,
jest także zwyczajna nuda rozmów o sporcie,

i terror długich wieczorów, i krzyki pijaków -
i zdarzają się chwile objawienia,
kiedy dumnie błyszczą kwiaty kasztanów,

a młodziutkie drozdy oszołomione
heraklitejskim ogniem majowego ogrodu
idą niepewnie wśród traw,

a potem zapada ciemność,
i znowu nic nie wiemy,
absolutnie nic, nawet tak i nie.

A jednak także ciemność nuci
pewną melodię, której niestety
nie potrafimy rozpoznać.
Adam Zagajewski
wiersz "Nic nie wiemy"
112 Zeszyty Literackie, 2010 nr 4

Na mole najlepsze są cytryny


Spokojne, ciche popołudnie. Frycek wtulony w fotel przy kominku, Walentyna skulona śpi na poduchach przytulonych do starej, drewnianej skrzyni podróżnej moich rodziców, która aż skrzypi od wspomnień. W kuchni na półce, podwieszonej pod sufitem, wiszą grzyby, zioła i róże. Kwiaty, które uwielbiam, przez co nie sposób je wyrzucić i tak pozostają u mnie, nie tylko stając się pamięcią o tych, od których je dostałam, ale też pamięcią o ich wyjątkowej urodzie. Spoglądam na książkę leżącą na stole i wracam pamięcią do momentu, w którym po raz pierwszy doszedł mnie przejmujący głos Wiery Gran, wtedy, gdy w rękach trzymałam inną książkę, autorstwa Remigiusza Grzeli, "Bądź moim Bogiem", w której autor napisał:
"Ta książka powstała z wielu inspiracji, ale jedną z najważniejszych są losy przedwojennej piosenkarki Wiery Gran (...) Poznawanie Jej losów stało się dla mnie jedną z najciekawszych przygód. Tę powieść dedykuję Jej, z wdzięczności za wtajemniczenie".
Dzięki Remkowi i jego ksiażce, dla mnie, było to także pierwsze wtajemniczenie w życie Wiery Gran. Mam nadzieję, że książką, która leży teraz na stole stanie się jego kolejnym etapem.
Obok niej stawiam kubek z gorącą herbatą. Rozkrawam soczystą cytrynę na dwie połówki.
„Na mole najlepsze są cytryny. Kroi je pani na równe części i rozkłada po półkach i szufladach. Na mole najlepsze są cytryny”.
Nagle dochodzi do mnie cierpki smaku tych słów i sama czuję się trochę jak mól, wkradając się w zamknięty przed wszystkimi świat Wiery Gran. Trochę jak intruz, który dotyka jej intymności, tajemnic, niełatwego i niejednoznacznego życia. A przecież staram się jak najdelikatniej przekładać kartki czytanej książki, wstrzymywać oddech, kiedy uchylają się niepewnie drzwi do paryskiego mieszkania piosenkarki. Zamkniętej nie tylko w ciemnych pokojach, ale zamkniętej w samej sobie, swoich wspomnieniach, bolesnych doświadczeniach i jej tylko znanej prawdzie, której niełatwo dzisiaj dociec.
"Siedzi na łóżku. Pochylona. Jakby na straży swojego lęku. Ręce założone na kolana. Twarz z rzadka oświetla migający ekran telewizora. Jest u siebie. W schronie. W getcie pół wieku później. Wie na pewno, że musi się ukrywać. Niebezpieczeństwo czyha na każdym kroku. Wszyscy są podejrzani".
I chciałabym móc ująć ją za te złożona na kolanach dłonie i szepnąć, że już nie musi się bać, dodać jej odwagi do sięgniecia po swoje wspomnienia bez strachu wystawienia siebie na ponowne oskrżenia. A może to tylko ja sama próbuję sobie dodać odwagi do pójścia za Agatą Tuszyńską i kolejnymi rozdziałami książki "Oskarżona: Wiera Gran", do przejścia kolejnych rozdziałów życia pięknej Wiery, rozkrawanych na połówki, ćwiartki, tak by dojść do środka, do smaku jej istnienia, może czasem nazbyt kwaśnego, wykrzywiającego jej twarz jak w "krzywym zwierciadle", przez co znacznie trudniej spostrzec jej prawdziwe oblicze.
"Większość ludzi ma kogoś, z kim dzieli los, ma lustro w drugiej parze oczu. Taką rolę spełniała dawniej moja mama. Ale jej nie ma. Już od lat jej nie ma. Zostaję sama. Zdejmuję sukienkę, zmywam makijaż. Zrzucam boa. Drętwieję na fotelu. Po fajerwerkach braw i bisów - cisza jest dojmująca. Już nie odbijam się w lustrach zachwyconych oczu... Przestaję istnieć".
Ale być może właśnie takim lustrem, oczami, w których mogłaby się przejrzeć, stała się, dla Wiery Gran, Agata Tuszyńska, która podjęła się próby pokazania niezwykłego życia piosenkarki, dzięki czemu zwyczajna dziewczyny z Wołomina, której śpiew został zagłuszony przez oskarżenia i brutalność świata ją otaczającego, ponownie może istnieć. Zaistnieć dla nas.
"Pamiętam, kiedy po raz pierwszy dostałam róże. Mój Boże, RÓŻE! To było niewyobrażalne, ja Wiera, córka Liby, z Wołomina, spod stacji kolejowej, ja, dla mnie - królewskie kwiaty! Nie bardzo wiedziałam, co z nimi zrobić, jak się zachować. Pogłaskałam je po... twarzy".
Czy książka Agaty Tuszyńskiej, będzie jak ten gest łagodnego pogłaskania twarzy Wiery Gran, gest rozgrzeszenia, oczyszczenia?
Wracam zatem do przedwojennej Warszawy, po cichutku, w miarę możliwości niezauważona, przysiadam na krawędziach kartek...
 
"Oskarżona: Wiera Gran"
Agata Tuszyńska
wyd. Wydawnictwo Literackie, 2010

Fusy i Przypisy


Spoglądałam dzisiaj na śnieg powoli przykrywający samochody i drzewa, tworzący śnieżne kobierce z białych płatków na chodnikach, od czasu do czasu podrywanych przez niesforny wiatr. Trochę jak fusy w herbacie, roztańczone w szklance dzisiejszego dnia, nadające barwy i smaku z każdą mijającą chwilą. Fusy, może jak wspomnienia, z czasem opadające na dno naszej pamięci, skrawki przeszłości układającej się grubą warstwą bolesnych przeżyć. I zdawałoby się, że tkwią przyprószone kurzem zapomnienia, dopóki, coś lub ktoś ich nie poruszy, nie poderwie ponownie ku górze, przywracając na moment chwilę ich niedawnego istnienia. Płatki gorzkiej herbaty, jak płatki cierpkich wspomnień, czasami niechcianych, niechętnie przywoływanych lub niełatwych do odtworzenia. Wydają się być, czasami, jedynie strzępami, poszarpanymi fragmentami podartej, z niechęcią, kartki z pamiętnika, którą chciałoby się na zawsze wyrwać z pamięci.
I w moich rękach znalazł się taki fragment, zapis obrazów z przeszłości będących pamięcią i niepamięcią zarazem. Ot, takie właśnie „Fusy”, skrawki wspomnień córki o matce, będące próbą odnalezienia swojego dzieciństwa, swojej przynależności do czasu teraźniejszego i tego kłębiącego się, rozsypanego na kawałeczki, czasu przeszłego. Będące próbą poderwania wspomnień, śladów tego, co zostawiło niezatarte piętno w coraz słabszej pamięci:
„Przedwojenne miasto, goniące za pieniędzmi, worki listów do sortowania, czarne nagłówki w gazetach grożące nową wojną, książki, żelazka, zebrania naukowe, góry tetrowych pieluch. A wszystko to na zawsze zatopione. I od tego ból stawał się nie do zniesienia. W każdym razie w niektóre dni. W inne dni o niczym takim nie pamiętała”. Bo czasami od pamięci chce się po prostu uciec, by nie znaleźć się pod gruzami swoich wspomnień:
„Moja matka po powrocie z obozu miała własne powody, żeby wyskoczyć z przeszłości czym prędzej, jak z walącego się budynku. Pracę znalazła od razu, bo wzięła pierwszą z brzegu. Była to sortownia przesyłek”.
A, dla mnie, taką przesyłką, stają się co kwartał „Zeszyty Literackie”, które zawsze sprawiają, że potem siedzę i próbuję posortować sobie wszystkie, wspomniane w nich, tytułu książek i tomików poezji, po które koniecznie trzeba będzie sięgnąć. Póki co, sięgnęłam po całkiem nowiutkie „112 Zeszyty Literackie” i przyznaję, że jak zawsze, nie sposób od nich oderwać wzroku, śledząc kolejne fragmenty z szykowanych do wydania książek lub tych, które już się ukazały i godne są przywołania, choćby w małych ich odsłonach. Zatem skrzętnie notuję, zerkam na przypisy, które wskażą mi właściwą ścieżkę,
z rozdziału na rozdział, aż do noty:

Zostałem starannie zredagowany:
ręce i usta, twarz, może nazbyt okrągła,

lecz godna pocałunku, serce uratowane,
jasny płomień męskości, stopy, wciąż

pękające – wszystko na swoim miejscu,
brakuje tylko przypisów, ale to już

sprawa nieprzewidzianych okoliczności,
żebym mógł być zaskakiwany i karany,

z rozdziału na rozdział, aż do noty
biograficznej na czwartej stronie okładki.

wiersz "Przypisy" ks. Jana Sochonia
oraz fragmenty ze zbioru opowiadań Magdaleny Tulli ”Fusy”
mającego się ukazać nakładem wydawnictwa Nisza - jak donoszą przypisy
112 Zeszyty Literackie, 2010 nr 4

Polecany post

Tak czyta się tylko raz

Najbliższy jest mi jednak Wojtek Karpiński tym, że jak mało kto dzisiaj  zachował zdolność podziwu i przyswajania sobie tego,  co p...