czwartek, 10 lutego 2011

Stach w Krakowie


Chłód poranka pogłaskał mnie tak pieszczotliwie po policzkach, aż się zarumieniły z zawstydzenia. Dłonie schowały się szybko w gościnnie otwartych kieszeniach, a palce u stóp podskakiwały rozgrzewając maleńką przestrzeń zamkniętą między wąskimi ściankami pantofli. Zamykając drzwi spojrzałam w stronę Stacha. Już dawno wyszedł poza wszelkie ramy dla niego spisane, poza wszelkie okładkowe ograniczenia, po prostu zaczął żyć własnym życiem. Wróciłam myślami do wczorajszego wieczoru, kiedy długo namawiałam go, by wybrał się ze mną w podróż. Kiedy odwrócił się do mnie plecami, czego nigdy wcześniej nie czynił, pomyślałam, że proszę go o zbyt wiele.
"Pociąg?..." - rzekł do siebie, i przywidziało mu się, że jest to ten sam pociąg, którym jedzie panna Izabela. Znowu zobaczył salonik oświetlony latarnią przysłoniętą niebieskim kamlotem, a w kącie pannę Izabelę w objęciach Starskiego.
Podeszłam do niego. Pozwolił się objąć. Mówił, że bolą go wspomnienia. Po cichu przyznałam mu rację. Pociąg którym sama, lata temu, wracałam z wakacji tylko się wykoleił, jemu w pociągu wykoleiło się życie. Dał się jednak przebłagać. Wie, że mam do niego wielką słabość, że był moją pierwszą miłością. Cóż, historia jak z książki. Klasyka.
W pracy zamiast skupić się na przygotowaniach do wyjazdu, myślałam o Stachu, a wracając do domu szykowałam sobie w głowie kolejne argumenty, aby go przekonać do wspólnej podróży. Tymczasem on przywitał mnie: Otóż i pojechałem... Kupiłem bilet do Krakowa, na Dworcu Warszawsko-Wiedeńskim... Nie chciałam go poprawiać, wiedziałam, że wciąż wiedzie życie w innym wymiarze czasu, praktycznie w ogóle nie zajmował się czasem, który dla niego jakby nie istniał.Spojrzał mi prosto w oczy. Nie mogę ani na chwilę rozstać się z Warszawą i ze sklepem... Żyć bym bez nich nie potrafił - szepnął niespodziewanie, jakby sam do siebie. A jednak od jakiegoś czasu mieszkał w innym mieście. W Warszawie mówiło się już o tym głośno, pisało w periodykach, niosąc wieść za autorem wiadomości, Krzysztofem Rutkowskim. Tytuły obwieszczały: "Wokulski w Paryżu".
Ze strychu przyniosłam walizkę. Stach spoglądał przez okno marszcząc brwi. Lubiłam patrzeć jak na jego czole rzeźbią się podłużne tuneliki, jak koryta rzeki niosącej niespokojne fale myśli. Może próbował sobie wyobrazić tę naszą wspólną wyprawę, widział ludzi wsiadających do wagonów z dziećmi, z bagażami. Mój niewielki bagaż będzie zapewne leżał ponad moją głową. Bagaż Stacha, wręcz przytłaczający, tkwił w jego głowie. Wszak żaden kufer nie byłby w stanie pomieścić tylu doświadczeń i przeżyć. Z całym tym bagażem nie umiał się rozstać i wszędzie zabierał ze sobą.
Zastanawiam się co przyniesie nam ta wyprawa, poniekąd jakby wiodąca w dwóch kierunkach, do Krakowa i Paryża jednocześnie, ale dokądkolwiek bym nie doszła, cieszę się na myśl, że przez najbliższych parę dni towarzyszyć mi będzie Stach "Wokulski w Paryżu".
fragmenty z II tomu Lalki Bolesława Prusa

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz