niedziela, 6 lutego 2011

MACZANIE PALCÓW W ATRAMENCIE


Leniwy, niedzielny poranek. Za oknami słychać jedynie ogłuszającą ciszę. Wiatr odfrunął, zamaszyście porywając za sobą resztki białego jedwabiu, który jak odświętny obrus leżał jeszcze w piątkowy wieczór w ogrodzie.
Zazieleniło się. Nieśmiałe światło, przebijające się przez grube warstwy chmur, wybrało się do mnie na poranny spacer. Przemknęło delikatnie po poduszce oddychającej jeszcze niedawnym snem, przytulało się od ścian, malując na nich różne odcienie "piasku pustyni". Przetykało swoje promyki przez ażurowy parawan, zupełnie jak czynią to sprawne dłonie szwaczki przetykającej złote nici w miękkich warstwach jedwabnych sari. Oblekło rumieńcem pobladłe policzki czosnków, przyłapało na ploteczkach dwie damy w kąpielowym salonie, by w końcu przysiąść na schodach obserwując siebie w odbiciu lustra i tworząc świetlisty dywan, dla moich stóp, schodzących już powoli do kuchni.
Zapachniała waniliowa kawa. Walentyna wyszła na swój pierwszy, od paru miesięcy, spacer jeszcze niepewnie stawiając łapki na wychłodzonym tarasie. W pokoju porozstawiane świeczki, oplecione fantazyjnymi szalami z wosku, tworzącymi pamięć o "stopionym" czasie. Jeszcze wczoraj rozświetlały domostwa pozbawione prądu, porwanego zapewne przez rozszalały wiatr, który musiał dodać sobie nieco energii osłabiony ciężką pracą. I tak, moja wieś zanurzyła się w nieprzejednanych ciemnościach. Nagle zniknęły błyszczące, szeroko otwarte oczy domów, gościnne progi ganków, niektórych jeszcze przyozdobionych świątecznymi lampkami. Jedynie wysmukłe szyje kominów oddychały głęboko snującym się, ponad dachami, szarym dymem mknącym po granatowym niebie jak jasna wstążka, która zerwała się z warkocza wracającej do domu dziewczyny.
Usiadłam przy kominku wpatrując się w ogniste tancerki zgrabnie poruszające się w rytmie wystukiwanym przez pękające kawałki drewna... czemu ostatnio rzadziej pisuję na blogu?
Sama próbuję odpowiedzieć sobie na to pytanie, bo przecież pisanie tutaj zdaje się być jak: Maczanie palców w atramencie. Lampy elektryczne, oświetlające mgły jesienne (...) Gorączka tworzenia wśród zadymionych kawiarni.
A jednak w skrytości ducha przyznałam, że po minionych, kilka dni temu, pięciu latach prowadzenia tego swojego zakątka, ostatnimi czasy, przysiadając by zapisać swoje ukochania i utracenia odzwierciedlające moją codzienność, coraz częściej zdaję sobie sprawę, że tak bardzo boję się tworzenia „pustych pierożków”. Kiedyś tak nazwałam bezbarwne dni, teraz bardziej myślę o słowach - bez smaku, bez apetycznego nadzienia i szczypty odpowiednio dobranych przypraw. Boję się słów niezgrabnych, bezkształtnych, lepionych zbyt pochopnie, bezdźwięcznych, bo czasami mam wrażenie, że zgubiłam odpowiednie proporcje w dobrze składników, przez co ciasto, zamiast formować się w smakowite pierożki, przepływa między palcami pozostawiając niesmak własnej nieudolności.
W dodatku w tej codziennej pogoni za czasem, łapaniem każdej chwili, jak frywolnego motela, uważając by mi się z rąk nie wymknął, kiedy mi się uda go pochwycić, czasami brakuje mi już tchu, by pod koniec dnia coś zgrabnego, jeszcze, z siebie wykrzesać. Ale by nie stać się takim całkiem "wygasłym paleniskiem", obiecuję dorzucać nieco więcej drewna, dostrzegać swoje, przyprószone popiołem codzienności, olśnienia i częściej je tutaj zapisywać, by móc spojrzeć w oczy tych, którzy tutaj zaglądają. By nie skazać się na utracenie tego energetycznego przesyłu między ulubionymi blogami, o którym wspomniał Remek w swoim na nowo zapisywanym zakątku. Bym nie straciła więzi z tymi miejscami, które sama odwiedzam i jestem od nich chorobliwie uzależniona. Biorę zatem łyk herbaty Lipton dla inspiracji, by nie zapomnieć jakie to uczucie "maczać palce w atramencie".
  
"atramentowy" fragmencik pochodzi z Prozy PoetyckiejJarosława Iwaszkiewicza

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz