Dar miłości

Trzeba oderwać się od własnych korzeni. Ściąć drzewo: 
zrobić z niego krzyż i potem nieść go dzień po dniu - Simone Weil

Życzę Wam, aby w ten szczególny czas Świąt Wielkiej Nocy każdy mógł, choć na chwilę, odrzucić swój własny krzyż, czymkolwiek jest i dotknąć Tajemnicy wychodzenia z mroku i ciemności, zaczerpnąć z łaski wybaczenia i próbować unieść w sobie dar odrodzenia do nowego życia, nowego siebie.
Szczególnie też dzisiaj wybrzmiewają słowa Marka Edelmana, kiedy w tle przygotowań do świętowania radości i Zmartwychwstania, wspominamy ogromną wolę życia, która siedemdziesiąt jeden lat temu między murami getta niezdolna była przezwyciężyć mocy zła, że "nienawiść dużo łatwiej wzbudzić niż skłonić do miłości. Nienawiść jest łatwa. Miłość wymaga wysiłku i poświęcenia".  Zatem niech ten czas wypełniony będzie w Waszych domach i sercach, miłością i nadzieją, a w codzienności niech nie zabraknie wysiłku do ich zatrzymania w sobie i dawania innym. Pięknych Świąt!


Postać i narracja porannego rytuału

Istnienie jest życiem, które ciecze z niczego w nic.
Po radości chwilowego spełnienia, po bólu kruchości opada je nuda powtarzania
i przerażająca wiedza, że jako istnienie życie nosi w sobie zalążki zniszczenia.
Karl Jaspers "Wiara filozoficzna wobec objawienia"

W dłoni zamknął pierwszy oddech poranka. Czuł jak pulsuje między palcami zatrzymane na moment zachłyśnięcie się życiem. Przygasające. Wypuścił je powoli, jak motyla z siatki pragnień uniesienia się ponad ciężar własnego życia. Zegar wybił zbyt wczesną godzinę. Wiedział, że z jego jednostkowej perspektywy, poruszał się coraz bardziej po obrzeżach dawnej zdolności do zmagania się z czasem. Przynależności do coraz szczelniej chronionych wspomnień. Ledwo wyczuwalnego już smaku dzieciństwa, ciepłego mleka i zapachu kromki świeżego chleba. Zanurzony w poczuciu identyfikacji z pokoleniem żyjącym już tylko dla własnej pamięci. 
Odgarnął z czoła resztki niedospania. Za oknem deszcz grał swój rozedrgany, krystaliczną nieskazitelnością, koncert. Przez moment odniósł wrażenie, że krople deszczu próbują znaleźć swoją drogę w wyżłobionych zmarszczkach na jego policzku. Wtulił twarz w zagniecenia jeszcze pachnącej nocą poduszki, a bolesna suchość w gardle zdławiła chęć wypowiedzenia choćby najsłabiej dosłyszalnego słowa. Nikt by go nie usłyszał. A jednak lubił dźwięk pierwszego słowa rozchodzącego się lekkim drganiem po wygłuszonych, wielością nieobecności, ścianach niewielkiego pokoju. Jakby przechadzało się odnajdując swoje znaczenie w rytmie poruszającej się zbyt frywolnie firanki, w nazbyt ścisłych splotach minionych zdarzeń i nierównej fakturze wypłowiałego dywanu, na którym każdy ślad stawianych stóp wydawał się odciskiem zgłębianej doświadczaniem tożsamości. Zapisanej w rysach twarzy i bólu rodzącego się dnia, stającego się dla niego osobistym przeżywaniem nowej szansy na kolejny niespokojny oddech. 
Stare radio zaskrzypiało na falach, umykającej jego wrażliwości, muzyki. Nie potrafił się dostroić. Zgranie się z otoczeniem zawsze sprawiało mu kłopot i wykruszało wszystkie zawierane niezgrabnie znajomości. Nieporadny w nawiązywaniu nowych pozostawał sam w swojej nieudolności poruszania się w nowym, nazbyt wielobarwnie wyglądającym świecie. Kaleki. Może stąd zawsze przygaszone światła w jego małym mieszkaniu. Tylko cień przygarbionej sylwetki i wyrafinowane upodobanie do przytłumionych barw, jak z wypłowiałych zdjęć niedomkniętego albumu szeptem wydobywającego się spod drewnianych desek skrzypiącej podłogi. Spod grubiej warstwy ziemi przesiąkniętej bezimiennością nieobecnych. Głuchym krzykiem odnajdywania się po zastygłych oddechach na szybach oszronionych okien wyglądających odległej nadziei. Rozpostartych między framugami coraz większej pokory wobec nieuchronnego. Zamkniętych w odrzuceniu jak mały modlitewnik niespełnionych próśb. 
Ujął w drżącej dłoni szklankę zimnej herbaty. Chłód odosobnienia osiadł opadającymi powoli fusami na dnie zbyt kruchego oddechu. Bezdźwięczna narracja porannego rytuału. Wypuścił z dłoni. Zatrzymane na moment zachłyśnięcie się życiem.

W cieniu blaknącej żarówki

W cieniu blaknącej żarówki. Tomiku wierszy. Spakowane w ciszę niewysłowienie zdaje się wypełniać, po linie brzegu, niespokojne plaże wypalonej egzystencji. Fale bezkresu uderzają o wyostrzone spojrzenie zwrócone do wnętrza duszy budzonej z odrętwienia nocy. Na krawędzi filiżanki osiada cierpki oddech poranka. Dłonie zdają się obejmować coraz mniej z nadchodzącej prostoty życia. Stalowe niebo swoim nieprzeniknionym obliczem zatrzymuje rozbite kruszyny na dnie spodeczka, jak drobinki rozsypanego niezgrabnie cukru. Marnotrawstwo zdławionego w zarodku piękna zastyga przytrzaśnięte w progu niezdecydowania. Nawet wróbel wyrywa się z garści nieśmiałego chwytania nieprzynależnych sobie zdarzeń. Stare pantofle, niezdolne do zrobienia kolejnego kroku, tkwią obarczone przywiązaniem do nieuchronności ich własnego losu. Supełki na sznurowadłach. Na nitkach fałszywej Ariadny wiodących donikąd. W zaprzestanym dopowiedzeniu życia. W cieniu blaknącej żarówki. Zamykam ciebie.


* * *
NARESZCIE wątpiąc, że jednym słowem
Mógłbym zadać koszerny cios ciemności
Tego światła, które oślepia jadalną część mowy -
Jej język na moim, dotykam jej dłoni, jest pusta;
I że jadalna część ciemności wypowie
To, czego nie mogło wypowiedzieć światło,
Jego dłoń w mojej, jego język na moim;

Że jadalna część ciemności oślepiona światłem
Kiedyś wypowie mój język, że dotyk jej dłoni
W mojej nie zwątpi o tym, który nie potrzebuje
Światła ani ciemności, którego rana wyschnie
I uwolni swoją dłoń, jej dotyk w mojej. Mógłbym
Jej zadać tę, która by nie była moją, ale bez niej
Ile razy musiałbym całkiem sam umierać.

wiersz Macieja Niemca
z tomiku "Stan nasycenia"
wyd. Fundacja Zeszytów Literackich, Warszawa 2012


Okulary w złotych oprawkach

Ale najbardziej jeszcze od tych powodów za rekomendację służył mu sam wygląd:
te okulary w złotych oprawkach (...)

Świat zawężony do oprawek okularów. Okrągłych lub kwadratowych, w których mieszczą się proporcje świata. Jak w rysunku Leonarda da Vinci. Klasycznych lub zawadiacko wzorzystych. Grubych lub fantazyjnie wyprofilowanych z cienkich drucików niezdolnego do widzenia wzroku. W końcu także tych wąskich i długich, jakby rysujących granicę dla nieograniczonych perspektyw ludzkiego oka, spłaszczających wycinek spostrzegania, zawężających wiedzenie szersze i pełniejsze, nie tylko na świat, ale i na ludzi. Na ludzkość w całej jej złożoności i pięknie nakreślonych różnic: odmiennych sylwetek w zgrabnie skrojonych płaszczach, fasonów połyskujących pantofli na szklistych, od deszczu, chodnikach przytulnego Gorgadello, szlachetności materiałów eleganckich sukienek lub najwyższej jakości skóry na idealnie przylegających rękawiczkach. Na pierwszy rzut oka świat nieomal sterylnie idealny, jak wnętrze gabinetu Fadigatiego. Chodziło o ambulatorium doprawdy nowoczesne, takie, jakiego dotąd w Ferrarze nikt z lekarzy nie miał. Wyposażone w znakomity gabinet lekarski, który pod względem czystości, urządzenia, a nawet rozmiarów dorównywał gabinetom u Świętej Anny, mogło się nadto poszczycić aż ośmioma pokojami przyległego apartamentu, które służyły za poczekalnie dla pacjentów. (...) Jednym słowem, miejsce wygodne, miłe, eleganckie, a nawet pobudzające do myślenia. Gdzie czas, ów przeklęty czas, który zawsze i wszędzie jest wielkim problemem prowincji, mijał w sposób doprawdy przyjemny.
Wszystko, co w swojej powierzchowności, wedle mieszkańców Gorgadello wydawać się mogło tajemnicą sukcesu, miarą nienagannych manier, budzącą powszechne uznanie znajomość sztuki wplecione w obraz nietuzinkowej osobowości miejscowego lekarza. W ich własnym niezmąconym małomiasteczkowym spokoju.
Ale okulary to także możność bliższego spojrzenia, dostrzeżenia tego, czego oko bez szkieł dostrzec nie zdoła. Pod powieką drgającej ciekawości, w fałdach skrywanego zainteresowania życiem innych, tego co ukryte za murami domów, pomiędzy wąskimi przesmykami zdradliwego zainteresowania i próba przywłaszczenia sobie cudzego świata. Wejście nieproszonym, z tą skazą widzenia wedle własnych upodobań w obrysie wąskich oprawek okularów. Mrużąc oczy jedynie wobec oślepiającego światła odbijającego się od ośnieżonego wzgórza San Luca lub pod wpływem ciężkich nut muzyki Wagnera zapowiadających odgłosy rozprzestrzeniającemu się faszyzmowi, kroczącej powoli zapowiedzi wojny i zawieruchy, w ludzkich sercach, spychających ludzi odmiennych poglądów, pochodzenia i preferencji do wagonów drugiej klasy. Do wagonów odtrącenia. Bezimiennego zapomnienia. Tam gdzie czekolada z migdałami miała smak mydła, na wpół spleśniałych biszkoptów Osvego. Gdzie oprawki złotych okularów doktora Fadigatiego dawno straciły na swoim blasku i galanterii stając się obiektem szeptów i grubiańskich komentarzy. Przejście do trzeciego przedziału. Kolejna przesiadka. W życiu. W pociągu mknącym pomiędzy miasteczkami jak pomiędzy ludzkimi uczuciami rodzącymi się w gęstości kurzu, w poczuciu odtrącenia. W zetknięciu z pięknem młodości. W wiecznym poszukiwaniu przyjaźni i miłości.
A w gabinecie na Gorgadello bywało teraz, że przez całe popołudnie nie pojawił się ani jeden pacjent. On, zgoda, nie miał na świecie nikogo, o kim musiałby myśleć... o kogo się troszczyć...; z punktu widzenia finansowego kłopotów jeszcze nie miał... Ale czy można tak bez końca żyć w całkowitej samotności, otoczony powszechną wrogością?
"Złote okulary" Giorgio Bassani to ostrość spojrzenia na zmieniające się społeczeństwo w przededniu wojny, ale i spojrzenie na nas samych w obliczu czyjejś odmienności pochodzenia, wyznania, upodobań. Wobec życia i pragnienia miłości wszyscy spoglądamy przez okulary w złotych oprawkach.

"Złote okulary" Giorgio Bassani
Tłumaczenie: Halina Kralowa
wyd. Zeszyty Literackie, 2014
seria "W świetle dnia"



Chwyt metafizyczny

Pod nieszczelnie przymknięte powieki docierało drżące światło przepalającej się jarzeniówki. Ciemność za oknem zamalowała kontury mijanego krajobrazu wyglądającego niczym plama czarnej farby na grubym płótnie zawieszonym bez ramy. Bez jakiegokolwiek ograniczenia w istnieniu nieskończoności upływającego czasu. Jakby istniało się poza zewnętrzną rzeczywistością zdającą się być równie nieuchwytną jak zwiewność znikających w milczeniu porannych mgieł. Bezmiarze zatopionym w jednostajnej barwie opadającej gęstości nieuniknionego wieczoru. W drobnych drganiach wyczuwając jednostajny ruch sunącej niespiesznie masywnej sylwetki pociągu. Plastikową łopatką próbuję wymieszać porcję cukru spoczywającą bez ruchu na dnie tekturowego kubka z herbatą. Ktoś mi kiedyś powiedział, abym mieszając łyżeczką cukier poruszała nią w kierunku odwrotnym do ruchu wskazówek zegara. Dla równowagi, we wszechświecie. Chyba mało kto tak czyni. Niezgrabne trzaski w głośniku niosą zapowiedź komunikatu. Planowany postój pociągu. Z mojej perspektywy znalazłam się in the middle of nowhere.
Chwilowa cisza skupienia rozbita zostaje uderzeniami w klawisze laptopa, kogoś, kto siedząc obok mnie zapisuje wydarzenia w swoim osobistym dzienniku, w kameralności niewielkiego przedziału wypełnionego oddechami skazanych na siebie bezimiennych towarzyszy podróży. Ktoś inny dreptał wzdłuż wąskiego korytarza prowadząc nazbyt głośno dyskusję o sprawach sobie tylko znanych.  Zbędność nadmiaru słów odbijała się niczym pocisk przypadkowo wystrzelony w zamkniętej przestrzeni ograniczeń. Odpryski przypadkowości. Znowu ruszamy. Nie pragnę niczego bardziej jak dojechania do stacji końcowej. Ucieczki od stukotu kół, mknących w zapętleniu wokół samych siebie, naciągających każdy mój nerw jak nici na zadyszany kołowrotek pośpiechu, wplatając mnie gdzieś pomiędzy długie ramiona szyn wyciągniętych niczym w akcie rozpaczy podążania donikąd. Uciekam między kartki "Zeszytów Literackich". Chwyt metafizyczny. Ratunek od nadmiaru zbędnych ruchów warg i egzaltowanych gestów. Ulga "Przy stole roboczym" widziana z jakże ciekawszej perspektywy Michała Szymańskiego. Cudowna spójność myśli i delikatność wibracji innego świata. Duch Nabokova. Utwór prozatorski istnieje dla mnie tylko o tyle, o ile daje mi coś, co bez ogródek nazwę rozkoszą estetyczną, czyli poczucie, że zdołałem jakoś, którędyś nawiązać łączność z odmiennymi stanami bytu, w których sztuka (ciekawość, czułość, dobroć, ekstaza) stanowią normę. 
Zmieniam swoją czasoprzestrzeń. Łyżeczka od herbaty porusza się w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara.
Minęły trzy godziny, kiedy dla mnie one dopiero mogłyby się rozpocząć w drobnych drgnięciu zapoczątkowanego zachwytu. Tymczasem pociąg zatrzymuje się w oparach ciężkiego zasapania. Stacja końcowa. Kraków Główny. Moja równowaga we wszechświecie. Chwyt metafizyczny.

Michał Szymański "Przy stole roboczym"
123 Zeszyty Literackie, Jesień 2013

Dusza melancholijna

34. rocznica śmierci Jarosława Iwaszkiewicza,
urodzonego w Kalniku, na Ukrainie

Pejzaż ukraiński i mazowiecki posiada wiele cech wspólnych, mimo iż pozornie różnią się krańcowo. Wspólnotę ich można by było nazwać raczej natury emocjonalnej (...) Jeżeli zechcemy znaleźć to coś, co łączy pejzaż mazowiecki z ukraińskim, musimy się od zewnętrznych oderwać przedmiotów. Zarówno w zróżnicowanym pejzażu Mazowsza, jak w tamtym scałkowanym mieszka pewna dusza, która się i stąd, i zowąd nieraz w pieśni, w melodii, w poezji wyrywa.
Dusza ta jest zarazem moją duszą. Nazywa się "melancholia".

Inaczej tutaj jest w maju
a inaczej w lutym
- księżyc odmienny
oknami czyta stare księgi.
Noce bywają różne
- czar kresowych strażnic
Kalnik i Sitkowice
- dwór z fortepianem.

Stamtąd dzikie gęsi
ciągnęły radośnie
- muzykę życia wiejąc
siwymi skrzydłami.
Stamtąd pachniał tatarak
i szumiały dęby
rozdrożami dzieciństwa,
poezją od matki.

"Pejzaż ukraiński a pejzaż mazowiecki" Jarosława Iwaszkiewicza
oraz wiersz Krzysztofa Kołtuna "Poeta z domu matki"
z książki "Jarosław Iwaszkiewicz i Ukraina"
pod redakcją Roberta Papieskiego
wyd. Muzeum im. Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów w Stawisku
Podkowa Leśna 2011 

Jeszcze nigdy nie byłem tak z bliska przy tworzeniu się człowieka

Chwytam się nieśmiałych jeszcze promieni słońca, aby niczym marionetka stanąć niepewnie na słabych nogach o poranku oszronionym niezdecydowanym odchodzeniem zimy. Równie nieśmiało próbuję zapisać swoje pierwsze odczucia, w drżeniu dłoni, nie mogąc odnaleźć właściwych liter na klawiaturze. 
Kiedy jakiś czas temu przeczytałam pierwsze fragmenty tej korespondencji wiedziałam, że przyjdzie czekać na publikację niezwykłą. Dzisiaj czuję jakbym rozwiązywała długą wstążkę, obejmującą pokaźny pęk uczuć delikatnych niczym liście opadające na jesieni. Jej końcówki są dwiema istotami złączonymi ze sobą nie tylko splotem tkaniny życia, ale połączonymi przez Opatrzność, aby uratować każdą z nich razem i z osobna. Każdą na inny sposób. 
Spoglądam jak rozwiązująca się powoli tasiemka prześlizguje się między moimi palcami wytyczając drogę do odczytania kształtu liter i uchwycenia melodii, zapisanych w odręcznym piśmie, słów. Jestem jak niewidzący posługujący się alfabetem Braille'a, wyczuwając wypukłość punktów stanowiących swoisty kod do odczytania znaczenia ukrytego w geometrii, skreślonych na kartkach papieru, myśli. Ja go szukam. Kodu do ich wzajemnych uczuć, do relacji przejmujących i niełatwych, a jednocześnie przypisanych sobie losem zmienności życia. Ich obu. Jarosława Iwaszkiewicza i Wiesława Kępińskiego. Pisarza i osierocone dziecko. Ojca i syna. Przyjaciół. Bliskich i odległych sobie. 
Wzruszenie zastyga w gardle dławiąc każdą opadającą łzę zrodzoną w zawstydzeniu własnej słabości, jak rodzi się więź między Jarosławem i Wiesiem. Nieporadna jak pierwsze listy chłopca, świadoma i ważna, jak wyznania Opiekuna: Nigdy jeszcze nie byłem tak z bliska przy przemianach dojrzewania, przy tworzeniu się człowieka. I tak lęk mnie ogarnia, że każdy twój krok dzisiaj jest wyborem na całe życie.
Jestem na początku ich wspólnej drogi. Wsłuchuję się jak mała roślinka, posadzona w całkiem nowej ziemi, zapuszcza powoli korzenie. Czerpie siłę i witalność z czułości i opieki jaką się ją obdarza. Rośnie, także w sobie samej, poznając nowe smaki, zapachy, poddając się ciepłemu oddechowi bezpieczeństwa. Z dala od biedy i głodu. Poczucia osamotnienia. Zapełniając powoli odczuwaną pustkę bliskością i poczuciem przynależności do kogoś. Rozkwitając pod parasolem ochronnym miłości. Rodzi się na nowo. Do nowego życia i szansy na lepsze, pełniejsze istnienie, nie tylko dla siebie, ale także dla swojego opiekuna. Chciałem Ci tylko powiedzieć, że w ciągu tego roku żyłem też bardzo mocno dzięki tobie i chwilami nawet byłem szczęśliwy: jest to jeden z najpiękniejszych czasów mego życia. Wiedz o tym.
Kolejna pożółkła koperta. Wyblakły znaczek. Pocztówka z Watykanu.
Książka listów. Pudełko wspomnień. 
Rys pękniętego życia dziecka pod sklepieniem wielkiego serca Pisarza. 
Wtapiam się w słowa wstępu Roberta Papieskiego.
I trudno jedno wzruszenie oddzielić od drugiego, jakby książka nie składała się ze zbioru doraźnie pisanych listów, lecz stworzył ją jakiś majster literacki, który zadbał o to, by znalazło się w  niej wszystko, co powinno wyróżniać dobrą powieść epistolarną. Bo korespondencja Iwaszkiewicza i Kępińskiego czyta się jak powieść w listach, w której można wydzielić trzy równorzędne wątki: opowieść o artyście, opowieść o rozwoju duchowym i dzieje przyjaźni.
Przede mną jeszcze ponad czterysta listów pisanych na przestrzeni trzydziestu lat. Dwóch mężczyzn, którzy zapisali wspólnie własną drogę życia i swoistego odrodzenia. W odchodzeniu i powrotach. W rozłące ostatecznej i ostatniej próbie powrotu do już nie takiego samego domu.

"Jarosław Iwaszkiewicz / Wiesław Kępiński
Męczymy się obaj. Korespondencja z lat 1948-1980"
Opracowanie: Agnieszka i Robert Papiescy
wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2014 


dusza moja znalazła drogę

120. rocznica urodzin Jarosława Iwaszkiewicza

Nic innego wyczytać nie mogłem. Jedyne to słowo zawierało w sobie treści więcej, niż wszystkie inne, razem zebrane. Rozciągnęło ono złocisty niewód w tysiącu oczek przez cały firmament, ułatwiając mnóstwo moich uczuć, które jak tłum much poczęły się cisnąć, aby sfrunąć mi z ust. Żałość wspomnienia, to słodkie i piekące uczucie zarazem, roztkliwienie, albo nagłe przypomnienie męskiego uniesienia i chłodu w chwili decyzji – wszystkie one jak cienie górskie przepłynęły i uleciały, aby pozostawić we mnie ciszę, siostrę ciszy górskiej. Jak dwa połączone naczynia zewnętrzność i wnętrze moje napełniły się zapachem zimnej wody i górskiego liszaju. Odeszły ode mnie uczucia i wspomnienia uczuć, i dusza moja znalazła drogę do duszy wszechświata.

Jarosław Iwaszkiewicz "Proza poetycka"
wyd. Czytelnik, Warszawa 1958


Może tak właśnie będzie

Tafla jeziora, jak porcelanowy talerzyk, zataczała biały krąg gładkości wśród wieżyczek strzelistych świerków. Ostry zapach mięty pieprzowej rozcinał gęstość posiwiałego poranka na mazurskich bezdrożach zatrzymanych w bezruchu mroźnego powietrza. Słońce próbowało ogrzać szklistość poświaty iskrzącej się nieśmiało w drgnięciu nowego dnia. W poszukiwaniu ciszy.
Gdzieś na skraju dnia i nocy, granicy rozwidlenia świadomego chwytania się snu i przebudzenia, przychodziła samotność przeżywania jej w kręgu osób znajomych i jakże odległych jednocześnie. Móc nieskrępowanie pozostać sobą. Schowana pomiędzy kartkami korespondencji Jarosława Iwaszkiewicza z Andrzejem Wajdą patrzyłam na krajobraz Mazur przez filtr ich artystycznej wrażliwości, potrzeby bycia ze sobą i odnajdywania wzajemnej twórczej inspiracji.
U mnie w dalszym ciągu b. smutno. Trzymam się tej ziemi jedną nitką, nitką smutku. Bardzo ciężka starość. Ale jakoś mnie twórcza wena nie opuszcza. Jeszcze można wytrzymać - notował w swoim liście Jarosław Iwaszkiewicz.
I zdała się myśl Wyspiańskiego "smutek to piękno" tłem dla listów, pewną smugą cienia ich korespondencji, niewielkiej, ale dla mnie szalenie urokliwej. Jest w niej smutek dojrzałości życia i dojrzałości twórczej, pragnień i tęsknot, chwytania dla siebie skrawków chwil i myśli, obrazów zapisanych na kliszy filmowej i słów między okładkami książek. Odniesień do przeżyć zaczerpniętych z własnych doświadczeń i tych przekazywanych poprzez akapit malowniczo spisanej prozy a ujętej na kliszy zatrzymanych wyobrażeń. Jest w tych listach rodzaj ulotność, fragmentaryczności wspólnie odbieranych emocji, jakby wychwytywanie ostatnich momentów wspólnego kadru.
W poniedziałek wieczorem nastąpi ważny moment konfrontacji (na tegorocznych Konfrontacjach) naszego filmu ["Panny z Wilka"] z widownią, ciekawe, jak to wypadnie! Może wśród tej złości i niepowodzeń, które nas prześladują, widzowie zobaczą inny świat, łagodny i piękny... i bezinteresowny. Może tak właśnie będzie.


Jarosław Iwaszkiewicz / Andrzej Wajda
Korespondencja
wyd. Zeszyty Literackie, 2013



za rok przyniosę Ci szalik

młody człowiek niesie trzy bladoczerwone róże
dwie dziewczynki biegną z sercem pełnym czekoladek
chowam twarz bo moje dłonie są puste
wciąż boję się że jest Ci tam zimno

za rok przyniosę Ci szalik
i wełniane rękawiczki

Mondo czyli świat do zaadaptowania

Przyszedł. Niezawodny. Nagusieńki. Cały do obleczenia w słowa, wzruszenia i przeżycia jeszcze nienazwane. Stając się cieniem w dzień i poświatą nocy. Pozwalając się oswoić, ale zachowując swoją odrębność. Nieprzewidywalny, jak nagłe podmuchy wiatru podrywające opadłe liście, sprawiając że jeszcze na ten krótki moment uniosą się ponad swoje zagniecenia i przekwitłe nasycenie barw. Opadając w całkiem nowym miejscu. Nowa nadzieja. Tajemnica każdego poranka. Czas do zaadaptowania. Przygarnięcia. Jak Mondo.
Kiedy do kogoś podchodził, patrzył mu prosto w twarz, uśmiechał się, a jego podłużne oczy zmieniały się w świetliste szparki. W ten sposób nas pozdrawiał. Kiedy ktoś mu się spodobał, zatrzymywał go i pytał: - Chcesz mnie adoptować? I zanim zapytany ocknął się ze zdumienia, był już daleko.
Zatem nim zniknie za rogiem swojego własnego, spełnionego czasu, oddaje nam siebie. W drobnych doznaniach, w nieśmiałości która otwiera oczy o świecie, w pierwszych śladach stóp niepewnie stawianych w progu codzienności. Nowy rok. W nowo otwartej książce.
Piękna dzisiaj pogoda, niebo całkiem błękitne, tak jak lubię. Chciałabym, żebyś był tutaj i mógł je zobaczyć. Morze też jest całkiem błękitne. Niedługo nadejdzie zima. Zacznie się kolejny długi rok.
Oby był on tak nieprzenikniony i przepełniony wrażliwością, jak bohaterowie Jean-Marie Gustave le Clezio "Mondo i inne historie". Mondo, istotnie odnosi się do "świata". Świata dzieci, pełnych ufności, marzeń i potrzeby przeżywania życia w kontakcie, nie tylko z drugim człowiekiem, ale także w zgodzie z naturą, przyrodą, w dążeniu do spełniania własnych pragnień. Dotykania imaginacji, wejścia w krainę fascynacji, pokory dla sił pierwotnych w otaczającej ich naturze i zmienności pór roku. Odbierania otoczenia wszystkimi zmysłami. Nawet kiedy zawodzi wzrok jest zapach i dotyk, smak słonej morskiej wody, odgłos samotności odlatujących ptaków i brzask zapowiadający całkiem nowy dzień pobudzający wyobraźnię do wyostrzenia swoich konturów wyłaniających się zza niskich chmur przyziemnej egzystencji. Kiedy brakuje dachu nad głową wystarczają skrzydła zawieszonych nad głową marzeń, a krople deszczu stają się perełkami pragnień, czasami rozbijających się o szczyty niedościgłych wzniesień.
I staje się, naprzeciw dziecięcej ufności i wiary w spełnienie, przed ucieczką od dorosłości, od cywilizacji burzącej porządek natury świata. Zanurzając się w dziecięcą wrażliwość i umiejętność widzenia świata w najprostszych barwach, w spokojnym tętnie ziemi i regularnym oddechu morza, bo każda z historii Le Clezio jest dotknięciem czubkami palców nieba. Doznania cudu, z jaką Jean-Marie Gustave potrafi uchwycić delikatność dziecięcej wrażliwości. Mondo. Świat. Zanurzony w istocie prawdy sił natury i potędze wyobraźni. 

"Mondo i inne historie" Jean-Marie Gustave Le Clezio
Książka uznana za współpczesną wersję "Małego Księcia"
oraz jedno z największych dokonań współczesnej literatury francuskiej.
wyd. WAB, Warszawa 2011
Literacka Nagroda Nobla 2008 dla J.M.G. Le Clezio



Uśmiechu kogoś zupełnie nieznajomego

Po uśmiechu można poznać ludzi, i jeśli przy pierwszym spotkaniu uśmiech kogoś zupełnie nieznajomego spodoba się wam, śmiało twierdźcie że to człowiek dobry.

Kolejny próg do przekroczenia. Białe kartki do zapisania. Czas jakby dany od nowa. W ślad za myślą Fiodora Dostojewskiego życzę Wszystkim, aby był pełen przychylności, napotykania uśmiechu nieznajomych, dobrych ludzi i myśli wartych zatrzymania w sercu. By czuło że żyje. W różnorodności spełnień.



Nieulotności międzyludzkich relacji

Niepotrzebnie wziąłem ten notes. Pomyślałem jednak, że zamiast nudzić się, może uda mi się z jakąś literką zrobić porządek, a kto wie czy nie natchnęłoby mnie to, aby tak samo zrobić z następną, a może i następną, co przemogłoby wreszcie bezradność, która doprowadzała mnie do tego, że po kilkunastu nazwiskach rezygnowałem.
Przyszedł czas, aby swój notes otworzyć. Wyciętymi fragmentami brzegów zaznaczonych kolejnymi literami alfabetu. Notes otwierany od święta, kiedy przychodzi czas wysyłania okolicznościowych kartek z życzeniami. Przyglądam się uważnie widniejącym w nim nazwiskom. Niektóre jakby nieco wycofane, oddalione się nie tylko w mojej pamięci, ale i fizycznie, wyblakłe swoim istnieniem między kartkami notesu. Inne wciąż wyraźne, dosłownie brzmiące i niezachwianie wpisane w fakturę, nie tylko tego niewielkich rozmiarów notatnika, ale nade wszystko mojego życia. Czasem tylko jego fragmentu, strzępków wyrwanych nagłością wydarzeń, ale jakże ważnym i trudnym do całkowitego usunięcia się nie tylko ze sfery wspomnień, ale i moich wciąż iskrzących uczuć wplecionych w czyjeś w moim życiu zaistnienie.
Żadnych nazwisk i adresów nie wykreślam. Tkwią w notesie i we mnie już na zawsze. Nawet jeśli "A" już nie tak strzeliście wyprostowane czy "S" straciło na swojej wdzięcznej giętkości, każda z tych liter stojąca na początku czyjegoś nazwiska nie zagubiła się w bezimiennych kadrach minionych lat, istnieje nierozerwalnie związana ze mną i tym  popękanym, pożółkłym notatnikiem.
Przekładam kolejną kartkę. Pojawia się kolejna litera. Adresy czasem oddalone od mojego tysiącami kilometrów i tysiącami niedoświadczanych wspólnie przeżyć. Niektóre z adresów mają już całkiem innych właścicieli, a jednak dla mnie są najważniejsze, jak niezapomniane lata dzieciństwa.
Ogarnąć życie. Znów nachodzą mnie wątpliwości, czy to w ogóle możliwe, czy ten zbiór przypadków, w którym mało co ma z sobą związek, jak te wszystkie imiona, nazwiska, adresy, telefony w moim notesie, jak skłonny poddać się naszej woli. Mimo to próbuję, ponieważ jednego jestem pewny, że to za mało tylko żyć. bo to nie to samo żyć, a wiedzieć o tym. Nie dam głowy, na ile i ten mój notes jest wiarygodny. Ale w nim jest prawie wszystko, czego mógłbym się o swoim życiu dowiedzieć. Przynajmniej tak mi się zdaje.
Piszę na białej kopercie kolejną nazwę ulicy, miasto i ten ogrom myśli powiązanych ze sobą, rozciągających się w różne strony na mapie geograficznej i mapie moich własnych przeżyć. Osób, które przewinęły się czasem w całkowitej cichości, a czasem zostawiając we mnie piętno wypalonych uczuć. Najtrudniej ominąć adres, który chciałoby się nanieść na gładkość czystej koperty, a który przynależny jest już do innego świata, innego adresata. Obumarły, a we mnie wciąż tak żywy. Zaklejam w niezaadresowanej kopercie wyblakłe zdjęcia i kilka bezbarwnych łez. Tymczasem notatnik pozostaje wobec nich zupełnie obojętny. Pochłania sobą tę odrobinę wilgoci pozostawiając jedynie ledwo widoczny ślad, pustkę niezdolną do zapełnienia kimkolwiek innym. 
Na stoliku pojawiają się kolejne koperty tworząc wachlarz rozmaitych znajomości, przyjaźni, pokrewieństwa serc i myśli, ale i tych relacji, które się rozluźniły, jak sploty w wełnianym szaliku, który już nie daje tyle ciepła, co kiedyś, ale wciąż przywodzi na myśl miłe wspomnienia. Dlatego lubię ten moment, w którym w świątecznym karnecie pojawiają się słowa życzeń, a zaklejenie koperty to jakby akt zamknięcia pewnego momentu, czasoprzestrzeni charakterystycznej i przynależnej tylko do tej właśnie chwili. Czasu oczekiwania na święta. W kopercie zostaje zatrzymany czas, sekunda, która wymknęła sie spod wskazówki starego zegara, drżenie dłoni piszącej życzenia, drobna rysa refleksji i źdźbło rozczulenia, szczypta magii. Cząstka mnie samej, którą oddaję w czyjeś dłonie, choćby na drobną chwilę otwarcia koperty, wysunięcia z niej świątecznego karnetu i przeczytania kilku napisanych odręcznie słów.
Patrzę na koperty myśląc o tych wszystkich, do których są skierowane.  I może nawet jestem dzięki temu, że patrzę. Nie musiałem sobie niczego wyobrażać, nie czułem nawet, że jakiekolwiek słowo chce się we mnie narodzić, bo wszystko było w tym patrzeniu. Niekiedy nawiedzało mnie wręcz poczucie, że to patrzenie jest niezależne od mojego istnienia. Tylko czy możliwe jest istnienie świat niezależnie od człowieka? Któż by go wówczas przeżywał, doznawał, potwierdzał? Co poza człowiekiem mogłoby zapewnić istnienie światu? I może do tego sprowadza się nasza niezbędność?
Dla mnie wysłanie kartek świątecznych do niezbędny element świąt, podtrzymywania relacji z osobami bliskimi i tymi, którzy istnieją w oddaleniu od mojego kawałka świata, ale tworzą jego ważną cząstkę.
Dlatego życzę Wam nade wszystko nieulotności międzyludzkich  relacji i wiary w bezinteresowność drugiego człowieka. Dojrzenia gwiazdki na niebie, niosącej ze sobą jasność i nadzieję. Ciepła i szczypty magii, które nie znikną, kiedy święta zostaną już jedynie mgiełką wspomnienia.

fragmenty z książki Wiesława Myśliwskiego
"Ostatnie rozdanie", wyd. Znak, Kraków 2013



Postać i eteryczność poranka

Obudziło go głośne pukanie do drzwi. Próbował dociec czy ten rozrywający, eteryczność rozciągającego się leniwie poranka, dźwięk drży na cienkiej tkance snu czy to tylko nadgorliwa świadomość budzącego się dnia. Próbował pozbierać odłamki samego siebie z zagnieceń niedospania. Szuranie kapci powoli zawężało się do ciemnego korytarza nieprzeniknionego przez żaden dźwięk w zimnych ścianach obojętności. Uchylił ciężkie drzwi. Na wycieraczce leżała ulotka w pośpiechu porzucona niczym złudna nadzieja zaistnienia choćby na moment, choćby dla kogoś nieznajomego. Nadaremność trudu. Nagła cisza pękła resztkami złudzeń. Zamknął drzwi i oparł się ciężko o pochylone plecy starego fotela czując jakby jego ramiona były nadłamanymi gałęziami drzewa przynależnego do opustoszałego kawałka ziemi. Nieruchomej.
Zaczął szukać w sobie rozgrzeszenia za nie swoje winy. W pustce poszarzałych źrenic. W przebudzeniu ze stanu osamotnienia, w tułaczce odwiecznego poszukiwania swojej przynależności. W zagłębieniach wychudłych policzków. Wydobywając siebie spod ciężkich gruzów przeszłości i składając całość z rozbitego zwierciadła zdarzeń. Przeszłość wciąż wisiała nad nim ciężkim kamieniem noszonego brzemienia.
Spojrzał w okno. Niebo wyglądało jak budyń waniliowy z mgiełką gęstego syropu malinowego. Zbyt apetycznie. Jemu w odniesieniu do życia jakże tego apetytu z każdym dniem ubywało. Mógł jak mantrę powtarzać za Amielem, że życie to tylko tkanina przyzwyczajeń stających się dla niego kokonem, warstwą ochronną przed jakąkolwiek niepożądaną zmianą ustalonego dla sobie porządku. Poczuł podskórnie, że to jedna z tych chwil, kiedy czuje się jak dróżnik na rzuconej w zapomnienie bezimiennej stacyjce. Swoistej nadziei przetrwania, choćby w czyimś przelotnie uchwyconym spojrzeniu. Trzymał ich mnogość pod powiekami pamięci i tylko on widział wagony jadące w mgliste przeświadczenie o czyimś tlącym się jeszcze istnieniu. On i nieznośny turkot przemykających wagonów. W emocjonalnym od siebie oderwaniu, biegnąc równoległymi torami niemożliwymi do spotkania się w jakimkolwiek punkcie rzeczywistości. Za szlabanem ostatecznego rozstania.
Sam czuł się wpisany w jakąś, jemu niedościgłą wciąż, realność. Autentyczność jego życia została dawno temu za murem popękanych losów, niedosłyszanych głosów. Za nieprzejednanym przekonaniem, że utknął nieruchomo w czasie coraz bardziej niezdolnym do jakiegokolwiek uczucia. Jego osobny świat utrzymywany przy życiu na własny koszt niemożliwy do oszacowania. Jego spłata zaciągniętego długu, za ciągłe trwanie przy życiu. Ciche noce pozostały jego zasłoną przed światem. I on sam, w poświacie przydrożnych latarni w oczekiwaniu, by ktoś spojrzał w jego stronę. Uniósł wzrok ponad doczesność. Zauważył pochyloną nad samym sobą sylwetkę, skuloną w bezczuciu między framugami własnego nadwyrężonego człowieczeństwa.
Uchylił okno wystawiając twarz na mroźny podmuch przedwczesnej zimy. Zmierzał donikąd, stojąc wciąż przy tym samym parapecie na osi przenikliwego przeciągu. Poprzestał na istnieniu. W przenikliwości eterycznego poranka.

Szukam go nieprzytomnym od zmęczenia wzrokiem

Na niebieskim wysokim niebie dwa nieskończone,
różowe pasma.
Dwa czarne odlatujące ptaki na ich tle,
i cała w tym jesień.

Zasłona deszczowych kropel trzepotała od rana poruszana silnym powiewem wiatru tańczącego z choinkami w ogrodzie, przeciskając się wilgocią przez szczelinę lekko uchylonego okna. Próbowała wślizgnąć się pod kołdrę ciężko zawieszonej aury. Wkrótce śnieg przykryje resztki brunatnej zieleni, zima odmieni koloryt świata. Rozbłyśnie w czystości bieli, w delikatności puchu przykrywającego wszelką szarość przyziemnego spostrzegania. Obudzi wyobraźnię.
Zegar tyka miarowo budząc zaspany wciąż poranek. Pod powiekami bajka niespełnionego snu snuje się lekkim oddechem westchnienia. Pora przebudzenia. Ktoś czeka u progu. Ktoś odchodzi znikając z kartki notatnika wyblakłym nazwiskiem zapomnienia. Wybrzmiałym akordem chwilowej obecności pozostając nieobecnym śladem pustego miejsca. Gaśnie latarnia na ganku przydrożnego odpoczynku. Pozostaje niezgaszona wierność prawdziwej przyjaźni.
Nowy dzień. Pierwszy. Za moment będzie ostatnim. Przychodzi odmienić koloryt mojego świata, odsłonić widok niedościgły do tej pory dla mojego wzroku. W nierówności swoich barw zmiennych jak nastroje próbujące przeniknąć coraz grubszą skórę mojego nie-odczuwania. Płatkami puchu i kurzu chcąc ułożyć mozaikę emocji coraz częściej ubogich i poranionych, nadwyrężonych upływem nieuchwytnego czasu. W słowach zamkniętego modlitewnika szkicując skrzydła niedościgłego przemijania. Szukam go nieprzytomnym od zmęczenia wzrokiem.
Tymczasem przyszedł grudzień.
Mieszkanie starodawne. Śniadanie w łóżku. Plotkarstwo gazeciarskie. Deszcze nieznośne. Utracenie się. I odnajdywania się radosne. Intrygi kulis i redakcyj. Maczanie palców w atramencie. Lampy elektryczne, oświetlające mgły jesienne. Bezmierne tęsknoty w pustce arystokratycznych salonów. Gorączka tworzenia wśród zadymionych kawiarni:
Grudzień.

fragmenty Prozy Poetyckiej Jarosława Iwaszkiewicza
"Kasydy zakończone siedmioma wierszami"
wyd. Czytelnik, Warszawa 1958

Pozwolić sobie powiedzieć

Otworzyłam oczy w poszukiwaniu swojego kawałka nieba, palcami próbującymi dotknąć sklepienia niedościgłego ponad sobą, z każdą chwilą zatapiającymi się w przezroczystej próżni, jak w umykającej ucieleśnieniu się porannej mgle. Nieuchwytnej, niemożliwej do zamknięcia w uścisku dłoni.
Resztki nocy zatopiły się w ostatnim łyku kawy. Kruchość poranka osiadła drobinkami nierozpuszczonego cukru na gładkim dnie filiżanki, a może to drobiny księżyca rozkruszyły się zmęczone zawieszeniem ponad doczesnością, zrywając swoje przywiązanie do nieba i schodząc na ziemię w pokorze dla jej nieprzewidywalności. Tymczasem nieprzewidywalność zdarzeń wydaje się ostatnio gościem w moich progach i tylko próbuję dociec jak wiele może znieść ziemia będąca niemym świadkiem zbierającym na swoim grzbiecie ślady naszego poszukiwania ścieżek łagodnych dla wrażliwości naszych stóp. W wielości dróg zbiegających się na granicy wytęsknionej cichości i drżeniu codziennego zabiegania.
Chwila wytchnienia w filozoficznym pragnieniu dotarcia do sedna wyrazistości słowa i prawdy. W pragnieniu zgłębienia piękna, choćby najbardziej prozaicznie utkwionego w starych kamienicach i wypaczonych przez czas oknach, których okiennice resztkami sił zamykają się przed jasnością budzącego się poranka. Światło obnaża ich wiek, nieuchronność przemijającej chwili i prawdę o przemijającym bezpowrotnie pięknie.
Piękno nie występuje obok prawdy. Każda prawda odkłada się w dzieło, wtedy się przejawia. Przejawianie się - jako bycie prawdy w dziele i jako dzieło - jest pięknem. W ten sposób piękno należy do wydarzania się prawdy. Nie jest ono czymś zrelatywizowanym i tylko do upodobania.
Zmagam się z Heideggerem. To zmaganie zmieniające, niemożliwe do ujęcia w całej mojej nieudolności wysłowienia go choćby milczeniem. Oddaję się  nasłuchiwaniu, ucząc się go przy Heideggerze pragnę dostrzec swój Byt, wrazić siebie choć ostatnio staje się to coraz trudniejsze do uchwycenia w słowo.
"Jak jednak Bycie się wyraża? Trudno być istotnie przekonanym co do tego, gdzie należy poszukiwać - w sposób pozytywny - owego Bycia. Heidegger jednak nie ma wątpliwości: Bycie istoczy się w języku, poza nim nie ma możliwości doświadczania Bycia. Dzieje języka ujawniają Bycie - odpowiednio przechowywane, przez pamiętające Da-sein - dlatego, że Bycie i język należą do siebie nawzajem, są [...] Tym Samym. (...) Zamilknięcie człowieka dokonywać ma się w obliczu nadchodzącego powiadania języka, który wskazuje [zeigen] Bycie. Języka, na który człowiek ma się otworzyć, pozwolić-sobie powiedzieć."

fragmenty: 
"Czytanie Heideggerem? O Heideggerowskiej lekturze dzieła poetyckiego" Adrian Gleń
Przegląd Filozoficzno-Literacki, nr 1 (13), 2006 - "Filozofia Literatury"
wyd. Uniwersytet Warszawski


Szybciej niż oddech zdoła się narodzić

Świat przemija obok mnie szybciej niż oddech zdoła się narodzić w mojej wątłej piersi. Pęka niczym bańka mydlana w nieuchwytności swojego kształtu rozpływającego się ciężkim westchnieniem. Dni tygodnia zlewają się ze sobą tworząc długie wstążki łączące sobą odległe miasta i moje oddalające się od siebie pragnienia niełatwe do splątania kokardą ulotnych skrzydeł obumarłego motyla.
Ciągle w drodze. Obrazy za oknem płowieją wraz ze zmieniającą się aurą, jakby osiadała na nich warstwa spopielonego dnia, resztką mgły przemijającej zbyt pośpiesznie chwili niezdolnej do zatrzymania się na koniuszkach rzęs. Tylko łzy zmęczenia iskrzą w ciemności nocy. I już nie wiem czy to stukot kół pociągu czy to moje serce tak mocno uderza w niepokojącym drżeniu nieopuszczającego mnie pośpiechu. Szukam po omacku wyrazistości kolejnego dnia. Dosłowności granicy przekraczanej w połowie drogi między sobą i kimś zgoła mi nieznanym. Niedowidząc kształtów, nie czując smaku poranka ani gorzkiej ciemności nocy.
Coraz mocniej zakochuję się w Macieju Niemcu. Wyznanie. Zatracam w jego poezji skrawki nieprzypisanych do żadnej czynności chwil, jak do ułamków draśniętych na tarczy skrzypiącego zegara i rozbijających się o głuchość podłogi startej mnogością niezatrzymanych, w żadnym zarysie, śladów stóp przechodniów całkiem sobie obcych. Porzucone w pośpiechu kapcie szurają niemrawo w stronę oddalenia od domowego zacisza. Duszność małego przedziału. Chowam przygaszone spojrzenie pomiędzy jaśniającą biel kartek tomiku wierszy szukając nienasyconego stanu pragnienia, przeżycia oddechu zrodzonego w spokojnym uniesieniu się ponad niecierpliwością dogonienia samej siebie.

Kawiarnia, chwilowa przystań
pomiędzy hałasem bulwaru
i samotnością wieży.

Za wielkimi szybami ruchliwy labirynt miasta,
ludzki, więc wytłumaczalny.

Nie usiąść naprzeciw lustra.
Nicość to brak uwagi,
formy i pustka są pełne siebie

albo przestają istnieć,
a pobliski świat
nie przestaje być obcy i niezależny od nas,

jego wszechobecne nada
w tym lub innym nierzeczywistym mieście

otwiera powieki jak przejścia doniką

albo przemienia się w widzialny konkret,
świadczący, że jest się skazanym
na uwagę.
Powiedziałeś kiedyś:
- Prawdziwi ludzie się nie zmieniają. -

Tak, nie zmieniają się nawet
nieprawdopodobnie, jak gdyby nasze gesty pozostawały
przywiązane w jakimś lustrze.

Także rzeki się nie zmieniają: tylko książki -
nie można przeczytać dwa razy tej samej książki.

Kawiarnia to rozmowa,
a głosy wokół rozgrzewają jak wino.

Jesteś tak ważny,
że rozmawiając z tobą, bywałem roztargniony.

Mówimy o wielkich ciemniejących szybach, o tym,
co można zobaczyć, kiedy widać mało,

gdzieś w okolicy Solfeerino, kiedy jeszcze świeci słońce
i zapalają się latarnie.

Maciej Niemiec Kawiarnia
z tomiku wierszy "Stan nasycenia"
wyd. Seria Poetycka "Zeszytów Literackich", Warszawa 2012

Ostatnią moją nadzieją było potem tylko zawsze okno

Amiel nigdy nie potrafi znaleźć się we właściwym czasie i miejscu. Stąd rozszczepia się nieustannie na "ja" teraźniejsze, które pisze bądź wspomina, oraz na "ja" stracone - czyli to, które już przeminęło, lub też to, które się nie narodziło na skutek niewłaściwego wyboru oraz niechęci do życia aktywnego.
Piotr Śniedziewski "Melancholijne spojrzenie"

Pod powiekami zachowałam widok zamglonych poranków i Krakowa w otulinie białego puchu, wyglądającego niczym ciastko pod grubą warstwą lukru. Tymczasem po powrocie do domu wiatr starał się wyszarpać z mojej pamięci słodkie wspomnienia porywając je niczym jesienne liście z drzew, w wielkiej zachłanności odrzucenia ich w zapomnienie. Rozwichrzenia, niczym płonnych nadziei na długie, jak wełniany szal, ciepło jesiennych dni, które rozścielone w wąskich uliczkach wypełnionych szczelnie oddechami przemierzających je mieszkańców, tych stałych i tych w tymczasowym zamieszkaniu przebywających. Dla mnie jak zwykle to czas zabiegania, ściśle zapisanej listy spraw do załatwienia, w niedostrzeżonym przez nikogo przemykaniu między przytulonymi do siebie kamienicami i oknami spoglądającymi na zmieniający się koloryt nieba.
I nagle wieczór wkradał się w samotność bezimiennego pokoju, a ja czułam się niczym Ulrich stając w oknie i spoglądając przez delikatny zielony filtr ogromnego powietrza na brunatną ulicę i od dziesięciu minut licząc z zegarkiem w ręku samochody, pojazdy, tramwaje i jakby wyblakłe z powodu odległości twarze pieszych przechodniów. Noc w swojej ciemności wydawała się wyblakła, siwa od rozścielonej mgły i zmiękczonych zbytnio konturów księżyca niewidzialnie zawieszonego, niczym nocna lampka nad łóżkiem na cienkich niteczkach łączących skłębione, po całym dniu, myśli i nieuchwycone zbyt zgrabnie słowa, które stłukły się niczym szklany pantofelek zabieganej codzienności. Całkowity rozdźwięk między pragnieniami a odczuwaną, każdym milimetrem swojej cielesnej egzystencji, rzeczywistością.
Rano odsłaniając ciężką zasłonę i perspektywę dnia wypełnionego kolejnymi spotkaniami i niezliczonymi dyskusjami daleko zarysowanych perspektyw czułam, że "wiecznie jestem przy wstępach i nie zabieram się do samego dzieła", że się rozdrabniam, rozmieniam słowa na dźwięk pojedynczych sylab głucho znikających w otchłaniach niedosłyszącej przyszłości. Goniłam samą siebie pragnąc powolności słów, stawianych kroków, oddechu zostającego za rogiem mijanej ulicy, ociągających się myśli niezdolnych chwilami do nadążenia za własnym wysłowieniem.
Pustka osiadająca na wargach warstwą niezdolności do wyrażenia siebie. Pragnienie prostoty. W końcu przychodziło to odczucie "rozszczepienie" u kresu dnia i u zarania samotnie przychodzącego zmierzchu. Zegar zatrzymywał się w gęstości wąskiego hotelowego korytarza. Patrzyłam na teraźniejsze "ja" nasycone obrazami wspomnień mijającej chwili próbując zauważyć "ja" stracone, które zdążyło przeminąć, a nie narodziwszy się jeszcze pozostawiało mnie na granicy odosobnienia przynosząc jednak upragnione zatrzymanie, kiedy w grubej warstwie dywanu znikały ślady moich zmęczonych stóp. Pozostawałam ja i Jacques Le Rider. Oboje niewidoczni dla innych odnajdujący swoje odbicie w szybie samotności.
Ostatnią moją nadzieją było potem tylko zawsze okno. Imaginowałem sobie, że na dworze może być jeszcze coś, co jest moje, nawet teraz, nawet w tym małym ubóstwie umierania. Ale zaledwie spojrzałem w tę stronę, a już pragnąłem, aby to okno było zatarasowane, zabite jak ściana. Bo wiedziałem, że tam w świat ciągnęło się dalej wciąż równie bezlitośnie, że i tam na dworze nie było nic, jeno samotność moja. Ta samotność, którą ciągnąłem na siebie, a która tak wielka była, że jej wielkość serce moja nie odnosiło się już w żadnym stosunku.
Zostawiałam za sobą kolejną wizytę w Krakowie. Spojrzenie oczu Pani Rity Gombrowicz spotkanej w hotelowej windzie i szlachetność jej krótkiej obecności obok mnie, by za moment patrzeć jak samotnie oddala się w ciemność hotelowego korytarza. Może wieczorami też spogląda przez okno.

Jacques Le Rider "Indywidualizm, samotność, tożsamość w kryzysie"
w przekładzie Marii Brylińskiej i Mateusza Chmurskiego
Przegląd Filozoficzno-Literacki 
nr 1-2 (36), 2013 - Modernizm Europy Środkowo-Europejskiej


Która coś wie o twojej śmierci

Rada na dobrą miłość: nie kochaj 
dalekiej, lecz tę, która jest blisko.
Solidny dom zbudujesz tylko
z kamienia z okolicy
zahartowanego zimnem, wypalonego słońcem.
Weź tę o złocistej aurze
wokół ciemnej źrenicy, która coś wie
o twojej śmierci.


Jehuda Amichai, Rada na dobrą miłość


Oczarowała mnie. Uzależniła od Abrama. Od swojej prozy.
Odeszła. Został żal.

"Abram siedzi nieruchomo. Ukrywa przede mną wszystko, co o sobie wie: kim jest, kim był. Lecz jego wąskie wargi zdradzają czułość, która jest jak ów moment, kiedy słońce znika za ratuszem podobnym do domku dla lalek i nad placem zalega ulotna cisza, nim ludzie zaczną napływać tu tłumnie, by zjeść kolację - ta czułość może być skierowana tylko do mnie; jeden kącik ust, nieco uniesiony w górę, leciutko drży. Myślę o tym, jak daleką drogę przeszliśmy razem. Abram uzależnił się ode mnie, od moich opowieści, od naszego czekania na siebie."

Pani Janino. Dziękuję z całego serca.
Janina Katz
2 marca 1939 – 18 października 2013

"Opowieści dla Abrama"
http://malgosia-india.blogspot.com/2012/08/pastylka-przeciwbolowa.html

W cielesności jesieni

W porannym szronie jesień wplata się siwymi nitkami we włosy, wiatrem podszyty płaszcz ciągnie się sennie niczym cień bez twarzy szurając smutkiem opadłych liści po nierównościach przygarbionych ulic i tylko rudości w ogrodzie przydają nowej aurze rumieńców. Oczy jednak jakby tych barw nie dostrzegały z pełną ostrością ich intensywności, ale zmiękczały ich nasycenie filtrem zmęczenia i nazbyt wcześnie doświadczonego przebudzenia. Krople deszczu spłukują ze schodów rozbite kawałeczki wczorajszego dnia, niczym krople niedopitej kawy spływające po krawędzi wypuszczonego przez niezgrabne palce porcelanowego spodeczka. Wschody i zachody słońca niepostrzeżenie zmieniają nasycenie szarości odbijającej się smutkiem przydrożnych kałuż rozlanych paletą gęstej, ziemistej farby. Przecieram szkła okularów w poszukiwaniu ostrości spostrzegania, wyrazistości kształtów, cielesności mijającej chwili.
Koncert fortepianowy nr 21, Wolfganga Amadeusza Mozarta, drepcze stópkami nut na cienkich nitkach pięciolinii. Zdają się wyglądać niczym przemoczone wróble usadowione na siatce ogrodzenia dużymi oczkami wpatrzonej w soczystą czerwień oplatającego ją bluszczu. Deszcz kroplami łez zawiesza drżenie przezroczystych pereł na koniuszkach rzęs. Doświadczanie nadchodzącej jesieni, doświadczenie zmian zachodzących nie tylko w pogodzie, ale i w aurze własnego jestestwa. Cielesności zmian nieuniknionych w swojej naturze, w dogmacie nieuchronnego przemijania. 
Może właśnie w powłoce jesiennych mgieł, rozpostartych nisko ponad powierzchnią przysypiającej ziemi, w okryciu chowającej coraz bardziej nagie gałązki przydrożnych krzewów, cielesność jest tak namacalnie wyczuwalna w każdym najdrobniejszym jej zagnieceniu, nagle pojawiającej fałdzie przekwitłej chwili, w niemożności zatrzymania doświadczania zmian aż nazbyt widocznych „gołym” okiem, w smętnym okryciu nagości prawdy,  zauważanych zniekształceń wyczuwanych opuszkami palców, jak rzeźbiarz wyczuwający coraz to nowo powstające zmiany w kawałku gładkiego drewna. 
W przeciwieństwie do wszystkich innych rzeczy ciało jest tym, od czego nie mogę się oddalić. To rzecz, która nigdy mnie nie opuszcza i z którą nigdy się nie rozstaję.
Ciało, to duchowe noszone w sobie, być może nazbyt czasem wrażliwe i skłonne do zranienia, otrzymujące u samego swojego zarania, to drugie, stające się jego fizycznym obleczeniem. Pudełko w pudełku. Nierozerwalność odwiecznej przynależności. Może dlatego, co ukryte zdaje się zawsze znacznie ciekawsze dla filozofów, niż to, co w nazbyt widocznej oczywistości jest tajemnicy przyodzieniem, fasadą jakże często pozornie niedorównującej swojemu wnętrzu, a czasem całkiem na odwrót.
Ciało w ciele. Próbuję dotrzeć do nich obu w obecności Michela Henry'ego. Jego fenomenologii ciała, cielesności słowa, filozofii cielesności w kontekstach rozpostartych na różnych krańcach jej przynależności do nas samych, ale i do samego życia, bo życie objawia się bezpośrednio w żywej cielesności, której istotę stanowią samopobudzające się impresje. W ten sposób to sfera impresyjna staje się punktem centralnym filozofii Henry'ego, a więc doznawanie w szerokim znaczeniu tego terminu. Doznajemy wrażeń, takich jak ciepło, zimno, gładka powierzchnia stołu, doznajemy też bólu czy rozkoszy, ale także samych siebie (...) Tym, co na gruncie tej koncepcji objawia się w sposób źródłowy, jest życie. Życie okazuje się więc w tej perspektywie samoobiawieniem żywej cielesności, stanowiąc źródło nawet dla bycia (...) To cielesność jest żywa i to dzięki niej nawiązujemy jakiekolwiek relacje z czymkolwiek i z kimkolwiek.
Fenomenologia Michela Henry'ego. Miłość z zamkniętymi oczami. Zmysł dotyku. Doznanie. "W pomieszczeniu, w którym mglisty promyk walczył z poruszającym się cieniem, ponownie zapanowała cisza, nagle tak przepełniona niepokojem, że wydawało mi się, iż właśnie odchodząca noc zabiera ze sobą ostatnie strzępy nadziei. (...) Zrozumiałem, że nasze spotkanie dobiegło końca i schyliłem się, by się pożegnać. Ale dłoń ponownie spoczęła na moim ramieniu, niemal nieodczuwalnie prowadząc mnie przez labirynt korytarzy, po których gospodarz przemieszczał się prawie bezgłośnie z taką łatwością, że zdawało się, iż widzi w ciemności wszystkie tajemnicze przejścia". Bezgłośnie przechodzę labiryntem korytarzy wąsko ciągnących się między długimi linijkami zapisanych myśli. "Filozofowanie z zamkniętymi oczami".
Michel Henry pisał powieści, by wyrażać w formie innej niż filozoficzna swoją filozofię i jej główną kategorię, którą jest życie.


Przegląd Filozoficzno-Literacki nr 3, 2012
"Michel Henry"
wyd. Universitas Varsoviensis

"Filozofowanie z zamkniętymi oczami"
Monika Murawska
wyd. Monografie - Fundacja na Rzecz Nauki Polskiej, Wrocław 2011



Postać i Puste Listy

Przetarł dłonią zaparowane lustro odbijające w sobie widok obojętnie pobladłych ścian małej łazienki. Wydawał się sam sobie równie bezbarwny. Uchylił okno wpuszczając do pomieszczenia warstwę wieczornego chłodu. Poczuł jak jesień w zalążku rozsypywała się kryształowym deszczem stukając rytmicznie o pochylony parapet. Jego równa pochyła. Życie zbiegało z górki, a jemu jakby było coraz trudniej podążać za własnymi krokami. Zdawało mu się, że z każdym uderzeniem serca rozsypuje się na różne drobinki, sekundy własnego rozedrgania, które chowały się w szczelinach jego niezmiennie tykającej codzienności. Nie sposób było je wyłuskać z wąskich tunelików przykurzonej rzeczywistości, z coraz bardziej zawężających się zagłębień jego relacji z ludźmi pozostającymi jedynie śladem przecinających się niteczek na jego dłoni. Komu jeszcze może uścisnąć swoją dłoń, coraz bardziej drżącą i niezdolną do utrzymania przy sobie kogokolwiek? 
Spojrzał w lustro. Chyba zgubił wątek własnych myśli. Gubił mnogość wątków, którymi kiedyś oplatał końcówki palców, by ich nigdy nie wypuścić, tymczasem one z upływem czasu poprzecierały się niczym cienkie włókna w starej, wełnianej rękawiczce.
Zamknął za sobą drzwi, wydającego mu się nagle zbyt małym, pomieszczenia. Podszedł do sekretarzyka. Mała szufladka zaskrzypiała trudem uchylenia przed światem chowanych w sobie szeptów. Wyjął pożółkłe koperty zaklejone warstwą milczenia. Opatrzone znaczkiem niemówiącym niczego szczególnego, jak niczym szczególnym się nie wyróżniał napisany odręcznie adres. Bez nadawcy. Nożykiem w kształcie półksiężyca rozciął pierwszą, zamkniętą kopertę. Nie wysypało się ani jedno słowo. Choćby od niechcenia postawiona kropka niczym gwiazdka z nieba. Położył przed sobą niezapisaną kartkę. Zapalił lampkę jakby nie dowierzając własnym oczom. Biało. Gładko. Jakby zeszłoroczny śnieg zamarzł warstwą wiecznego lodu na cienkiej fakturze arkuszu. Wiedział, że z niego nic nie wyczyta, chociaż mówiła sobą tak wiele.
Listy. Wysyłane do niego. Regularnie, czasem wręcz przeciwnie, w całkowitej dowolności czasu, adresowane emocjami, koniecznością zaznaczenia własnej obecności. Jakby tymi wysyłanymi do siebie samego pustymi kartkami chciał zaznaczyć swoje istnienie.
Kiedyś już tak czynił. Pierwszy raz kiedy był dzieckiem. Nie rozumiał dlaczego do niego nikt nie pisze. Listy przychodziły tylko do matki, z daleka, pachniały zawsze morzem, odległą tajemnicą, czasem stając się ciężkie i przezroczyste jak jej łzy. Odklejała dla niego znaczki, a on układał je starannie do starego pudełka, niczym elementy układanki, którą miał złożyć dopiero po wielu latach.
- Pisz sam do siebie. Nauczysz się ładnie pisać, nauczysz się płynnie czytać. Pisz do siebie – powiedziała mu kiedyś zamykając na kluczyk kolejne listy z miejsca zbyt odległego, by go mógł dostrzec ze swojego małego stołeczka stojącego przy starym piecu, tak gorącym jak jego pragnienie otrzymania pierwszej koperty zaadresowanej tylko do niego.
Pierwszy wysłany do siebie list był pustą kartką. Nie wiedział, co ma do siebie napisać. Włożył biały arkusz papieru starannie składając go w połowie i wsuwając do szarej koperty. Do dzisiaj pamięta trzepotanie serca, kiedy listonosz przyniósł pierwszą, zaadresowną do niego kopertę. Sama możliwość jej otwarcia ważniejszą stała się od nieobecnej treści na kartce.  Potem zaczął do siebie pisać. Najważniesze listy przyszło mu jednak pisać wiele lat później. Podpisywał imionami tych, o których wiedział, że pozostali jedynie bezdźwięczym echem przeszłości. On odczytywał je na głos nadając im nowego brzmienia, przywracając do życia biciem serca, wysłowionego zaciśniętymi od bólu wargami. Kiedy oswoił rzeczywistość, tylko w chwilach ogromnej samotności zdarzało mu się nadać pustą kartę do siebie samego. Jakby chciał udowodnić sobie samemu, że wciąż oddycha, że wciąż żyje, wyciągając z dna ciemnej skrzynki cienką kopertę z niezapisaną kartka papieru. Jego nadzieja na wypełnienie nowej przestrzeń. Szansa na zapełnienie przetartych dziur w wełnianych rękawiczkach.

Niemy spektakl trwania

Litery zawsze zdawały mi się filigranowymi figurkami pięknie ukształtowanymi, których misterność formy trzeba ująć z delikatnością, by się nie rozsypały gęstymi kroplami zniszczonego istnienia, i poustawiać w możliwie płynnie brzmiącym wierszu myśli. Tymczasem, ostatnio zdają się pustką, próżnią zawieszonego milczenia, wydmuszką, w której nie sposób znaleźć czegokolwiek, poza ładnie wykaligrafowanym zarysem niewyrażalności siebie samej. 
Nic do powiedzenia.
Nic do nazwania własnym słowami, które wymykają się cichaczem o zmierzchu obumarłego oddechu, niczym skradzione przez srokę błyskotki zdające się cennymi w blasku dnia. Jakże złudnie. Tracąc na swojej atrakcyjności w zagnieceniach czarnego aksamitu nocy.
Strach niewyrażalności drży między głuchymi ścianami milczenia. Palce straciły na lekkości dotykając liter usadowionych w rzędach czarnych kwadracików klawiszy, jak na widowni nieczynnego od dawna teatru. A przecież każda ma sobie przypisane miejsce, zawsze to samo, i zdawać by się mogło, że nawet z oczami zamkniętymi na wszelką zmienność można je odnaleźć, bez trudu, wystukując rytm dobrze znany. Dowolnie wydłużając interwał między dźwiękami płytko osadzonymi na klawiaturze uwypukleń naznaczonych miękkim dotykiem opuszków palców. Teraz jednak zdają się jedynie ciężko opadającą, głuchą kurtyną wybrzmienia. 
Przebrzmiałym. Niemym spektaklem trwania.
Szukałam podszeptu w łagodności mazurskich jezior kręgami utonięć widząc opadające słowa niezdolne do zatrzymania się na starym pomoście, niezdarnie starającym się połączyć z przeciwległym brzegiem ulotnych myśli. Próbowałam ukołysać swoją tęsknotę za ich wyraźnie wykrojonym kształtem w krągłościach przycumowanych łódek kołyszących się lekko w rozlanych na wodzie złocieniach zachodzącego słońca. Chowały się jednak za horyzontem niedościgłym dla moich dłoni rysujących smużką cienia nieosiągalność własnego pragnienia.
Wciąż wychodzę mu na przeciw. Mój niemy spektakl trwania.
A jednak…

Kiedy nie ma nic do powiedzenia, chodzi jednak o to, żeby cokolwiek tu zapisać, dla dyscypliny i porządku. Nic takiego, ale całe życie się składa z niczego takiego.

Sławomir Mrożek
"Dziennik - tom 1, 1962-1969"



Pisanie jako zjawisko odkupiające życie

"Dziennik, tom 1, 1962-1969"

Wracając do pisania: mimo wszystko coś było romantycznego (i jest) w moim do niego podejściu. Właśnie pisanie nie tyle ma być aktywnością, ile wydarzeniem. Od razu powiem: czym pisanie staje się w trakcie pisania, to już jest jego rzecz, chodzi o jego początek, o frontalne zaatakowanie problemu, o myślenie o nim przed i podczas jego procesu. Pisanie wciąż, na dnie, miało być wspaniałym kwiatem na bagnie mojego życia, zjawiskiem tajemniczym i spontanicznym, odkupiającym moje życie. Oddzielającym więc, mimo wszystko, od życia.

Sławomir Mrożek
1930-2013

Supełek zgubionego oddechu

Zapisać mijający dzień można najprędzej wieczorem, lepiej nazajutrz, pełniej po paru tygodniach, najdoskonalej - w pełnym splendorze zmyślenia i prawdy - po latach, notował w "Dzienniku" Jerzy Pilch, a mnie przychodzi pokusić się o ryzykowne stwierdzenie, że z perspektywy czasu, w nieuchwytnym i nienamacalnym oddaleniu, większość zdarzeń zdawać się może zmyśleniem z krztyną prawdy, utrwalonym w rdzeniu białej kartki, w grubych warstwach stopionego wosku wyglądającego niczym fałdy powieki niedowidzącego starca. Samokształtujące się w przemijaniu, gaszące istotę własnego istnienia w świetle dygoczącego z przejęcia płomienia rozpraszającego światło zmiękczające ostrość widzenia fragmentaryczności zdarzeń, oddalającego od spostrzeżenia zmian w rysach twarzy odnajdywanej w zamglonym zwierciadle porysowanego lustra. I zdawać się może, że zanikając od wewnątrz, splot za splotem cienkiego knota nasączonego pragnieniem życia, w tym powolnym odkładaniu się niezgrabnie wyglądających warstw przemijania, świeca otrzymuje dar życia tylko dla siebie samej. Nikomu już nie przyświecając, nie rozświetlając mroku i wyczesywanych z moich włosów drobinek przeżytych epizodów codzienności.
Zmywam z oczu obrazy utkwione między rzęsami, dostrzegając przemijanie urody dnia więdnącego jak niezdolny do rozwinięcia się pączek róży. Ostry rogalik księżyca, wyglądając zza szczeliny granatu nieba, odlicza ostatnie tchnienie światła przysiadłego na wierzchołkach moich palców próbujących wyczuć w ciemności zarys granicy opadającej kartki z kalendarza. Odsłonięcie tajemnicy. Na wysokości ust krople atramentu próbują spić z warg ciszę zawieszonego niewypowiedzenia. Słowa nieporadnie wydrążają zarys swojego znaczenia w gęstej ciemności schodzącego na mroczną ziemię zmierzchu. Pora zapisywania. Nie ona zdaje się jednak istotną, ale możność ponownego zaistnienia zdarzeń uchwyconych w procesie zapisywania. W sklepieniu ciążących wrażeń wydających się nazbyt błahymi wobec przerwanych nagle snów wyniesionych ponad racjonalną doczesność. Zalążków marzeń kiełkujących spomiędzy ścisłych splotów bawełnianych włókien poszewki.
Zaciśnięty supełek zgubionego oddechu. Kropla na końcu zapisanego mijania. 

BÓL, Z KARTEK DO NOTOWANIA,
ośnieżony, zasypany śniegiem;

w luce kalendarza
kołysze go, kołysze go
nowe narodzone
nic.

* * *
NIECZYTELNOŚĆ tego
świata. Wszystko dwoiste.

Twarde zegary
przyznają rację godzinie rozpadu,
ochryple.

Ty zakleszczony najgłębiej siebie,
wydobywasz się z siebie
na zawsze.

wiersze Paula Celana z tomu "Psalm i inne wiersze"
wyd. Biblioteka Poetycka Wydawnictwa a5
pod redakcją Ryszarda Krynickiego




Genesh w Kalkucie

W zakurzonych skrzyniach drobne kamienie
sprzed milionów lat, kości dinozaurów,
szkielety myszy, ledwie opisane,
żółw bez głowy i kołnierza,
jego pancerz wygląda jak kocioł,
w którym na ulicy bieda gotuje się
na otwartym ogniu.
Pachnie jak w szkole w Berlinie,
gdy nie wiedziało się, jaki sens
ma oglądanie kości, krzemienie, toporne grzebienie,
którym ewolucja czesała się
bez powodzenia. Tutaj, w muzeum w Kalkucie,
staje się dla mnie jasne, że to nasze kości
prażą się w skrzyniach. W rogu
gruby bóg z głową słonia,
śmiejąc sie, mówi do swojego telefonu:
Nie należymy do nikogo. Już nawet nie do samych siebie.

 Muzeum Narodowe w Kalkucie
Michael Krüger 
122 Zeszyty Literackie, lato 2013


Zawahał się na progu nowy dzień

(...) i piszę ci o wszystkim, co myślę i co czuję, to dla mnie konieczność.

Zawahał się na progu nowy dzień. I mnie nie było spieszno progu nowego dnia przekraczać. Nie wiem nawet, które za nas bardziej będące niepewnym tego, co budziło się jeszcze nieśmiało wraz z pierwszymi promieniami słońca, świergotem bezimiennych ptaków przysiadających na ogrodzeniu i dreptaniem szpaków we frakach urządzających sobie śniadanie na trawie. Drżenie niepokoju. Niczym poruszona w oknie firanka frywolnie poddająca się objęciom delikatnego powiewu rześkiego powietrza. Drżenie niepewności. Kiedy dłoń nieruchomieje nad powierzchnią czystej kartki czekającej na odciśnięcie się pierwszego słowa, jak stopy na równiutkim dywanie piasku nieporuszonym ruchem fali żadnego z miliona ziarenek.
Akt pisania, obsesyjnie przywiązany do stylistycznej doskonałości, do precyzji zdania i trafności wyrazu. I podobnie jak autor "Madame Bovary", bez wahania deklaruję, iż "celem jest styl". To wypatrywanie frazy doskonałej albo raczej jej obłąkańcze niemal wyobrażenie (...)
W filozoficznych rozważaniach, w poszukiwaniach sensu własnej egzystencji, pisanie spostrzegając jako ratunek i terapię, swoiste uleczenie własnych słabości i zwątpień. I nie sposób oderwać swojego spojrzenia przenikającego fragmenty „Dziennika intymnego” Henri Frederica Amiela czy dostrzegającego z okna pragnienia „Pani Bouvary” Flauberta. Przychodzi włóczyć się zapisując spostrzeżenia jak Rousseau czy Chateaubraind, próbując określić literacką przynależność między Północą i Południem, wybierając kierunek geograficzny wedle wyznaczonych granic przez Madame de Stael, przenikając wraz z Senancourem listowne zmagania „Obermana”, który pisarzem pragnie zostać, ale przede wszystkim po to, by zagadać pojękującą w nim smętnie depresję, by słowami zasypać otwierającą się pod jego stopami przepaść szaleństwa. W końcu ramy obrazów zapełniając zapisem myśli jak Delacroix, z porażają świadomością ulotności tego wszystkiego, co nie zostało utrwalone kroplami atramentu na kartce, gdzie  odnajduje się za zaułkiem każdego akapitu tragiczne zmagania ze własną nieporadnością, co sprawia, że tym bardziej nie sposób nie zawahać się nad sensem tego, co na co dzień staramy się zapisać własnym życiem topionym w grząskim potoku słów.
Jakże wtedy trudno zamknąć oczy, odwrócić wzrok już na zawsze naznaczony „Melancholijnym spojrzeniem” Piotra Śniedziewskiego, podczas gdy, spojrzenie to potrafi przekształcić się w przeraźliwą doczesność w odniesieniu do metafizycznego doświadczania egzystencji, ale  i realizowaniu się w twórczej powinności przez dziewiętnastowiecznych bohaterów literatury, pisarzy, malarzy i filozofów, dla których pisanie stało się potwierdzenie własnego istnienia i koniecznością zachowania swoich myśli w piśmie będącym schronieniem, "marzycielską medytacją", ale i efektem przepracowania swoich porażek, duchowej pustki, ale i oswojenia nieuchronnego nadejścia śmierci. Milczenia. Za nim kryjącego się końca niezapisanych na czas słów i wygaśnięcia na zawsze zamglonego spojrzenia jak na płótnach Turnera. Tego, które odbijało się w zmąconym zwierciadle i tego, które ujrzało świat takim, jakim go sobie chcieli wyobrazić, spostrzegając przez otwarte okno pragnienia wydobycia się w ograniczeń własnego istnienia przepełnionego bolesną pustką, "chorobą" życia., kiedy zdarzało mi się, rzadko, ale parokrotnie, zapomnieć, że jestem na ziemi jak cień, który się przechadza, ale niczego nie może posiąść.
"Melancholijne spojrzenie" Piotra Śniedziewskiego to zachwycający zbiór szkiców poświęconych dziewiętnastowiecznej melancholii w sztuce, a każdy z tych dziewięciu szkiców pod piórem autora stając się namiętnym spojrzeniem na akt pisania, w oczach czytelnika stając się wejrzeniem w siebie.
Zawahał się na progu nowy dzień. Dla tej niewielkich rozmiarów, ale gęstych prozą, książeczki nie zawahałam się zatracić w melancholijnym spojrzeniu, a może nawet nie zawahałabym się go dla niej utracić.

Piotr Śniedziewski "Melancholijne spojrzenie"
wyd. Universitas, Kraków 2011





Echo ptasich ulic

Nie mogłam nie pokusić się, aby zarzucić narzuconą sobie przerwę w notatkach i wrócić wcześniej. Wszystko za sprawą szczególnej książki. Zatem.
Puk… puk…
Przyznaję też, że okrutnie zatęskniłam za Wami i za tym odrębnym kawałkiem mojego świata już w momencie jego porzucenia, koniecznego i dotkliwego zarazem, bo przyznaję, że końcówkami palców w tym pisaniu jestem zanurzona już nierozerwalnie, jak wieczne pióro w atramencie, tylko mi przyszło jakby całkiem w nim utonąć. Same słowa na jakiś czas odpłynęły gubiąc nurt i znikając we własnych bezkresnych odmętach niewypowiedzenia. Wszystko przez wykrzywione maszkarony, które z taką łatwością wyłaniały się zza życiowych arkad, by przeglądać się w lustrze moich zawężonych źrenic.
Żywiąc się tęsknotą, próbując wyczuć tętno w zakrzepłych żyłach chciałam otworzyć dłonie zamykające moje myśli w malutkiej przestrzeni, do której sama nie miałam dostępu. Były jednak zbyt mocno zaciśnięte wykrzywiając sens i znaczenie swojego istnienia, okaleczając w bezsłowności wyrażenia siebie, a pisać można tylko przy pełnym otwarciu duszy. Bez ograniczeń perspektywy widzenia, w prawdziwości odczuwania, bez zniekształceń pojawiających się w przymkniętych i obolałych oczach. Tymczasem ja utknęłam w ściśniętej pustce, potykając się o własne słowa rozrzucone w bezładzie.

W bezsilności złamanego drzewa zawierzyłam
omdlałym wierszom w modlitwie zaciśniętym
niczym ust zakneblowaniem bolesnych doznań
niewysłowienia rozdartego na wpół słowa
w krzyku oddalającym od prawdy rzeczywistej.
W niespokojności jedynie obraz
przesuniętą perspektywą Braque’a
w bezdźwięczności połamanego zegara
przepastną pustką zmarszczek szyderczych
wskazówkami zaciera twarze bez profilu.
Oślepiona wzrokiem zza horyzontu szukając
myśli nielotnych zwojem ogłuszenia splecionych
maszkaron duszących pod skórą zdartych złudzeń
przepala rdzeniem istnienia skulonego w nieistnieniu.
Złączenie przygaszonego przeżywania uniosło
ciężkie pustkowie bezgranicznego obumarcia
dłonią zagubioną pod mapą zagniecenia
wierzchołkami połamanych gałązek rozbijając słońce.
W ciemności sklepiona w podszewce podniebienia
bezgraniczność osamotnionego przywiązania
rozbłyskując tchnieniem ostatnim szukałam siebie.

Z radością w sercu jaka towarzyszy powrotom do miejsca wytęsknionego, upragnionego poczucia pod palcami gładkości i radości pisania, spotykania się pod daszkami liter, huśtając się na pętelkach ze stopami oderwanymi od ziemi, spróbowałam ogarnąć rozgardiasz słów. Próbowałam pozbierać w sobie rozsypane włóczki skłębionych myśli, namacalne dowody przygasłego tchnienia, posprzątać porozrzucane litery i wrócić do rytmu notowania zdarzeń, zauroczeń i tych wszystkich malutkich mgnień codzienności, czasem tak trudnych do zamknięcia w kształcie słowa, bo zatrzymujących się w wewnętrznej warstwie oddechu, pozostając jedynie cieniem skrzydeł odlatujących ptaków, jak znikające kręgi na powierzchni wody zanurzonej w grubej szyi podwórkowej studni. Stając się echem.
Echem stały się wspomnienia zawężające świat, kurczące go do rozmiaru zdławionego krzyku. Trzeba je było otulić w aksamit szeptu, wypowiedzieć w łagodnej zgodzie z ich naturą, wtopić w miniony czas, jak wtapiają się postacie uchwycone na zdjęciach przenikając warstwę fotograficznego papieru, same stające się papierowymi, przezroczystymi, pozbawionymi grymasów i ostrych rysów twarzy. A jednak wciąż milcząco obecne na kliszy naszej pamięci kurczowo ściskanej w dłoni, jak ściska się kolorowe szkiełko wierząc w jego magiczną moc odmieniania rzeczywistości, przywracania bogactwa koloru szarym cieniom i źródła dźwięku echu. Ono jednak stale mu się wymykało i ginęło między drzewami. Ruszał za nim w pościg, ale echo tym bardziej nie chciało wyjść mu na spotkanie. Łudził się, że może chociaż przywoła je krzykiem, ale wtedy słyszał tylko odbicie własnego głosu, który szamotał się wśród listowia, jakby nie dawał rady zamilknąć. 
I podczas, gdy Jakub gonił za echem, Piotr zdołał go ujarzmić w miękkiej frazie melodyjnego zadumania, czyniąc go cieniem o wielości zabarwień, jakby od-szarzył to, co zdawać się mogło tylko przyblakłym wspomnieniem na ruinach zapomnianej tradycji. Sprawił, że cienie przygarbionych bezimiennych istnień stały się wielobarwnymi ptakami na ulicy jego prozy. To jest właśnie uliczka Piotra Pazińskiego, to jego przystanek w biegu, to jego pensjonat pełen obrządków, obecności i nieobecności czasu, w jego rozwidleniu, rozwarstwieniu, kulturowym zróżnicowaniu i przynależności. Tam, gdzie każde słowo staje się kamykiem, a wszystkie, zebrane między okładki "Ptasich ulic", tworzą szlak wędrówki. Wędrówki przez życie i śmierć, pomiędzy odłamkami potłuczonych filiżanek wyschniętej nadziei, tworząc drogę do miejsc cichych i takich, gdzie ledwo dosłyszalny głos odbija się echem od murów żydowskich cmentarzy, powolnie sunących konduktów, skrytych pod kurzem antykwariatów, zardzewiałych szyldów i zwojów milczących manuskryptów, od ruin miasta i jego podziemnych oddechów, od powierzchni zapisanego papieru.
Jeśli żałował, to wyrzucanych kartek, jakby z każdym zmiętym kawałkiem papieru ginął nie tylko kawałek Warszawy, ale także czyjeś imię, a wraz z nim człowiek. 
Piotr Paziński w jakiś szczególny sposób ocala. Kawałek Warszawy, czyjeś imię, a wraz z nim człowieka, symbol społeczności, ocala przeszłość, gdzie nie drepcze się w miejscu lecz wchodzi w coraz to nową uliczkę, poznaje jej zaułki, załamanie światła na obdrapanych tynkach kamienic, potykając się o "rzeczywistość wyniszczoną", na obrzeżach gnającej codzienności dotykając prawdy, odnajdując zaginioną "odnogę czasu". Dokonuje zasklepienia czasu.
„Ptasie ulice”, najnowsza książka Piotra Pazińskiego oczarowuje, zaklina i otwiera ciszę skrytą we wsiąkniętej ziemi tożsamości. Narracją prowadzoną niespiesznie zanurza nas w miękkość powolnie snutych opowieści, wyostrza wyobraźnię, operuje głosem niczym w słuchowisku, gdzie istotą jest słowo, wibracja, jakiś nerw prozy w nurcie zatrzymania fragmentaryczności oderwanych od siebie, ale i tworzących całość historii, jakby ukazujących drugą stronę cienia, ścierając kurz z przymkniętych powiek, przysłuchując się zamykającym kręgom życia pod niebieską opaską nieba.
Labirynt alejek otwierał przed nim coraz to nowe przejścia, a Jakub spostrzegł nagle, że oprócz lwów i jeleni ma wokół siebie otwarte szafy biblioteczne z rzędami książek upakowanych ciasno na kamiennych półkach. Mógł dotykać ich chłodnych grzbietów wystawionych ku przechodniowi i tu i ówdzie pokrytych pajęczyną szarego mchu, odczytywać z nich tytuły powieści i uczonych traktatów. Sięgnął po pierwszą z brzegu i poczuł zetlałą fakturę piaskowca.

Piotr Paziński "Ptasie ulice"
wyd. Nisza, Warszawa 2013







Polecany post

Tak czyta się tylko raz

Najbliższy jest mi jednak Wojtek Karpiński tym, że jak mało kto dzisiaj  zachował zdolność podziwu i przyswajania sobie tego,  co p...