wtorek, 29 października 2013

Ostatnią moją nadzieją było potem tylko zawsze okno

Amiel nigdy nie potrafi znaleźć się we właściwym czasie i miejscu. Stąd rozszczepia się nieustannie na "ja" teraźniejsze, które pisze bądź wspomina, oraz na "ja" stracone - czyli to, które już przeminęło, lub też to, które się nie narodziło na skutek niewłaściwego wyboru oraz niechęci do życia aktywnego.
Piotr Śniedziewski "Melancholijne spojrzenie"

Pod powiekami zachowałam widok zamglonych poranków i Krakowa w otulinie białego puchu, wyglądającego niczym ciastko pod grubą warstwą lukru. Tymczasem po powrocie do domu wiatr starał się wyszarpać z mojej pamięci słodkie wspomnienia porywając je niczym jesienne liście z drzew, w wielkiej zachłanności odrzucenia ich w zapomnienie. Rozwichrzenia, niczym płonnych nadziei na długie, jak wełniany szal, ciepło jesiennych dni, które rozścielone w wąskich uliczkach wypełnionych szczelnie oddechami przemierzających je mieszkańców, tych stałych i tych w tymczasowym zamieszkaniu przebywających. Dla mnie jak zwykle to czas zabiegania, ściśle zapisanej listy spraw do załatwienia, w niedostrzeżonym przez nikogo przemykaniu między przytulonymi do siebie kamienicami i oknami spoglądającymi na zmieniający się koloryt nieba.
I nagle wieczór wkradał się w samotność bezimiennego pokoju, a ja czułam się niczym Ulrich stając w oknie i spoglądając przez delikatny zielony filtr ogromnego powietrza na brunatną ulicę i od dziesięciu minut licząc z zegarkiem w ręku samochody, pojazdy, tramwaje i jakby wyblakłe z powodu odległości twarze pieszych przechodniów. Noc w swojej ciemności wydawała się wyblakła, siwa od rozścielonej mgły i zmiękczonych zbytnio konturów księżyca niewidzialnie zawieszonego, niczym nocna lampka nad łóżkiem na cienkich niteczkach łączących skłębione, po całym dniu, myśli i nieuchwycone zbyt zgrabnie słowa, które stłukły się niczym szklany pantofelek zabieganej codzienności. Całkowity rozdźwięk między pragnieniami a odczuwaną, każdym milimetrem swojej cielesnej egzystencji, rzeczywistością.
Rano odsłaniając ciężką zasłonę i perspektywę dnia wypełnionego kolejnymi spotkaniami i niezliczonymi dyskusjami daleko zarysowanych perspektyw czułam, że "wiecznie jestem przy wstępach i nie zabieram się do samego dzieła", że się rozdrabniam, rozmieniam słowa na dźwięk pojedynczych sylab głucho znikających w otchłaniach niedosłyszącej przyszłości. Goniłam samą siebie pragnąc powolności słów, stawianych kroków, oddechu zostającego za rogiem mijanej ulicy, ociągających się myśli niezdolnych chwilami do nadążenia za własnym wysłowieniem.
Pustka osiadająca na wargach warstwą niezdolności do wyrażenia siebie. Pragnienie prostoty. W końcu przychodziło to odczucie "rozszczepienie" u kresu dnia i u zarania samotnie przychodzącego zmierzchu. Zegar zatrzymywał się w gęstości wąskiego hotelowego korytarza. Patrzyłam na teraźniejsze "ja" nasycone obrazami wspomnień mijającej chwili próbując zauważyć "ja" stracone, które zdążyło przeminąć, a nie narodziwszy się jeszcze pozostawiało mnie na granicy odosobnienia przynosząc jednak upragnione zatrzymanie, kiedy w grubej warstwie dywanu znikały ślady moich zmęczonych stóp. Pozostawałam ja i Jacques Le Rider. Oboje niewidoczni dla innych odnajdujący swoje odbicie w szybie samotności.
Ostatnią moją nadzieją było potem tylko zawsze okno. Imaginowałem sobie, że na dworze może być jeszcze coś, co jest moje, nawet teraz, nawet w tym małym ubóstwie umierania. Ale zaledwie spojrzałem w tę stronę, a już pragnąłem, aby to okno było zatarasowane, zabite jak ściana. Bo wiedziałem, że tam w świat ciągnęło się dalej wciąż równie bezlitośnie, że i tam na dworze nie było nic, jeno samotność moja. Ta samotność, którą ciągnąłem na siebie, a która tak wielka była, że jej wielkość serce moja nie odnosiło się już w żadnym stosunku.
Zostawiałam za sobą kolejną wizytę w Krakowie. Spojrzenie oczu Pani Rity Gombrowicz spotkanej w hotelowej windzie i szlachetność jej krótkiej obecności obok mnie, by za moment patrzeć jak samotnie oddala się w ciemność hotelowego korytarza. Może wieczorami też spogląda przez okno.

Jacques Le Rider "Indywidualizm, samotność, tożsamość w kryzysie"
w przekładzie Marii Brylińskiej i Mateusza Chmurskiego
Przegląd Filozoficzno-Literacki 
nr 1-2 (36), 2013 - Modernizm Europy Środkowo-Europejskiej


6 komentarzy:

  1. Długo mnie nie było, ale w końcu jestem. Nadrobiłam zaległości. I jak zwykle bardzo dziękuję :) Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Virginio, bardzo mi milo że znowu jesteś. To ja dziękuję za Twoją obecność. Serdecznie pozdrawiam :)

      Usuń
  2. Witaj Małgosiu:))) Dziś rano w ddtvn króciutki wywiad z p. Ritą...to rzeczywiście niezwykła osoba. Samotność...myślę, że każdy z nas ma takie momenty, kiedy czuje się bardzo samotny. Małgosiu, mam nadzieję, że Twój pobyt w Krakowie był udany. Ściskam Cię najmocniej i pozdrawiam:-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Też oglądałam :) a samotność chyba każdy z nas w sobie jakąś nosi. Sciskam cieplutko Genevieve :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Czuję się komfortowo będąc u Ciebie Małogosiu! Czytam tez komentarze .. Spotykam Genevi!! Dołączam do Was i tak sobie przysiadłyśmy przy stoliczku i tym razem cichutko mówimy o ..samotności ..Tak! każdy kiedyś znika idąc samotnie korytarzem hotelu..często się identyfikujemy z takimi sytuacjami ..dobrze jest wtedy popatrzeć w oczy osoby przyjaznej... to może to okno właśnie? Tak się tu czuję ! Dziekuję Ola

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oleńko, dziękuję za to, że się przysiadłaś do stoliczka i mogę sobie i z Tobą porozmawiać, myśli pozaplatać i popatrzeć w oczy osoby przyjaznej :) tak też patrzę i ja na Ciebie. To ja dziękuję, że jesteś. Uściski!

      Usuń