Spiżarnia literacka


Ostatnie pięć dni mijającego tygodnia przemknęły tak szybko, że jedynie cień zachodzącego słońca, nadającego wnętrzom mojego domu złotych barw, sygnalizował mi schyłek kolejnego dnia. Każdy z nich budził się przedwcześnie z zaspanymi oczami, a zasypiał z nosem w książce. Ponadto dźwiganie kosza wypełnionego nadmiarem codziennych obowiązków okazało się nadwyrężyć moje siły, a w szczególności mojego kręgosłupa, który postanowił dać o sobie znać w przejmująco przykry sposób.
I mogłabym przyznać za Czesławem Miłoszem, że „Właściwie nie wiem, po co o tym wszystkim piszę, jeżeli powinienem raczej pisać o tym, że <metafizycznie pękam w szwach>, z wielkim trudem przychodzi mi tzw. wykonywanie obowiązków, że jestem kompletnie crazy i że moim marzeniem byłoby wyprodukować jakieś załamanie nerwowe z pobytem w sanatorium, co zaiste jest pewnie tylko marzeniem, zważywszy na moją prymitywną i zdrową naturę" – jak wyznawał poeta w swoim liście do Konstantego Jeleńskiego.
Tymczasem sama bliska załamania nerwowego zmagając się z prymitywną naturą mojego kręgosłupa, który w szalenie niewyrafinowany sposób nie pozwalał mi o nim zapomnieć, metafizycznie pękałam w szwach. Na stoliku nocnym, obok książek, ustawiły się pudełka z lekarstwami, mające mi dopomóc w zachowaniu życiowego „pionu”. Dla świata zewnętrznego, zatem, trzymałam się dzielnie, w środku rozsypując na obolałe kawałki, bo jak zaznaczał w jednym ze swoich listów poeta: "(...) kiedy się cierpi, to trzeba to robić na własny rachunek i nie można nikomu swoich zgryzot wywalać". Strałam się nie wywalać.
Dzisiaj natomiast powzięłam postanowienie nie zauważania konieczności zajęcia się odkurzaniem, sprzątaniem i praniem. Po prostu ogłosiłam porzucenie tego wszystkiego i oddanie się delektowaniu ciszą poranka, słońcem, książkami i błogim nic-nie-robieniem, świadomym próżnowaniem, dając też odpocząć mojej kręgosłupowej podporze. Żadnej pracy.
I przypomniałam sobie, jak w dzieciństwie, zakradłam się do piwniczki mojej cioci, przysiadając na małych schodkach i wyjadając małą łyżeczką z pokaźnego słoika słodką, domowej roboty, konfiturę. Wiedziałam, że oczekuje się ode mnie bardziej właściwego zachowania, ale czasami przychodzi taka potrzeba, by nie być ułożoną, rozsądną, ale taką trochę crazy. I choć w moim dzisiejszym zachowaniu trudno byłoby doszukać się tej nuty szaleństwa, poza nieco zbyt intensywnym przyrumienieniu się na słońcu, to jednak porzucenie czekających powinności, wbrew rozsądkowi nakazującemu się nimi zająć i wciśnięcie ich w kąt zapomnienia, było dość swobodną interpretacją poczucia obowiązku.
Ale to właśnie dzięki temu dostrzegłam, że peonie pięknie zakwitły chyląc swoje różowe główki tak nisko, że przytulały się do zielonego dywanu trawy, że moje róże jakże hojnie obdarowana przez Naturę kwiatami, zaś pierwszy kwiat na magnoli już zdążył przekwitnąć. Na krzakach bzu, rosnącego przy furtce, kolor jego delikatnego fioletu przemienił się na brunatno-brązowy, a małe drzewko nektaryny nie zniosło dzielnie zimowych mrozów, mimo opatulenia.
Cóż, natura żyje swoim życiem, nie ma czasu czekać, aż ja znajdę chwilę, by się zatrzymać i zwrócić ku niej widzące oczy. Ona nie zmienia swojego rytmu, ustalonej od zawsze sezonowości. Pąki kwiatów będą rozkwitać i więdnąć, trawa po kolejnym deszczu wybujale rosnąć, świerk przyozdabiać kolejnymi broszkami z szyszek. Słońce wstawać i zasypiać, wciąż w tym samym miejscu, niezmiennie. Wszystko wedle ustalonych praw, niepohamowanych, narzuconych swoistym poczuciem obowiązku wobec samej siebie.
I tylko zdawać się może, że pejzaże uchwycone wrażliwością malarza, takiego jak choćby Józef Chełmoński, będą potrafiły zatrzymać naturę wbrew niej samej. Pochwycić w locie ptaka, nadać dar nieśmiertelności ulotności babiego lata, sprawić, że puchate zaspy śniegu nie stopnieją, a jesienne dymy palonych traw jeszcze długo będą drażnić nozdrza. Tymczasem, jak trafnie skreślił miarę talentu Chełmońskiego, Witkiewicz:
"Natura przemawia do jego wrażliwego umysłu całą różnorodnością objawów, nietylko kształt, barwa i światło obchodziły go i zajmowały! Starał się wyrazić muzykę wieczoru, szept skrzydeł nietoperza, cichy lot lelaków, skrzeczenie żab, skrzypienie derkacza i dalekie dudnienie czapli bąk. On pierwszy, a może jedyny, malował chmarę komarów dźwięczących w powietrzu i hucznie lecącego jak kula chrabąszcza. Jemu chodziło o to, że wiatr na obrazie świszczał w badylach zwiędłych słoneczników, dzwonił deszczem po szybach i stukał wiadrem wiszącem u żórawia (...)".
Zatem jednak mimo uchwycenia, natura wciąż żyje, pulsuje życiem nawet w nieruchomych już pociągnięciach pędzla, w zaschniętej barwie farb, w sztywnych ramach obrazu.
Spojrzałam na książki, które jak te słodkie 'słoiczki' w mojej literackiej spiżarni, czekają na mój czas, wiedząc jednocześnie, że on stanie się także ich własnym. Te, które dołączyły ostatnio: "Lekka przesada" Adama Zagajewskiego, biografia Czesława Miłosza autorstwa Andrzeja Franaszka, "Dzienniki" Eugene'a Delacroix i "Spiżarnia literacka" wypełniona smakowitymi tekstami Czesława Miłosza, który jeden z nich "Natura" zaczął słowami:
Natura nie jest naszym przyjacielem. Jest siłą wobec nas obojętną, postępującą własnymi drogami, albo odczuwaną przez nas jako wroga, kiedy występuje w postaci bakterii niszczących nasz organizm. Nasze wobrażenie o niej uległo licznym zmianom, zwłaszcza od czasu Oświecenia, kiedy przybierała kształt Opatrzności albo nawet Boga.A przecież swoisty, nierozerwalny marriage Miłosza z Naturą, jakieś nią "zniewolenie", uzależnienie od jej "humorów" i "nastrojów", przekonanie, że jest początkiem i końcem, jakże często przemawiało i w jego poezji, choćby zwracając się wierszem "Do Natury":
Kochałem się w Tobie, Naturo, aż zrozumiałem kim jesteś.
Zasmuciło się moje serce podrostka, kirem oblekło się słońce.
Wyrzuciłem moje atlasy i zielniki, pamiątki urojenia.
Moim filozofem został wtedy Schopenhauer,
Wędrowiec wpatrzony w rzekę istnień jednodniowych,
Które rodzą się i umierają bez świadomości.
Tylko on, człowiek, pojmuje, współczuje,
Poddany i niepoddany kamiennemu prawu.
Świadomość człowieka na przekór tobie, Naturo.
Odtąd miałem rozmyślać o tym przez całe życie.
I któż mi zarzuci antropocentryzm w krajach
antropocentrycznej religii
Albo równie antropocentrycznej niewiary?
William Blake miał rację łącząc w jedno człowieczość i boskość.
Na nic wasze modlitwy do kota, do drzewa i do gwiazdozbioru
Plejady
Albo do puszcz pierwotnych, jak w moim ekologicznym
marzeniu.
fragmenty z korespondencji Czesława Miłosza z Konstantym Jeleńskim
wyd. Zeszyty Literackie, 2011
wiersz Czesława Miłosza Do Natury
z tomu "Wiersze ostatnie", 2006
fragment tekstu Natura ze "Spiżarni Literackiej", wyd. Wydawnictwo Literackie, 2011
oraz fragment tekstu Stanisława Witkiewicza poświęconego Józefowi Chełmońskiemu

List w życiu człowiek pisze przynajmniej raz


Świat ma co najmniej tysiąc wiosek i miastList w życiu człowiek pisze co najmniej raz (…)
I mam od kilku dni przy sobie listy pisane nie raz, przez lat trzydzieści, szare, białe, kolorowe, iskrzące barwami emocji, związane ściśle wstążką, której każda pojedyncza nitka jest splatającym, korespondentów, węzłem wzajemnego zaufania, przyjaźni, zrozumienia i admiracji. Uczuć i relacji jakie jawią się wraz z kolejno otwieraną kopertą, wyszeptują, wyślizgują wszelkim obwarowaniom. Wraz z powolną ich lekturą wkracza się na obszary wyznań, szczególnie Czesława Miłosza, kreślącego zarys własnego obrazu, który zdaje się być z czasem wręcz portretem psychologicznym. Te białe kartki stają się odzwierciedleniem potajemnie uzewnętrznianych lęków, obaw, poczucia pewnego zagubienia w świecie, szukania zrozumienia i wartości własnej twórczości. Pewnej wiwisekcji własnej duszy, jej pragnień i ograniczeń, pewnego "wywleczenia" siebie samego na drugą stronę, tę wrażliwszą, skrywaną przed innymi:  Często myślę, że to jest ponad siły, że nie podołam. Człowiek zanurzony w tej cywilizacji prędzej czy później akceptuje swoją bezsilność i pozostaje mu tylko tzw. życie. Jeżeli mam od razu, tu, na początku, sięgnąć do sedna, powiem, że właśnie tzw. życie było i jest dla mnie przerażeniem, karą, zagładą. Dlaczego tak się stało, nie rozumiem lub rozumiem, tylko bardzo niejasno.
Kolejna data, adres, ułamek z życia, skrawek czyjegoś świata, stają się cząstką naszego obcowania z nadawcami/adresatami tych listów. Stają się dyskretnym z nimi przebywaniem, a przecież wciąż pozostając, w pewien sposób, czytelnikiem dopuszczonym do tajemnicy korespondencji. Usprawiedliwieniem wglądania w treści przeznaczone, nie dla nas, choć nam udostępnione, niech będą słowa prof. Ewa Ihnatowicz: „Listy prywatne, czasem nawet intymne, przekraczają swój adres wtedy, gdy nadawca lub (i) odbiorca jest osobą powszechnie znaną i interesującą albo gdy korespondencja oświetla jakieś ogólnie znane wydarzenia czy zjawiska, albo wreszcie gdy same listy wyróżniają się niezwykłymi walorami: siłą uczuć i wyobraźni, pięknem literackim. Za klasykę uchodzą listy Jana III Sobieskiego do Marysieńki, Juliusza Słowackiego do matki, Zygmunta Krasińskiego do Delfiny Potockiej. Są one ciekawe nie tylko dla biografistów i historyków - stają się po prostu literaturą.”
I nie sposób nie odnieść wrażenia, że taką też literaturą jest korespondencja Czesława Miłosza z Konstantym A. Jeleńskim, także wychodzącą poza adres, poza granice prywatnej rozmowy. Sama w sobie będąca wartością nie do ocenienia dla następnych pokoleń, niezaprzeczalnie ze względu na jej treść, ale także jej formę, stylistykę, bo któż dzisiaj pisze takie listy? Te, wzajemnie do siebie wysyłane, przez poetę i jego uważnego czytelnika, a jednocześnie szczerego admiratora, stanowią niezwykłe połączenie poważnych dysput światopoglądowych, rozważań o literaturze, kulturze w ogóle, poprzez uczuciowe wyznania, dzielenie się swoimi przeżyciami, emocjami, opiniami, patrzeniem na świat i siebie nawzajem.
Ale, Kocie, kim jestem dla Ciebie? Czy garnkiem, z którego leje się kawa, a garnek zostaje garnkiem – jak dla mojej rodziny, czy czymś innym? Niedojrzałość, idiotyzm adolescencji, frenezja, męki nie-do-formy – ile z tego mogę wybełkotać?
Garnek
- zaiste, ulepiony z najlepszej materii, wcale nie gładkiej i pięknej, ale pełnej wewnętrznych rozterek, pęknięć, ułomności, a jednak i siły by nieść w sobie „wodę życia”, stając się przez to tym bardziej ciekawym i wartym przyjrzenia się z dociekliwą przychylnością, jaką Czesława Miłosza może obdarzyć czytelnik biorący do rąk tę fascynującą korespondencję prowadzoną z Konstantym Jeleńskim.
Dlatego też zatonęłam, gdzieś na otwartych morzach między Kalifornią, Korsyką i Paryżem. Rozpostarta między odległymi kontynentami, a jednocześnie stając się świadkiem jakże bliskiej relacji dwóch osobowości. Niesiona na wznoszących się falach rodzącej między nimi przyjaźni, wzajemnego dzielenia poglądów i zapatrywań na współczesny obu panom świat, niełatwe relacje z ludźmi kultury w Kraju, czy nawet „Kultury” w Paryżu, niełatwe „bycie” w ówczesnych realiach i szukania drogi do spełnienia poprzez własną twórczość i udostępnienie jej czytelnikowi w Kraju.
Ale przecież to, co stanowi kwintesencję tej korespondencji, dla mnie, jakby clue tych listów, to możliwość spojrzenia na Czesława Miłosza zza kotary oddalenia, gdzie próbował odnaleźć swoje miejsce, dla siebie i swojej twórczości. Ponowne, wciąż nienasycone i zachłanne przyglądanie się Konstantemu Jeleńskiemu, utwierdzając się we własnej opinii o nim jako wyjątkowej zupełnie postaci, człowieku wielkiej kultury, w każdym tego słowa znaczeniu i w każdym aspekcie jego, Konstantego, jestestwa. Obdarzonym szerokim spektrum widzenia spraw poważnych i spostrzegania błahych przefiltrowanych przez własną wrażliwość, a jednocześnie wspartych na filarach wiedzy o ludziach, świecie i sztuce, będącej, dla mnie, stanem iście do pozazdroszczenia. Zupełnie jakby posiadał niezliczoną ilość macek wyczuwających delikatność materii jaką jest dusza artysty, a jednocześnie potrafiący jakże celnie dookreślić otaczającą go rzeczywistość, zachowując balans między własnymi odczuciami i rzeczywistą prawdą, oplatając świat wokół siebie swoją charyzmą, błyskotliwością i czarującym sposobem "noszenia" siebie.
Trudno oderwać się od tych listów, nasycenia tematów, wątków, obrazów, myśli i refleksji, które trzeba zaznaczyć, zatrzymać na dłużej, jakby stawały się poetyckim dopełnieniem prozy, a może całkiem na odwrót.
Błogosławiona jest twarda, kanciasta materia, o którą można się uderzyć, gorzej jeśli opór, na jaki natrafimy, jest płynny, miękki, jeżeli poruszamy się w labiryncie o ścianach z sypkiego piasku. Boję się nie ciosów, ale łagodnego utonięcia, tej nicości, która silniejszych ode mnie wchłonęła i wchłania co dzień.
   
przytoczyłam fragmenty z listów Czesława Miłosza do Konstantego Jeleńskiego"Czesław Miłosz / Konstanty A. Jeleński. Korespondencja" listy zebrane, opracowane i opatrzone przypisami przez Radosława Romaniuka
pod redakcją Barbary Toruńczyk,
wyd. Zeszyty Literackie, 2011
oraz fragment artykułu prof. Ewy Ihnatowicz... A jak będę zakochana, prześlę panu list i klucz, wyd. "Wiedza i Życie", nr 7/1998

I co się w tym łbie kiełbasi


Dopiero dzisiaj mogę usiąść spokojnie i westchnąć, że zamknęłam kolejny rozdział w swojej książce życia. Rozdział, którego kartki były nazbyt często, w minionym roku, poruszane porywczymi podmuchami wiatru, którego rogi zaginały się niosąc ból i zagniecenia nie do wyprostowania. W którym pojedyncze linijki wierszy, codziennej prozy, wyryły się na mojej duszy, jak inicjały zakochanych na korze starego drzewa. Zdawałoby się, że wykrojone w imię miłości, ale jakże dotkliwie raniące. Niektóre kartki trzeba było sklejać, jak opatruje się krwawiące rany, by mimo poranienia wciąż mogły tworzyć całość.
I kiedy tak dzisiaj, siedząc w przyszpitalnej kawiarni gdzie rodzice odwiedzali znajomego po zawale, pomyślałam, że niektórzy stawali na granicy ostatniego rozdziału, bliscy zamknięcia okładek książki zatrzaskujących wszelkie wspomnienia, a nade wszystko wszelkie nadzieje na przyszłość, polubiłam ten swój, niełatwy rok. Za kolejną zmarszczę wokół oczu, która stanie się nowym korytarzem dla łez, za siwy włos wpleciony między tymi wciąż barwnymi przypominając, że piękno zewnętrze jest bardzo ulotne i łatwo blednie, za mocno odciśnięte ślady w mojej duszy, które już na zawsze nosić będę w sobie jak dziedzictwo, choćby przygarbiało i stawało się czasami nazbyt ciężkie, by je udźwignąć.
Jestem. Z nadzieją w sercu, że cokolwiek się wydarzyło da mi siłę na jutro, siłę na przełożenie kolejnej kartki. Z niepokojącą świadomością, że kolejnych rozdziałów do końca tej zaskakującej wciąż książki życia jest coraz mniej, że do przeżycia jest już nieskończenie mniej niż więcej.
Może dlatego odnoszę wrażenie, że z coraz większą zachłannością rozsmakowuję się w każdym podarowanym dniu, jak w urodzinowym torcie bezowym, słodkim i kruchym, jak chwile szczęścia w życiu, dla których warto wypijać bezdenne kielichy goryczy. Staję zatem z łakomie otwartymi oczami i niemiarowo bijącym sercem czekając na to, co przyniesie nowy dzień, na nowo rozpisaną ścieżkę, z wiarą, że warto iść dalej, nawet błądząc, raniąc stopy o kolce, wciąż jednak chwytając chwile radości jak latawiec, który wygląda pięknie szybując nad głową, ale którego nie można wypuścić z rąk, bo zniknie z oczu stając się jedynie cieniem. Trzymać ten sznurek łączący nas z ulotnością radości na ile starczy sił w dłoniach.
I choć wiem, że przyjdzie mi jeszcze nie raz czuć się jak "wąż którego pocięto na kawałki i który nie może się zrosnąć" - jak pisał o sobie w aspekcie własnej twórczości Czesław Miłosz do Konstantego Jeleńskiego, to ja widząc się takim wężem w kontekście poszukiwania siebie, mam nadzieję, że kiedyś, u kresu ostatniego rozdziału zobaczę się w całości, zrośniętą ze swoimi doświadczeniami, przeżyciami, ujrzę swoje odbicie, swój obraz, spełniony, kompletny, skończony.
Tymczasem, póki serce bije niepokorne, dalej będę składać cząstki samej siebie, dopasowywać je do siebie, wciąż zaczynać od początku.

Na czubku głowy siwy kosmyk
Od mydła się rozpłynie
Ale łeb okrągły mocny
Mocniejszy niż dojrzałe dynie.
I co się w tym łbie kiełbasi!
Tyle kolorowych wątków
Ale chciałbym ten łeb rozkwasić
I zaczynać mycie od początku.
Jarosław Iwaszkiewicz wiersz Mycie głowy, 22 VII 79
z tomiku Sprawy Osobiste i inne wiersze rozproszone
wyd. Czytelnik, 2010
oraz fragment z książki "Czesław Miłosz/Konstanty A. Jeleński - Korespondencja"
wyd. Zeszyty Literackie, 2011

Skazani na własny dom


Jechałam w kierunku Brwinowa w niedzielne popołudnie. Wycieraczki swoimi długimi rękawami ocierały łzy spływające po szybie samochodu. Snuł się za mną smutny obraz przemoczonych ulic.
Turczynek. Jestem już blisko. Gdzieś w oddali, poprzez drzewa, rysowała się sylwetka dawnego szpitala spoglądającego dzisiaj smętnie dużymi oknami zwieńczonymi okratowanymi sklepieniami. Jakby to było na wpół więzienie, z uwięzionymi w tych murach duszach przeszłości. Odpadający tynk wygląda jak płaty starej, pomarszczonej skóry na ciele schorowanego nieszczęśnika.
„To czym jest szpital w Turczynku – i ten nieszczęśnik na tym tle, to jest przerażające” – notował na kartkach swojego diariusza Jarosław Iwaszkiewicz. Po ponad pięćdziesięciu latach budynek jest widokiem przerażającego osamotnienia. Zdawać by się mogło, że w wieczornej mgle, między ramami gołych okien tli się czasami zarys samotnej, wychudzonej sylewetki Iwaszkiewiczowskiego „nieszczęśnika” - Jurka Błeszyńskiego. Patrzącego niewidzącymi oczyma zza mgły czasu, zza mgły śmierci. Jakby już bez twarzy. Rozmytego. Nieistniejącego poza spisanymi wspomnieniami pisarza.
Deszcz przybierał na sile odgradzając Turczynek zasłoną łzawego zapomnienia. Odchodził w dal, jak odszedł Jurek Błeszyński.
Była ciepła majowa noc. Na Stawisku było ciemno i pięknie. Leciałem pospiesznie, potykając się o las. Potem przez łąki prosto do Brwinowa. Nic nie czułem, nic nie myślałem. Wchodząc na podwórze domu Szymka, zobaczyłem światła samochodu jadącego w tym samym kierunku.Zatrzymałam się na podjeździe domu na Stawisku. Wchodzę bocznym wejściem (a mnie się wciąż marzy, że kiedyś otworzą się frontowe drzwi na ganku). Drewniane schody prowadzą łagodnym łukiem na pierwsze piętro. Uchylam białe drzwi. W kuchni wita mnie, rozpromieniający deszczową niedzielę, uśmiech pani Zosi. Uściski i imieninowe życzenia. Na herbatę umawiamy się po spotkaniu z Jackiem Dehnelem, bo mnie ciągnie na wystawę prac Anny Podlewskiej-Polit, nim inni goście zdecydują się wejść na górę. Idę schodami na poddasze, by stanąc w otwartych drzwiach. Światła pogaszone, jedynie we wnęce pokoju stoją dwa fotele obite ciemnoczerwonym, miękkim suknem a między nimi niewielki stolik z palącą się dyskretnie lampką. Podeszłam bliżej. Na gładkim blacie ujrzałam białą kartkę: Jarosław Iwaszkiewicz „Twarze”. Jedna. Jakby czekała na mnie. Kartka, twarz o przejmujących oczach patrzących na starzejący się świat zza okularów w ciemnej oprawce. Prawie czuję głęboki oddech życia za moim plecami. Uśmiecham się do siebie nieodwracając, by nie spłoszyć wybryków własnej wyobraźni.
W jednym fotelu śpi czarny kot pani Zosi, w drugim przysiadam ja. Ze ścian spoglądają na mnie rozmydlone, nieznane twarze. Niewyraźne, pozbawione rysów, niewidzące, a jednak jakże donośnie przemawiające bezgłosem. Magia tej chwili i tego miejsca wyrywają mnie z realnej rzeczywistości. W tym momencie nie istniało nic innego, przez tych kilka minut samotności na poddaszu domu na Stawisku, były ze mną jedynie mruczący kot i milczące twarze na obrazach.
Kiedy zamyka się oczy - zwłaszcza przed snem - stają wtedy widoczne przed nami twarze, twarze, ludzkie twarze, które prześlizgnęły się przed nami nawet momentalnie w długim filmie naszego życia.
Tak bardzo pragnęłam, aby ta jedna twarz nagle pojawiła się obok mnie. Pojawia się jedynie pracownica muzeum, by pokrzątać się chwilę i zniknąć. Spojrzałam na akwarele autorstwa Anny Podlewskiej-Polit,
które „nawiązują przy tym dialog z wizerunkiem twarzy autorstwa francuskiej artystki Leonor Fini” (towarzyszki życia Konstantego Jeleńskiego). Próbuję przypomnieć sobie krótki film o Leonor, który ukazuje artystkę malującą sylwetki kobiet i twarze bez imion, całkiem rozmyte na wielkich, białych kartonach. Pozbawione barw zdają się być drugą stroną twarzy, czarno-białym negatywem, wewnętrzym uzupełnieniem tego co oczom ukazuje się jako barwniejszy portret. A skoro uzupełnieniem, wypełnieniem kolorów, to może stanowiąc dużo istotniejszą warstwę, bo tę zwróconą od wewnątrz, stanowiąc istotę tętniącego „ja”, delikatną podszewkę kryjącą się pod grubą warstwą skóry.
Powoli muszę opuścić ten cichy zakątek domu. Za moment spotkanie z pisarzem młodego pokolenia, ale jakby osadzonym w atmosferze i wdzięku minionej epoki, z jego manierami, wykwintnością słów i nietuzinkowym stylem. Spotkanie ma być poświęcone jego najnowszej książce opowiadającej losy Fracisco i Javiera Goya, splecionych w okrutnym pierścieniu „Satruna” i duszących, wzajemnych więzach niemożliwych do rozplątania.
Czekając na przybycie autora spoglądam na kartkę z esejem Jarosława Iwaszkiewicza:
Chyba to jest najważniejsze w każdej twarzy ludzkiej, że jest ona jak dom, w którym mieszka niedostępne życie. Możemy je przeczuwać, możemy nasłuchiwać, jak gra ono niby muzyka w domu weselnym, niby szmer pszczół w ulu. Ale wiemy, że nigdy nie będzie naszym udziałem wejście do tego domu. Że na wieki jesteśmy skazani na własny dom i na własną twarz, która tylko dla nas jest zrozumiała. (...) Bo w gruncie rzeczy twarz ludzka jest jedynym przedmiotem godnym prawdziwej sztuki. Jest symbolem ludzkiego cierpienia, ludzkiej radości, ludzkiego życia i ludzkich dążeń.Tymczasem Jacek Dehnel zaczyna fascynująco opowiadać o całkiem szpetnych twarzach bohaterów swojej książki, o trudach pracy nad przekładem i tłumaczeniem obcojęzycznej prozy i poezji, o miejscu malarstwa w jego życiu, wszak: Wielka sztuka jest tym, co godzi nas z życiem. Wielka sztuka gry ludzkim obliczem, olśniewaniem prawdą wewnętrzną i pięknem zewnętrznym.
Pełna olśnień, z podpisem pisarza w książce i magią chwili w sercu, wychodzę do ogrodu. Czas wrócić do swojego domu. Spojrzeć na własną twarz. Myśli biegną jednak jeszcze na poddasze. Może, późnym wieczorem, kiedy już wszyscy goście opuszczą Stawisko, Jarosław Iwaszkiewicz zasiądzie w jednym ze swoich foteli, a na białej kartce, którą zostawi przy lampce na stoliku, zapisze:
Noc. Siedzę przy kieliszku. Już mnie prawie nie ma,
Lecz jeszcze czuję bicie podskórne zegara,
Który znaczy ziarnkami krwi bieżące fale.
Zgrzyta z wolna sprężyna, rdza pierwsza osiada,
I myślę o młodości, która z wolna mija,
Która może minęła już, choć o tym nie wiem.
I resztki świadomości chcąc z siebie wydobyć,
Patrzę na szyby okien bielmem powleczone…
Oddałem życie moje tym, co za mnie żyją,
Wiem, oni mnie dopełniają, oni mnie pomnożą.
fragmenty:
II tomu "Dzienników 1956-1963"
wiersza Późny wieczór
z tomu "Urania i inne wiersze"
oraz eseju Twarze
(nawiązującego do twórczości Leonor Fini)Jarosława Iwaszkiewicza

SMAŻONE ZIELONE POMIDORY


Tydzień minął niepostrzeżenie szybko. Przefrunął, zatrzepotała liśćmi, uśmiechnął promieniami słońca. Każdy dzień budził się jak zawsze o piątej trzydzieści, by zasnąć koło północy. I znowu na zegarku rano ta sama godzina i noc w takich samych barwach ciemności. Jak było odróżnić jeden dzień od drugiego. Mijały. Drzwi w pracy otwierały się o ósmej trzydzieści, podpisanie listy i lista zadań. Przerwa na kawę, zebranie, bladość beznamiętnych papierów, niełatwe rozmowy. Szesnasta trzydzieści zamykała drzwi, a ja wychodziłam na spotkanie ze wciąż widnym światem zewnętrznym. A jednak dni są coraz dłuższe, chociaż mnie wciąż zdawało się, że to przecież ten sam dzień. Szpilki zmieniałam na buty na płaskim obcasie, zrzucałam ograniczającą swobodę ruchów marynarkę. Praca, zawód zostawały za mną, nie licząc telefonu służbowego, który nie zna granic godzin pracy, bo pracuje bez jakichkolwiek ograniczeń.
Zawód, praca, czasami wybrane świadomie, czasami dane z przypadku, wykonywane z pasją bądź z pasji przyzwyczajenia. I choć sama pracą wciąż żyję, pochłania większość mojego czasu, kosztuje czasem dużo nerwów, obarczając odpowiedzialnością, którą dźwigam przygarbiając się pod jej ciężarem coraz bardziej, to przecież wychodząc z niej, wychodzę naprawdę, nie tylko fizycznie, ale nade wszystko duchowo. Zostawiam za sobą, by wrócić do siebie.
Tymczasem wczoraj patrzyłam na zawód, który jakby nim nie był, bo wczoraj zobaczyłam aktorstwo, które jest w pełnym tego słowa znaczeniu powołaniem i pasją, drugą skórą. Nie tylko rzemiosłem, na pewno nie podpisem na liście obecności w teatrze, etatem, zakładaniem masek, nie tylko świetnym warsztatem. Jest życiem, jest kobietą, jest Elżbietą Czerwińską.
W sobotnie popołudnie w ramach 9. Ogólnopolskiego Przeglądu Monodramu Współczesnego dla zgromadzonych widzów zagrała właśnie Ona. Chociaż 'zagrała' to nie jest słowo właściwie dobrane, po prostu wyszła na scenę. Wkroczyła w czerwonych, wysokich szpilkach, by przykuć naszą uwagę, by przyszpilić tych, którzy zapomnieli czym jest prawda o aktorstwie. By, nas widzów, zahipnotyzować, zelektryzować swoją charyzmą. W idealnie skrojonym garniturze stanęła jednak naga, objawiając całą prawdę o sobie, Elżbiecie Czerwińskiej-aktorce, Elżbiecie Czerwińskiej-kobiecie. Nie zakładała masek, nie stawała się, na potrzebę chwili, dwiema bohaterkami z historii napisanej przez Fannie Flagg w „Smażonych zielonych pomidorach”. Była każdą z nich po trosze. Pełnokrwistą Evelyn Couch, która w końcu pokazuje światu na jak wiele jeszcze ją stać, że wciąż może być atrakcyjna, pełna energii, radości życia dojrzałą kobietą, a za moment zmienionym głosem, z drżącymi dłońmi namalować portret starszej pani Threadgoode. I nie musiała zmieniać stroju, przywdziewać charakteryzacji, nakładać zmarszczek, ona sama je tworzyła na naszych oczach. Przekraczała granice wieku, doświadczeń, granice postaci tylko i wyłącznie samą sobą, każdym nerwem, tkanką, spojrzeniem, nakreślonym gestem, modulacją głosu. Wzruszała, rozśmieszała do łez, bawiła, tańczyła afrykański taniec radości życia, dla mnie, radości bycia na scenie, życia na scenie, odnajdywania siebie i potwierdzania, że warto było wrócić na scenę po latach z nią rozłąki, dla takich chwil, dla takiego monodramu wyreżyserowanego dla niej przez Remigiusza Grzelę. Tego, który jak nikt inny odczytuje pragnienia duszy, tego co skryte, który z takim wyczuciem "ulepił" postacie dla Elżbiety Czerwińskiej, tak by mogła pokazać samą siebie, włożyć w każdą z nich cząstkę własnej historii, własnego życia, własnych przeżyć i doświadczeń, prawdy o sobie.
Dzisiaj niedziela (spędzona na Iwaszkiewiczowskim Stawisku i spotkaniu z nietuzinkowym Jackiem Dehnelem, ale o tym przy innej okazji), zatem jak to niedziela, dla mnie będąca ostatnim dniem przed nowym tygodniem pracy. Powrót do szpilek, marynarek, odgrywania swojej roli, ale przecież nie siebie. Bo prawdę o sobie na ponad osiem godzin dziennie, pięć dni w tygodniu, chowam pod płaszczem obowiązków, wymagań stawianych przez zawód, stanowisko. Mój podpis na liście obecności nie jest podpisem pod samą sobą, podczas gdy Elżbieta Czerwińska pod stworzonymi, w monodramie "Smażone zielone pomidory", postaciami podpisała się swoją pracą, łzami, pasją, wrażliwością, oddaniem i talenem. Całą sobą.
I parafrazując fragmencik z książki Fannie Flagg "Smażone zielone pomidory" mogę szepnąć sama do siebie: Może i siedzę tu, w domu spokojnej dojrzałości, ale myślami jestem w Starej Prochowni, przed monodramem "Smażone zielone pomidory".

Portrety kobiet


Pozwoliłam stać się, dzisiaj, rąbkiem płótna dla malarskich poczynań natury. Wtulona w wygięty materiał hamaka patrzyłam jak długie palce słońca ześlizgują się po grzbiecie przygarbionego nosa zostawiając plamki piegów, jak przytulają się do krągłych kształtów policzków malując na nich złote rumieńce i wplatają we włosy słoneczne pasemka. Przemykają kanalikami zmarszczek wokół oczu rozświetlając zielone punkciki na brązowej tęczówce. Oddech leniwego popołudnia, czasami tylko rozwiewany chłodniejszymi porywami wiatru, otulał się ciepłym szalem wokół ramion. Serce biło miarowo dostosowując się do spokojnego rytmu dnia.
Z tarasu spoglądał na mnie album, który jest pograniczem, miejscem przylegających do siebie obszarów. Odwiecznym zamiłowaniem do literatury i ostatnio budzącej się pasji do malarstwa. Między ciężkimi, pokaźnych rozmiarów okładkami maluje się postać starszej kobiety, w futrzanym czepcu i takim też kołnierzu płaszcza, zapiętego pod szyją ozdobną spinką. W dłoniach, będących dowodem jej niemłodych lat, trzyma księgę, starodruk, opatrzoną rycinami. Trzyma blisko wpatrując się uważnie w słowa. Może wzrok już nie tak ostry, niedostrzegający szczegółów, ale wciąż tak samo łakomy. Jest w jej twarzy szlachetna łagodność, spokój, mądrość lat i mądrość, którą wyczytuje spomiędzy kartek księgi. Jakby obie stawały się jednością, dając siebie sobie nawzajem, odczytując się instynktowanie, jakby na nowo otwierany rozdział był także nowy początkiem dla każdej z nich, mimo widocznie wyrytego wieku na ich obliczach.
Biorę album, by zajrzeć do środka. Okulary leżą daleko ode mnie. Przysuwam go bliżej oczu, by widzieć lepiej, by nic nie umknęło wraz z kolejnym porywem wiatru, wyrywającym kartki spomiędzy palców. Powoli przemierzam swoje pogranicze zamknięte w przepięknym wydawnictwie autorstwa Aliny Biały "Literatura i malarstwo".
Strona 221 - Doświadczenia egzystencji - jakże sielankowo dzisiaj odczuwalne w niespieszne popołudnie. W dźwiękach szumiącej sosny, śpiewie ptaków i leniwym mruczeniu kotów wygrzewających się na tarasie. Jutro doświadczenia odmienne, kiedy po całym dniu zabiegania przysiądę na łóżku próbując jeszcze resztką sił śledzić linijki w książce, od której trudno mi się ostatnio oderwać, "Papuga Flauberta" autorstwa Juliana Barnesa rysującego postać tego,  który tak zachwycająco sportretował panią Bovary.
Wracając jednak do albumu, do strony 221 i innej kobiety, tej zmęczonej, którą sama jutro będę i tej widniejącej na obrazie Edwarda Hoppera, ujętej w ramach przejmującego obrazu "Pokój hotelowy". Siedzącej na łóżku z książką w dłoniach, ale w przeciwieństwie do kobiety z okładki, książki trzymanej bezsilnie, jakby od niechcenia, bez dostrzegania detali nakreślonych liter, patrząc na nią niewidzącymi oczyma. Ten obraz zapada w pamięć, niczym niedokończona fraza. Dopowiedzieć ją może sobie każdy na swój własny sposób, dopowiedział ją Czesław Miłosz w swoim wierszu, który mogłabym określić słowami wyczytanymi w fascynującym tekście Pawła Huelle, poświęconego poezji Tomasza Różyckiego, ale jakże pięknie wpasowującego się w zbudowany nastrój w wierszu Miłosza, w twórczość poety:
Każda fraza, która – no właśnie – zapada w pamięć niczym obraz Vermeera ujrzany pośród setek innych akordów zapisanych w XIX wieku. W tym czytelniczym rzemiośle nauczyłem się rozpoznawać poetów istotnych od przygodnych. Poeta istotny to ten autor, który – czasem w jednym zdaniu, czasem w dwóch zestawionych słowach – esencjonalnie potrafi wyrazić to, co czujemy, co przeżywamy w naszych rozmaitych sytuacjach i stanach egzystencji, ale czego sami nie potrafimy nazwać tak celnie, krótko, porażająco.
O, jaki smutek nieświadomy, że jest smutkiem!
Jaka rozpacz, nieświadoma, że jest rozpaczą!
Kobieta kariery, obok jej walizka, siedzi na
łóżku, półnaga, w czerwonej halce, uczesanie jej
nienaganne, w ręku ma kartkę z cyframi.
Kim jesteś? - nikt nie zapyta, sama też nie wie.

Może każda z nas zadaje sobie takie pytanie, szuka siebie: w książkach, w obrazach, w lustrach. Raz czując się staruszką noszącą swoje doświadczenia egzystencji w zagięciach zmarszczek uśmiechających się pogodnie, to znowu będąc zabieganą współczesną kobietą, na koniec dnia, próbującą odnaleźć się w gęstwinie kurzu mijającego dnia. Może czasami panią Bovary szukającą miłości i spełnienia, dopełnienia siebie.
Kim jesteśmy? - oby nowy tydzień przyniósł, każdej z nas, choć cień odpowiedzi.
wiersz Czesława Miłosza
album "Literatura i malarstwo" Aliny Biały
Wydawnictwo Szkolne PWN, 2009
fragment Listu do młodego poety autorstwa Pawła Huelle poświęconego poezji Tomasza Różyckiego113 Zeszyty Literackie, wiosna 2011

Wyznania o tym... i o tamtym


Szelestem kartek próbuję zagłuszyć coraz bardziej natrętne dźwięki wystukiwane, o parapety okien jak o afrykańskie tam-tamy, przez majowy deszcz niosący wieść o niepogodzie. I tylko od czasu do czasu spoglądam na krople spływające po szybie, które jak górskie potoki szukają swoich ścieżek wśród nieporuszonych skał kapryśnej aury. Zwisające jak kryształowe paciorki na drewnianych rzemykach oplecionych wiotkimi gałązkami róży.
Ekspres do kawy pohukuje odganiając senność, która wślizguje się bezwstydnie pomiędzy warstwy koca, którym chciałam odgrodzić się od przejmującego chłodu wdzierającego się dzisiaj do domu. Kubek z pachnącą kawą patrzy na mnie kocimi oczami Audrey Hepburn, a ja błyskotliwymi oczami Wisławy Szymborskiej spoglądam na starą maszynę do pisania, która stoi uśpiona na biurku. Gdyby ona, odziana w najnowsze osiągnięca techniki: rozjaśniający wszelkie ciemności nocy ekran gdy go choć lekko uchylić, miękko ulegające palcom klawisze, czy sama mogłaby z siebie wykrzesać choć kilka słów czy skłonna byłaby podpisać swoje, zgoła przedwojenne imię 'Naumann Ideal', pod tymże fragmentem wiersza:
Objaśniam na ekranie
każdą wzmiankowaną rzecz,
kiedy ją wykonano,
i z czego, i po co.
A już zupełnie z własnego rozpędu
badam niektóre listy
i poprawiam w nich
błędy ortograficzne.
Przyznaję – pewne słowa
sprawiają mi trudność.
Na przykład stanów zwanych „uczuciami”
nie potrafię jak dotąd wytłumaczyć ściśle.
Podobnie z „duszą”, wyrazem-zagadką.
Ustaliłem na razie, że to rodzaj mgły,
rzekomo od śmiertelnych organizmów trwalszy.
Jednak największy kłopot mam ze słowem „jestem”
Wygląda to na czynność pospolitą,
uprawianą powszechnie, ale nie zbiorowo,
w praczasie teraźniejszym,
w trybie niedokonanym,
choć jak wiadomo, dawno dokonanym.

Nie sposób nie zatrzymać się przy kłopotliwych wyrazach "dusza" i "jestem". Wydają się być nierozerwalne, połączone niewidzialną nicią prowadzącą do równie kłopotliwego wyrazu "myśl". Ta zdaje się sprawiać wielu embarras swoją niezależnością, jakże często krnąbrnością, nieugiętym podążaniem własnymi drogami, szukając siebie samej w odbiciu luster, w kałużach deszczu puszczającego zawadiacko uwodzące, wodne oczka. A przecież któż może przewidzieć dokąd owe myśli, jeszcze nienazwane, mogą nas powieść, w jakie nieogarnięte ludzkim umysłem bogactwo urodzaju lub niespodziewanie odczuwane ubóstwo. Jakże niezrozumiale potrafiące dotknąć tych, którzy stworzyli dzięki niej pisarstwo wyryte złotymi zgłoskami w historii literatury i uszyte na miarę naszej własnej historii czytelnika.
"Pisarstwo, które robi coś niemożliwego, zupełnie niemożliwego, i jeśli czymś klajstruje dziury w rzeczywistości, to tylko swoją namiętnością do świata. Bo tylko to je ratuje, że straszliwie kocha świat (że bez wzajemności, nie muszę chyba dodawać; świat drwi sobie z literatury). Kocha albo nienawidzi; niektórzy pisarze, na przykład Austriak Thomas Bernhard, pisali tylko gniewem, tylko wściekłością, Jarosław Iwaszkiewicz uwielbiał konkret w sposób aż histeryczny; w jego książkach powtarzają się histeryczne wybuchy miłości do ludzi i miejsc, do ukochanych psów, do dzieł sztuki. A jednocześnie nieraz zarzucał sobie "ubóstwo myśli". Na przykład w eseju o Wenecji pisał:... ja jestem gadatliwy, bo gadaniem chcę pokryć moje ubóstwo, ubóstwo mojego kraju i ubóstwo mojej myśli". Ubóstwo myśli, co za nieporozumienie, ktoś kto tak pragnie konkretu i tak potrafi go osaczyć w swoim pisaniu, myśli w sposób najlepszy, najdoskonalszy... Błogosławione ubóstwo myśli."
Tymczasem czytaniem próbuję zaklajstrować pozostałych jeszcze kilka dziur w dokonanym już prawie czasie pierwszych, majowych dni, niezbyt rozpieszczających pogodną aurą. Wszak jutro trzeba będzie wrócić w tryby maszyny zwanej 'codziennością', gnać po torach wyznaczonych przez liczne obowiązki i starać się nadążyć, ze wszystkim, zgodnie z rozkładem dnia wymierzanym przez pośpieszne wskazówki zegara. Rozpromienia mnie jednak myśl o piątkowym popołudniu, który zwieńczony będzie kolejnym wykładem o malarstwie XIX wieku, tymczasem oddając się słowom Czesława Miłosza, który we współczesnym mu malarstwie znajdował odniesienie do poezji Mirona Białoszewkiego:
„Skąd wywodzi się poezja Białoszewskiego? Oczywiście z nowoczesnego malarstwa, które jest w Polsce wielbione niemal religijnie przez młode pokolenie literacko-artystyczne, bo malarstwo przywraca świat dotykalny, odbierany i unicestwiany przez mętną filozofię stawania się (ruchu, jeżeli w to wniknąć, tylko idei, czyli jakiś idealizmu do kwadratu). Inaczej mówiąc wywodzi się z tęsknoty do bytu (po polsku słowo brzmi źle. Lepiej jest ętre czy being). Cytryna ani stół nie mogą tak być na płótnie albo w słowach, jak są w rzeczywistości. Ale nigdy niezaspokojona tęsknota, żeby choć trochę były, inaczej nazywa się wolą artysty. Język malarski jest bardziej niewinny, mniej skażony przez pojęcia (malarz maluje zawsze ten stół, a nie stół w ogóle), stąd kult malarstwa w Polsce jako odtrutki. W wierszach Białoszewskiego wyraża się to i ciągłym powoływaniem się na nazwiska (Matisse, Bonnard etc.), i jakby drążeniem pojęć, bez których słowo nie może się obejść, tak żeby wniknąć w samą esencję smołowatości, kluczowatości."
W jakie przestrzenie mi samej uda się wniknąć po wykładach z malarstwa, mam nadzieję, że w esencję myśli, jakoby najbardziej ubogiej. Na razie jednak z nieokiełznaną radością niecierpliwie oczekuję na mające się ukazać "odtrutki" dla mojej kłopotliwej duszy: korespondencję Czesława Miłosza z Jarosławem Iwaszkiewiczem, Konstantego Jeleńskiego z rzeczonym Czesławem, książkę Adama Zagajewskiego "Lekka przesada" i zapowiadaną książkę Jacka Gutorowa "Księga zakładek" będącą zbiorem esejów, w których autor "z jednej strony przygląda się Witoldowi Gombrowiczowi, Mironowi Białoszewskiemu, Krystynie Miłobędzkiej i Julianowi Kornhauserowi, z drugiej sięga po poezję Andrzeja Sosnowskiego, Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego, Marcina Świetlickiego, a także Marcina Hamkało, Piotra Czerniawskiego i Klary Nowakowskiej."
I przyznaję, że wyobraźni mojej nie starcza na ogarnięcie mnogości zakładek jakimi przyjdzie mi przyozdabiać każdą z tych literackich nowości, bo też każda z nich będzie sznurem, na który nawleczone zostały, zwinnymi placami, perełki drogocennych myśli tworzących, niespotykanej powszechnie urody, artystyczne dzieła wyjątkowej szlachetności.
Chciałabym tylko, by ktoś rozciągnął czas rozpościerając go jak ogromny parasol, ponad moją głową, chroniący mnie przed deszczem codziennych zobowiązań. By przytrzymał wskazówki zegara przywiązując sznureczkami do pochwyconej chwili, zmuszając do zatrzymania się na dłużej, tak jak wstrzymuje się oddech zachwytu nad kartkami czytanych książek, by nie umknął nazbyt pośpiesznie. Tak, jak najwyraźniej tegoroczna zima postanowiła z nami na dłużej zostać przykrywając, właśnie, mój ogród welonem utkanym z perłowych płatków śniegu.

Grudka bursztynu


Kim jestem, tu w mroku cielesności, w drżeniu ciała?
Kim byłem? Czyżby obudził mnie przelot ptaka
za oknem? Okno, które otwiera żywioł, ostrze cienia;
czysta realność? Nie. Obudziło mnie muśnięcie
przestrzeni; jak gdybym wszedł w głąb korytarza snu.
Tak jakbym przebiegł na palcach, by nie trwożyć
tych co umarli. A może obudziła mnie po prostu
kropla, kropelka wody, która spadła z kranu, hen,
w terytorium bez granic, bez żywej duszy, w księstwie
Akwitanii? A może to tylko muzyczka ziarenek
piasku, co utkwiły na amen we framudze okna,
nagość tonu? Oparzyła mnie idea, zimna jak
odłamek lustra. Przeląkłem się, że dom zastygnie,
zakrzepnie w grudkę bursztynu.
Zdarzają się takie momenty, wcale nierzadkie, że chciałabym móc, na pstryknięcie palcami, rozsypać się na drobne kawałeczki, na pojedyncze grudki ziemi, by mieć możliwość ulepienia ich na nowo. Ulepienia siebie. Stworzenia nowego „ja”. Własnego, lepszego, doskonalszego. Piękniejszego w formie, i to nie tej zewnętrznej, chociaż taką też bym nie pogardziła, ale tą niewidoczną dla oka, tkwiącą we mnie, w moim umyśle.
Tymczasem, wciąż błądzę bezdźwięcznymi korytarzami jakiejś wewnętrznej miałkości, ścieżkami pełnymi połamanych wyobrażeń o doskonałości, które najchętniej zwinęłabym, zrolowała jak starty dreptaniem w miejscu dywan i zastąpiła go nowym, w którym sploty będą gładsze, ściślej ze sobą powiązane. Wnikając w siebie tworzyłyby kobierzec ciekawszych wzorów, bardziej urozmaiconych, barwniejszych. Nic. Pozostaję skałą bez czucia, która choć chłonie każdą kropelkę słowa, która ją zmienia i przyprawia o wewnętrzne drżenie, to w żaden sposób nie potrafi tego odzwierciedlić. Na zewnątrz wciąż pozostaję niezruszoną skamieliną. Dlatego chciałabym zamienić się w grudki ziemi, nieforemną mazie, z której można by ukształtować choćby zakrzepnięte grudki bursztynu.Bo kiedy czytam esej Jerzego Plutowicza Przygoda i ocalenie (Na ścieżce źródeł), to sama tych źródeł szukać poczynam, sięgając do filozoficznych rozważań nad życiem i losem ludzkości. Nad rolą sztuki w życiu. I z każdym kolejno czytanym zdaniem ubolewam nad niemożnością uchwycenia marzeń poetyckich gubionych w codziennym zabieganiu, boleję nad świadomością posługiwania się nazbyt "nagim" słowem, własną rażącą niedoskonałością. Wszak, kiedy przychodzi mi stanąć wobec tak misternie skonstruowanego tekstu, przeplatania się myśli, odniesień do filozofii, sztuki, literatury czuję się jak nieporadne dziecko, które z zachwytem patrzy na najpiękniejszy zachód słońca. Jakbym próbowała sięgnąć do korzeni własnego bytu, jestestwa, sięgnąć promieniami tego zachodzącego słońca do jądra tętniącej życiem ziemi, do jej serca.
Poddaję się zatem bezkarnie tej poetyckiej wyobraźni, która spłynęła na mnie wraz ze słowami Jerzego Plutowicza, licząc, że przysiądzie na dłużej na ganku mojego domu, utknie we framudze mojego okna, przenikając jak krople wiosennego deszczu w zakurzone szczeliny mojej popękanej duszy, zatrzepocze skrzydłami nocy rozpościerając głębię i sens istnienia w sztuce na krańcach życia, od sacrum po profanum poezji, w prozie i w życiu.
Bo przecież: Jeśli wszystko jest poezją, jak ogłosił Edward Stachura, na sposób nadrealizmu zapragnął nasycić naszą codzienną udrękę czymś tak ulotnym jak piękno, czyżby zbyt ulotnym. Żyć tak, by nie opuszczał nas stan czujności, by nie pozwolić wchłonąć się marności byle jakiej egzystencji. Żyć by doświadczać cudu istnienia. Na przekór destrukcji, entropii, nicości. A ja i ty, czyżby bardziej świadomi, a może tylko bardziej praktyczni, postrzegamy byt nasz ludzki nie jako totalną, wspaniałą w totalności jedność, pełnię przenikniętą cudownością, lecz jako pokrzywione drzewo człowieczeństwa, z którego - jak zauważył Immanuel Kant - nie da się wyciosać niczego prostego.I za sprawą takiej prozy i poezji, jaką potrafi wyciosać z każdego słowa Jerzy Plutowicz, doświadcza się cudu istnienia, cudu odczuwania, mobilizując się do zachowania czujności, by nie pozwolić marności wtargnąć we własne życie. Czując podskórną jedność ze sztuką, nawet jeśli pozostanie się wciąż niedoskonałym drzewem człowieczeństwa, niedojrzałym jabłkiem na gałęzi starej jabłoni życia, zbyt płytkim oddechem przebudzenia. 
wiersz Przebudzenie
oraz fragmenty eseju Przygoda i ocalenie (Na ścieżce źródeł)
Jerzego Plutowicza
"Twórczość", kwiecień 2011

Wyobraźnia góruje nad wszystkim innym


Wbiegam na teren uniwersyteckiego campusu jak dzikie zwierzątko, dopiero co przebudzone po zimie, wygłodniałe, wzrokiem drapieżnika szukając kształtów budynku Instytutu Archeologii. Oj, nie wykopaliska były mi teraz w głowie. Wystarczy że sama, czasami, się takim czuję.
Pierwsze piętro, sala zastawiona rzędami ławek. Siadam w jednej z nich, blisko okna, próbując nie dać poznać po sobie kłębiącego się we mnie głodu. Już dawno nie czułam tak przemożnej chęci nasycenia swojego pragnienia, zaspokojenia niepokojącej żądzy wiedzy. Przyciemnione okna nieco łagodzą ostrość spostrzegania swojej ułomności.
Długopis zaczyna szybko poruszać się po kartkach papieru, próbując nadążyć z zapisywaniem przywoływanych nazwisk, jakby gonił „ofiary”, by je pochwycić nim umkną nazbyt poszpiesznie. Zgrabnie stawiane litery tworzą kompozycję rycin przedstawiających cechy charakterystyczne dla malarstwa epoki romantyzmu, zmieniające się tendencji i mody w sztuce, umiejscawiają daty na kalendarzu historii i tytuły obrazów w rogach płócien. Siadam wygodniej. Prawie czuję zapach kropel krwistoczerwonej, lepkiej i gęstej farby, próbuję domyślić się sposobu dobierania barwników, podpatruję jak operowanie światłem i cieniem nadaje obrazom nastrojowości. Czuję się coraz spokojniejsza, zaczynam nasycać swój głód chłonąc każde zdanie wykładu i śledząc kolejno wyświetlany slajd.
Jakiż bowiem jest ostateczny cel każdego rodzaju sztuki, jeśli nie oddziaływanie? Czy zadanie artysty polegałoby jedynie na układzie materiałów, każdy zaś widz miałby w dziele artysty szukać delektacji na swój sposób? Czy niezależnie od zainteresowania, jakie budzi prosty i jasny rozwój kompozycji, wdzięk umiejętnie zbudowanych sytuacji, znaczenie moralne nie kryje się nawet w bajce? Któż ukaże je lepiej niż ten, kto zawczasu ułoży wszystkie części kompozycji tak, że widz czy czytelnik, sam nie wiedząc o tym, jest urzeczony i oczarowany? Drogi Pani Delacroix,
Doprawdy świadomość oczarowania i urzeczenia sztuką malarską pięknie wkomponowały się w moje dzisiejsze popołudnie. Zapewniam szczerze, że w każdym dziele szukam tej delektacji jedynie na swój własny sposób, by poddać się, z grzeszną rozkoszą, oddziaływaniu sztuki na moją wygłodniałą duszę. Ach, jak pięknie za oknem szumią kwitnące kasztanowce. Gdyby Pan to mógł zobaczyć.
Tymczasem sama spoglądam na obraz Piotra Michałowskiego „Żydzi” i trudno samej mi w to uwierzyć, ale wchodzę właśnie po schodach Galerii Zachęta. Nawet nie jestem w stanie osadzić w czasie wystawy „Żydzi Polscy”, na którą zabrali mnie rodzice całe lata temu. Za to doskonale przywołuję z pamięci album z reprodukcjami obrazów prezentowanych na wystawie. Potem długie wieczory i bezgwiezdne noce, kiedy z ołówkiem w ręku próbowałam szkicować portrety, skupiając się na oczach, na ich wymowie, wyrazie spojrzenia, kształcie tęczówki, półkolu zarysowanych brwi, osadzeniu rzęs między cienkimi fałdami powiek. I wizja tego co chciałam przenieś na papier nie pomagała, bo ręka jak z kawałka drewna. Te dziesiątki zmarnowanych ołówków, startych w wiórki gumek, podartych z bezradności kartek. Gdyby tak zebrać wszystkie, wtedy kupowane, bloki rysunkowe można by wybudować pokaźne blokowisko mojego beztalencia. Lepiej tego nie wspominać.
Wracam do sali wykładowej. Powoli mija trzecia godzina prelekcji, nasycenie powoduje lekkie rozleniwienie. Na chwilę więc przysiadam, jak Amelie Cogniet, w malarskiej pracowni jej brata, Leona, by nabrać dystansu do oglądanych obrazów, których reprodukcje zapisują się w mojej głowie, kładąc całymi zwojami na zdartych płytkach pamięci. Żeby tylko wszystko, dzisiaj usłyszane, udało się później odtworzyć, nazwać, umiejscowić na mapie własnej wrażliwości, tylko czy posiadam takie pokłady wyobraźni?
Wyobraźnia. Jest pierwszą zaletą artysty. Niemniej konieczna dla miłośnika malarstwa. Nie pojmuję, jak człowiek pozbawiony wyobraźni może kupować obrazy: próżność jego jest w proporcji do braku wyobraźni. Otóż, jakkolwiek może się to wydać dziwne większości ludzi jej brak. Nie tyko wyobraźni płomiennej czy przenikliwej, która żywo przedstawiałaby im przedmioty i objaśniała sens, ale nawet jasnego rozumienia dzieła, gdzie wyobraźnia góruje nad wszystkim innym.
Wyobraźni, płomiennej i przenikliwej, proszę przyjdź.
fragmenty z Dzienników Eugene'a Delacroixtłum. J. Guze i J. Hartwig
Wrocław-Warszawa-Kraków, 1968


Malarska wizja


Przebudziłam się. Wreszcie. Strząsnęłam z siebie warstwę zimowego przyprószenia i przestałam się siłować z wiosennym przesileniem ulegając pogodnemu nastrojowi. Włosy związałam naręczem promieni słońca, pozwaliłam wymalować sobie kilka piegów na nosie i szeroko otworzyłam oczy. Oddycham, zachłystuję się radością, biegam z głową w chmurach, mimo zapracowania, próbując unieść się nieco na skrzydłach wewnętrznego rozpromienienia. Jutro zaś przefrunę ponad uniwersytecką bramą, by wsłuchać się w wykład o polskim malarstwie XIX wieku. Wszak wiosną, kiedy wszystko budzi się do życia, rozkosznie móc się przyjrzeć kolorom, rozkwitającym dookoła barwom i podążać za fascynująco zmienną wędrówką światła spacerującego pod ramię z cieniem.
I tak, do torby wrzuciłam przesłane materiały, porcję niezaspokojonej ciekawości i z niecierpliwością czekam na spotkanie z wyjątkowymi twórcami, żeby wymienić choćby kilka znamienitych nazwisk: Olga Boznańska, Henryk Siemiradzki (jakże mi bliski za sprawą jego "Studium drzewa"), bracia Gierymscy, artystyczny klan Kossaków, dwóch Stanisławów: Mehoffer i Wyspiański. Przez najbliższe trzy miesiące staną się częścią mojej codzienności, będą ją przemalowywać, upiększać, nadawać jej nowy, artystyczny wymiar, a ja długie godziny będę delektować się spotkaniami z ludźmi obdarzonymi niezwykłym talentem, a może nade wszystko zdolnością obserwacji ludzi i świata. Wszak to Konstanty Jeleński, w swoim szkicu poświęconym malarstwu Józefa Czapskiego, pisał o darze wizji:
Murielle Werner-Gagnebin zatytułowała swą piękną i uczoną monografię o Józefie Czapskim „Ręka i przestrzeń”. Trudno mi się z tym tytułem pogodzić. Czapski to dla mnie "oko i czas"."Ręka" kojarzy się z łatwością malarskiego gestu, z tym co potocznie nazywamy "talentem". Dary te nie wydają mi się dla malarza najważniejsze. Cóż z tego że malarz może łatwo, nawet błyskotliwie utwierdzić nas w jednym z wizualnych przesądów, czy będzie nim iluzja rzeczywistości czy smak epoki? Jedynie ważna jest wizja. Jeśli malarz widzi świat tak jakby oglądał go po raz pierwszy, może zmusić "rękę" do przekazania tej wizji innym.
Będę więc doszukiwać się wizji w obrazach i spróbuję spojrzeć na świat jakbym widziała go po raz pierwszy. Jakbym narodziła się na nowo. Spojrzeć oczami malarzy. Przyznaję zresztą, że ostatnio to oni zaprzątają mi głowę znacząco. Przede wszystkim panowie Goya, za sprawą Jacka Dehnela (na którego spotkanie na moich ukochanym Stawisku, też już nie mogę się doczekać).  Bo, to Francisco i Javier, pojawili się niedawno na pierwszym planie moich wieczornych obrazów wiodąc prym w swoich wzajemnych dysputach i wyrażaniu swojego spostrzegania, w dwójnasób, samych siebie. Książka "Saturn" jest takim dwugłosem, ojca i syna, a z czasem i wielogłosem, kiedy do dyskusji dołącza także Mariano, ojciec i dziadek. Obserwujemy, jak każdy z nich odmiennie spostrzega siebie w swoim życiu i w życiu tego drugiego. Te same wydarzenia, z punktu wiedzenie każdego z nich, nabierają nowego znaczenia, jakby zmieniały kolor, nasycenie, chwilami nabierając ostrości, bo zostają przefiltrowane przez własną osobowość i podszeptywane przez odmienną wrażliwość. "Saturn" jak planeta objęta niezliczonymi pierścieniami jest plątaniną uczuć, skrajnych obserwacji, artystycznych ambicji, wielkich rozczarowań i zatruwających uzależnień.
Jacek Dehnel stanął przed sztalugą malując mroczne portrety, choć jednocześnie wyraziste i pełnokrwiste, zaś jego zabawa słowem w "Saturnie" wciąż się mieni, iskrzy, zmienia odcienie i perspektywy. Pojedyncze słowa potrafią rozcinać, obnażać ciała i dusze, krzyczeć z bólu, namiętności i pożądania, malując jakże dosłowne wizerunki pełne pęknięć, szpetoty, pomarszczeń, ale i jakiegoś ulotnego piękna, piękna pasji, rozkoszowania się życiem, emocji i niezgłębionego kłębowiska wewnętrznych sprzeczności. Brzmiąc niejednokrotnie aż nadto dobitnie, niepozbawione są tego „dehnelowskiego” wyrafinowania, precyzji, splotu fraz i skojarzeń, więc z przyjemnością śledzę jak dobiera barwniki, nakłada kolejne warstwy farby, nadaję wyrazistości i faktury każdemu zdaniu. I tak snuje swoją opowieść, Jacek Dehnel, jakby rozciągał płótno na blejtramie. Pojawiają się pierwsze pociągnięcia pędzlem, smugi, kontury, by już za chwilę obserwować jak rozrywa płótno na kawałeczki, rozrzucając w odległe sobie strony, jak tylko odległe potrafią stać się sobie najbliższe osoby. Na samym końcu zaś łącząc je wszystkie zgrabnie w jeden, monumentalny obraz.
"Zadziwia mnie czasami dokładność, z jaką widzę kolejne obrazy - trochę jak wtedy, dawno temu, kiedy Kolos ukazał się w najmniejszych szczegółach, ale inaczej. Wtedy miałem ogólną wizję, teraz widzę, teraz widzę każde pociągnięcie pędzla; widzę dokładny odcień farb i wiem, jak go uzyskać, wybieram grubość pędzla - czasem śnią mi się moje ulubione pędzle, którymi malowałem w Quinta, zwłaszcza jeden, prawie zupełnie zżarty, bo tynk szybko zjada włosie, po sam koniuszek pokryty skorupą zaschniętej czerni - wiem, jak prowadzić dłoń przy nakładaniu bieli na spocone czoło starucha, jak dobrać cynobroworóżowawy rumieniec, nie młodzieńczy, ale starczy właśnie; oparcie krzesła, na którym siedzi ten łakomczuch od kości: każdy blik, każdy cień, wszystko widzę, wszystko. I to mi całkowicie wystarcza."
fragment z książki Jacka Dehnela
"Saturn. Czarne obrazy z życia mężczyzn z rodziny Goya"
wydawnictwo W.A.B., 2011

Wielookienny na pagórkach dom


Zmiażdżone przedmioty są równie smutne, jak ranne zwierzęta. Wiadomo, strzaskany dom nie cierpi, ale te wszystkie strzaskane domy, któreśmy z panią widzieli, zawsze wyglądały, jak gdyby doznawały bólu nie tylko fizycznego, ale i moralnego. Wyglądały, jakby rozpaczały. I właściwie całe nasze życie było życiem zrozpaczonych domów.
Ile tych domów musieliśmy opuścić, musieliśmy pożegnać. Mam taki sen, który wraca regularnie: jesteśmy w tym wielkim domu, w którym spędziliśmy nasze ostatnie lato, w tym domu, gdzie czytaliśmy Achmatową i Iłłakowiczównę i gdzie stwierdziliśmy – o horror – że Konopnicka wcale nie jest najgorszą poetką, przeciwnie, że jest bardzo sugestywna i że działa rytmem, muzyką... Więc właśnie śni mi się zawsze ten dom, tylko jakiś przyćmiony, w takim świetle, w jakim był podczas zaćmienia słońca – pamięta pani to zaćmienie słońca? Śni mi się w takim cieniu i ja chodzę po domu (…)
 
Rozglądam się po pokoju szukając śladów jego obecności, szukając smaku jego pocałunku na spierzchniętych ustach minionego czasu. Na stole niedokończony szkic nieistniejącego domu, niedopita kawa w pękniętym kubku. Pęknięte plany na przyszłość. Pomarszczone okładki nieprzeczytanych książek, smak cierpkich rozmów przy słodkim winie.
Kurz przeszłości szczypie w oczy, ten sam który wkradł się do wnętrza starego domu przez szczeliny wypaczonych, zmiennością aury, okien. Wypaczonego wspomnienia, kiedy...

Wyszłam żegnać go do przedpokoju.
W złotym kurzu postałam chwilę.
Na dzwonnicy cerkiewki spokojnie,
Uroczyście dzwony dzwoniły.
Porzucona!... Jakie śmieszne słowo -
Jakbym była kwiatem albo chustką...
Ale oczy patrzą już surowo
W pociemniałe, ogromne lustro.

A w nim odbija się postać, której nie rozpoznaję. Światło wpadające przez niedowidzące okna rozmywa kontury wspomnień i sylwetki bez imienia. Zamykam ciężkie drzwi do nie mojej przeszłości. Za sobą zostawiam wielookienny na pagórku dom.
  

fragment opowiadania Sérénité Jarosława Iwaszkiewicza
dedykowanego Konstantemu Jeleńskiemu
oraz wiersze Anny Achmatowej
  

Przebudzenie

Dzisiaj po głowie chodziła mi jedynie migrena. Obudziła mnie przedwcześnie, biegając po domu w drewnianych chodakach, później nieco osłabiona lekami chwiejąc się na wysokich szczudłach wbijała boleśnie w każdą nazbyt hałaśliwie brzmiącą myśl. Każda z nich dzisiaj jakby wykrzyknikiem opatrzona, wyrastała okrzykiem nieznośnym się stając. Zatem przysłaniając okna, czekałam na dnia zakończenie, na ustanie wszelkich dźwięków brzmiących zbyt donośnie i na przygaszenie światła.
Przygasło. Późnym popołudniem. Decydując się jeszcze na przespacerowanie po moim domu, malując najpiękniejsze barwy zachodzącego słońca, rozpalając płomienne łuny na ścianach, pozłacając wyblakłe kwiaty w suszonym bukiecie, przysiadając przy moim biurku i wkręcając kartkę cienia w starą maszynę do pisania. Może jej podobna, stojąca w całkiem innym domu, wszak od mojego niewielką odległością oddzielonego, wystukiwałaby słowa o zachodzie słońca, tyle, że nad innym kawałkiem ziemi zawieszonego, którego to wszystkie słowa barwę wyrażające, gdybyśmy nawet chcieli użyć, jak to teraz moda, nazw pewnych farb przez malarzy tylko używanych - wszystkie owe słowa nie dałyby nam pojęcia o owych różach, cytrynach i oranżach, jakie zachód na niebie Ukrainy rozpala. Chmury niby kolorowe żagle malinowe, czerwone, to znów pomarańczowe płyną po rozległych niebiosach nieprzysłoniętych żadnym drobnym widokiem i odbijają się w obszernych stawach-jeziorach, drzemiących po kotlinach. Zawszeć gdzieś one spływają.Tym razem spłynęły we wnętrza mojego domu, rdzą osiadając na parapetach okien, przydając nieco pudrowego różu białym firankom, a mnie samej przynosząc przygaszone westchnienie ukojenia, w przydymionym świetle wiosennego zmierzchu które nie mają sobie równych, kiedy słońce zanurza się w nieokreśloną bladoróżową mgłę i na wszystkich przedmiotach osiada ten różowy szron szarej godziny, mieszający wszystkie pastelowe barwy w jednym tyglu i zacierając kontury. Tymczasem już noc ciemna kontury zaciera. Dobranoc.


fragment z książki "Jarosław Iwaszkiewicz i Ukraina"
 Pejzaż ukraiński a pejzaż mazowiecki 
pod redakcją Roberta Papieskiego, Stawisko 2011
oraz fragment opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza "Zarudzie

Moje zarudzie

Dzisiaj po głowie chodziła mi jedynie migrena. Obudziła mnie przedwcześnie, biegając po domu w drewnianych chodakach, później nieco osłabiona lekami chwiejąc się na wysokich szczudłach wbijała boleśnie w każdą nazbyt hałaśliwie brzmiącą myśl. Każda z nich dzisiaj jakby wykrzyknikiem opatrzona, wyrastała okrzykiem nieznośnym się stając. Zatem przysłaniając okna, czekałam na dnia zakończenie, na ustanie wszelkich dźwięków brzmiących zbyt donośnie i na przygaszenie światła.
Przygasło. Późnym popołudniem. Decydując się jeszcze na przespacerowanie po moim domu, malując najpiękniejsze barwy zachodzącego słońca, rozpalając płomienne łuny na ścianach, pozłacając wyblakłe kwiaty w suszonym bukiecie, przysiadając przy moim biurku i wkręcając kartkę cienia w starą maszynę do pisania. Może jej podobna, stojąca w całkiem innym domu, wszak od mojego niewielką odległością oddzielonego, wystukiwałaby słowa o zachodzie słońca, tyle, że nad innym kawałkiem ziemi zawieszonego, którego to wszystkie słowa barwę wyrażające, gdybyśmy nawet chcieli użyć, jak to teraz moda, nazw pewnych farb przez malarzy tylko używanych - wszystkie owe słowa nie dałyby nam pojęcia o owych różach, cytrynach i oranżach, jakie zachód na niebie Ukrainy rozpala. Chmury niby kolorowe żagle malinowe, czerwone, to znów pomarańczowe płyną po rozległych niebiosach nieprzysłoniętych żadnym drobnym widokiem i odbijają się w obszernych stawach-jeziorach, drzemiących po kotlinach. Zawszeć gdzieś one spływają.Tym razem spłynęły we wnętrza mojego domu, rdzą osiadając na parapetach okien, przydając nieco pudrowego różu białym firankom, a mnie samej przynosząc przygaszone westchnienie ukojenia, w przydymionym świetle wiosennego zmierzchu które nie mają sobie równych, kiedy słońce zanurza się w nieokreśloną bladoróżową mgłę i na wszystkich przedmiotach osiada ten różowy szron szarej godziny, mieszający wszystkie pastelowe barwy w jednym tyglu i zacierając kontury. Tymczasem już noc ciemna kontury zaciera. Dobranoc.
Dzisiaj po głowie chodziła mi jedynie migrena. Obudziła mnie przedwcześnie, biegając po domu w drewnianych chodakach, później nieco osłabiona lekami chwiejąc się na wysokich szczudłach wbijała boleśnie w każdą nazbyt hałaśliwie brzmiącą myśl. Każda z nich dzisiaj jakby wykrzyknikiem opatrzona, wyrastała okrzykiem nieznośnym się stając. Zatem przysłaniając okna, czekałam na dnia zakończenie, na ustanie wszelkich dźwięków brzmiących zbyt donośnie i na przygaszenie światła.
Przygasło. Późnym popołudniem. Decydując się jeszcze na przespacerowanie po moim domu, malując najpiękniejsze barwy zachodzącego słońca, rozpalając płomienne łuny na ścianach, pozłacając wyblakłe kwiaty w suszonym bukiecie, przysiadając przy moim biurku i wkręcając kartkę cienia w starą maszynę do pisania. Może jej podobna, stojąca w całkiem innym domu, wszak od mojego niewielką odległością oddzielonego, wystukiwałaby słowa o zachodzie słońca, tyle, że nad innym kawałkiem ziemi zawieszonego, którego to wszystkie słowa barwę wyrażające, gdybyśmy nawet chcieli użyć, jak to teraz moda, nazw pewnych farb przez malarzy tylko używanych - wszystkie owe słowa nie dałyby nam pojęcia o owych różach, cytrynach i oranżach, jakie zachód na niebie Ukrainy rozpala. Chmury niby kolorowe żagle malinowe, czerwone, to znów pomarańczowe płyną po rozległych niebiosach nieprzysłoniętych żadnym drobnym widokiem i odbijają się w obszernych stawach-jeziorach, drzemiących po kotlinach. Zawszeć gdzieś one spływają.Tym razem spłynęły we wnętrza mojego domu, rdzą osiadając na parapetach okien, przydając nieco pudrowego różu białym firankom, a mnie samej przynosząc przygaszone westchnienie ukojenia, w przydymionym świetle wiosennego zmierzchu które nie mają sobie równych, kiedy słońce zanurza się w nieokreśloną bladoróżową mgłę i na wszystkich przedmiotach osiada ten różowy szron szarej godziny, mieszający wszystkie pastelowe barwy w jednym tyglu i zacierając kontury. Tymczasem już noc ciemna kontury zaciera. Dobranoc.

Jak w zwierciadle


W tej jabłonce
pochylonej nad rowem
rozpoznaję własną formę
o jasnym konturze.

Chciałbym stać
twarzą w twarz
z drugą stroną
drzewa i nieba,

ale i tak jest dobrze:
chmury cenią towarzystwo,
zwłaszcza przed burzą,
przed wiatrem jak eksplozja
schodów, oddechem opadającym
spiralą liścia
na samo dno
dna -

lecz wciąż jak w zwierciadle.
wiersz Jacka Gutorowa
Jak w zwierciadle z tomiku "Inne tempo"
I ileż razy w takim zwierciadle pełnym opadłych liści szukam siebie. Pochylona nad rowem, złamanym drzewem będąc, sięgając swoimi ramionami otchłani przepaści, twarzą w twarz z samą sobą. W towarzystwie chmur, w deszczu, cała mokra od łez rozbijających się na niewzruszonej szybie codzienności. Pojąc się łapczywie każdą kroplą umykającego życia, zachłannym oddechem napełniając płuca, aż do bólu. Czasami opadając na dno samej siebie, w spirali zmieniających się dni. Ale żadne życie nie jest pełne, kiedy patrzy się tylko w siebie. Pięknie jest móc spojrzeć na inną twarz, inne życia, chwilami dotykające mroku ziemi, to znów wznoszące się jak latawiec, ponad szarością własnych wspomnień lub tkające obraz z nieuchwytnych barw własnego tu i teraz.
Patrzeć w zwierciadło duszy drugiego człowieka. Niełatwe.
Dlatego przyznaję, że „rozum spokorniał” wobec, danej Remkowi Grzeli, tak wyjątkowej umiejętności widzenia ludzkich twarzy, otwierania ludzkich dusz, wędrowania splątanymi zaułkami jakże często delikatnych, uczuć, odnajdywania drogi do prawdziwego oblicza, ukazującego całą kruchość i siłę jego rozmówcy. Któż inny potrafiłby z takim wyczuciem przechadzać się przez tak wiele terenów będący pod ochroną, bez naruszania granic prywatności, nie burząc wewnętrznego porządku.
Zatem dziwić nie może, a jakże cudnie cieszy, nominowanie Remka Grzeli do Nagrody im. Barbary Łopieńskiej za najlepszy wywiad prasowy, bo każdy z nich jest wyjątkowym spotkaniem, jak napisała we wstępie, do jego pierwszej książki „Rozum spokorniał”, Maria Szyszkowska:
"Rozmowa - wartość tak często lekceważona w naszych domach - wyzwala z obu stron pokłady nie zawsze przez nich uświadomione (...) Spotkanie człowieka z człowiekiem powinno być wydarzeniem, zwłaszcza gdy napotyka się bratnią duszę. Wyraziście to uświadamia ta książka. Wyrywa ona Czytelnika ze świata pozornych wartości i skłania do zastanowienia się nad sobą w konfrontacji z zamieszczonymi tu wyznaniami. Skłania również do konkluzji, że sens życia wiąże się z odnalezieniem jakiejś pasji."
Za dotykanie pasji. Za to, że gdy czuję się złamanym drzewem pasja spotkań, których doświadczam wyrywa moje spętane korzenie, na moment, zmieniając mnie w jabłoń o jasnym konturze. Dziękuję.

Remigiusz Grzela otrzymał nominację do Nagrody im. Barbary Łopieńskiej za wywiad z Henryką Krzywonos, pt. „Solidarność to nie jest puste słowo” („Zwierciadło” lipiec 2010) oraz rozmowę z Aliną Świdowską pt. „Zwyczajna córka” („Gazeta Wyborcza – Wysokie Obcasy” luty 2010).
Trzymam kciuki (chyba do 17 maja już nic nie będę mogła napisać, by ich nie puścić :-)

Waniliowa sobota


Jeszcze wczoraj w całym domu słychać było głośne tupanie małych pantofelków, na dywanie usadowiły się roześmiane lalki w falbaniastych sukienkach, pod stołem zawstydzone, brzuchate miśki, a na książkach pluszowe zwierzaki. Chasydzi przechadzający się wąskimi uliczkami krakowskiego Kazimierza przyglądali się, z rozbielonych rycin, pieczeniu maślanych ciasteczek, mące przydającej wytwornego wdzięku czteroletniej, coraz bardziej bladolicej damie i widokowi słodkich ziarenek cukru waniliowego na jej małym, zadartym nosku. Buteleczki z esencją śmietankową, w niewprawnych jeszcze rączkach młodziutkiej kucharki, czuły się jak flakoniki wytwornych perfum od Givenchy. Potem, przy stole sączyły się długie, dojrzałe rozmowy przy równie dojrzałym winie, w towarzystwie księżyca próbującego dopasować swój profil w idealnie zaokrąglonych kształtach talerzy.
Wieczorem, kiedy przygaszony rozstaniem ganek żegnał znikające światła samochodu znajomych, koty bezpiecznie wyszły z sobie jedynie znanych ukryć, a stary zegar, niezbity z tropu parogodzinnym, odmiennym stanem panującym w domu, wybijał kolejną godzinę wieczoru. Zmywarka szumiała w kuchni próbując zagłuszyć szum wiatru na oknami, kieliszki ustawiły się w krystalicznie równym szeregu za szklanymi drzwiczkami kredensu, a piekarnik oddychał spokojnie po całodziennej pracy, z wyczerpania bardzo wyraźnie blednąc. Zarumienione ciasteczka, wciąż kusiły smakiem i zachwycały jakże kruchą formą istnienia.
Noc zaciągnęła zasłony okien kończąc spektakl mijającego dnia. Po schodach, wciąż rozchodził się zapach wanilii, przetykał mgiełką słodkiego zapachu między rzeźbieniami parawanu, kiedy policzki przytulały się już do poduszki podszytej grubą warstwą snów, a okulary złożyły wyprostowane ramiona, by wygodniej ułożyły się między twardymi okładkami książek.
Jutro rano otwiera się nowa książka dnia codziennego. Czasem twardo zatrzaskująca przed nami nasze własne plany, roztrzaskująca się o kanciaste zaułki nieprzychylności, czasem będąca słodkim smakowaniem delikatnych warstw mijającego czasu. Będąca spotkaniem z nieoczekiwanym. Zatem, życząc miłego delektowania się niepisaną lekturą, dobranoc.
 

Nagie drzewa

Przedzierając się przez senny nastrój poranka przypatrywałam się, wciąż ogołoconym, niezawodnym towarzyszom mojej codziennej trasy wiodącej w stronę miasta. Skupionym wzdłuż wiejskiej drogi, przemawiających milczeniem, bo wciąż pozbawionych możliwości wyrażenia budzących się uczuć drżeniem młodziutkich liści. Nagich wobec własnej ułomności. Smaganych przez wiatr, z powyginanymi ramionami pochylonymi bezwładnie ku ziemi, palcami nieudolnie przebierając czarne grudki ziemi w poszukiwaniu życiodajnych soków. Głodne życia.
Ich konary są wplecione nierozerwalnie w przyziemną rzeczywistość nie pozwalając oderwać się od szarzyzny przydrożnego pejzażu. Wyglądają jak cienie przygarbionych, bezimiennych i obcych komukolwiek postaci, chowających swoje zawstydzenie w siwej mgle. Niektóre niezłomne, choć z połamanymi rękoma, powstrzymują rozwiane włosy wiotkich gałązek próbujących pochwycić się mknących, u ich stóp, samochodów. Daremnie. Pozostaną tu na zawsze.
Więc tkwią, jakby niezdolne do odrodzenia się, mimo wiosny nadchodzącej z promienistym uśmiechem, rozciągającej za sobą welon utkany z złotych nici radości, a w rąbku kapelusza skrywającej cichutko dzwoniące krople porannej rosy, w których ukryte są nuty skradzione z wiosennej partytury Vivaldiego.
A przecież każde z tych drzew, piękne w swojej odmienności, mogłoby posłużyć za obiekt do malarskiego studium, jak to spoglądające z obrazu Henryka Siemiradzkiego, stojące samotnie. Jakby obolałe, z wyżłobionymi przez czas zmarszczkami, pęknięciami czasu na grubym pancerzu kory. Zamknięte w sobie, stare, zanurzone w przejmującej ciemności, niedostrzegające jaśniejącej poświaty pojawiającej się za nim.
I sama ostatnio nie dostrzegam światła, czuje się jak nieme, niezdolne do żadnych emocji drzewo, bezszelestnie próbujące przetrwać, czas nieprzychylnych wiatrów, tkwiąc w milczeniu. Bo nie potrafię znaleźć żadnych słów. Czasami, przez króciutki moment, odnoszę wrażenie, że coś kiełkuje, by zaraz zauważyć, że to jedynie zeschnięty liść, który już zdążył zagubić swoją barwę i nienagannie wykrojony kształt.
Jednak dalej, uparcie szukam melodii słów, choćby w muzyce, tylko zdaje się, że wiatr ogołocił wszystkie pięciolinie świata, nawet w tak bogatej, we wszelkie ozdobniki, muzyce baroku. Gdzie się podziała polifonia dźwięków Bacha, nienaganna forma i zachwycająca kompozycja u Haendla? Pozostała jedynie 'fuga', ucieczka, od przytłaczającej niezdolności do wyrażenia siebie. Więc szukam.
Zerkam na biuro, na którym leży pożyczony od znajomej film. Na okładce zachwycające drzewo, rozłożyste, wielobarwne z postacią kobiety stojącej pod tą fantazyjną koroną soczyście kolorowych liści. Opis obiecuje prawdziwą historię niezwykłej kobiety, kiedy to: w 1913 roku kolekcjoner Wilhelm Uhde, jeden z pierwszych nabywców dzieł Picassa, wynajmuje mieszkanie w Prowansji. Do pomocy w domu zatrudnia Serafinę. Odkrywa, że ta niezwykle charyzmatyczna kobieta obdarzona jest niespotykanym talentem. Rozpoczyna się wyjątkowa znajomość pomiędzy marszandem malarskiej awangardy a wizjonerką z francuskiej prowincji. "Serafina" to przepiękna opowieść o bliskości uczuć i sztuki, o przyjaźni i natchnieniu.Zatem może jeszcze trochę pomilczę próbując naszkicować swoje drzewo mieniące się feerią barw, listków o fantazyjnych kształtach komponujących się z szumem mojej własnej melodii. Może odnajdę ścieżkę wiodącą do przytłumionych ostatnio uczuć, sztuki, przyjaźni i natchnienia, czerpiąc siłę do życia od wiosny, która przykucnęła nieśmiało pod nagim drzewem w moim ogrodzie. Może też czegoś szuka.

Widok Krakowa


Kiedy poranne słońce swoimi smukłymi palcami próbuje rozczesać moje włosy, splątane zwojami trudnych do zapisania snów, oczy zupełnie nie potrafią sobie poradzić z ciężką zasłoną rzęs. Odebrane minuty snu sprawiają, że nad ranem szlafrok jest niewystarczająco przytulny, kawa skutecznie roznosi mgiełkę sennego rozleniwienia, a skarpety zsuwają się ze stóp i same, z powrotem, wspinają się po schodach do sypialni. Walentyna śpi apetycznie, zwinięta w rogalik, a ja wspominam smak maślanych rogalików z konfiturą serwowanych na śniadanie w gościnnych progach Krakowa.
Zapatrzona w lustro, zamiast swojej twarzy widzę całkiem inne oblicze...
Przede mną Kraków w szarej kotlinie
Jaskółki go niosą na długich warkoczach
z powietrza. Pilnują go gawrony
w czarnych pelerynach
. W krzewie
czeremchy huczą głodne pszczoły.
Koty czuwają na dachach samochodów (...)
Przede mną Kraków...

Śpiące przedwczesną porą zaułki przykryte poszarzałą mgłą, cicho oddychające ściany domów, na których późnym wieczorem, spacerując samotnie, wyświetlałam sobie film złożony z obrazów zatrzymanych w kadrach mojej własnej pamięci. Na rynku kwiaciarki sprzedające gałązki przyodziane w staromodne, futrzane mufki i gdzie z wysokich wazonów wyglądały wielobarwne tulipany z wdziękiem ukazujące fantazyjne kształty kielichów tworzących przepiękną, delikatną zastawę na kamiennych płytach. Późnym popołudniem przy kawiarnianych stolikach zasiadał uliczny gwar zmęczony całodniowym zabieganiem, a bruk próbował strzepnąć z siebie ślady drepczących niestrudzenie stóp.
I z tego zabieganego, parodniowego pobytu pozostała mi, prócz krótkich wspomnień, gałązka puchatych bazi i słoiczek tradycyjnie smażonej pomarańczowej skórki wprowadzającej nieco krakowskiego smaku do mojego tradycyjnego, podwarszawskiego kredensu.
Teraz, gdy otwieram jego drzwiczki:
Przede mną Kraków, szara dolina.
Plantami, gęstym tunelem, biegnie
dziewczyna na wykład, spóźniona.
W jej włosach rosną płatki piwonii,
w jej włosach czułość czasu uwiła gniazdo.

fragment wiersza Adama Zagajewskiego
Widok Krakowa z tomiku "Jechać do Lwowa"

Pudełko zapałek


Czemu tamtego poranka spojrzałam niespodziewanie w górę?
Ta stara, krakowska kamienica była jedną z wielu ustawionych w szeregu, jak pudełka zapałek. Wtopiona w śpiący pejzaż miasta. Na parapetach siedziały wtulone w siebie gołębie, a w jednym oknie, ona. Stała oparta o spopielałą framugę wyglądając na szarą uliczkę wijącą się, u jej stóp, między nierównymi kawałkami zakurzonego trotuaru. Stała w płaszczu. Niedawno musiała wrócić. Ze sklepu, ze spaceru... może niewypakowana siatka wciąż leżała na okrągłym stole, a stary zegar tykał miarowo odliczając kolejną minutę prześlizgującą się po nierozpoznawalnych już portretach, dawno zapomnianych książkach, niewidzących okularach w pękniętej oprawce.
Oddychała ciężko. Wchodzenie na drugie piętro, w jej wieku, było mozolnym wspinaniem się po krawędziach wysokich schodów, tych wyszczerbionych przez czas, sztucznie bielonych zębów, które szczerzyły się w szyderczym uśmiechu ciemnej klatki schodowej. Między piętrami zdarzało jej się przysiąść na szerokim parapecie podpierającym przygarbione sylwetki okien. W ich przydymionych oczach szukała, choćby niewyraźnego, odbicia swojej twarzy sprzed lat, konturów, dzisiaj równie niewyraźnych jak wspomnienia o własnej młodości. Odgarnęła z czoła kosmyk włosów spadający na czoło i dodający nieco dziewczęcego wdzięku. Tylko tyle jej zostało.
Kolejne stopnie schodów skrzypiały ciężkim oddechem. Klucz zazgrzytał w zamku. Świat tętniący życiem zostawał za jej plecami. Przed nią, cisza. Wróciła w świat powoli oddalający się, także od niej samej, szeleszczący pożółkłymi kartkami albumów, które zamykała w przepastnych szufladach, by nie było słuchać ich nieprawdziwie, dzisiaj, brzmiących opowieści. Ze zdjęć powoli znikały postacie chowające się za mgła zapomnienia.
Czajnik nucił świszczącą melodię płynącą z jego krótkiego, wąskiego gardła. Szklankę niezmiennie wstawiała w platerowy koszyczek, spleciony z łodyg przekwitniętych róż. Drżącą ręką podnosiła malutką, srebrną łyżeczkę, chwilę wcześniej, zatopioną w słodkiej konfiturze z malin, której smak dodawał koloru jej już prawie bezbarwnym ustom. Plasterki cytryny uśmiechały się do niej, ze spodeczka, ukazując podłużne zmarszczki na swoich policzkach. Obok nieotwarte koperty, kartki z zapisem tygodniowych wydatków, wyblakłe widokówki z wakacji, których nigdy nie było. Czasami czuła się jak zapałka zamknięta w pudełku, pragnąca w swojej skrytości, rozpalić w sobie jeszcze żar młodości, żar wypalającego się coraz szybciej życia. Potrzebna była tylko najmniejsza iskierka.
Podeszła do okna. Uchyliła je by spojrzeć w dół, na ulicę i wsłuchać się w niemy odgłos porannej ciszy. Promień słońca wśliznął się, przez firankę, do pokoju próbując zapalić świeczki na starym kandelabrze.
Czemu tamtego poranka spojrzałam niespodziewanie w górę?
Podniosłam rękę, aby do niej pomachać. Nie drgnęła wciąż stojąc nieruchomo w oknie. Odeszłam. Bałam się odwrócić, by nie okazało się, że nie było ani jej, ani tego okna, ani tej kamienicy. W szybach sklepowych witryn odbijała się, idąc wciąż obok mnie, nieco niewyraźnie zarysowana sylwetka kobiety w płaszczu.
Kiedyś zamieszkam w starej, krakowskiej kamienicy, na drugim piętrze.

Dwóch świętych, walizka i sznurowadło


Walizka. Parę swetrów, dżinsy, czapka w szkocką kratkę z daszkiem na bakier, stos mało gustownych papierów służbowych, może nieco bardziej gustowna mała czarna, bilet na pociąg. Buty zachwycają się swoimi wypolerowanymi noskami i ja prawie jestem gotowa do drogi.
Każdy wyjazd do Krakowa to przyjemność niezaprzeczalna, ale tym razem głowa, nade wszystko, zaprzątnięta ważnymi sprawami do załatwienia i nieco nieudolną próbą poukładania ich sobie, możliwie najzgrabniej, by nie zabrakło momentu, by pospacerować uliczkami Kazimierza czy wypić kawę w "Bonie". Pobłądzić wzrokiem między okładkami w „hurtowni taniej książki” lub przebiec między kształtymi stoliczkami, kryjąc się, przed natłokiem spraw, pod kolorowymi kapeluszami parasoli budzących się na wiosnę w kawiarnianych ogródkach. Strzepnąć kurz z rzęs, utrudzonych bezczynnym staniem, sprzedawczyń obwarzanków i wsłuchać w dźwięki zamknięte w tubach, tramwajowych szyn, na Franciszkańskiej. Wtulić się w skrzydła krakowskich gołębi, spacerujących wśród kwiatowych straganów i unieść się z nimi ponad dachami starych kamienic, błyszczącymi w słońcu kościelnymi dzwonnicami, zaglądając w oczy maszkaronom zapatrzonym, w osłupieniu, na pysznie kremowe przyodzienie Sukiennic. To tam, od niedawna w nowym anturażu, kryje się jeden z moich ulubionych obrazów, "Kuszenie św. Antoniego" Lucjana Wędrychowskiego.
A ja chciałabym móc skusić czas, który zaplątał się, jak sznurowadła, wokół moich stóp nie pozwalając mi chodzić własnymi ścieżkami, i przysiąść na chwilkę w „Camelocie”. Popatrzeć na świat przez „okienka” staromodnych, koronkowych serwetek, z widokiem na nieco nieporadne, obrazki Nikifora zdobiące ściany kawiarni. Z dala od zgiełku, w tym cichym zaułku niewiernego Tomasza, odnaleźć nieco wiary w nadejście spokoju, odrzucenia szamotania się z każdą uciekającą minutą, jak wyrywanym przez wiatr szalem, podszytym nierealnymi marzeniami. Zadumać się nad imbryczkiem herbaty i znaleźć ukojenie dla rozbieganych myśli. Poddać się aromatowi suszonych owoców, będących na wyciągnięcie dłoni, przywołujących wspomnienia o letnim sadzie, a może „Nagim sadzie” będącym przepełnionym miłością portretem ojca sporządzanym przez syna, we wznowionej, debiutanckiej książce, Wiesława Myśliwskiego, wydanej ostatnio przez "Znak".
I zdaje się to być, dla mnie, znakiem na najbliższe dni, drogowskazem, po powrocie do domu, wskazującym zawiłe ścieżki, jakimi mogą być niełatwe relacje ojciec-syn, także te ujęte między czekającymi na mnie kadrami drzew w „Lesie” Piotra Dumały. Zapisanej na celuloidzie, szumiącej historii, gdzie starzec prowadzi syna przez las, a jednocześnie leży pod jego opieką, przykuty do łóżka śmiertelną chorobą. A przecież na uginającym się, od książek, kawałku zręcznie wyprofilowanego drzewa, czeka wciąż  „Satrun” Jacka Dehnela, następna planeta trudnego układu, w którym, jak złączone ze sobą pierścienie, widać sploty niszczącej presji, jaką na syna wywiera potężny i despotyczny ojciec – Francisco Goya.I tak czekam na moment, w którym będę mogła im kolejno towarzyszyć w dźwiganiu swojego losu i przeznaczenia, jak przyciężkiego życiowego bagażu. Sama, jednak zawczasu, próbując spakować nadmiar swoich trudnych spraw do walizki i zamykając ją na strych.
W końcu być zdolną by spokojnie przysiąść i ułożyć sobie swoistą harmonię uczuć na trzy serca, jak trzy rodzaje tej samej relacji, gdzie losy ojca i syna przeplatać się będą jak cienie strzelistych i całkiem karłowatych drzew w lesie wspomnień, jak ledwo uchwycone, nieliczne prześwity jasnych barw na przygaszonych obrazach Goi, jak promienie zachodzącego słońca prześlizgujące się po nagich brzuszkach młodych jabłek w sadzie życia.
Walizka spakowana. Ja jeszcze w małym rozgardiaszu, ale rozgrzeszam się i jeszcze sięgam po tomik wierszy, jak w Międzynarodowy Dzień Poezji przystało, by naprędce zerwać kilka strof i narzucić sobie "Inne tempo" tych moich wyjazdowych przygotowań. A jutro już tylko pozostało zasznurować buty.

Ale słowo. Mógłbym z nim pojechać
na poetycką wiosnę lub literacką jesień.

Łączy cholewki wysokiego buta
i dociska język do nogi.

A dociśnięty język to przecież poezja.

wiersz Jacka Gutorowa
II. Sznurowadło z tomiku "Inne Tempo"
 wyd. Biuro Literackie, 2008

W zagłębieniach moich powiek

Ostatnio towarzyszy mi, na każdym kroku, z lekka ironiczny uśmiech kolejno mijającego dnia, który spoglądając zza moich pleców nie może nawet pójść w zapomnienie, bo ledwo dostrzegam, że w ogóle istniał. Szybko i prawie niepostrzeżenie wyślizguje się z rąk, jak nieuchwycone w porę nieśmiałe uczucie.
Budzi się zbyt pospiesznie, za flakonik perfum służy mu mgiełka znad kubka ze świeżo zaparzoną kawą waniliową. Rozpościera nad sobą parasol złocisty, utkany z ukradzionych słońcu promienistych nitek, albo przywdziewa, niewinnie, zwiewną pelerynę z porannej mgły. Prześlizguje się zwinnie między szklanymi sylwetkami domów, zaglądając z zaciekawieniem w przymrużone oczy budzącego się powoli miasta i znikając w długich korytarzach bezimiennych ulic. Czasem, lotem ptaka, przetnie połyskującą wstążkę rzeki zatopionej w czeluściach bezkresnego czasu, by wypłynąć w pełnym blasku na powierzchnię krótkotrwałej doczesności. W południe godzinami szeleści stosem papierów, jak dama chińskim wachlarzem, umęczona trudami zbyt upalnego popołudnia, zaś wieczorem wygląda, doprawdy, już bardzo blado na tle kruczoczarnej piękności nocy. Jakby przetarty przez gęste sitko codzienności, przelewa się przez ręce ze zmęczenia. Szarzeje i powoli traci ostrość widzenia. Rozmywa się, jak zdania w otwartej, zbyt późno, książce i chowa się z lubością, jak zmęczone stopy, w miękkich skarpetach. W końcu przysiada wygodnie w zagłębieniach moich powiek, przymykając je jak okiennice, by o północy przykryć się kołderką, z niepamiętanych już o świcie snów, która zsuwając się z niego delikatnie zatrzymuje się na szczebelkach rzęs.
I nic nie wskazuje na to, aby ten na nowo się budzący dzień różnił się od tego, który już odszedł, nie mając siły zerknąć w kierunku intrygujących mężczyzn czekających na czułe spojrzenie. Hrabia Lew Tołstoj coraz bardziej zatraca się w czeluściach swojego religijnego dramatu, całkiem tracąc wiarę, że choćby wieczorem będzie mógł dać mi odpowiedź na pytanie o sens własnej egzystencji. Wszak to o nim napisał Mikołaj Bierdiajew, przywołany przez autora książki Radosława Romaniuka: Całe życie Lwa Tołstoja było dramatycznym przechodzeniem od tworzenia doskonałych dzieł sztuki do tworzenia doskonałego życia.
Tymczasem ja, w swojej niedoskonałości, wciąż gonię za samym życiem, więc gdzież szukać czasu do jego doskonałego tworzenia.
I kolejni czekajacy mężczyźni, z rodziny Goya, tworzący jakże doskonałe dzieła, też pozostający w cieniu mojego niedoczasu, ale także samych siebie, wciąż odlegli jak „Saturn”, na czarnych obrazach słownych namalowanych przez Jacka Dehnela.
A ja, o poranku, zapowiadającym dzień jednako szary i zwyczajny, znowu przywdziewam przyciasną sukienkę uszytą z przykrótkiego dnia, który budzi się zbyt pospiesznie… i zasypia, o północy, w zagłębieniach moich powiek.

Niechciany


Zastukał rano w okiennice.
Podniosły się sennie i leniwie patrząc na niego z wyrzutem. Schylił zawstydzony głowę, niespiesznie narzucił na siebie płaszcz i wyruszył w świat. Speszony swoją obecnością chował się, przed wzrokiem przechodniów, pod chmurzastym parasolem. Wpatrując się w swoje odbicie, w kałużach własnych łez, szedł budzącymi się powoli ulicami, nie zważając na przemoczone stopy i stróżki spływające po jego smutnie zapadniętych policzkach.Tak bezbarwny, że nie mógł się dostrzec w zaparowanych szybach okien, gubiąc swoje ślady na mokrych płytach, równie szarych jak on, chodników. Chciał się zatrzymać na łyk ciepłej, aromatycznej kawy, ale ktoś zatrzasnął przed nim drzwi. Odszedł nie oglądając się za siebie.
Nikt go nie kochał.
Ptaki chowały się przed nim pod dachami niewzruszonych domów, a psy strząsły z siebie każdą, najdrobniejszą cząstkę jego obecności, z przesiąkniętej sierści. Płakał żałośnie, nad własnym, niechcianym przez nikogo losem. Idąc rysował na kałużach szeroko otwarte oczy przerażenia, komponując żałośnie brzmiącą muzykę, płynącą w głuchych rynnach i rytmicznie wybijaną kroplami o tępe parapety okien. Nikt nie dostrzegał jego wrażliwej, artystycznej duszy, nikt nawet na zadrżał z zachwytu nad nieskazitelną przezroczystością jego istnienia. Zadrżał on sam, nad swoim bezdennym osamotnieniem.
Pełen rozdzierającej rozpaczy wszedł do parku. Nieświadomie obmył nagie ramiona drzew, które spojrzały na niego czule, jeszcze nierozwiniętymi pączkami liści, chłonącymi z rozkoszą każdą jego łzę.
Nie uchwycił ich spojrzenia.
Starł wczorajszy kurz z nieruchomych, o poranku, huśtawek. Te chichutko zaskrzypiały z wdzięczności.
Nie dosłyszał ich głosu.
Przysiadł zmęczony na przemoczonej ławce niezdolny do powstrzymania swojego płaczu. Gdzież mu w konkury z wczorajszym słońcem. Ono maluje złote pasemka we włosach roześmianych dziewcząt. On potrafi jedynie oblec je sznurem łzawych pereł. Wszyscy czekali by odszedł.
Chciał przestać istnieć.
Z każdą łzą stawał się mniej widoczny, wtapiając się  w otaczającą go szarość dnia. Usiadłam obok niego. Pozwoliłam przytulić mu się do mnie. Zniknął cichy.
Niechciany.
 

Nowa karta z pamiętnika starego subiekta


Mam, tak samo jak ty,
Miasto moje a w nim:
Najpiękniejszy mój świat
Najpiękniejsze dni
Miałam, mój świat w jeden z takich najpiękniejszych dni. Wczoraj. Opatulona szalem utkanym z promieniami słońca, czując na policzkach słodkie pocałunki ciepłego powietrza, spacerowałam Krakowskim Przedmieściem chłonąc jego urok, gwarne bramy Uniwersytetu Warszawskiego, by na dłużej zatrzymać się w księgarni ‘Liber’. Dalej szłam już pod rękę z Lwem Tołstojem, wspierając go w przeżywanym dramacie religijnym. Z okien witryn, mijanych cukierni, kusiły rumiane brzuszki pączków w lukrowanych płaszczykach. Ja jednak skusiłam się jedynie na malutką filiżankę gorącej czekolady w kameralnej cukierence „Wawel”, pachnącej zmielonymi ziarenkami kakao, wybornymi czekoladkami skrywajacymi różnorodne smaki, ubranymi w szeleszczące warstwy spódnic i wzorzyste fartuszki.
Zza łagodnych brzegów filigranowej filiżanki patrzyłam na ojca Stacha Wokulskiego. Stał samotny, zadumany, w idealnie skrojonym surducie, zapatrzony na współczesną Warszawę. Obok, w całym swoim majestacie, hotel Bristol w kolorze alabastrowego marcepanu, spowity w delikatnej poświacie, podkreślał swoją elegancję i styl. Pod stopami trakt wyłożony zgrabną kostką z wyrastającymi strzeliście latarniami, które z wdziękiem noszą fantazyjnie zawinięte, jak słodkie rogaliki, kapelusze. Może tylko one nie straciły nic ze swojej gracji i starodawnego fasonu. Konne bryczki stukające podkowami zamieniły się w warczące konie mechaniczne, dostojni mieszkańcy miasta jakby z innego filmu, w zbytnio przyspieszonym tempie wyświetlanego. Ku zaskoczeniu, patrząc na nich czasem nie sposób odróżnić czy to idącej damie miałby się pokłonić, czy to tylko z rozwianymi włosami młodzieniec przemyka obok.
Tylko Fryderyk Chopin jakby bardziej na wyciągnięcie ręki, na małych ławeczkach przygrywa, próbując przebić się, kolejno stawianą nutą, przez męczące dźwięki pędzących aut. I jak tu znaleźć klucz do współczesnej muzyki? Zaś Mikołaj Kopernik, jak z bloku ciemnej czekolady wyrzeźbiony, pysznie wygląda z tą swoją głową wiecznie w chmurach. Tkwiący niezmiennie w bezruchu na ziemskim padole, zmienność ruch ziemi zawczasu ogłosiwszy.
Jak zatem dzisiaj patrzy na Warszawę pan Bolesław, jak dzisiaj opisałby ukochane miasto subiekt Prus w swoim pamiętniku?
To już na zawsze zostanie jego słodką tajemnicą, tak jak moją pozostaną słodkie wspomnienia ze spacerów, gdy w moich włosach tańczyły na wietrze kolorowe kokardy, a ja stałam przed wystawą sklepu " U Wokulskiego" marząc o pięknej lalce.

Wszystko tu znam od dziecka i ukochałam wszystko, 
na Piwnej, na Zapiecku, na Starym Rynku też...
Gdy w złoceniach zabłysną, domy stare i słynne,
chcę oglądać to blisko, blisko dachów i wież....
fragmenty piosenek:
Sen o Warszawie
Pójdę na Stare Miasto

On stoi wśród nas


Pejzaż ukraiński i mazowiecki posiada wiele cech wspólnych, mimo iż pozornie różnią się krańcowo. Wspólnotę ich można by było nazwać raczej natury emocjonalnej (...) Jeśli zechcemy znaleźć to coś, co łączy pejzaż mazowiecki z ukraińskim, musimy się od zewnętrznych oderwać przedmiotów. Zarówno w zróżnicowaniu Mazowsza, jak w tamtym scałkowanym mieszka pewna dusza, która się ni stąd, ni zowąd nieraz w pieśni, w melodii, w poezji wyrywa. Dusza ta jest zarazem moją duszą. Nazywa się "melancholia".
I taka dusza pełna melancholii wyrywała się z rozmodlonych dźwięków cerkiewnych pieśni i melodii ukraińskich dumek, w stawiskowym domu wtopionym w mazowieckim pejzażu. Ni stąd, ni zowąd, raz w pieśni, a raz to w melodii, kryła się błogosławiona cisza lub brzmiące donośnym głosem wołanie przepełnione pragnieniem rozpoznania Boga i wychwalenia Imienia Jego. To jednoczesne przeniesienie się, na pięciolinii dźwięków, w klimat ukraińskich stepów, rozpostartych na skraju kawałka ziemi wznoszącego swoją głowę ponad wierzchołkami gór,
a stopami dotykającego brzegu kryjącego się w morskich falach. Tych przypływających jak słodkie wspomnienie z dzieciństwa i tych pobudzanych bryzą rześkiego oddechu lat młodości.
Nie przypominam sobie epoki w życiu, w której nic nie pisząc, nie układając wierszy, oddychałbym tak bardzo atmosferą poezji – napisał Jarosław Iwaszkiewicz o lecie spędzonym w Stawiszczu, określając ówczesną atmosferę tego miejsca mianem cieplarnianej i przesyconej zmysłami. Samych dni, drzew, kwiatów młody poeta doznawał jak niezapomnianych poematów, piękniejszych niż te ubrane w słowa”.
A mnie samej trudno ubrać w słowa atmosferę poetyckiej niedzieli spędzonej na Stawisku, kiedy to: „Dom-Muzeum, mimo upływu lat od śmierci Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów, sprawia wrażenie, jakby Gospodarze byli tylko chwilowo nieobecni”. Koncert w wykonaniu Męskiego Zespołu Muzyki Cerkiewnej pod dyrekcją ks. Jerzego Szurbaka rozpromieniał chwalebną radością ku czci Pana lub tulił do serca delikatnym kołysaniem modlitwy do Najświętszej Panienki. Zamykając oczy można było skryć się, nieśmiało, w przygaszonym przedsionku drewnianej cerkwi, wyciągającej ku niebu swoje kopuły jak ręce złożone do modlitwy, by za moment doznać olśniewającej iluminacji rozpraszającej wszelkie ciemności, takze te schowane głęboko we mnie samej. To jakby spojrzeć w oczy ikon połyskujących złoceniami jak płomykami świec, zatopionymi w pięknych kroplach czerwieni, skrytych pod aureolą niewinnej bieli. Jak wczytanie się w zapisaną w niebieskich odcieniach, duchowość, która melancholijnie wkradała się w nieuchwytną materię mojej duszy.
Wszystko to zdawało się być powrotem do źródła, do początku jestestwa, do domu, tego noszonego w sobie, tego mieszkającego w zakamarkach stawiskowych pokoi, pełnych, w ten szczególny wieczór, wciąż żywej pamięci o nieistniejącym już, w ukraińskim Kaliniku, świadku narodzin Wielkiego Pisarza. Ale także tego stojącego na mazowieckiej ziemi, wśród starych drzew szumiących powrotami do lat minionych. I powrotów tych było tak wiele, i wciąż trwają, wijąc się wśród bezdroży, ścieżkami pejzaży dni, których teraz doświadczamy. Te ujęte w okładkach nowej książki "Jarosław Iwaszkiewicz i Ukraina", czy te wciąż płonne, pełne nostalgii, skreślone ręką przybranego syna Pisarza, pana Wiesława Kępińskiego:
Rok 1960. Minęło prawie pięć lat jak wyniosłem się ze Stawiska. Ale będę często bywał (obiecuję sobie) w moim dawnym domu. I nie, jako gość. Nie musiałem dzwonić, że przyjadę. Po prostu jechałem. Przy większych przyjęciach uczestniczyłem nie tylko po to, żeby dobrze zjeść, lecz także by poznać nowych ludzi, posłuchać ciekawych rozmów i pomóc w tym wszystkim. Nigdy nie zatracę więzi ze Stawiskiem, aż do śmierci. Ważne słowa, ale prawdziwe.Rok 2011. Minęło dokładnie trzydzieści jeden lat jak odszedł Jarosław Iwaszkiewicz, a moje myśli biegną dziś, ku Niemu, lipową aleją.

On stoi wśród nas. Olbrzymi. On zdążył ufedrować
To drugie życie, które trwa przez tysiące lat.
Narody trzy po nim płaczą, a ludzkość będzie świętować
Ten dzień, kiedy matka wydała go światu.
cytowane fragmenty pochodzą z następujących źródeł:
"Twórczość", luty 2011:
Evviva l'arte - Radosław Romaniuk
Moje Stawisko - Wiesław Kępiński
Stawisko - z muzeum do Domu - Małgorzata Zawadzka
książka "Jarosław Iwaszkiewicz i Ukraina"
w opracowaniu Roberta Papieskiego

wyd. Muzeum A.J. Iwaszkiewiczów w Stawisku, 2011
oraz fragment wiersza Iwaszkiewicz Dmytra Pawłyczki
w tłumczeniu Bohdana Zadury

Polecany post

Tak czyta się tylko raz

Najbliższy jest mi jednak Wojtek Karpiński tym, że jak mało kto dzisiaj  zachował zdolność podziwu i przyswajania sobie tego,  co p...