Konfitura i kubek ciepłego mleka

Sprzątam skorupki stłuczonego kubka i ślady po rozlanym mleku. Ostatnio wszystko wymyka mi się z rąk, czas w szczególności, przecieka między palcami pozostawiając je odrętwiałe w zdziwieniu, że nie zdołały go uchwycić w porę. Tymczasem kolejna kartka sfrunęła z kalendarza poderwana, przez frywolny wiatr, niczym podszyta chłodem wiosenna sukienka. Znowu próbuję owinąć sobie wokół palca nowy tydzień, a on jak zwykle, niczym rzucona przez nieudolne ręce serpentyna, rozwija się po swojemu.
Nowy tydzień. Całkowicie pozbawiony uległości wobec moich starań oczarowania go na mój własny sposób. Drepczę zatem po delikatnej, o zbyt wczesnej porze, strukturze dnia powtarzając, jak mantrę słowa z „Niewyrwanych stron” Józefa Czapskiego, by tylko nie dać się porwać "mysiej bieganinie". Nie zagubić cennego czasu minionego, weekendowego spowolnienia, kiedy każda rozkwitająca chwila jest zatrzymaniem, zdolnością pochylenia się nad płatkami róż w ogrodzie, wewnętrznym uporządkowaniem, przysypaniem niepokornych korzeni, które swoimi koniuszkami znowu próbują poruszyć ziemię pod moimi stopami. Potrząsnąć fundamentami egzystencji, spowodować ponowne rozwarstwienie, które z uporem staram się posklejać, połączyć wielością różnorodnych nici splatając w całość liczne kawałeczki przynależności. Nie teraz. Chwilowo mam ochotę na całkowite oderwanie od jakiejkolwiek przynależności i pobycia sobie w swoistym niebycie.
Na moment.
Małą, srebrną łyżeczkę zanurzam w słoiczku z konfiturą, jak w miękkiej warstwie wspomnień z nie swojego dzieciństwa, a przecież przynależąc do niego podskórnie. Zatrzymana w czasie, w bezruchu, przesuwam porcelanowy talerzyk w jego stronę. Obserwuję jak delektuje się smakiem, słodkim i cierpkim zarazem, jak wszystko w jego życiu. Niejednoznacznym, wielopoziomowym, jak stary dom, który stoi jeszcze w odsuwającej się przestrzeni, w przepastnym ogrodzie wciąż pachnącym malinówkami. Uśmiecha się do przygarbionej postaci chłopca obierającego starannie każde jabłko, tak by skórka była cienka, aby zostało jak najwięcej z miękkiego, soczystego miąższu. Wtedy marzył, aby jego życie było równie rumiane, gładkie, słodkie, a marzenia na wyciągnięcie ręki. Nawet jeśli czasami wracał z ogrodu z podrapanymi kolanami od wspinaczki po drzewie, to czymże były drobne zadrapania wobec możliwości sięgnięcia po dojrzały owoc kusząco spoglądający z mocnych ramion rozłożystej jabłoni, szkicującej długie cienie na wygrzewającej się w słońcu ziemi. Miała zapach dzieciństwa, poziomek i letniego deszczu. Urodzaju. Na życie, miłość, na dni smakujące ciepłym mlekiem przynoszonym do domu w wysokich baniakach, z pobliskiej mleczarni.
Spoglądał na wiszące, czerwieniące się z zawstydzenia swoimi krągłymi kształtami, jabłka, nie przypuszczając jaka groza naprawdę wisi nad jego głową. Dopóki wszystko nie spadło na ziemię, nie stało się jedynie pomarszczonymi obierkami, fragmentami porzuconych pragnień, rozlaną raną na jego sercu. Zgubił swoją drogę mleczną wkraczając w ciemną smugę, zwątpienia w smak jabłek, soczystość i słodycz miąższu życia. Zagryzał swój strach zeschłymi skórkami od chleba, popijał łzami strachu i czuł pod gołymi stopami ziemię wilgotną od tych, którzy na zawsze pozostali zaginionymi. Ziemię, w którą wtopiły się ślady bezimiennych stóp i zatrzymanego życia, przed chwilą tętniącego pragnieniami spotkania z kolejnym dniem. Ileż razy spoglądając, dzisiaj, w przemoczone warstwy trawników szukał tych śladów, zanurzając swoje stopy w ziemi, odciskając ślad na pamiątkę  t a m t y c h   istnień. W jego własnym, swoistym akcie zjednoczenia w pamięci.
Patrzę na talerzyk z konfiturą pachnącą jabłkami. Na stole stoi kubek jeszcze ciepłego mleka.

W gęstości powietrza

Jeszcze w niedzielny wieczór duszne powietrze, przeciskając się z wysiłkiem przez gęste oczka moskitiery, opadało zmęczone ciężką kotarą rzęs. Zastygało niczym lawa wulkaniczna zatrzymując jakikolwiek ruch w przyrodzie. Tymczasem, ja próbując, nieudolnie, zapisać cokolwiek z ostatnich dni patrzyłam jak kolejna litera traciła na swoim zgrabnie wyprofilowanym kształcie, rozpływając się pod wpływem wszechogarniającego gorąca i stając się jedynie ciemną stróżką niewypowiedzenia.
W oddali słychać było groźne pohukiwania, jakby ktoś przesuwał ciężkie meble, próbując przywrócić porządek świata. Nagle ze snu wybudziło mnie dudnienie deszczu w szyby okien, wiatr smagający zasłony, jakby zaplątał się w nich ptak trzepoczący skrzydłami o framugi okien. Niezdolny odfrunąć, przeniknąć sito moskitiery, jak motyl uwięziony w zarzuconej na niego siatce. Utkwiony w gęstości powietrza.
O poranku szukałam rześkiego pocałunku, tymczasem do policzka przyklejał się kolejny gorący oddech budzącego się dnia, a ja czuję jak zamiast ciała jestem tylko odciśniętą, niekształtną formą w grubych warstwach powietrza. Dopiero chłodny strumień z prysznica przywraca mi ciało, milimetr po milimetrze, aż po koniuszki palców. Na chwilę. Na podłodze ślady mokrych stóp znikają szybciej niż mój oddech zdąży znaleźć swoje odbicie w tafli lustra. Upalny dzień powoli rozciąga się niczym zegary na obrazach Salvadora Dali. Czas jakby się zatrzymał w tej gęstości. Wskazówki wydłużyły, niezdolne do przesunięcia kolejnej sekundy znikającej w warstwie bezdechu, przypominając zatrzymane wahadło, które próbowało przechylić się na szalę niedosięgalnego chłodu. Zresztą wszystko wokół jakby poruszało się w zwolnionym tempie, słowa zastygają nim przybiorą swoją wyrazistość, gesty nieruchomieją nie zdążywszy wyrazić tego, co pragnęły. Aura zdaje się po prostu bezduszna, sprawiając, że u schyłku dnia ubranie staje się drugą skórą, którą odkleja się od siebie jak niechciane plastry przesiąkniętych wspomnień. Rozgrzane popołudnie skrapla się w kropelkach potu spływających po nierównościach kręgosłupa, podkreślają każdą jego krzywiznę i samo szukając schronienia przed słońcem w cienistych zagłębieniach między przygarbionymi łopatkami zmęczonych pleców. Nawet cienkie szczebelki rzęs zdają się uginać pod ciężarem wilgoci, niezdolne do zarysowania choćby cienkich pajęczych niteczek, które uchwyciłyby skrawek przenikniętego chłodem pragnienia.
Odwracam twarz w stronę Północy, na polodowcową rzeźbę Półwyspu Skandynawskiego, by poczuć rześkie powietrze płynące znad zatok skrytych pomiędzy stromymi, skalistymi brzegami. Pamięcią uchwyciłam się swojego krótkiego pobytu w malowniczym Bergen skąpanym przez trzy dni w listopadowym deszczu, gdzie kolorowe domy usytuowane na wzniesieniach przypominały pudełka od czekoladek, wieczorem przeistaczając się w latarenki wskazujące drogę powrotną do domu. Targ rybny przy nabrzeżu, blisko mojego hotelu, tętnił gwarnym życiem od wczesnych godzin, przenikliwy chłód przechadzał się w przemokniętym prochowcu między długimi, wąskimi uliczkami, rozciągając za sobą kryształki deszczu, a łódki kołysały rytmicznie swoimi rozłożystymi biodrami.
Na moment miałam wrażenie, że znalazłam szczelinę chłodu, ale i w nią, po chwili, wślizgnęło się gorące powietrze wypełniając sobą najdrobniejsze pęknięcie na spierzchniętych wargach.
Gęstość powietrza. Znowu przysłania okno, w którym trzepoczą skrzydła uwięzionego ptaka. Odbiera słowom ich zgrabnie wyprofilowany kształt.

Kapcie, ballada i dziwo niezwykłe

"Ballad o kapciach" - jak to brzmi. Dziwo niezwykłe, a smaczne.
Ni to autobiografia, ni wspomnienie, ni powieść. 
I w tej niejasności, nieokreśloności, poplątaniu, oryginalności - jej potężna siła.

W planach miałam, aby minione dwa dni zawiesić jak hamak w ogrodzie, lekko ponad ziemią. Pozwolić piegom rozsypać się na nosie, stopom zanurzyć w miękkości domowych kapci, a wargom przywrócić smak dojrzałych malin. Odwiesić na bok wszelkie zabieganie, pozbierać łupinki roztargnienia z całego tygodnia i schować do pudełka po czekoladkach, by pozostały jedynie słodką mgiełką minionego.
Nie zdążyłam, pobiegłam dalej. Wiatr wyrwał mnie z rozmarzenia o leniwych planach, poszarpał je jak nieudane szkice kolejnego jutra, poplątał kosmyki zbyt cienkich myśli i zostawił po sobie chaos, w głowie i na głowie. I znowu zajmie mi dni wiele uporządkowanie siebie i powstałego nieładu w sobie, rozplątanie zasznurowanych supełków, z który każdy zdaje się być węzłem gordyjskim.
I pokuszę się o chwilę retrospekcji, małego uchybienia w nienaruszalności czasu kiedy, na moment krótki, wplątałam się w apetyczny romans z pobliskim pismem społeczno-kulturalnym, spisując na jego łamach swoje skromne rozważania o doli i niedoli przeprowadzki na peryferie miasta. Zastanawiając się wtedy czy to licho czy anioł podszepnął mi myśl o porzuceniu mojej ukochanej Warszawy. Wówczas, może nazbyt pochopnie i nieroztropnie bardzo, odpowiedziałam, że licho owe aniołem być musiało, dzisiaj nie do końca wiedząc kto się wcielił w kogo. Plan został jednak wcielony w życie, które to właśnie od ponad pięciu lat jest moją własną, budowaną wysiłkiem wielkim, autostradą łączącą sielską wieś z kuszącym miastem. I gdyby tak przełożyć czas spędzany za kółkiem samochodu na czas spędzony za okładkami książek, byłabym dzisiaj o tysiące mil szelestu kartek bogatsza. 
Jednak skoro już tak się stało i mam swój kawałek ziemi, oswajanej, podglądanej jak cicho oddycha nocą, otula się siwym dymem z kominów i budzi się śpiewem ptaków, nie sposób było nie sięgnąć po książkę, by w tych chwilach, które zostały mi na przedzieranie sennością kolejnych jej rozdziałów, zanurzyć stopy w nie moje własne papucie, ale wejść w coraz bliższy mi rytm "Ballady o kapciach", miękko zostawiających ślady gdzieś w bliskim sąsiedztwie mojego skrawka ziemi. Idę zatem ich śladem, by poniekąd mogły stać się i moimi, może nie do końca dopasowanymi, ale przecież idącymi tymi samymi ścieżkami, próbującymi wtopić się w gładko snutą opowieść o okolicy, mnie samej teraz coraz bliższej, bo Aleksander Kaczorowski zabiera nas w ryzykowną podróż archeologiczną, antropologiczną, literacką, historyczną na rollercoasterze brawurowych skojarzeń. maszerują przez zwrotki tej ballady szlachciury i chłopy, Żydzi i Polacy, pepeerowcy i endecy. Na scenę pchają się martwi i sadza nam farmazony, to znów żywi wywołują ich z tamtego świata, by się dowiedzieć, kim są - to znaczy: kim jesteśmy. Okrucieństwo losów z groteską, nostalgia z patosem, brutalne z niemal magicznym - i człowiek nie wie, czy jest jeszcze w Sochaczewie, Grodzisku, czy może odleciał już do Mancondo.
Ta czuła opowieść o jego miejscach i jego prywatnej historii sprawia, że moje stopy drepczą za Aleksandrem Kaczorowskim, coraz wygodniej czując się w tych Aleksandrowych "kapciach", dostosowując swój krok do tempa przewijających się wydarzeń, przyłączając się do rozplątywania splotu różnych wydarzeń i dookreślania swojej przynależności.
Jestem u początku tej drogi, trakcji, po której suną niespiesznie okna miasteczek, których siłą napędową jest dorzucana wciąż porcja uczuć, emocji i  dźwięku uchylanych okiennic, albumów wspomnień, za którymi podąża chęć znalezienia siebie. Tego odprysku własnej tożsamości, w tym kalejdoskopie pozbieranych kawałków, wypłowiałych nieco szkiełek, wciąż jednak jakże zachwycająco mieniących się barwami rozbudzanymi naszą ciekawością.
Kim oni wszyscy byli? Jak naszkicować portret kogoś, kto nic po sobie nie zostawił oprócz kilkorga dzieci, paru krzeseł, stołu, kilku brzydkich zdjęć w idiotycznych pozach? Jak odnaleźć w nich cokolwiek, co pozwoliłoby wierzyć, że gdyby jeszcze żyli, coś by nas łączyło.



"Ballada o kapciach" Aleksander Kaczorowski
Wydawnictwo Czarne, 2012

Staw Malczewskiego

"Przed Radomiem dwie rzeczki, pierwej Radomka, a potem Mleczna. Dawniej wjeżdżało się tu w przedziwny tunel wierzbowy nad mleczną i na most nad tą rzeką. Dziś wierzby są wysieczone, a most pozbawiony swej ozdoby".
Powietrze zatrzymało się w ciężkim oddechu stojąc nieruchomo niczym Pomnik Czynu Legionów na rynku. Gdzieś za ścianą przeszłości szeptał zamknięty obszar nietykalności, oddzielenia od prawa do życia sprzed siedemdziesięciu lat. Przyklejony do murów pamięci niczym plaster na wciąż krwawiącej ranie. Miejscami, przyschnięty ból i odbicie krzyku, odklejają się płatami wspomnień z pomarszczonych kamienic. Ani śladu ptaków i dźwięków drepczących stóp. Puste, zawieszone w przestrzeni balkony trwają uchwycone, resztkami zaginionej egzystencji, fasad starych domów. Bramy niczym smutne oczy zaglądają we wnętrze spowolnionego życia, w niedzielne popołudnie. Myślami próbuję poruszyć własną wyobraźnię spoglądając na dwie drobne, przytulone do siebie kamienice: domy Gąski i Estery. Puste krzesełka zapraszają, by przysiąść na chwilę, zadumać się nad wszechogarniającą ciszą zanurzając się w zagłębieniu czasu. Gwar musiał rozprzestrzenić się poza granicami wyznaczonymi moją obecnością na kawałku staromiejskiego trotuaru.
Strzepuję z siebie ciężar podróży. Lżej. Zwiewniej.
Cisza prowadzi schodami w przestronne wnętrze dawnego Kolegium Pijarów. Niepewnie otwieram drzwi Muzeum Jacka Malczewskiego. Chłód, błogi w dość upalny dzień, który takim się wcale nie zapowiadał.
Przestronne sale wystawowe. Przestronność malarstwa Jacka Malczewskiego. Odbicie jego myśli, poszukiwań - tych artystycznych i życiowych powinności, roli artysty w świecie. Powoli wtapiam się w nurt symboliki, drugoplanowej, a jednocześnie najistotniejszej w swojej obecności na płótnie skropionym twórczym natchnieniem, swoistym „Błędnym kołem” artystycznego powołania.
T a l e n t   m a l a r s k i   Malczewskiego, pomimo ogromu treści myślowej, jaką zawierają jego obrazy, nie przestaje ani na chwilę iść za czysto malarskimi celami, za doskonałością odtwarzania kształtu, za szukaniem dobrego rozwiązania zagadnień światłocienia. Talent ten opera się stale i ciągle o naturę i, jakkolwiek daleko w niezmierzony świat uczuć i myśli sięga wyobraźnia artysty, jego malarstwo nie przestaje patrzeć, ze ścisłością przyrodniczego badacza, na budowę ludzkiego ciała, nie przestaje studiować natury, dążyć do opanowania wszystkich przejawów jej kształtu, starać się o  wprowadzenie jej żywej, drgającej całą niespodziewanością przypadkowych zjawisk. Podczas kiedy Malczewski poeta snuje głęboką treść myślową swego poematu, Malczewski malarz z niezrównanym mistrzostwem buduje płaszczyzny ludzkiego ciała, przynosząc je bezpośrednio z natury do obrazu, z całą świeżością studium, robionego z wyłączną tendencją ścisłego przestudiowania i dokładnego poznania zjawiska wzrokowego (...)  Malczewski - to głęboki poeta  
i  o g r o m n y,  d o   s a m e g o   d n a   o r y g i n a l n y   t a l e n t   m a l a r s k i, złączeni w jednym człowieku.
Złączenie. Z pasją, malarstwem, słowami zapisanymi kroplami farby przenikającymi przez skórę, jak przez splot włókien tworzących jednolitą warstwę odczuwania.
Złączenie. Także duchowe, w progach bazyliki katedralnej, z zewnątrz poddawanej renowacji, przez co, nie zapowiadającej piękna drzemiącego w jej wnętrzu. Koronkowe detale, witraże rozpraszające wielobarwne światło, ciepłem wlewające się w boczne nawy, jakby wypełniając je tchnieniem wyciszenia. Misternie rzeźbione figurki świętych i opiekuńczych aniołów wstrzymują oddech. Gotyckie sklepienia jak rozpostarte skrzydła opatrzności czuwające nad miękkim rozmodleniem.
"W Radomiu musieliśmy przenocować i dopiero nazajutrz rano po drodze zmytej deszczem, pod niebem oczyszczonym z chmur, lecz zimnym, jechaliśmy dalej".
Zostawiam zarys miasta, odbijającego się w gładkiej tafli Stawu Malczewskiego, wijąc się źródlaną wstążką Malczewskiego potoku.













fragment z tekstu Stanisława Witkiewicza
Jacek Malczewski (Fragment), "Krytyka" 1903, z.2.
datowany Zakopane 1901
oraz fragmenty z "Podróży  do Polski" Jarosława Iwaszkiewicza
wyd. PIW, 1979

Życio-czytanie. Końcówki.

Po wielokroć, czytając różne recenzje książek, choć sięgam po nie już po przeczytaniu książki by pozwolić najpierw przyjść jej do mnie w swojej tajemnicy, zadawałam sobie pytanie: co jest powinnością krytyka literackiego?  Z odpowiedzią przyszedł, któregoś listopadowego dnia, Henryk Bereza, w swojej rozmowie z Adamem Wiedemannem i Piotrem Czerniawskim:
Mieć najlepszą dobrą wolę, żeby nie zrobić nic złego wobec literatury. Żeby zdawać sobie sprawę, że zajmowanie się literaturą, jeśli tutaj w grę wchodzi jeszcze jakiś rodzaj autorytetu, jest zajęciem tak odpowiedzialnym i tak skomplikowanym jak odpowiedzialność chirurga, który operuje żywe serce lub żywe oko. Nie powinno podsuwać rozstrzygnięć, jaka ma być literatura, jak ma kto pisać, bo żeby wiedzieć, jak ma kto pisać, to trzeba wiedzieć, co ten ktoś w ogóle może zrobić. Bo nie jest tak, że każdy, kto chce, to będzie robił w literaturze, takiej możliwości nie ma. Jeśli ja się jakimś autorem interesuję (...) to dzieję się tak, że jestem wplątany w los tego autora.
Wtedy łapiąc się łapczywie "Końcówek" Henryka Berezy, by opleść nimi własne obcowanie z literaturą, przysłuchiwałam się rozmowie szeroko rozpostartej między życiem, prozą, literaturą, a szczęściem, spełnieniem, światem rozległych doświadczeń mając przed oczami człowieka wiodącego życio-czytanie, żyjącego między książkami, jakby dla nich właśnie, które nieodwracalnie wtapiały się w jego gęste poranki, jednocześnie w jego czytaniu istniejąc w dwójnasób, bo jak wyznaje Henryk Bereza: To, co się stało - tak można powiedzieć analogicznie do terminu życio-pisanie, które wymyśliłem dla Stachury - można nazwać życio-czytaniem, w każdym razie to było czytanie współtwórcze, kreacyjne może trzeba by powiedzieć (...) ja czytałem artystycznie, to znaczy wprzęgałem się w procedury twórcze, bo przecież czytanie rzeczywiste jest współtworzeniem, dzieła literackie, dzieła poetyckie nie istnieją po prostu jako zapisy. Prace akademickie dla innych prac akademickich to są teksty, natomiast działa literackie są dziełami, które istnieją dopiero w tym procesie, jakiego wymaga czytanie, i ja już wyłącznie się nastawiłem i tutaj już z pełną świadomością i z pełną konsekwencją do tego się zabrałem. I stąd taki jestem zdewastowany i zużyty w sensie duchowym, ponieważ ja uprawiałem jakiś rodzaj twórczości na tak rozległych planach.
Takiego duchowego zdewastowania i zużycia pozazdrościłam, bo zjawiskowo jest móc żyć tak, by stapiać się w jedności z dziełem literackim, wysysać z niego kwintesencję i prawdziwość przekazu, bogacić się wraz z kolejnym fragmentem prozy wykraczającej poza druk pozostawiony na białej kartce. Nadając jej, własnym czytaniem, formy, kształtu, odrębnego istnienia w jednoczesnym zespoleniu. Samemu oddychając, żywiąc się i żyjąc dzięki prozie literackiej.
Dzisiaj, Henryk Bereza, zostawił te historie zamknięte pomiędzy okładkami, zamykając może najciekawszy rozdział - swojego bogatego życia. Zawężając swoje rozległe plany do skrawka ostateczności. On, wplątany w losy autorów, z nimi serdecznie zaprzyjaźniony, uznawany za jednego z najwybitniejszych krytyków literackich, odkrywcę Edwarda Stachury i Marka Hłaski, redaktor miesięcznika "Twórczość", sam o sobie i własnej szczęśliwości w życiu mówił:
Ja nie wiem, moje rozumienie człowieka, świata, i to niezależnie od wszystkiego dobrego, co mógłbym o człowieku i świecie powiedzieć, jest u swoich podstaw tragiczne. Znaczy, wydaje mi się, że człowiek właściwie może nie czuć tragizmu istnienia właściwie tylko wtedy, gdy jest głupi. Jeśli nie jest głupi, jeśli ma wrażliwość, ma wyobraźnię, to tragizm musi być fundamentem jego stosunku do świata, co oczywiście nie oznacza, że musi przybierać maskę tragiczną i biadolić bez przerwy i mówi o tragizmie egzystencji. Ja na przykład im bardziej jestem tragiczną postacią, tym łatwiej mi przychodzi dostrzeganie przyjemności życia i te przyjemności są mi dostępne w najprostszej postaci, ja na przykład czuję się szczęśliwy, jeżeli budzę się rano i jest nie słońce, bo w pokoju nie ma słońca rano, ale odbicie słońca i to moje mieszkanie, ono jest zaniedbane, ale ma pewną harmonię kolorystyczną, w nim jest jasności, złocistości w nadmiarze, a tam portret jeszcze z odbiciem słońca w oknach budynków naprzeciw, daje to poczucie złocistości, słoneczności i taka złocistość, słoneczność śni mi się się czasem i ja w śnie też jestem w słonecznościach, w jasnościach, w złocistościach, i to jest ogromną radością, ja potrafię się z czegoś takiego cieszyć. Cieszyć się potrafię z zasłyszanego na ulicy słowa, z dobrego powiedzenia znajomych przy kawiarnianym stoliku, albo w ogóle jakiegoś ładnego powiedzenia, bo jednak moja wrażliwość na dobre powiedzenie jest większa, jeżeli to możliwe, niż wrażliwość na słowo zapisane, na tekst literacki, a oczywiście tekst literacki także mi daje ogromne, ogromne radości (...). Sztuka jest łaską, którą nam dano, żeby w nieszczęściu, w tragizmie, w uplątaniu, w całej koszmarności świata była jakąś jasnością, jakimś promieniem dobra. Jeśli przyjąć, że jestem z przekonania, z filozofii, człowiekiem tragicznym i absolutnie mógłbym się tutaj podpisać pod wszystkim, co na temat tragizmu egzystencji pisała Pascal i inni myśliciele podobnego typu, jeśli przyjąć, że to jest mój fundament, to na tym fundamencie mogę budować jeszcze najrozmaitsze radości, wśród których radość obcowania ze sztuką słowa jest radością największą.
Adam Wiedemann: Myślisz czasem, że to co piszesz, jest pisaniem dla potomności? Umiesz sobie tę potomność wyobrazić?
Henryk Bereza: Nie mam żadnych złudzeń co do możliwości oddziaływania na jakąkolwiek przyszłość. Myślę, że dla tych, z którymi mnie już los związał, będę istniał także po śmierci, jako punkt odniesienia czy jako jego brak.


Henryk Bereza (28 października 1926 - 21 czerwca 2012)

fragmenty pochodzą z książki "Końcówki. Henryk Bereza mówi"
Adam Wiedemann, Piotr Czerniawski
wyd. Korporacja Ha!art, Kraków 2010

Rzeczywistość doświadczalna

W jakiś naturalny sposób, po spotkaniu z "Cadykiem i dziewczyną" Anny Boleckiej, sięgnęłam po książkę przepełnioną rzeczywistością legendową. Nazywam ją legendową, przekazane bowiem przez tradycję opowieści, którym podjąłem się nadać tu odpowiednią dla nich formę, nie są kronikarsko wiarygodne. Pochodzą od ludzi ogarniętych zachwytem, którzy we wspomnieniach i zapiskach utrwalili to, co - będąc w stanie owego zachwycenia - uznali za prawdziwe lub też sądzili, że za takie uznali, a więc zarówno to, co wprawdzie się wydarzyło, lecz było dostępne jedynie oku człowieka trwającego w zachwyceniu, jak to, co nie zdarzyło się tak, jak o tym opowiedziano i jak zdarzyć się nie mogło, lecz co dusza człowieka trwającego w zachwyceniu odczuła jako całkiem rzeczywiste, toteż ów człowiek opowiada o tym, jak o czymś najzupełniej rzeczywistym. Muszę więc nazwać to rzeczywistością, rzeczywistością doświadczalną przez dusze trwające w zachwyceniu, czystą i niewinną, w której nie ma miejsca na zmyślenia i dowolność.
Po rzeczywistość literacką, o której Marek Radziwon napisał, że "są co najmniej dwa powody, dla których warto sięgać po książkę Bubera. Pierwszy jest ogólny - Martin Buber, autor m.in. Drogi człowieka według nauczania Chasydów i powieści Gog i Magog, to jeden z najznakomitszych znawców i interpretatorów chasydyzmu, a jego praca to pozycja klasyczna i obowiązkowa dla wszystkich interesujących się mistyką żydowską przełomu XVIII i XIX wieku. Drugi powód jest nasz, lokalny - to osoba polskiego tłumacza i edytora "Opowieści chasydów" - Pawła Hertza."
Sięgnęłam. Może też dlatego, że moje dni przelewają się ostatnio szerokimi strumieniami między palcami, wsiąkając w piętrzący się kurz po stopami i nie pozostawiając po sobie najmniejszego śladu. Najchętniej uchwyciłabym te strumienie, zebrała w dzbany i przelała je od nowa, powoli, kropla po kropli doświadczając każdej umykającej między palcami chwili. Może też wtedy, cedząc każdą kroplę przez gęste sito świadomego doświadczania, gdzieś na przepastnym dnie mijającego dnia spostrzegłabym lśniący samorodek szczęścia zbudowany z atomów drobnych zachwytów, które zdają się aż nazbyt drobne, by udało się je wyłuskać z poszarzałej rzeczywistości. Mogłabym wtedy tę drobinę ułożyć w zagłębieniu dłoni, jak w łódce ratunkowej i ochronić przed utonięciem w pyle pozostającym za mną po niedogonieniu własnego zmęczonego cienia. Zatrzymać kruszynę zachwytu na dłużej, wtapiając we własne odczuwanie.
Wychwytuję słowa.
Rabbi Heszel powiedział: "Człowiek powinien być jak naczynie, które chętnie przyjmuje w siebie to, co w nie wlewa jego właściciel, obojętnie czy będzie to  wino, czy ocet".
Może zatem całkiem niepotrzebnie szukam dzbanów, w które mogłabym wlać już raz przelaną wodę, może muszę sama być naczyniem napełniając siebie doświadczeniem każdego dnia, aż po brzegi własnego istnienia, aż na granicę własnej wytrzymałości, tak, by poczuć mijający dzień i nie dopuścić do utonięcia we własnej nieuwadze najdrobniejszych zachwytów.
Martin Buber autor "Opowieści chasydów" zanotował: "Nauka chasydzka to nic innego jak wskazanie, że należy żyć w zachwyceniu, w pełnej zachwytu radości".
Jak uszczknąć tej zdolności, wyjąć ją z rozległych ram nauki chasydzkiej i zakorzenić w swojej prozaicznej rzeczywistości?

fragmenty z "Opowieści chasydów" Martina Bubera
w tłumaczeniu Pawła Hertza
wyd. W drodze oraz Fundacja Zeszytów Literackich, 2005

oraz fragment recenzji Marka Radziwona

Wrzenie świata

Nawet jeśli książka trafi do jednej osoby, jeśli pobudzi jakąś strunę wrażliwości, 
to spełni swoje zadanie - Anna Bolecka

Gorący lipiec 2009 roku. Dwa dni jazdy samochodem z Orlando do Chicago, a ja niczego nie widziałam poza kartkami książki, niedosłyszałam. Wrzenie świata było poza mną. Wrzenie świata było we mnie. Drgnęła jakaś, uśpiona dotychczas, struna wrażliwości.
Stałam się jedną z "Uwiedzionych" - po trosze Peterem, który odmienia się wraz z kolejno poznawaną postacią wijącej się przez oszalały, od wojny, kontynent. Trochę Łucją ciągle dotykającą swoich najboleśniejszych ran skazując się na wieczne cierpienie, Helgą wołającą do Boga i Erichem wołającym o prawo do prawdy o sobie samym. Każde z nich zostawiło we mnie cząstkę siebie. Drżenie. Z każdym z nich się utożsamiałam, bo każde z nich było wołaniem o miłość, choćby słabą, zawieszoną miedzy niebem a ziemią.
Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że sama za parę lat zaznam stanu przebywania "miedzy niebem a ziemią". Tymczasem wróciłam do domu, choć już nie całkiem do siebie, nie do tej samej, bo już całkowicie uwiedzionej. Zaczęłam szukać 'Kochanego Franza', i choć na niego nigdzie nie natrafiłam, to znalazłam "Concerto d'amore". Zagrało przejmująco, zespalając kawałki minionych dziejów i przynależności autorki do jej przodków i historii rodzinnych. Od tego momentu stając przed sklepem "Wedla' na Szpitalnej w Warszawie czuję już nie tylko słodki smak czekolady, ale i serce tej kamienicy, sylwetkę jej projektanta, Franciszka Braumana.
Stałam się zachłanna. Swoiste zaspokojenie znalazłam na chwilę przysiadając na "Białym kamieniu". Doznanie czysto metafizyczne. Magia. Mistyka. Nieokiełznany w swojej nieograniczoności "literacki kosmos", wszechświat Anny Boleckiej, któremu nie sposób się nie poddać, nie dać poprowadzić mleczną drogą dosięgając gwiezdnego pyłu jej krystalicznej prozy. Zamieszkuję w Kuromękach, na obrzeżu wsi, gdzieś "pomiędzy", wtapiając się w spokojne życie wielokulturowego skrawka ziemi, gdzie jak w wiklinowym koszu splatają się różnorodne witki tworząc spójną całość. Sama daję się opleść i wpleść w życie w zgodzie z naturą przyrody i naturą człowieka, gdzie w ciszy, która nas otacza, można czasem usłyszeć dalekie głosy. Wydaje się, jak gdyby mówiło jednocześnie wielu ludzi stojących pod wielką ścianą. Jeden z nich odchodzi na bok, zbliża się. Teraz słyszysz wyraźniej, słowa nabierają sensu. Jego głos cię przyzywa. Wchodzisz do jasnej kuchni. Na łóżku siedzi ktoś, kogo widzisz pierwszy raz w życiu. To najbliższy ci człowiek na ziemi. Patrzycie na siebie. Czujesz, że to początek świata. Twojego świata.
Stał się też i moim światem. Początkiem i bezgranicznym zachwytem, przynależnością do nieskazitelności prozy Anny Boleckiej, zawartej w niej przejrzystej prawdy, namacalnie odczuwanej, "sprawiającej wręcz fizyczną przyjemność" jak określił stan przechodzenia przez prozę Anny Boleckiej, Tadeusz Nyczek.
Mijają cztery lata.
Chłodnawy czerwiec roku 2012. Kwadrans jazdy samochodem z Żoliborza na Powiśle. Wrzenie świata przede mną. Wchodzę w progi Instytutu Reportażu, gdzie w pomieszczeniu niewielkim, pełnym uroku, zapachu kawy i kuszących grzbietów książek, mieści się cały świat. Za chwilę miałam stanąć przed takim całym światem, literatury nieskazitelnej, skupionej w osobie mojej ulubionej powieściopisarki, jednej z niewielu kobiet-pisarek w moim czytelniczym jestestwie. Jednocześnie na pewno najważniejszej. W torbie jej najnowsza książka "Cadyk i dziewczyna' szeleści poprzyklejanymi karteczkami. Kartka, można powiedzieć, że ta powieść od niej wzięła swój początek. Wyrzucona z przepaści zagłady, z progu między życiem a śmiercią.
Anna Bolecka zapala świeczkę. Światło pamięci. Płomyk łączący ludzi w obrębie pewnej historii scalającej losy "Cadyka i dziewczyny', ale też jakby będący symbolem iskrzenia jakie wytwarza się między czytelnikiem a pisarzem. Rzadkiego, a jakże cennego momentu, kiedy mogą spojrzeć sobie w oczy, tak jak przyglądamy się zaszyfrowanemu przekazowi schowanemu za zgrabnie wyprofilowanymi literami. Próbujemy go odczytać, przydając mu dozę własnej wrażliwości, ale też z odczuwania autora czerpiąc. Może w ten sposób kradniemy kawałek ich własnej duszy. Może wtedy tworzy się najcenniejszy rodzaj nierozłączności.
Remek Grzela wprowadza zebranych w literacki świat Anny Boleckiej. Chłonę każde zdanie, spojrzenie autorki zza okularów, jej łagodny uśmiech. Tę łagodność wyczytuje się spomiędzy gęstych linijek jej powieści, choć kłębi się w nich wrzenie całego świata, to w samym jądrze życia, w sercu ludzkości można uchwycić delikatną nić rozwijającej się nieśmiało miłości.
Dopiero po latach zrozumiał, że raz zaznana miłość potrafi wypełnić życie wewnętrznym blaskiem, a jej trwanie jest jak istnienie umarłej gwiazdy, której światło wędruje do nas, pokonując przestrzeń tysięcy świetlnych lat.
Miłości odmieniającej, wypełniającej najdrobniejszą komórkę istnienia, pozwalającej dojrzeć do dziejących się wokół wydarzeń, a przede wszystkim dojrzeć samemu do własnej przynależności do tego świata. Choćby najbardziej okrutnego. Odnalezienia w nim własnej drogi, powinności, przeznaczenia, umiejętności usłyszenia swojego losu, odnalezienia w nim sensu. Odkrywając w sobie pokłady harmonijnego spokoju i pokory, bo jeśli nawet pozostanie nam tylko jedna ciasna uliczka, którą popędzą nas gdzieś w niewiadomym kierunku, to przecież nad nią jest całe niebo.
W coraz bardziej, dla mnie, zawężającej się uliczce współczesnej literatury, biorąc do rąk powieści Anny Boleckiej mam przed oczami całe niebo nieskazitelnie czystej, przejrzystej prozy, dzięki której mogę dotrzeć do istoty własnych przeżyć. I mogłabym powtórzyć za Polą, bohaterką "Cadyka i dziewczyny", odnosząc je do twórczości Pani Anny, że to jej słowa są niczym kamienie wyznaczające drogę, którą zaczęłam iść, wiedząc, że z niej nigdy nie zawrócę, że chcę iść dalej niedowidząc, niedosłysząc września świata, schowana w cieple słów, przejmującej mądrości i prawdziwego posłannictwa w otwieraniu oczu i umysłu, w odkrywaniu najczulszych miejsc.
Być może człowiek osiąga swój pełny ludzki wymiar chodząc, a nie pełzając, ale prawdą też jest, że najważniejsze ludzkie sprawy, nadające sensu życiu, rozgrywają się, gdy leżymy blisko ziemi.
Ja, osiągam cząstkę swojego ludzkiego wymiaru, leżąc, blisko prozy Anny Boleckiej. Nią oddychając. Dojrzewając, jako czytelnik i jako człowiek.

przytoczone fragmenty pochodzą z:
rozmowy Remka Grzeli z Anną Bolecką, która ukazała się w "Hotelu Europa"
wyd. Prószyński i S-ka, 2009
oraz książek Anny Boleckiej: 
Uwiedzeni, wyd. Czarna Owca, 2009
Concerto d'amore, wyd. W.A.B, 2004
Biały kamień, wyd. słowo/obraz terytoria, 2004
Cadyk i dziewczyna, wyd. Czarna Owca, 2012

Przełamując swój intymny świat wewnętrzny

Naprawdę w nocy, przy przebudzeniach, myślę innymi warstwami siebie, i to, co się w nocy jakby rodzi, jak tylko wchodzę w życie praktyczne, w stosunki między ludźmi, w pracę powiązaną z konkretnymi planami (pośpiech, telefony, listy żądające natychmiastowej odpowiedzi), i człowiek obrasta jakąś skorupą, bez której każdy czyn praktyczny mi się zdaje niemożliwy. Ale skorupa, która obrasta myśli tamtejszej nocy, powoduje, że po jakiemuś te myśli przestają istnieć w sensie żywego, wewnętrznego w tobie istnienia. Więc znowu stwierdzam zupełną niezdolność ogarnięcia w sobie tej  j e d n o ś c i,  jedności życia wśród tłumu i niepodległej samotności.

Senność gęsto przylgnęła dzisiaj do powiek łapiąc się rzęs, jak szczebelków ograniczających zsuwanie się kołdry podszytej niedospaniem. Nazbyt niskie ciśnienie rozwinęło się ciężkim welonem wilgoci w oknach. Szukałam przebudzenia z zamkniętymi oczami, stopami próbując wyczuć nastrój leniwie przeciągającego się poranka. Śpiąco. Zapragnęłam jeszcze złapać za rąbek odsuwającej się noc, wtulić w jej ciepłą senność, gęstość snów, nieprzeniknioną ciszę, która jak grube płótno przyjmowała wszelkie odgłosy i barwy życia jedynie powierzchownie, bo gdy ją rozkroić, ostrzem spadającej gwiazdy, ukazałaby się jedynie aksamitna gładkość ciemności. Nieprzenikliwość.
Dzień. Świtało uwydatniało nieszczelności w okiennicach. Zapragnęłam, jak Józef Czapski, rozpocząć nowy dzień słowem "przebudzenie", które jednak, jak bańka mydlana, pękło jeszcze przed wypowiedzeniem i  opadało przemokniętymi od deszczu kroplami bezdźwięcznego ziewnięcia. Pierwszy, płytki oddech poranka przylgnął lekko do poduszki. 
Józef Czapski. Powracający do mnie nieskończenie. Jeden z "pisarzy zbójnieckie" Wojciecha Karpińskiego. Dla mnie, obok Jarosława Iwaszkiewicza i Konstantego Aleksandra Jeleńskiego, jeden z najważniejszych twórców w moim własnym, wewnętrznym świecie. Jego ‘Wyrwane strony’ nieprzerwanie kruszą się w drobne płatki opadając na usta, przydając im uśmiech zawstydzenia, że tak często je wypowiadam. Wszak przysłaniam nimi bladość swoich warg. Próbuję uwypuklić każde słowo. Czasem przygryzam usta, jakbym chciałam skosztować plastyczności z jaką malował świat i swoją w nim czułą sylwetkę, bo jakże smakowite było jego dążenie do doskonałości, artystycznej i życiowej. Ciągłe dobieranie odpowiednich farb i kolorów. Nadawanie kształtów.
I jego ciągłe "przebudzenia". Do nowego dnia, nowego obrazu, barwy, sceny uchwyconej w zatłoczonym paryskim metrze tętniącym porannym pośpiechem, kawiarni spoglądającej wielkim oczami na pędzące przed nią samochodami ulice. Na lustra, w których próbował dostrzec fragmenty samego siebie.
Cienie. Oczekiwanie. Walka, o kolejne przebudzenie, w sobie i dla siebie.
Tymczasem ja, nie mogłam się dzisiaj przebudzić. Ani do siebie, ani do otaczającego mnie świata. Przemoczonego przenikliwością. Jadąc do pracy patrzyłam obojętnie jak krople deszczu łączyły ze sobą niewzruszone, pośpiesznymi krokami przechodniów, pęknięcia w chodnikach. Jak rozłożyste parasole łączyły ze sobą całkiem obcych sobie ludzi, a aura łączyła się z niepogodą mojej duszy. Skulonej pod kołdrą niewyspania. Wewnętrznej samotności zamkniętej w skorupie obrosłej obumarłymi, w świetle dnia, myślami.
Już wieczór, przywitał mnie u progu domu. Dzień utonął niepostrzeżenie. Został jedynie mało widzialnym kręgiem w kałuży deszczu.
Noc drepcze po schodach szurając skrawkami zachodzącego dnia.
Jak zdobyć tę zdolność myślenia innymi warstwami siebie?

[...] wybieram parę książek, tak bardzo różnych światopoglądem, klimatem, a tak bliskich w czymś najważniejszym, w widzeniu najbardziej generalnych zagadnień, w przełamaniu poprzez swój intymny świat wewnętrzny.

fragmenty książki "Wyrwane strony" Józefa Czapskiego
oraz "Książki zbójeckie" Wojciecha Karpińskiego (cytat z "Ja" Józefa Czapskiego)
wyd. Fundacja Zeszytów Literackich

Sploty

"I ciągle ten strach, że nie wiemy nic i nie będziemy nigdy nic wiedzieli
że na zawsze wszystko jest tajemnicą, Om, wszystko zamknięte
i sami jesteśmy tylko kłódkami, od których klucze leżą głęboko w morzu."
fragment "Siciliana" Jarosława Iwaszkiewicza


"Właściwie - powiadał - z powołania (że się tak wyrażę) jestem człowiekiem nauki. Dokonać tego samego, czegom dopiął w muzyce - w dziedzinie fizyki albo chemii, oto byłby ideał i szczęście. Pogłębienie świadomości i wiedzy swojej, a potem świata. Bo przecież najwyższym celem człowieka na ziemi jest, aby w ciągu swego tutaj życia najgłębiej potrafił odbić w sobie świat..." notował Jarosław Iwaszkiewicz słowa Karola Szymanowskiego. I nie sposób zapomnieć o takim "odbiciu w świecie" przekraczając bramę prowadzącą do Stawiska, w tę niedzielę skąpaną w słońcu, które rozpromienionymi ramionami rozdzielało wierzchołki drzew, jakby rozczesywało gęsto splecione warkocze gałęzi. Podobnie jak splot wydarzeń otulający ciepłym popołudniem dom Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów. 
Rozbrzmiewająca we wnętrzach muzyka Karola Szymanowskiego niby wysokogórski potok płynąca po drewnianych schodach stawiskowego domu i krople źródlanej wody rozbijające się na drobinki najczystszych dźwięków, spadające drżąco na kolejne stopnie, przygarbione minionym czasem. Poddałam się lekkości i precyzji każdego taktu wybijanego jakby koralikami nut zerwanymi z długich sznurków pięciolinii, czując miękkość każdego dźwięku osiadającego w lirycznym uniesieniu na starych meblach i wypłowiałych grzbietach książek. Zasłuchanie.
"Gra. Patrzę na niego pod światło - twarz ma zupełnie spokojną, profil rysuje się ostro na tle siwego obrazu za oknem. Światło w pokoju jest teraz pod wieczór znowu bezbarwne, ale wydaje się, że obrys tej głowy nad fortepianem pała, że promieniuje, że nasycony jest od wnętrza blaskiem."
W oddali ogrodu próbowały wtórować ptaki. Zawstydzone.
Nuta po nucie, w intymnym współbrzmieniu, obcowałam z historią Stawiska, splatających się nierozerwalnie dziejów pokoleń Szymanowskich i Iwaszkiewiczów, by w końcu także przysłuchiwać się opowieści Ludwiki Włodek, prawnuczki Jarosław Iwaszkiewicza, o przynależności do przodków, rodziny i tradycji. O rozplataniu zawiłych korzeni drzewa genealogicznego, supełek po supełku, odnajdując nitki prowadzące ją do poszczególnych członków rodziny, ale też i do samej siebie. Odnajdując w ich źrenicach własne spojrzenie.
Nie miałam ambicji napisania kolejnej biografii Iwaszkiewicza ani dzieła o kulturotwórczej roli Stawiska. Interesowało mnie, jaka była ta rodzina i jak życie w niej wpłynęło na najbliższe mi osoby, ze mną włącznie.
Może spoglądanie w oczy najbliższych pozwala lepiej dostrzec samego sobie, odnaleźć źródlane odbicie swojego widzenia świata i tych, którzy w nim zaistnieli. Może to trochę jak położenie kropli swojej krwi pod badawczym obiektywem mikroskopu, by przyjrzeć się każdej komórce z osobna, bo każda z nich składa się na własny obraz i podobieństwo.
"Wszystko po to, żeby w swojej książce przedstawić losy Jarosława Iwaszkiewicza, jego brata Bolesława i ich trzech sióstr: Heli, Nuci, Jadwini: przypomnieć historie rodzinne prababci Anny z Lilpopów; sportretować grono mieszkańców Stawiska z czasów wojny i ich słynnych gości; opowiedzieć o losach rodziny w PRL-u.
Ale też i po to, żeby odnaleźć swoje miejsce w tej historii. Napisanej własnym wyrazistym stylem, z niezwykłą energię, humorem i dystansem".
Odjeżdżam ze Stawiska, jak zawsze obserwując w lusterku sylwetkę domu oddalającego się powoli. Znikającego za rozłożystymi drzewami przysłaniającymi kontur dworku wrośniętego swoimi korzeniami w mazowiecki pejzaż, rozgałęzieniami sięgając tego skrawka ziemi drzemiącego za horyzontem, a oddychającego melancholią wijącą się znad ukraińskich stepów.
Na siedzeniu obok prezent od pani Zosieńki, piękne wydanie "Prozy duże i małe" Jarosława Iwaszkiewicza, a wśród nich "Staroświecki sklep". Wreszcie. Słodko. Na samą myśl o przeczytaniu tego drobnego opowiadania, drobnego jak kawałek czekolady rozpływający się w dłoni, zostawiający słodką warstwę czekolady na opuszkach palców, które zanurzają się w gęstej prozie.
Nie były to takie bardzo dawne czasy. Nie jestem przecież starym człowiekiem! A jednak wydaje mi się, jak gdyby wspomnienia o tamtych, dawno umarłych rzeczach pojawiały się w jakichś zamierzchłych basenach mroku i niemożliwości. 
To wszystko, co się wtedy działo, jak wyglądało i jakie było w swojej istocie, wydaje się tak odmienne od dzisiejszego aspektu rzeczy, że bardziej może niż inne - odleglejsze czasy, należy do dziedziny historii".
A jednak wciąż dzięki twórczości Jarosława Iwaszkiewicza, dzięki wspomnieniom i zatrzymanym chwilom w książce jego prawnuczki, wciąż jakże smakowite i gęste. Jak kawałek wyśmienitej czekolady.

fragmenty "Jarosław Iwaszkiewicz. Dziedzictwo Chopina i szkice muzyczne"
w opracowaniu Radosława Romaniuka
wyd. PIW, 2010

fragmenty "Pra. O rodzinie Iwaszkiewiczów"
Ludwika Włodek
wyd. Wydawnictwo Literackie, 2012

fragment "Sklepu Staroświeckiego"
Jarosława Iwaszkiewicza
wyd. Świat Książki, 2001


Sedno ukrywa pod spodem

Słowa są nieobecne w twej pieśni, Dydono,
stos żałobny zaszemrał, jeszcze nie zapłonął,
wypłoszywszy jaszczurkę. Morze jest jak spodek,
i tak jak słowo, sedno ukrywa pod spodem.


Zespolenie. Czasami staje się faktem, kiedy głos i słowo stają się jednością. Idealnym złączeniem pasującym do siebie w najmniejszym odcinku przynależności do dźwięku i myśli, do wyrażanych i zapisanych odczuć, emocji, obserwacji świata, które przekształcają się w język poezji, w rytm słowa zyskującego swój rym: gładki lub popękany, przełamany niespokojną myślą. Słowa odrywającego się od białej kartki, zyskującego lotność, lekkość unoszenia się na skrzydłach dopowiedzenia, dotykając niechwytnej materii brzmienia. Zyskującego umiejętność dosłowniejszego wyrażenia siebie poprzez głos tej, która go stworzyła, ustawiła w sznureczku innych słów odklejając je od kropel drukarskiej farby i pozwalając samo zaistnieć, stając się integralną cząstką drżenia w świecie poezji.
Takim też zespoleniem było wczorajsze spotkanie z jedną z moich ulubionych poetek, Anną Piwkowską, zorganizowanego z okazji ukazania się tomiku jej poezji "Lustrzanka". Spotkania będącego sposobnością do pochwycenia swoistego przylgnięcia poetki do jej wierszy, w ich obopólnym wysłowieniu, przekształceniu każdej strofy w dźwięk jej głosu, intonację oddającą charakter wiersza, ale też przyodzianego w wyjątkową oprawę wrażliwości samej autorki. To okazja, by jak w lustrzanym odbiciu, dostrzec jej spostrzeganie własnej drogi twórczej, umiejscowienia jej na mapie swojego życia, poczynając od dzieciństwa spędzanego w bliskim sąsiedztwie Nieborowa, poprzez doświadczenie jakim stało się obcowanie z uczniami w szkole aż po inspiracje czerpane z kultury antycznej, korzeniami sięgające greckiej mitologii jako źródła niezmienności. Rytuału.

Nie ma w łóżku kobiety. Spogląda przez szybę
na gile roztańczone, szkarłatne, szczęśliwe.
Patrzy poprzez mężczyznę, który leżąc z brzegu
łóżka, jest tak bezbronny jak ślimak na brzegu
wyrzucony na piasek przez fale przyboju,
jak ostryga, schwytany przez ściany pokoju.
Nie ma w łóżku kobiety. Odeszła jak stała,
bez pantofli, bez pestki, bez sukni, bez ciała.


Tymczasem, wiersze Anny Piwkowskiej raz są przemokniętym wróblem schowanym w dłoni przed deszczem, innym razem rowerem sunącym z wolna w wysokiej trawie, sukienką zalotnie podrywaną przez wiatr, smakiem morskiej bryzy, wierzchołkiem pragnienia, przygaszoną neonówką lub szelestem śnieżnej kolędy, pestką słodkiego owocu bez miąższu, lustrami zaglądającymi w nasze oczy. Wyznaniem. Kobietą.
Każdy z nich skupiony w detalach, słownych ornamentach pozwala na dotknięcie szczegółu poezji, pojedynczej łzy spływającej po rozchylonych wargach, zimnego prześcieradła, krnąbrnej młodości, krzyku zamkniętego w skalnej szczelinie czy sekretnego zdziwienia, słońcem wtulonym w firankę chwilowego uniesienia, przyczyną i skutkiem, nieśmiałą łódeczką uśmiechu dryfującą na obliczu dnia codziennego i iskrzącej zawstydzeniem, w płomykach, spalonej przeszłości.

Otwierasz książkę,
ale wiersze także niosą ze sobą żywy czas:
czas czaru kwitnących róż
w cieniu ogrodowych parkanów.


fragmenty wierszy:
Lustrzanka, Pestka, Tam-Tam
z tomiku "Lustrzanka"
wyd. Zeszyty Literackie, Warszawa 2012

Upojenie

Trzeba talentu największego kalibru, żeby z kamieni, cegieł i płytek ceramicznych
zbudować prozę nie tylko jasną,
ale wprawiającą czytelnika w stan największego podniecenia.

Bruce Chatwin

Ciepło odchodzącego powoli dnia osiada łagodnie na meblach i wtula się w miękkie kształty fotela. Zachodzące słońce maluje na ścianach odcienie złocistych piasków, przylegając jak plastry wielokwiatowego miodu. Cisza i słodycz.
Za sobą zostawiłam zgiełk towarzyszący tłumnie wczoraj odwiedzającym Noc Muzeów, dzisiaj otwierając drzwi tłumnie mnie odwiedzającym wspomnieniom, starym zdjęciom, już wyblakłym i przyprószonych żółcieniami. Odzwierciedlającym minione lata, uwypuklającym obecnie coraz bardziej przygarbione plecy i częściej pojawiające się srebrne nitki w kosmykach włosach.
Rano zerwałam kolejną kartkę zamykającego się rozdziału życia. Wydawała się bardzo ciężka, bo też rok nie był najlżejszym, a może to tylko ręce coraz słabsze. Jaki był ten mijający rok?
Kiedyś próbując przekonać siebie, że wbrew odczuciom więcej w życiu pojawia się chwil radosnych rysowałam przy dniu dobrym 'uśmiech', przy dniu bolesnym 'smutek' i pod koniec roku okazało się, że to tych niezaznaczonych dni było najwięcej. Takich, które przemknęły niepostrzeżenie, nie zapisując się niczym szczególnym w mojej pamięci. Nijakich.
W następnym roku postanowiłam przyglądać się każdej chwili bardziej uważnie, próbować spostrzegać drobinki barw tworzących koloryt całego dnia. Trochę tak, jakbym się przyglądała powstającemu obrazowi, gdzie każda kropla farby zmienia odcień, nadaje inny kształt, nanosi nową warstwę uczuć i spostrzegania. Ciągła zmienność, aż do osiągnięcia idealnych proporcji, artystycznego fini. Tylko jak być malarzem idealnym?
Eugene Delacroix zapisał w swoim Dzienniku: Pisząc nie doznaję tak wielkich trudności, jakie nastręcza mi malowanie obrazów. Łatwiej potrafię osiągnąć zadowolenie układając jakiś tekst niż malując, malarstwo wymaga bowiem znacznie większego wysiłku w zakresie kompozycji. 
To może łatwiej będzie potraktować nowy dzień jakby się pisało książkę, gdzie pojedyncze słowo nadaje nowego znaczenia, odmienia emocje, wyodrębnia różne poglądy i widzenie świata, a w nim siebie samą. Tylko jak być pisarzem spostrzegającym i czułym?
Postanowiłam zostać sobą, tłumacząc własne ułomności, i zaczęłam próbować doceniać drobiazgi: uśmiech nieznajomych ust, ciepło czyjegoś spojrzenia, przychylny gest, słowo rozjaśniające tunel ciemności, w których przychodziło mi potykać się o najdrobniejszy odprysk skamieniałej na ogół codzienności. Doceniać czyjąś wyrozumiałość wobec moich wad i niedoskonałości. Uczyłam się dostrzegać urok skulonych pączków nawleczonych na cienkie gałązki brzozy, przejmujący zapach listków mięty, radosny trzepot skrzydeł motyla umierającego nad ranem czy kawałek nieba rozkrojonego ostro wyprofilowanym łukiem księżyca. Ba, nawet przyjmować z pokorą kolejną zmarszczkę stającą się wyżłobionym kanalikiem ułatwiającym odpływanie łez, tak by nie zatrzymywały się na wydętych od zadziwienia światem policzkach.
W końcu każdy dzień jest podróżą, odkrywaniem nieznanego, spotykaniem za rogiem niewiadomego, zderzaniem się z przeciwnościami losu, nierealizowaniem zaplanowanego, a nade wszystko poznawaniem nowych smaków i pakowaniem kolejnych bagaży, domykaniem, czasami na siłę, ograniczonych własną pojemnością walizek, pękających od nadmiaru kufrów i pomarszczonych ze zmęczenia toreb.
Zdarzają się jednak podróże pozbawione obciążenia nadbagażem, a będące lekkim uniesieniem, podnietą doznawania nowych wrażeń, zapisem miejsc, czyichś stóp, których ślad na ścieżkach staje się swoistą mapą, kartograficznym zapisem przemierzanej przestrzeni, drogowskazem prowadzącym także do samej siebie. Taką podróżą pełną lekkości, wrażliwego spostrzegania, splotu skojarzeń jest droga wiodąca wśród "Cyprysów i topoli". I czy wkracza się w świat podziemi, pokonuje wzniesienia i zazielenione pagórki, wkracza do opustoszałych, w samo południe, miasteczek czy dotyka skrawka nieba skąpanego w porannym słońcu, doznaje się najdoskonalszych chwili istnienia. I czuję się znowu dzieckiem przeskakując z zacienionych fragmentów trotuaru, na te rozjaśnione południowym słońce, w którym odbija się złożoność katedralnej rozety. Zakładam, nieco wykrzywiony czasem, słomkowy kapelusz by zatrzymać jak najdalej od mojego nosa piegi, rozsiane jak ziarenka maku na brzuszku pszennego chleba. Wieczorem w pełnej dojrzałości chylącego się ku krańcowi dnia delektuję aksamitnym smakiem czerwonego wina. Takim też jest pisarstwo Marka Zagańczyka, przepojone dozą gładkości z jaką zapisuje swoje podróże w mnogość miejsc, nawiązań do różnorodnych książek, odniesień do malarstwa, tworząc idealną harmonię współistnienia sztuki słowa i obrazu ze sztuką życia. Jego podróżnicze opisy są subtelnymi freskami, które będąc jedną z najtrudniejszych technik w malarstwie, wydają się nieskazitelnym dziełem zatrzymanym między kartkami książki na pokuszenie dla każdego czytelnika sięgającego po "Cyprysy i topole".
I trudno powstrzymać się od wzruszenia czytając: o historii winnej latorośli spisanej przez Roberta Calasso w jego mitologii,  pięknym Ampelosie stratowanym przez byka, o cierpieniu Dionizosa, który nie umiał płakać. Po śmierci Ampelosa bóg zerwał winne grona zrodzone z ciała umiłowanego mężczyzny, zgniótł je czule w ręce, popatrzył na palce poplamione czerwienią i skosztował kilka kropel. "Ten - pisze Calasso - który wywołał płacz boga, co nigdy nie płacze, miał zarazem przynieść światu radość [...]. Myślał przy tym Dionizos: Ampelosie, śmierć objawiła świetność twego ciała. Chociaż zmarłeś, nie utraciłeś swoich rumieńców. Nikt z bogów - ani Atena ze swoją skromną oliwką, ani nawet Demeter ze swoim pokrzepiającym chlebem - nie wydał niczym podobnym do tego płynu. Wreszcie pojawiło się to, czego życiu brakowało: upojenie".
Książka Marka Zagańczyka jest upojeniem, tak jak upojeniem potrafi być życie będące podróżą w nieznane, odkrywaniem i dotykaniem świata. Wznoszeniem się na pagórki, dosięganiem wzgórz, ale też zejściem w dolinę, ukryciem w cieniu.
Otwieram nowy rozdział, smakuję pierwszy łyk jeszcze nazbyt młodego wina, bo zbyt dużo w nim cierpkiej goryczy, ale wiem, że z czasem docenię smak dojrzałości pachnącej słońcem południa, żyzną ziemią, raz mieniącej się soczystą czerwienią, innym razem przejrzyście białej, chwilami uderzającej do głowy, kiedy wziąć nazbyt łapczywy łyk musującego napoju.
A na razie upajam się w cieniu "Cyprysów i topoli' dziękując autorowi, że choć przywołał słowa Derreka Walcotta, nie uległ jego namowom, by zarzucić pisanie i dzięki temu ja mogłam ulec czarowi jego nowej książki.

rzucić pisanie
i zająć się rozżarzonymi znakami
uznanych znakomitości, stać się
ich idealnym czytelnikiem, żarłocznym
przeżuwaczem, który miłość do arcydzieł
przedkłada nad chęć powtórzenia ich
albo przelicytowania
i być najznakomitszym czytelnikiem na świecie. [...]


fragmenty książki 
"Cyprysy i topole" Marka Zagańczyka
wyd. Fundacja Zeszytów Literackich, 2012
oraz
fragment "Dzienników 1822-1853" Eugene'a Delacroix
wyd. słowo/obraz terytoria, 2003
w tłumaczeniu Joanny Gruze i Julii Hartwig



W cieniu spojrzenia

Dwa lata temu próbując spisać swoje odczucia z przebytej „Drogi do Sieny” zaczęłam od wyznania:
Stało się. Zakochałam się, wpadłam po uszy, a może nawet po sam czubek głowy. Zakochałam się bezgranicznie i ślepo, chociaż to nie najlepsze określenie, raczej z szeroko otwartymi oczami, w Toskanii, w książce Marka Zagańczyka „Droga do Sieny”. Ta niewielkich rozmiarów, zgrabna książeczka, skromna w swojej formie, kryje prawdziwe bogactwo, bo każda kartka to namalowany najpiękniej obraz, to finezyjne freski, których zachwycająca uroda z zaciekawieniem wydobywa się zza mgły czasu, to stare katedry stojące na straży niezachwianego piękna, gdzie rozmodlone ołtarze rzucą na kolana każdego, kto zechce przekroczyć ich próg. „Droga do Sieny” jest malownicza, napisana, a raczej namalowana, smakowicie, zmysłowo, to zachwycająca podróż po miasteczkach rozrzuconych między oliwnymi gajami i dojrzewającymi w słońcu winnicami. 
Tymczasem, od wczoraj, stałam się szczęśliwą posiadaczką kolejnej literackiej perełki autorstwa Marka Zagańczyka, tym cenniejszej, że wzbogaconej dedykacją samego autora.
Siadam zatem, za radą autora, w cieniu „Cyprysów i topoli”, w cieniu jego spojrzenia zatopionego w "wielość krajobrazów, od gór piętrzących się wysoko po równinę Veneto, gdzie rachityczne drzewa o jasnobrązowej korze stoją w równych odstępach. Gdy patrzę na nie z ruchliwej autostrady, mam wrażenie, jakbym brał udział w ćwiczeniach z perspektywy, jakby ustawiono je z widocznym zamysłem, aby nowy Uccello mógł tu wymalować swoją leśną bitwę. Jakże jednak odmienny to las od tego, który znam, z sosnami wczepionymi w piasek, z mchem oblepiającym drzewa, z kępami paproci".
I już sama myśl, że przyszłoby mi napisać tutaj o nowej książce Marka Zagańczyka wprawia mnie w lekkie zakłopotanie i jeśli się później zdecyduję to uczynię to dość nieśmiało, bo jakże pokusić się o skreślenie własnych odczuć z podróży, kiedy Pani Julia Hartwig w jednym zdaniu zamknęło całe piękno kryjące się między słowami książki: "Siłą tych szkiców jest wiedza o przedmiocie, czarem - czuły opis miejsc, w których autor się porusza".
Jednocześnie mnie samej nie sposób jest odnieść się do tej książki inaczej niż z czułością, biorąc do rąk różnorodność obrazów, kolorów i alejek szeleszczących szyszkami cyprysów wijących się przez słoneczną Italię. Nie tylko w wymiarze geograficznym, ale również literackim i malarskim. Oddając się lekkości spostrzeżeń, uchwyconych pejzaży, rysunku przygarbionych sylwetek starych domostw otulonych pnączami winorośli, które wplatają dom w toskański krajobraz, nadając mu smak dojrzałych owoców i kolor purpury zachodzącego za miękkim horyzontem słońca. Maczając kawałek świeżo pieczonego chleba z rodzynkami w ciężkiej oliwie z oliwek, czując jej lepkość między opuszkami palców i wsłuchując w szum topoli.
Sam autor, Marek Zagańczyk, wyznaje; "Widok toskańskiej doliny jest dla mnie wzorem doskonałości i znakiem chwil szczęśliwych. W dni jesienne i zimowe noszę go w pamięci jak talizman i szukam dla niego godnego odpowiednika wśród północnych pejzaży. Wędruję, szukając ulotnych cieni, wydeptuję szlak, licząc, że w końcu odnajdę dawny kształt miasta, krajobrazu, choćby jego zarys, i wpiszę w niego kilka bliskich mi postaci, mocniej uchwycę ich obecność. Samotność jest może najważniejszą częścią podróży, tej prawdziwej, wiodącej w odległy świat, i tej, równie ważnej, pozwalającej dzięki wyobraźni podążać w nieznane".
I zanim spróbuję tutaj przywołać odrobinę tej podróżniczej samotności drepczącej między smukłymi cyprysami i wysokimi topolami, zostawiam skrawki mojej niedawnej podróży w wielowymiarowy i wielobarwny świat Podlasia, a raczej maleńkiego jego kawałeczka. Moja wizyta, to jakby uszczknąć małą porcję ze smakowitego tortu, kiedy na podniebieniu zostaje niedosyt i uczucie pragnienia znacznie więcej.








fragmenty z książki Marka Zagańczyka "Cyprysy i topole"
wyd. Fundacja Zeszytów Literackich,  Warszawa 2012


Przeprowadzka. Otwarte

Przeprowadzka.

Spakowałam  tylko ostatni rok, bo ostatnich sześciu nie udało mi się pomieścić w moim małym kuferku. Zostały za mną, chociaż każde słowo wtedy wypowiedziane i usłyszane mieszkać już będzie we mnie na zawsze. Tyle pięknych chwil, cudownych spotkań, wzruszeń, nie sposób oddalić ich w zapomnienie pozwalając by zasnęły pod pierzyną siwego kurzu.

Jednak, poniekąd zmuszona własnym brakiem sił do walki z technicznymi usterkami, bo to raz kran przeciekał, innym razem tapeta odklejała się całymi płatami spadając z głuchym grzmotem na wyszczerbioną podłogę, innym razem echo całkiem zasypiało i nie mogłam usłyszeć samej siebie. Dlatego, zmiana.

Potrzebować będę chwili, by się tu zadomowić, poustawiać swoje mebelki, książki wyjąć z przepastnych pudeł, zawiesić indyjskie dzwoneczki u drzwi zostawiając je uchylonymi dla gości. Zaparzyć imbryk herbaty i wsypać ziarenka kawy do słoiczka.

Wywieszam. Otwarte. Zapraszam.

Stary adres: http://www.india.blog.onet.pl


Postać i Manfred

Noc zaglądała przez niezasłonięte okna, by po cichu wślizgnąć się do pokoju. Wtulił się w jej ciepłą ciszę, próbując palcami dosięgnąć gwiazd, jakby chciał zamknąć oczy nocy. Wydawały musię nazbyt przenikliwe.
Zamykał kolejny dzień. Zapisany gęsto rozdział życia, bo miejsca w nim coraz mniej i każde zdanie trzeba ubrać w najmniejszą ilość słów, ale brzmiących wyraziście, nakreślonych grubą kredką, chociaż nie przekraczającą granic wyznaczonych cienką warstwą oddechu. Niewiele w nim już uniesień, zresztą kto miałby siłę udźwignąć jego przeżycia. Więcej w nim też upadków, bo nogi coraz słabsze, a jakby chciały chodzić własnymi drogami. Coraz bardziej mu nieposłuszne. Pozrywał zatem nadwątlone więzy, niewystarczająco mocne, by mogły przetrwać czas, w którym on coraz częściej chował się przed światem. Życie nie dawało mu już zbyt dużo czasu na obcowanie z samym sobą, chciał wykorzystać każdy skrawek minuty wykradzionej spomiędzy coraz ściślej przylegających do siebie wskazówek zegara. Przeczuwał, że w końcu staną się jednością, drogowskazem do nieskończoności, a tak wiele rzeczy chciał jeszcze uporządkować. Zdążyć poukładać. Dlatego coraz trudniej było mu dzielić ten darowany czas z kimś innym. Chciał się wtopić we własny cień, zjednoczyć z nim i pomóc mu się jeszcze na chwilę wyprostować. Gwiazdy flirtowały z nim w blasku księżyca, ale on to przyjmował z przymrużeniem oka. Całe życie budował dystans do siebie samego i do tego, co nieosiągalne. Gwiazdek z nieba.
Podszedł do starego patefonu. Igła zgrabnie zaczęła poruszać się po czarnej powierzchni zanurzając się w wąskie zagłębienia, poruszając się w rytm każdego budzącego się pod jej dotknięciem dźwięku. Stając się drżeniem. Wróciło wspomnienie tamtego wieczoru, kiedy ujrzał jej drobną postać w czarnej, niewyszukanej sukience. Stała przed synagogą nakręcając pukiel czarnych włosów na palec. Nieświadoma swojego urzekającego piękna, tak, że nawet stanowiąca jej tło kamienica z czerwonej cegły wyglądała na pobladłą z zawstydzenia. Pamiętał, kiedy pierwszy raz objął jej smukłe ciało, a ona przyglądając mu się mrużyła oczy, jakby próbowała uchwycić ostrość jego rysów. Zakochał się w tym przenikliwym spojrzeniu, w sposobie jakim na niego patrzyła. Już wtedy wiedział, że będzie o nią walczył, wyprze się samego siebie, choć nie wiedział, że życie szybko go z tego postanowienia rozliczy. Pokona każdego kto chciałaby mu ją odebrać, ale nie przewidział, że będą ich tysiące – bezimiennych, bez twarzy, wraz z jej krzykiem rozsypujących się w popiół osiadający ciężką przysłoną na jej rzęsach. Ostatecznie zamykając jej oczy. Potem już nikt nigdy tak na niego nie patrzył. Może poza oczami nocy, które chciał zakryć dłonią, ale one też były poza jego zasięgiem. Gasły kiedy same tego zapragnęły, kiedy uznały, że już więcej widzieć nie chcą. Nie mogąc patrzeć na własne odbicie w jego oczach.
On sam, każdego poranka spoglądając przed siebie wciąż miewał chwile niedowierzania oczom patrzącym na niego z lustra. Próbował wypłukać z nich to uczucie, ale woda, której krople spływały po jego długich palcach, wciąż pozostawała przeźroczysta. Może były to jedynie łzy, które już dawno powinny były wyschnąć na piaskach Negewu, a teraz zdawały się wyblakłymi wspomnieniami, jak zdjęcia zatrzymane na kiepskiej kliszy. Bał się, że straci na ostrości barw, że zniknie z pamięci. Kolejne, niepoliczalne ziarneko piasku na bezkresnej pustyni ludzkości.Nie chciał odchodzić w przekonaniu, że jego życie nie było wystarczająco wartościowe. Wątpliwości miał wciąż tak wiele. Tyle w jego życiu było zmagania, kiedy świat stawał się garstką sypkiego piasku palącego skórę. Teraz chował się w cieniu, tam szukał ukojenia.
Dźwięki 'Manfreda' Piotra Czajkowskiego wyrwały go z zamyślenia. Uwielbiał dramatyzm tej symfonii. Fatum które odbijało, w każdej nucie, skrawek jego życia obarczonego przeznaczeniem, którego wciąż nie całkiem potrafił objąć. Jego ramiona stawały się coraz słabsze. Włączam starą, zdartą płytę analogową, pokrytą zagłębieniami. "Manfred".
Czy zdołam to objąć, czy zdołam objąć jego coraz wątlejszą postać?

Przenikliwość

Następnego dnia był piątek. O świcie obudziły Polę Rubin, dalekie huki. Leżała jeszcze godzinę, po czym wstała, zarzuciła sukienkę na gołe ciało i wyszła na ganek. Niebo zasnuła lekka mgła. Zza zakamarków ogrodu wypływał nocny chłód. Jakiś ptak odzywał się rytmicznie wysokim głosem. Zapowiadał się piękny dzień. W domu panowała cisza. Zawołała na służącą, ale ta nie odpowiedziała. Pola weszła do kuchni. Wyglądało tak, jakby dziewczyna nagle porzuciła swoje zajęcie i wybiegła w pośpiechu. Na kuchennym stole leżał chleb, masło, stał dzbanek z gorącym mlekiem, w kamionkowej miseczce – twaróg. Pola usiała i zaczęła smarować kromkę masłem.

Tymczasem mój wczorajszy poranek unosił się na kroplach deszczu, jakby przeskakując z jednej na drugą wytaczał sobie ścieżkę, by w końcu rozwiesić naszyjnik lśniących koralików u drzwi mojego domu. Zapukał. Zamiast sukienki zarzuciłam szlafrok, by ogrzać nagi chłód wiosennego poranka. Miękki materiał błękitu przybrał stalowy odcień odbijając barwę, rozpostartych nad purpurowym dachem, chmur. Za oknami ogród drżał od przenikliwej wilgoci osiadającej przeźroczysta pajęczyną drgań między giętkimi wierzchołkami srebrzystych choinek.Przenikliwość.Szelest kolejnych kartek burzy ciszę sennego wciąż domu. Domy rozsypują się jak budowle z kart, chwieją się mosty na swoich potężnych nogach, walizki zdają się nie móc pomieścić, chwytanych migawką własnych spostrzeżeń, niejednej ludzkiej tragedii. Są nazbyt obfite, nabrzmiałe, by je zamknąć, ograniczyć. Giną światy, nie tylko te ograniczone murami miasta, ale też te wyznaczone granicą naszej własnej wrażliwości.Nagle, porywisty wiatr zrywa sznur koralików wiszący za drzwiami. Przeźroczyste kuleczki turlają się po schodach tworząc połyskujący dywan, jakby rozwijały się zwoje pergaminu z zerwanej ręką historii mezuzy, wypowiadając słowa swoistej modlitwy, szukając błogosławionej ciszy.„Słowa powinny podkreślać ciszę”, powiedziała któregoś razu do kogoś i nagle wydało jej się to kluczem do tajemnicy. Jak na japońskiej rycinie, przed którą stała długo, nie mogąc oderwać wzroku od gałązki jabłoni w rogu na samym dole – tak delikatnej, nieśmiałej, lecz wcale nie samotnej na tle bieli. „Chciałabym umieć namalować kilka słów na milczącym tle – powiedziała. - Czy wtedy nie zabrzmiałyby tak czysto jak srebrne dzwoneczki z bajki?”.

Dzisiaj, ponownie biorąc w swoje dłonie czytaną wczoraj książkę, myślę, że jako czytelnicy jesteśmy czasami obdarzani autorami, którzy słowami potrafią podkreślić ciszę, a na ich nową książkę czeka się jak na najdoskonalszą japońską rycinę, jak na zapach rozkwitających jabłoni. I taką jest proza Anny Boleckiej. Wyczekiwaną. Mnie samej trudno byłoby mówić o prawdzie doświadczania słowa pisanego, bez twórczości Pani Anny. Nawet filiżanka gorącej czekolady od Wedla, przy jej prozie, wydaje się niewystarczająco gęsta, nazbyt słodka, choć przecież jest smakowita. Wykwintna. Jak więc przekazać ten wyrafinowanie aksamitny smak słów, które można odnaleźć między kartkami książek autorki „Cadyka i dziewczyny”?

Pozostaje czytać, chłonąć, łączyć się w jakieś orbitalnej więzi między doświadczaną realnością i metafizyką doznań jakie mogą połączyć czytelnika i pisarza, w ciszy czytanego słowa, gdzie odnajduje się tak wiele płaszczyzn i siebie samego gdzieś w ich najdrobniejszej szczelinie.O parapety okien wciąż bębnią sobie krople wieczornego deszczu, nie zagłuszając wcale mojej ciszy w obcowaniu z najnowszą książką Anny Boleckiej. Gdzie przeplata się „Miłość i dzieje niezwykłej przyjaźni w bombardowanej Warszawie, ucieczka grupy chasydów tuż pod bokiem gestapo, śmiertelne zagrożenie i ocalenie, dramatyczne wybory: ratować się czy solidarnie iść na śmierć, pomagać innym czy chronić siebie.Cadyki dziewczyna – powieść, w której fikcja miesza się z rzeczywistością – opowiada o losach Żydów, Polaków i Niemców podczas trzech lat okupacji”.

Przenikliwość.

fragmenty książki Anny Boleckiej "Cadyk i dziewczyna"
wyd. Czarna Owca, 2012



Smak niecodzienności

Jutro poranek odsłoni spod gęstych rzęs jasność przenikliwych źrenic, a słodycz świątecznego wyciszenia osiądzie warstwą lekkiego oddechu na wargach. Jasność dosięgnie swoimi palcami najciemniejszych trosk skulonych w milczeniu. Miłość przysłoni aksamitem nadziei wszelkie zwątpienie, a w dłoniach zamkniemy wytchnienie od zgiełku dnia powszedniego. Niech nie zabraknie cudowności tej aury, kiedy za rogiem spotkamy się z codziennością.Życzę smaku niecodzienności, wanilii na ustach, prawdy w sercu i ciągłego odradzania się wiary w nowy dzień.

Niechaj pokarmem czystym się odnowi,

rosą, ofiarą, której krew nie plami,

niech się w skupieniu życiem uduchowi,

niech się ogrzeje tchnieniem nad polami.

fragment Modlitewnika I-III
z tomiku "Osamotniony na szczytach serc"
wyd. Świat Książki, 2006



Ziarenka rozmaitości

Owinęłam się porannym niedospaniem i schodząc do kuchni próbowałam dostosować swoje kroki do rytmu wybijanego przez kulki gradu rozbijające się o spodeczek filiżanki czekającej na pierwszą porcję kawy. Wysypałam na dłoń garstkę ziarenek kawy z zegarmistrzowską precyzją oddzielając jedno ziarenko od kolejnego. Każde z nich z głębokim wyżłobieniem przypominało łódeczkę, istny ratunek dla porannego rozbitka, jak ja, próbującego wyczuć smak budzącego się właśnie dnia, szukającego bezpiecznego brzegu stopami. Parę kropel waniliowego syropu złagodziło gorycz przepalonej zbyt mocno kawy. Przebudzenie.
Za oknem deszcz zmywał ciężar całego tygodnia z płatków wielobarwnych bratków, które podrywane silnymi porywami wiatru były niczym motyle próbujące wyrwać się z nieczułych objęć drewnianej skrzyni. Obserwowałam jak mocowały się z własną bezsilnością wiedząc, że korzeni nie da się tak całkiem wyrwać, oderwać od miejsca, z którego się wywodzimy. Z własnej przynależności.
W zdziwionych źrenicach szyby tarasowego okna zobaczyłam odbicie sylwetki pozostającej w niezgodzie ze stanem mojego ducha, może czującego się wciąż nazbyt młodo. Oczami wyobraźni zobaczyłam dziewczynkę z warkoczami. Przymknęłam oczy, by widok dawnej młodości mnie nie oślepił. Za oknem pochmurno.
Krzątałam się po domu ścierając ślady mijającego tygodnia. Dobrze było zetrzeć kurz, który osiadł ciężkim oddechem na przygarbionych meblach. Ostatnie dni przepełnione były zbyt szybkimi uderzeniami serca, troskami, których nie zmywał wieczorny prysznic, a które postarzały każdą budzącą się minutę nowego dnia siwymi nitkami, które wplatały się coraz częściej między kosmyki moich niesfornie wykręcających się włosów.
Poczułam się przez moment jak ten bratek, czasami próbując wyrwać się korzeniami z grudek oblepiającej mnie przynależności. Tkwię w nich nadal.
Cisza sobotniego popołudnia dudniła kroplami deszczu. Usadawiałam się wygodnie między okładkami książek. Nie sposób rozstać się było z Czechowem, z Buninem w szczególności. Te wspólne spacery, wypady do Odessy, której nazwa odbija się tak płynnie w miękkich przybrzeżnych falach Morza Czarnego. Wyjazdy na Krym, do Moskwy tętniącej gwarem, gdzie: Na niewielkim placu w pobliżu monasteru Narodzenia Pańskiego, zwanym Trębackim lub po prostu Trąbą, co niedziela odbywa się targ. Kręcą się jak raki w kobiałce setki kożuchów, bekiesz, kaszkietów futrzanych, cylindrów. Słychać wielogłosy śpiew ptaków, przypominających wiosnę. Kiedy słońce świeci i niebo jest bezobłoczne, śpiew staje się donośniejszy, zapach siana - mocniejszy; wówczas przypomnienie wiosny pobudza wyobraźnię i każe jej bujać hen - daleko, bo jakże wyobraźnia mogłaby pozostać niewzruszoną po takim opisie Antoniego Czechowa, z którym, w towarzyszeniu Iwana Bunina, dorożką jechałam do Autki lub spoglądałam na Jałtę z okien hotelu "Rossija": Maleńka Jałtka, róże, cyprysy... Kawiarnia i kąpielisko Verneta na palach obok nabrzeża. Moje poranki tam. Kąpiące się kobiety – nie w kostiumach, lecz w koszulach, nadymających się w wodzie.
I ja nadymam się z dumy, że mogłam z nimi tam bywać, przechadzać się śladami ich stóp, przysłuchiwać ich rozmowom z Gorkim, biec nieprzytomna z przejęcia na spotkanie z Tołstojem. Zatapiać się w bezkresnej ciszy i spokoju wsi, gdy dzień zamykał zmęczone okna domów, gdzie:

Sierp księżycowy pod chmurą.
Sączy się srebrna poświata.
Ponad uśpioną doliną
ciemnieje cerkwi sylweta.

Księżyc roztapia się w chmurach,
przepływa – jakby dogasł;
z dzwonnicy głos dolatuje
senny: dzwon, co się zatraca.

Przyświeca księżyc przez chmury;
ponad smutkiem wierzb płaczących
złoci mętną wodę, z góry
przez ich gałęzie spogląda.

A spodem, w toni zielonej,
głęboką ciszą przedświtu
umiera osamotniony
złoty sobowtór księżyca.

I tylko, w niedzielne popołudnia oddalałam się od nich, by udać się na Stawisko. Trzy niedziele jak trzy tomy „Dzienników” Jarosława Iwaszkiewicza, jak trojka mknąca na długim dystansie osiemdziesięciosześcioletniego życia, kiedy galopem młodość pędzi naprzeciw stojącemu tuż a rogiem, porankowi. I lata późnej jesieni życia. Zbyt szybko, wyślizgujące się spod stóp kolejne tygodnie, miesięce i lata. Kiedy zbyt szybko zmieniają się na horyzoncie, wschody i zachody słońca. Pośrodku, kłusem, podążała dojrzałość, pełnia życia, smakowania każdego wzruszenia, zachwytu, udręki, osamotnienia w samotności. Znowu otworzył sie świat Jarosława Iwaszkiewicza we fragmentach z "Dzienników", wybranych i czytanych przez Wojciecha Stockingera, a opatrzonych komentarzem Roberta Papieskiego, jednego z edytorów diariuszy. Świat, do którego wciąż chce się wracać, choć tyle w nim popękań, ale może właśnie w tych szczelinach, jak w wyżłobieniach ziarenek kawy, dobrze się schować, by poczuć smak życia prawdziwego, wyrazistego. Smakowałam.
Teraz znowu wracam do Rosji. Obrazy Moskwy w jakże różnych jej odsłonach. Widok placów i ulic. Sylwetki domów, pałaców i wnętrza mieszkań. Impresje. Przez okno przyglądam się zapadającej nocy. Nagle niebo staje się jaśniejsze od ziemi. Noce tutejsze mają swoje zwyczaje i sposoby, "które nie są naszymi". Z dziewiątego piętra aż po Wzgórze Wróbli widać Moskwę, miasto koncentryczne, w którym cudzoziemiec kręci się wkoło, jak w rosyjskim sercu: drapacze nieba, kopuły złote, krzyże greckie, obciążone łańcuchami i Moskwa, po której dzieci na łyżwach nacinają taflę lodu.Tymczasem przyglądam się nocy zapadającej za oknem mojego domu. Ogród znowu przyprószony siwizną.

Otwarło się błękitno-białe
niebo nad nami w dzień kwietniowy;
a w lesie wszystko suche, szare
i cień pełen pajęczyn stoi.

Opadłym listowiem szeleszcząc
wąż się poruszył w swym ukryciu;
plamistą skórą lilia błyszcząc
ucieka w las przez suche liście.

Woń przaśna spadłych liści suchych
i blask brześniaka atłasowy:
o, chwilo szczęścia, chwilo złudy,
tak błoga chwilo mej tęsknoty -


fragmenty:
"O Czechowie" Iwan Bunin, wyd. Farbiarnia, 2011
117 Zeszyty Literackie, wiosna 2012
oraz wiersze Iwana Bunina
"Liryka rosyjska. Antologia. 1880-2005", wyd. ANAGRAM, 2007

Kłudzienko

Spieszyłam się dzisiaj, choć to przecież nic wyjątkowego, tym razem jednak by zdążyć sprawy urzędowe załatwić. Zatem i drogę obrać inną musiałam. I znowu to mijane z rzadka Kłudzienko. Mieścina niewielka, jakże mnie swoją nazwą zawsze rozczulająca, zmiękczająca uczucia skłębione w odłamek skamieliny, tworu bezdusznej codzienności. Nazwa rozdrabniająca mnie każdą literką, sylabą, zgłoską, samogłoską, brzuszkiem pękatym turlającym się po przykurzonych ścieżkach Mazowsza. Kłudzienko. Zostało za mną przymierzając nagusieńkim konarom drzew siwy welon z ulotnych dymów unoszących się ponad dachami pobliskich domostw. Kłudzienko. Zapach domowego ciepła, drwa palącego się w kominkach, śpiących jeszcze krzaków bzów przy powyginanych, przez nieugięty czas, furtkach. Ostanie spojrzenie we wsteczne lusterko. Zniknęło. Kłudzienko.
Tymczasem w moim domu cisza popołudnia rozsiadła się w fotelu wygodnie nie spodziewając się mnie o wcześniejszej porze. Ustąpiła jednak miejsca dźwiękom wydobywającym się spod ulegających, moim palcom, klawiszy na klawiaturze laptopa. Strona Uniwersytetu Otwartego UW. Nowa lista kursów, wykładów, jak zawsze kusząca. Co wybrać, jak wpleść w zabiegany czas, jeszcze jedną nitkę, jakże ciągnącą się za mną kusząco, choć czasem sznurówką się zdając zawiązującą supełki wokół kostek uniemożliwiając zrobienie kolejnego kroku. A jednak jesienią zdołałam dobiec, co czwartek, na wykłady z literatury, zatem wiosna tym bardziej sprzyjającą być powinna obdarzając słońcem, energią, dodając sił do pogodzenia wszystkich obowiązków, z tą dodatkową dawką, literackich zachwytów. Na co się skusić?
Spoglądam na gruby zeszyt pełen notatek z jesiennej sesji. Tyle życiorysów, kontrowersji, odłamków historii, a wśród wielu z tych których poznawałam bliżej, Aleksander Wat. Pamiętam jak szukałam w antykwariatach "Mojego wieku", by chociaż zdążyć przekartkować, złapać myśli kilka, poszukać do niego klucza. Wtedy nie znalazłam.
I nagle, niespodziewanie, wrócił do mnie nadwątloną siłą swojego głosu, w bezlitosnej przynależność do świata bólu będącego jego największym ograniczeniem, więzieniem z karą dożywocia. Bez jakiejkolwiek szansy na ułaskawienie.
Głos pisarza. Swoista melodia, dźwięk otwierający drzwi do duszy. Podarowano mi klucz, do świata głosów pisarzy, poetów. Jeden z najdrogocenniejszych upominków.
Głos pisarza. I całkiem jak to Kłudzienko, rozczula mnie tembr głosu słabego, a jakże silnego swoją wymową, drganiem strun załamujących się w chwili, kiedy wypowiadają słowa, jakby w modlitewnym rozmodleniu: W czterech ścianach mego bólu / Nie ma okien ani drzwi. /Słyszę tylko tam i nazad / Chodzi strażnik za murami. Przez chwilę czuję się nieswojo. Tkwię przy nim, podsłuchuję, trochę jak ten strażnik, chociaż bardziej wartownikiem się czując, stojącym na straży jego spokoju, ciszy, ułudy ukojenia. To jego świat, Aleksandra Wata, stał się ostatnio czterema ścianami, w których się zamknęłam.
Myślę o bólu. Rozbijającym przynależność do życia na drobinki, szpileczki wbijające się pod skórę, dotykając rdzenia własnego odczuwania.
Ból. Jakże często pod jego wpływem stajemy się bardziej wrażliwi, nadwrażliwi, przewrażliwieni, można by w nieskończoność odmieniać te odcienie wrażliwości nazbyt czułej na najdrobniejszy dźwięk, nawet poruszenie się firanki w oknie, przez którą przedziera się snop porannego światła. Prawie sami zauważając z jakim wysiłkiem kolejny promień słońca próbuje przeniknąć ścisłe sploty tkaniny w gęstym materiale naszego odczuwania. Intensywniejszego. Bardziej doskwierającego. Chowamy się. Przed najdrobniejszym drżeniem powietrza, tam gdzie nie poczujemy nawet własnego oddechu.
Wsłuchuję się wciąż w głos Aleksandra Wata. Uzależniam się od niego. Brzmi spokojnie, choć tyle w nim okaleczenia. Wyciszony. Jakby pogodzony z nieodzownością istnienia w cierpieniu. Bez zbędnej egzaltacji, wykrzykników, jakichkolwiek oznak wewnętrznego buntu przeciwko własnej ułomności. Słucham i zastanawiam się jak bardzo można ukryć własne cierpienie w sobie. Zaszyć się za wykrzywiającym, twarz, grymasem boleści.
Umieć: Żywić się kwiatem glicynii, korą drzew palmowych / rozgrzebywać korzonki w chłodnej wilgotnej ziemi/ i tańczyć po świeżej nocy. Patrzeć na księżyc w pełni / odbijać w oczach obłe światło księżycowej/agonii. / Zaszyć się w mysią dziurkę na czas, kiedy zły Boreasz / szukać mnie będzie zimnymi palcami kościstymi / by gnieść moje małe serce pod blaszką swego szponu. 
Sięgam po gęsto zapisany zeszyt. Rozczytuję szybko notowane zdania. Pierwsze z nich: Mówił o sobie jako "jasnej tożsamości".

Na parapecie mojego okna zakwitł fiołek.


fragmenty wierszy Aleksandra Wata
*** W czterech ścianach mego bólu...
*** Być myszą...

Pomost

Teraz to zobaczyłem.
I jak w jakiej grze zręcznościowej czy jak w japońskim bilardzie, wszystkie te rzeczy, które miałem w pamięci, które tkwiły w wyobraźni, które istniały w ramach wyimaginowanych, poczęły trafiać do swoich łuz; nagle znajdowały się na swoim z dawna przygotowywanym miejscu, w ich przynależnej przestrzeni, znajdowały swoje miejsce na ziemi. A znajdując je zabarwiały się odpowiednio i powiedziawszy to z ręką na sercu, stawały się p r a w d z i w e.
Kolejny tydzień odlatuje na skrzydłach prawdziwego spełnienia. Dla mnie te mijające dni nagle pełne były słów, głosów, dźwięków, wrażeń, które chciałoby się zamknąć w dłoniach, jak w drogocennej szkatułce, by w każdej chwili móc im spojrzeć głęboko w oczy. Tymczasem cichutko, za rogiem księżycowej nocy, czekają dwa dni, kiedy dreptać będę drobniutkimi kroczkami, by móc się nimi jak najdłużej delektować. Chociaż przyznać muszę, że wciąż jeszcze czuję smak słów, które w środowe popołudnie rozbrzmiewały w Domu Literatury, gdzie zorganizowano, przez Polskie Stowarzyszenie Kultury Europejskiej (SEC - Societe Europeenne de Culture), spotkanie poświęcone Jarosławowi Iwaszkiewiczowi. Swoistemu pomostowi, który budował swoją twórczością pomiędzy Rosją a Italią, pomiędzy Petersburgiem a Wenecją, na moment skrywając się w cieniach sandomierskich wąwozów.
Między słowami, zabrzmiały dźwięki muzyki, łzy wzruszenia, wspomnienia z podróży. Znowu nabrały ostrości barw kartki ze znaczkiem pocztowym przedstawiającym miasto przeglądające się dumnie w połyskujących kopułach Soboru Zmartwychwstania Pańskiego lub całkiem innego, wijącego się między przygarbionymi mostami, chowającego w gondolach lub "Koronkach weneckich" pałacyków, bo przecież: W Wenecji w marcu bywa chłodno. Wiatr od Dalmacji przywiewa gwałtowne chmury i spada ulewny deszcz. Ale te niepogody niedługo trwają, zaraz nazajutrz powstaje dzień perłowy, przesycony mżącym blaskiem, rozproszonym różowym światłem, jakie tylko w Wenecji istnieje, i domy, i domki, hotele i pałace, wieże i wieżyce stają się rozrzuconą kupą różowawych kości, pobielonych grobów. Pisał Jarosław Iwaszkiewicz ze swojej weneckiej podróży, jednocześnie o Petersburgu zapisując: Nie spodziewałem się, że w zupełnej starości przeżyję jeszcze taką przygodę. Chodzi o to, że mimo, iż urodziłem się i wychowałem, skończyłem gimnazjum i uniwersytet na terenie imperium rosyjskiego, nigdy nie byłem w Petersburgu (...) Dziwne jest to w człowieku, że wiele, bardzo wiele sobie wyobraża, ale kiedy coś z rzeczy wyobrażalnych zobaczy, jego uprzednie przeżycie nabiera innych rozmiarów i rozgrywa się w innym kolorycie. Wyobrażenia umieszcza się wtedy w realnym doświadczeniu. Ja czekam na kolejne realne doświadczenie, w nadchodzącą niedzielę, która znowu rozbrzmiewać będzie, na Stawisku, słowami z "Dzienników" Pana Jarosława, jego głosem brzmiącym w każdej melodyjnej sylabie wyrytej na bieli kartek.Tymczasem, w tę piątkową, ciemną i bezgwiezdną noc, uchylam ponownie okładki książki, która ostatnio towarzyszy mi, nim sen zdoła pozbawić mnie zmysłu wzroku. Bo też trudno było się oprzeć pokusie sięgnięcia po książkę, która przyszła wraz ze słowami Radosława Romaniuka: „O Czechowie” to książka o czasie Bunina, jego bezsennych nocach (w ostatnim roku życia „prawie całkowicie utracił sen” – wspominała żona) poświęconych lekturom, notatkom, wspomnieniom własnego „gwiezdnego czasu”, wewnętrznym polemikom z literatami wspominającymi Czechowa i literaturoznawcami zajmującymi się czechowowską tematyką. W końcu i pisaniu, prawdziwej walce z czasem, próbie obrony.I tak, trzymając ją już w dłoniach, myśląc, że w jej wnętrze należałby spoglądać „sponad szkieł pince-nez”, sama dobrowolnie skazuję się na bezsenne noce. Bo jak oderwać się od książki, która wraz z kolejną stroną coraz barwniej uskrzydla się drobnymi, kolorowymi karteczkami przyklejanymi skrupulatnie, by przygarnąć, przyswoić myśli warte zatrzymania na dłużej. Nim pomknie się łakomie dalej na spotkanie z Iwanem Buninem i Antonem Czechowem.
W oddali topnieją śniegi pod ciepłym głosem Jeni Lubich, gdzieś słychać sanie sunące w odległej galaktyce słów otulone wełnianym pledem. Może i cień samego Antoniego Pawłowicz przechadza się brzegiem portowego miasta Taganrog, zasłaniając się od zimnego wiatru przychodzącego nagłymi podmuchami znad morza.
Tymczasem Iwan Aleksiejewicz opowiada „O Czechowie” lekko, niezobowiązująco, a jednocześnie mnie samą zobowiązując do szczególnego uwrażliwienia się na niezwykłość obu osobowości, o których w przedmowie Mark Ałdanow pisze: „Jako ludzi byli do siebie zupełnie niepodobni. A jednak coś ich łączyło, pominąwszy nawet ich ogromny talent. Obaj byli niezwykle mądrzy, obaj posiadali rzadko spotykany, prawie nieskazitelny smak; to samo cenili w literaturze, tym samym się zachwycali, tego samego nie lubili”.
Czy mogli być dwiema stronami tej samej kartki, przyglądając się sobie, a jednocześnie każdy z nich pozostając po swoje stronie twórczości. "O Czechowie" to wszak także o Buninie, bo kreśląc wizerunek Antoniego Pawłowicza, ukazuje nam także i swoje własne oblicze, mówi własnym głosem i Unikając literackości (...) kreśli tylko jedną artystyczną scenę, kiedy wspomina okoliczności, w których dowiedział się o śmierci pisarza, scenę tak naturalną i czystą, że mogłaby zasłużyć na pochwałę mistrza.

fragmenty z "Koronki weneckiej" oraz "Petersburga"
Jarosława Iwaszkiewicza

dzięki uprzejmości redakcji "Dwutygodnika" fragment z tekstu Radosława Romaniuka
http://www.dwutygodnik.com/artykul/2881

oraz fragmenty książki "O Czechowie" Iwana Bunina
wyd. Farbiarnia, 2011


Wyszarp mi ręce co już nie odrosną

Ociemniałym popołudniem zatrzymałam się pod drzwiami Twoimi. Aksamitem czarnej tasiemki, ścieżka ku progom Twego domu wiła się żałobnie. Skuliłam się w sobie. Ciebie szukając klęczącego przy kapliczce wiecznie żywej. Dzisiaj gwiazdy, trzydzieści dwie, spadły kroplami atramentu czarno-niebieskiego drżeniem.
(...)

Uranio, muzo dnia ostatecznego
Bogini końca, bogini wytrwałości
Zniszczeń bogini i wszystkiego złego
Stójże na straży domu i nicości.

Weźmij mnie w swoje grzywy, ty szalona
Wyszarp mi ręce co już nie wyrosną
Pogrzeb mnie, ratuj, daj swoje korony,
Bym także był Uranią, nicością i sosną.


fragment wiersza Jarosława Iwaszkiewicza
Urania z tomiku "Liryki'

wyd. PIW, Warszawa 1980

Polecany post

Tak czyta się tylko raz

Najbliższy jest mi jednak Wojtek Karpiński tym, że jak mało kto dzisiaj  zachował zdolność podziwu i przyswajania sobie tego,  co p...