Huśtawka


Zza ciemnej zasłony niedzielnego wieczoru spoglądały roziskrzone okna domu na Stawisku, w którym zapewne nie cichły jeszcze dźwięki po rozmowie Michała Nalewskiego z Robertem Papieskim i wciąż grały cicho mozartowskie nuty niedawnego koncertu w wykonaniu Kwartetu Camerata. Ja sama zgubiłam swój oddech, który osiadł ciężko na kartkach czytanego, przez Józefa Duriasza, listu Oli Watowej do Czesława Miłosza opisującego jej spotkanie z Jarosławem Iwaszkiewiczem, w Paryżu roku 1980. Listu bolesnego, gęstego, rozedrganego. Popękanego jak skóra na sfatygowanych życiem dłoniach. Dłoniach Jarosława, które w czułych oczach Oli Watowej wydawały się już jakby żyjące w oddzieleniu od pisarza, istniejące jakby poza nim samym.
A jakże pisarz może istnieć bez dłoni? Bez tej wrażliwej tkanki skupionej na wierzchołkach palców, pod którymi drży każdy najdelikatniejszy nerw wiodący od rdzenia twórczego bytu. Dłoni odbierających najmniejsze drgania tuszu spływającego wąskim gardłem pióra sunącego po gładkiej powierzchni papieru roniąc czarne krople samorodnego talentu. Dłoni wyczuwających rytmiczne wystukiwanie każdej sylaby na klawiaturze maszyny do pisania, jakby to samo serce biło.
Skuliłam się w sobie próbując schować emocje. Półmrok spowijający pokój okazał się zbawieniem dając schronienie i sprawiając, że mogłam stać się jedynie zarysem sylwetki pozbawionej detali, pozbawionej oczu. Ulgę przyniósł dopiero, w stawiskowym ogrodzie, rześki oddech październikowego wieczoru odciskający się na moich policzkach.
Do domu wracałam z towarzyszeniem niecierpliwości oczekiwania na ukazanie się "Podwójnego portretu", książki zbierającej korespondencję jaka przez długie lata łączyła niełatwe relacje Jarosława Iwaszkiewicza z Czesławem Miłoszem. Skupiając między okładkimi czas wielkich uniesień i zapadni we wzajemnych stosunkach między poetami. Swoistą huśtawkę uczuć. Zaś list Oli Watowej stanowi cząstką tej niezwykłej publikacji, opracowanej przez Roberta Papieskiego pod redakcją Barbary Toruńczyk, zawierającej także teksty jakie obaj pisarze poświęcili sobie nawzajem.
Samochód jechał niespiesznie za welonem mgły powoli otulającej, białą smugą, mazowiecką prowincją. Cichym echem powróciły do mnie słowa Barbary Toruńczyk, które w szczególny sposób zapadły w mojej pamięci: (...) każdy czytelnik ma takiego autora, na jakiego zasługuje, na jakiego go stać, na ile jest w stanie ulegać sile słowa literackiego.
Czy zasługuję na któregokolwiek z tych, którzy urzekli i uwiedli mój umysł? Wszak wciąż wydaję się samej sobie płaskim obrazem, na którym barwy przylgnęły jedynie do tej wierzchniej warstwy, nie przedostając się do wewnątrz. Bo, kiedy przyszłoby ten mój obraz rozkroić, to widocznym stałby się splot materiału nietkniętym farbą. Ot, pozostając zwykłym landszafcikiem, nie posiadający w sobie nic z prawdziwego malarstwa dotykającego istoty materii, sedna istnienia, żywej tkanki jestestwa.
Dlatego niewątpliwym nadużyciem, z mojej strony, byłoby stwierdzenie, że na któregokolwiek z moich wielkich Mistrzów słowa zasługuję, choć jakże łatwo ulegam sile ich słów, próbując pojąć wagę, ciężar myśli i przekazu, które pozostawili w swojej twórczości, które wyryli własnym życiem.
Wczoraj spojrzałam na dłonie mojego Taty, który przekroczył kolejny próg swojego życia. Na jego dłonie wciąż piękne, które próbuję ująć w swoich, by próbować uchronić go przed potknięciem się o zbyt wysoki, dla jego coraz słabyszych nóg, stopień do następnego dnia.
Wieczorem zaś, kiedy sama schowałam swoje nazbyt rozhuśtane emocje w domowej ciszy, myślami znowu wróciłam do osamotnionych, pod paryskim dachem, dłoni Jarosława Iwaszkiewcza. Przylegających do bieli prześcieradła, może w chwilach wielkiej bezradności bezsilnie ściskanego między palacami, jakby chciał uścisnąć w nich ten kawałek życia, który wciąż pozostawał w jego zasięgu. By zdążyć go jeszcze pochwycić, przytrzymać na dłużej, jak w dzieciństwie chwytamy się skrawka matczynej spódnicy, by z czasem pozwolić mu się wysunąć z dłoni.
Pozwolić sobie odejść.
Teraz nad jego głową, długa do nieba i mocna
lina huśtawki wisząca na starym dębie. Przez liście
prześwieca światło. Niebezpieczna, bezpieczna
jest podróż do góry - na dół.

Chłopiec nie wie, że teraz zawiązuje się życie.
Nie wie, że właśnie w tej chwili, między niebem
a niebem, brana jest miara na słowo szczęście.
I że to słowo będzie chciało powrócić - jego pogłos,
powidok, w tylu miastach, daremnych.

- fragment rozmowy z Barbarą Toruńczyk o Czesławie Miłoszu
"Zawsze miał część umysłu, która wypróbowywała jakąś truciznę"
- wiersz Huśtawka Natalii de Barbaro
115 Zeszyty Literackie, jesień 2011
oraz nawiązanie do rozmowy z Robertem Papieskim o książce "Podwójny portret"
która miała miejsce na Stawisku w ramach
XII Festiwalu Literacko-Muzyczne Konfrontajce "Miłosz-Iwaszkiewicz"


Postać i listki mięty


Spojrzał na smukłe łodyżki mięty łagodnie przenikające przez warstwy koronkowej firanki wiszącej w kuchennym oknie. Zerwał parę listków i zanurzył je w szklance z herbatą. Jeden z nich roztarł między palcami, by poczuć jego intensywny zapach. Dawno żaden dzień nie był przesycony taką dosłownością doznania. Jego dni ostatnio przypominały ot, choćby te biszkopty leżące na szafce. Jakby wyblakłe, twarde, bez smaku, stające się miałkie, kiedy popić je łykiem nazbyt słonych łez.
Usiadł przy stole wpatrując się w swoją niemłodą, chociaż wciąż silną, to znacznie częściej drżącą dłoń. Od dawna czuł się więźniem samego siebie, swojego coraz bardziej nieposłusznego ciała, ułomnego, odczuwającego dokuczliwie najdrobniejszą zmianę. Z coraz większą świadomością zdając sobie sprawę, że jest skazany na dożywocie w tym starym ciele. Potężnym, przygarbionym, pomarszczonym jak prześcieradło o poranku, w którego zagnieceniach kryły się trudy bezsennych nocy. Na nic mocowanie się w sobie, szamotanie się jak motyl złapany pomiędzy ściśle splecione nitki przeznaczenia. Na nic szukanie drogi ucieczki, najmniejszej szpary przez którą mógłby się wyślizgnąć, jak ślimak spod ciężkiego pancerza. Pozostanie w sobie na zawsze, choćby do krwi rozdrapywał paznokciami okalające go ściany ograniczeń o coraz słabszej konstrukcji, bo poza bolesnymi ranami, zadawanymi sobie, niczego więcej nie był w stanie uczynić. Niczego odmienić z przeszłości, ani z coraz wątlejszych dni, które jeszcze przed nim. Dlatego też niczego już nie zmieniał. Ani mebli, ani swoich przyzwyczajeń, nawyków, nie wspominając całego ogromu wyhodowanych w sobie kompleksów, wrośniętych w niego zbyt głęboko, by próbować je wyrwać. Były jak tętnice rozprowadzające krew po całym ciele. Zdawało się, że bez nich już nie umiałby żyć. Nie walczył. Wystarczyło mu walki toczonej przed laty.
Teraz godził się ze sobą, ze światem. Tylko, kiedy słońce wyciągało do niego swoje promieniste ramiona, o poranku, tulił się do nich jak do czułej kochanki, szukając dla siebie jeszcze choćby odrobiny ciepła. Wtedy przez ułamki sekund zdawało mu się, że znowu czuje delikatny aksamit jej skóry, słodki oddech i kosmyki ciemnych włosów przesypujących się między jego długimi palcami. Potem został po niej już tylko ten kosmyk czarnych włosów. Ścisnął go mocno. Poczuł jak drobinki szkła wbijają się w jego palce, a wrzątek wypełnia linie papilarne wyryte w jego dłoni.
Słońce schowało się za sąsiednią kamienicą, a on odzyskał jasność widzenia. Opatrzył swoją dłoń, wytarł resztki herbaty z nieporuszonego blatu stołu, a potłuczone kawałki złudzeń wyrzucił do kosza. Jedynie na spodeczku została kropla krwi, tak gęstej jak jego wspomnienia o niej. Na szklanki mógłby liczyć jej mgliste powroty.
Spojrzał w wyrzutem w jej wielkie oczy przyglądające mu się z wyblakłego zdjęcia. Odwrócił się. Nie chciał by widziała go takim. Samotnym, niezdarnym starcem.
Za oknem budziła się powoli ulica.


Furtka Anny


Jej wiersze są, dla mnie, jak drzeworty Durera. Wypukłe, wyryte fragmenty światów, które przywołują pamięć, odmalowują jej przyblakłe barwy odbijające się w intensywnych barwach rzeczywistości. To jakby dotykać wypukłości każdej litery, każdego akapitu ustępującego kolejnemu równie pięknie wypełnionemu wrażliwością spostrzegania. Gdzie końcówka pióra jak ostrze rylca precyzyjnie rzeźbi w twardej materii, by dostać się do miąższu życia, jego najdelikatniejszej warstwy. Gdzie każdy wiersz staje się dzwonkiem u drewnianej furtki prowadzącej do świata jej poezji.
 
Dom darowany, strych nieopalany,

stłuczone szyby w piwnicznych okienkach,

który jak duchy przechodzą przez strefy

zdeptanej trawy, ktoś tu kogoś ukrył.

A pewnej nocy wyrywano drzwi z futryn,

poszła pogłoska, ten ktoś był na liście,

rozpalono ognisko, opadały liście,

wiatr wyrzucał papiery z szuflad i kuferków.

Cofam samochód, we wstecznym lusterku

czas też się cofa. Dziecko do ogrodu

otwiera furtkę. W małej dłoni konik,

krzywo strugany, drewniany. Czerwony

płaszcz zarzucony na ramiona matki

spada na ziemię kiedy pochylona

wyciąga z ognia kartki i gałęzie.

Dziewczynka zmyka, boi się, nie będzie

dzisiaj zabawy. Kobieta kołacze

starą kołatką w furtkę, mała płacze,

skręcam, za rogiem znajoma mleczarnia,

butelki z mlekiem, biało-żółte kapsle,

pies przy śmietniku jak świat opuszczony,

świat – pies samotny, błąd niedopuszczony,

piorun uderza w metalowy dzwonek.

Anna Piwkowska, wiersz Furtka
Milanówek, 2011
115 Zeszyty Literackie, jesień 2011

Postać i rękawiczki

Otworzył okno szczelnie zamykane na noc. Wystarczy, że większość jego życia podszyta była przejmującym chłodem. Wystarczy. Za oknem wisiała przeźroczysta cisza. Patrzył na długie grzbiety ulic przeciągających się leniwie między alejkami, nim strzepną z siebie resztę snu i przyjdzie im dźwigać ciężar zabieganego dnia.
Wyciągnął rękę by uchwycić w dłoni kłębek porannej mgły. Kiedyś tak sięgał po kłębek włóczki leżący na kolanach matki. Jesienią robiła dla niego rękawiczki. Jego palce były zawsze nieproporcjonalnie długie. Życie takim też mu się teraz zdaje, ale wtedy życie dopiero zaczynał smakować. Pachniało drewnem z pieca rozpalanego o świcie i było dotykiem ciepłych rękawiczek dzierganych z siwej włóczki. Potem rękawiczki szył mu krawiec Szamowicz, z resztek skórzanych łatek, które zostawały po wykrojeniu eleganckich, damskich płaszczy, zgrabnie wywieszanych w szerokiej witrynie sklepu. Tego sklepu już nie ma. Nie ma tych gładkich płaszczy, czujnych oczu krawca wpatrzonych w rytmiczną pracę igły i tego specyficznego stukotu maszyny z wyczuciem wprawianej w ruch niewielką stopą Szamowicza, który siadał przy niej jak pianista-wirtuoz w czarnym surducie, sprawnie przesuwając palcami połacie materiału. Jego pochylona sylwetka jakby nigdy nie zniknęła znad tej maszyny. Samego Szamowicza jednak już nigdy  p o t e m  tam nie widziano. Nawet szyld znad jego pracowni nie został, chociaż  p o t e m wisiał jeszcze jakiś czas, na porwanych żyłkach straconego istnienia, skrzypiąc jak wyrzut sumienia nad anonimowym miasteczkiem.
Poszedł postawić czajnik na kuchence. Dostał kiedyś od swoich studentów nowoczesny, elektryczny, w którym pęcherzyki powietrza bulgotały zabawnie. Bawił go ten widok zza małej szybki umieszczonej na metalicznie połyskującym brzuchu naczynia. Tyle było w nim jeszcze z dziecka, któremu odebrano lata niewinności. Czasami chwytał ten rytm wybijając go placami o blat kuchennego stołu. Matka zawsze wierzyła, że zostanie pianistą. Z tak długimi palcami. Tymczasem on siadając przy pianinie, starej daty, najbardziej lubił szelest przekładanych kartek w zeszycie z nutami.
Z czasem odstawił jednak ten „nowoczesny imbryk” techniki, jak go sobie nazwał, czyniąc z niego eksponat schowany za szybą swojego staroświeckiego nieprzystosowania. Nie lubił zmieniać zbyt wiele, bo zbyt wiele, kiedyś w jego życiu się zmieniło. Zbyt wiele zostało za zaczadziałą szybą rozbitych zdarzeń.
Poza tym lubił ten czas oczekiwania. Donikąd mu się już nie spieszyło. Już nie ścigał się z czasem, lubił delektować się każdą budzącą się chwilką danego mu na nowo dnia. Danej mu kolejnej szansy na, coraz płytszy, oddech. To trochę tak, jak z przebudzeniem, ze smakowaniem poranków, kiedy był jeszcze dzieckiem. Najbardziej smakowały w soboty. Były pieszczotliwym muśnięciem policzka, gdy z zamkniętymi oczami budziła się powoli świadomość. Potem niespiesznie wyczulał się słuch odbierając drobinki pęknięć pojawiających się na parawanie powoli odsuwającego się snu, którego kontur oddalał się łagodnie. Dzisiaj najczęściej budzi go jego niemy krzyk i kontur postaci oddalającej się w najciemniejsze zakamarki jego pamięci, za te skórzane skrawki odklejające się bolesnymi ranami wspomnień.
Czajnik zagwizdał ostro. Pamiętał z dzieciństwa gwizd gnający za pociągiem po szynach na pobliskiej stacyjce. Wierzył, że wsiądzie kiedyś do jednego z tych wagonów i pojedzie w świat, ten kolorowo obracający się na popękanym globusie z jego biurka. Wsiadł, kiedyś, i pojechał trafiając w świat popękanego człowieczeństwa. Potem już nigdy nie wsiadł do żadnego wagonu.
Zaparzył herbatę. Esencjonalną i mocną, by mógł wyraźnie poczuć jej smak na znieczulonym przez koleje losu podniebieniu. Gorącą, tak bardzo, by docierała do najwrażliwszej tkanki jego istnienia. By nigdy nie zapomniał postaci, która w nim wciąż ciężko oddychała stukotem starej maszyny do szycia.

Nim zapadnie noc


"Nim zapadnie noc" sięgam po najnowszą książkę Michaela Cunninghama. Nie licząc godzin, w moim domu na końcu świata, poniekąd znowu wracam do Nowego Jorku, gdzie pomiędzy książkami Manna, Kafki, Fitzgeralda, zachłyśnięty muzyką Schuberta i Coltrane'a, Peter - właściciel nowojorskiej galerii - szuka w życiu, jak w sztuce, czegoś niepowtarzalnego. Elementy jego uporządkowanego świata zaczynają się poddawać subtelnym zmianom, gdy w mieszkaniu Petera i Rebekki pojawia się dużo młodszy brat, chłopak z narkotykową przeszłością.
Każdy z nas nosi w sobie jakąś przeszłość, każdy z nas budzi się z nadzieją na lepszą przyszłość, a może nadzieją na przyszłość, jakąkolwiek, w ogóle. Może na nowy początek, z pragnieniem dotknięcia niepowtarzalnego piękna, bo wiecznie dążymy do piękna. Własnego piękna, które definiujemy indywidualnie, a jednak wciąż szukamy go w innych ludziach i czasami znajdujemy w najmniej odpowiednim miejscu...A czasem miejsce jest jak najbardziej odpowiednie, jak chociażby kartki październikowego "Zwierciadła". Tam, co miesiąc, piękno emanuje z tak różnych twarzy, bo i samo piękno nigdy nie jest takoż same. Czasem znajdujemy je w nieskazitelnie gładkich obliczach, a czasem w zmarszczkach, w tych drobnych pęknięciach, które jak pajęcze nici przechwytują nasze przeżycia, emocje, doświadczenia dnia codziennego i dni całkiem niecodziennych. Raz są iskrą radości i beztroski, czasem przygaszeniem, wewnętrznym pogodzeniem z czasem, innym razem niepohamowaną ciekawością świata, ludzi, ale też ciągłą ciekawością siebie samego.
Chciałbym się porozpychać - podotykać w sobie miejsc, o których nie wiem, że istnieją. Człowiek może być kreatorem piękna i niszczycielem. To nie znaczy, że chciałbym się dokopywać do mrocznych miejsc w sobie, ale jako aktor chciałbym poszerzać swoje możliwości. Chodzi o to, żebyście mi uwierzyli. Walczę, żeby każda moja rola była inna, ale to nie jest cel sam w sobie. Chciałbym nadawać życiu znaczenia. Jak się robi rzeczy miałkie, to tak się żyje - wyznaje w rozmowie z Remkiem Grzelą, Robert Więckiewicz.Ileż razy rozpycham się w sobie, szukam nieznanych obszarów własnej wrażliwości, spostrzegania, umiejętności odczytywania zdarzeń. Wciąż zastanawiając się ile sama mogę zmienić w tym napisanym na mnie scenariuszu, ile zdążę dodać, jak go upiększyć i urozmaicić, jak nadać mu konkret, coś namacalnego, prawdziwego. Jak nauczyć się godzenia z bólem, z odejściem, jak sztukować pęknięcia, które zdają się już nigdy nie zagoić? Jak być pisarzem swojej własnej książki, która już jest ograniczona ramami, gdzieś pozostającym za mną początkiem i nieuniknionym, ale niedatowanym końcem, zamknięciem ostatniego rozdziału. Jak zrobić, aby w tej ostatniej chwili chciało się tę własną książkę jeszcze raz, choćby, przekartkować, by jej strony nie wydawały się miałkie.
Robert Więckiewicz o swojej własnej książce życia mówi:
Nie jest już nowa, właściwie jest zniszczona, bo czasami przytulam się do niej, a czasami rzucam nią o ścianę. Potem ją naprawiam, zszywam i znów po niej kreślę. Są w niej już takie pokreślone strony, że nic nie można z nich przeczytać. Ileż takich pozaznaczanych stron, akapitów, słów we mnie samej?
Sięgam po kolejną książkę i zastanawiam się na ile to, co w niej zawarte pozostanie we mnie, będzie wzbogacać tę moją pisaną własnym oddechem. A może całkiem odwrotnie, to ta moja pokreślona, z pozaginanymi rogami, będzie wpływać na odczytywanie tej pisanej inną ręką.
Chyba znowu się pogubiłam.
Dlatego lepiej jednak wrócić do książek autorstwa tych, którzy potrafią znacznie lepiej określać drogę, wyznaczać kierunki, budzić emocje, utrwalać piękno i zmuszać moje stopy do odnajdywania swoich ścieżek. Bo czytanie zdaje się włożeniem na stopy miękkich skarpet, w których stąpanie po twardej podłodze jakże wydaje się łagodniejsze, delikatniejsze dla stwardniałej skóry, która sama musiała nauczyć się uodparniać na wszelkie nierówności, wyboiste drogi, kamienie i płatki pogubione z zeschniętego piękna róż.
Czy dopiero dojrzenie do świadomej utraty piękna zewnętrznego, z nadzieją na rozwinięcie się piękna wewnątrz, przydaje nam większej łagodności w obchodzeniu się z samym soba i ze światem? A przecież róża choć przekwitnie, choć jej płatki zwiną się jakby w bolesnym skurczu, nie traci kolców, tej broni do walki z niechcianym, jak niechcianymi mogą być dłonie ogrodnika ścinającego róże, podcinającego ich chęć wzbicia się jeszcze wyżej ponad ziemie, tylko po to, by swoim pięknym mogły zachwycać czyjeś oczy. Albo przed dłońmi tego, kto gdy stracą swoją urodę usuwa je z swojego otoczenia. A one choć tracą swoją urodę widoczną dla oczu, wciąż zatrzymują kolece, tę broń do ochrony tego, co wciąż rozwija się w nich samych, w tych zdawałoby się uschniętych gałązkach, gdzie wciąż tętni życie w zakrzepniętych kroplach krwi.
Zastanawiasz się czasem, jakim cudem życie nieustannie cię pochłania, mimo, że rzadko przytrafia ci się coś naprawdę wyjątkowego? Bogactwo odczuć, piętno tragicznych wydarzeń z przeszłości, latami skrywane marzenia, pragnienia, lęki - wszystko to pcha nas naprzód.

fragmenty z książki Nim zapadnie noc Michaela Cunninghama
wyd. Rebis, 2011
oraz fragmenty z rozmowy Remigiusza Grzeli z Robertem Więckiewiczem
"Zwierciadło", październik 2011

Otwieranie oczu


Pociągnęłam tuszem swoje rzęsy myśląc o jego oczach. Przyznaję, że uśmiech pewnego nieśmiałego zakłopotania błąka się po mojej twarzy, kiedy patrzę jak są przenikliwe.
Jaki jest kiedy budzi się o poranku, o czym myśli podchodząc do okna zaścielonego jeszcze nowojorską mgłą i przeczesując dłonią włosy?
Poranki o tej porze roku potrafią być już chłodne, czasami pada deszcz. Zarzuca pewnie na siebie ciepły pulower z kaszmiru i owija szyję ciemnozielonym szalem...
Przemoczony poeto siądź,
skończ ten swój niezwykły wiersz.
Pusta kartka i tylko znów ogarek świecy.
Dla ciebie dziś kupiłam ten zielony szal...
Tymczasem on, z tym swoim rozbrajającym uśmiechem, odbierając z rąk młodej kelnerki filiżankę mocnej kawy, w kafejce za rogiem, w wyobraźni czyni ją jedną z bohaterek swojej kolejnej książki. Zapalając papierosa przegląda "New York Post". Czyta o zwłokach młodego mężczyzny znalezionych  w Riverside Park. Notatkę nader krótką, beznamiętną, zdawkową. Czy już wtedy przychodzi mu na myśl, że ta wiadomość może być początkiem nowej historii?
Czy złości się, kiedy umyka mu dopiero co uchwycony wątek? Jak dalece potrafi spostrzec to, co niewidzialne?
Zapewne codziennie odbiera niezliczoną liczbę wiadomości, zaproszeń na spotkania z czytelnikami, na odczyty i dyskusje o roli literatury w XXI wieku. Jeździ na promocję kolejnej książki, czytając jej fragmenty swoim lekko zachrypniętym głosem. Nie na wszystko jednak znajduje czas. Niektórym odmawia, inni będę oczekiwać niecierpliwie jego przyjazdu.
On sam, wieczorem, przy kieliszku czerwonego, wytrawnego wina, przegląda nadesłany poranną pocztą tomik poezji francuskiej, myśli o kolejnym scenariuszu filmowym i zamawia kolację z pobliskiej restauracji. Być może potrawkę jagnięcą z ziemniakami i rzepą, równie pyszną jak ta przyrządzona przez Margo.
Próbuję przyjrzeć się Paulowi. Szalenie intrygujący, na swój sposób obezwładniający, więc po cóż zastanawiać się zbytnio, nad faktem, że nie mogę oderwać się od ciągłego wracania myślami do tego, co ukryte w jego książce "Niewidzialne". Ona jest równie obezwładniająca, swoją wymową, wielowątkowością. W niej każda pojawiająca się postać otwiera drzwi do własnej bajki, zaczyna żyć własnym życiem, choć wszyscy spleceni są łańcuszkiem nierozerwalnych powiązań. Jest w tej książce coś niezwykle frapującego, niedopowiedzianego, co czyni ją fascynującą na każdym etapie czytania.
Paul Auster swoim patrzeniem rozgniata zakamarki lęków, tęsknot, słabości, ułomności pełnych buntu, namiętności, zemsty i potrzeby oczyszczenia. Jak tworzy te światy, jak buduje opowieść, spowitą gdzieś między prawdą i wyimaginowaniem? Wszak, tak zwinnie potrafi uchwycić wątek, jakby pochwycił nitkę myśli, która rozpruwa worek z obrazami i układa je w całość zamkniętą między ramami okładek.
Gdzie jest jednak ten początek, który sprawia, że ręka pisarza sunąć będzie po papierze lub palce przebiegać po klawiszach maszyny do pisania, dzisiaj zapewne najczęściej komputera?
Jak dalece, my czytelnicy, potrafimy wniknąć w to, co niewidzialne na pierwszy rzut oka. Na ile potrafimy odczytać podpowiedzi między słowami, w kolejnych warstwach opowieści, podskórnie wyczuwając, być może, śliską granicę między tym co realne, a tym co realnym stać się nie mogło. A może w książce, w powieści, realnym stać się może wszystko, choćby najbardziej nierzeczywiste i trudne do uwierzenia zdarzenia. Może słowu pisanemu ulec łatwiej. Może dlatego główny bohater "Niewidzialnego" decyduje się na spisanie swojej historii, bo opowiedzenie jej brzmieć może nieprawdopodobnie, nie dość prawdziwie, nawet jeśli tą prawdę wcale nie jest, ale nam dane jest choć po trosze w nią uwierzyć. To jak otwieranie pudełka, by wewnątrz znaleźć kolejne. Pudełko w pudełku.
I w miarę czytania to my, czytelnicy, pozwalamy własnej wyobraźni nadawać barw postaciom, "ubierać" je we własne wyobrażenia o nich. Bo ileż w pisaniu jest ze skrupulatnego dziergania ułamków uczuć, tworzenia przestrzeni dla wyobraźni i nade wszystko powoływania do życia pełnokrwistych postaci, nieobojętnych, wyzwalających w nas emocje, ściśle zarysowanych, a jednocześnie pozwalajacych na nasze dorysowania grymasu, zmarszczki, przyodziania w płaszcze podszyte zmiennością nastrojów.
"Niewiedzialne" jest jak podszewka, druga strona, ta utrzymywana w ukryciu, dopóki bohater Paula Austera, młody poety, w istotnym i przełomowym momencie swojego życia, nie zdecyduje się na spisanie swoją przeszłość. I pisze książkę swojego życia. Przeżytego, a może całkiem fikcyjnego. Wykreowanego, stworzonego na potrzeby własnej twórczości, ostatecznego spełnienia się jako pisarza, a może będącego oczyszczeniem, oddaniem światu prawdziwej cząstki samego siebie, bo:
Świata nie sposób podać w wątpliwość: jest widzialny
I jest nieodwołalny
Nie można go zrozumieć i fakt ten uważam za nader groźny.

Myślę o Paul Austerze,  o tym, co swoją twórczością daje światu, temu widzialnemu. I wiem, że przydaje mu tego, co niewidzialne, co kruche i delikatne, co silne i nieugięte to, co kryje się w każdym człowieku, tajemnica.
Ale daje też to, co namacalne, wyczuwalne w palcach, pod cienką warstwą naskórka - swój talent, tę niewidzialną moc, wyczytywaną, wysysaną z chłonnych kartek papieru, przekształconą przez nasze, własne soczewki.
Profesor Maria Poprzęcka, historyk sztuki, w wywiadzie dla Gazety Wyborczej "Dziesięć książek, które otwierają oczy" jakże pięknie ujęła w słowach to, co Auster napisał między wierszami:
Artyści po prostu więcej widzą i dzięki nim my także możemy zdjąć trochę katarakty z oczu. Kontakt ze sztuką, a więc także z poezją i literaturą, jest szansą na lepsze, bogatsze postrzeganie świata. 
Od dzisiaj moje oczy są szeroko otwarte na Paula Austera. Może on późnym wieczorem zdejmuje okulary, zmęczony pisaniem, odkładając je na stosie książek, które sam chce przeczytać. Bierze do ust ostatni łyk czerwonego wina. Cierpki i słodki zarazem, jak być może cierpkim i słodkim jest postawienie kropki na końcu ostatniego zdania:
"Pozostanie we mnie na zawsze. Do końca życia, gdziekolwiek będę, cokolwiek będę robić, pozostanie we mnie na zawsze".

Paul Auster "Niewidzialne"
wyd. Dom Wydawniczy Rebis, 2010

Kompleksowe znaczki pocztowe


Dzisiaj jest taki dzień, kiedy wszystko się rozkleja. Kopery z niewysłanymi listami, wspomnienia jak plaster na niegojącej się ranie, nieudany obraz od płótna, nawet podeszwa od buta, nieco sfatygowanego jak ja. Rozklapciałego, rozbitego na przydrożnych wertepach wyboistej codzienności.
Do tego, w takie dni jak dziś, one rozsiadają się nad wyraz wygodnie. Zadomowione zresztą od lat. Bezceremonialnie, nie pytając o zgodę. Mimo moich, nielicznych co prawda, przeprowadzek one nie lubią zmieniać adresu. Są jak znaczek pocztowy. Niezbędne, żeby się nie zgubić. Szalenie stałe w uczuciach, a przy tym krnąbrne i niezmiennie uparte. Zawsze bardzo pewne siebie, można rzec, że w siebie ślepo zapatrzone. W sobie rozkochane egoistycznie i samolubnie. Od dziecka przysiadając na moich łopatkach, by nie wyrosły mi skrzydła. Sprytniejsze niż cień i dokuczliwe przenikliwe jak poranna wilgoć. Ciężkie jak sen nieprzespany.
Wieczorem tańczą fokstrota na kartkach kalendarza, póki nie przeskoczą na nowy dzień. Rankiem zaś uwielbiają przeciągać się między ramami lustra uśmiechając się do mnie szyderczo kolejną zmarszczką.
Niestrudzone w walce o zachowanie przeze mnie równowagi, chociaż przecież niejednokrotnie przechylają szalę na swoją stronę, aż nazbyt dokuczliwie. Ograniczająco. Wtedy wszystko staje się wątpliwe, nieudolne i bezkształtne. Plączą się palce, myśli i wątki. Pozostaje ze wstydu schować się za ich szerokimi plecami.
Freud, co prawda zapewniał, że są potrzebne do samorozwoju, do ukształtowania swojej osobowości.
Ale czy wiesz, że czasami chciałabym się ich wyrzec, Zygmuncie. 
Nie słyszy.
I tak tkwimy sobie, w rozklejający się coraz bardziej dzień, przyklejając się coraz mocniej do cichej nocy i do siebie nawzajem.


Ziarenka

Przyglądam się ziarenkom fasoli, które wymknęły się z długich strączków, jak z ciepłego śpiwora. Małe, nieco zawstydzone swoimi krągłościami, nieśmiałe, turlające się niespiesznie po blacie ciężkiego stołu. Delikatnie ujęłam, jedno, kładąc w zagłębieniu pomarszczonej dłoni. Gładkie. Zupełnie jak moje poranki, które przeciągając się leniwie rozprostowują senne zagniecenia.
Tymczasem, ja rozgniatam w dłoniach kolejny dzień, by lepiej poczuć jego smak. Rześkie powietrze pachnie już szczyptą jesieni lśniącej rudo-purpurowym rumieńcem. Szczęśliwa ze swojego powrotu gubi łzy wzruszenia wybijające, o parapet okna, rytm mojej zabieganej codzienności, Ociężale szarej, kiedy stalowe chmury odgradzają od czystego błękitu nieba, ale rumieniącej się, gdy wspomni piękne chwile, których była świadkiem.
Wszak całkiem niedawno sama kryłam łzy wzruszenia idąc Próżną, bo choć w dużej części poddawanej remontowi, to znowu oddychającą szeptem wspomnień. A może właśnie dlatego, że nie było takiego nadmiernego gwaru, odnosiłam wrażenie, że cienie jej dawnych mieszkańców stoją na zawieszonych pod niebem balkonach, by wsłuchać się w klezmerska noc, stworzoną w sobotni wieczór przez Brass All Stars, z gościnnym występem klarnecisty Christiana Dawida, który rozpraszał ciemności dźwiękami, jak olśniewającymi urodą gwiazdami. Zaś, kiedy śpiewał razem z Lorinem Sklambergiem pieśń o aniołach, to jakby one swoimi skrzydłami, niosły każdą nutę ponad ociemniałymi kamieniczkami, poranionymi czasem i zapomnieniem, tego wieczora, wypełniając ich ociemniałe oczy rozmodleniem.
Przy płocie, oddzielającym remontowane szkielety domów od Placu Grzybowskiego, siedziało dziewczątko, młode bardzo, wystawiając swoje rysunki na ocenę przechodniów gubiących, jednak, swoje oczy w błyskotkach. Tymczasem postaci na jej obrazach, zdające się cieniami zatrzymanymi w kadrze miejskiego dworca, szeptały krzycząc krzykiem niemym i bezdźwięcznym, jednocześnie jakże intensywnie przykuwając moją uwagę. Damy w powłóczystych sukniach chowające twarze pod rozłożystymi kapeluszami stoją w kolejce po nieznaną przyszłość. Same zdają się być ziarenkami popiołu strzepniętego przez nierozważny los, na nieznaną ziemię. Utkwione w ramach, nieruchome, niezdolne do żadnego ruchu, a przy tym przepełnione lekkością, ulotnością własnego istnienia. W jakiś szczególny sposób nieuchwytne, acz jakże wyraźnie dostrzegalne w swoim nierealnym jestestwie.
Patrzę na ziarenko w dłoni. Jak bardzo jest realne, namacalne. Moje myśli zaś niezdarne, wciąż padają na nieurodzajną ziemię.

Cichosza


W rękach w głowach cichosza
w ustach w oczach cichosza…
... i tak w ciszę ostatnio się wtulałam pozbawiając się zdolności do wypowiadania słów, by nawet najdrobniejszym szmerem nie zakłócać harmonii spokoju. Zbyt wiele ostatnio donośnych głosów dobijało się do mnie, które zamiast zniknąć wraz z zamykającymi się drzwiami do biura, ciągnęły się za mną rozedrganym cieniem. Stąd ucieczka w milczenie, w otchłań ciszy, zapadając się w siebie, jak muszla opada na miękkie dno oceanu. Co najwyżej czasami przyglądałam się sobie w połyskującym lustrze rybich łusek lub malowałam rumieniec zawstydzenia zachwyciwszy się pięknem podmorskich kwiatów korali. I tak, wyobrażałam sobie, że wypływam na brzeg plaży dopiero gdy zniknął ostatni ślad opalenizny i mogąc liczyć swoje pobladłe piegi ziarenkami piasku. Bo jakąż ulgą musi być zamieszkiwanie między płynnością fal, gdzie nie trzeba chować łez, lecz pozwalać im tańczyć smętną bossanowę na ostrej krawędzi rozbitego milczenia.
Jednak, prawdę powiedziawszy, bliżej mi do eugleniny niż do zgrabnie wyprofilowanej muszli, stąd wijąc się niezgrabnie poruszana, zmąconą niepokojami, rzeczywistością ratowałam się odseparowaniem i ucieczką w, choćby chwilowe ‘nie-bycie’, przekornie jednak ‘będąc’ sobie w cichości słowa. W szepcie snutym między kartkami wrześniowego "Zwierciadła", w felietonie Ewy Lipskiej. Miejscu całkowicie pozbawionym wykrzykników. W łagodności. W bezpiecznym poczuciu nienadszarpanego słowa. Bo czyż wykrzykniki nie przypominają rozerwanych kawałków płótna, z których trudno byłoby uszyć spójną całość? Zdają się być, jak porwany żagiel, który zagubił umiejętność przycumowania do spokojnej przystani. Targany, rzucany w różne strony, wojujący z naturą. Nadwyrężony. Całkiem bez sensu brzmiący.
Jakże zachwycające wyznanie Ewy Lipskiej wszystko wyjawia. Poetycko, niemal szeptem, a jakże "donośnie", trafiając do mojego serca otwierającego się na oścież ku każdemu jej słowu:
Może trudno w to uwierzyć, ale nigdy w życiu nie krzyczałam. Krzyk to dla mnie zupełnie obce zwierzę. Nie ma go we mnie. Nigdy nie używałam wykrzykników (...) Kiedy słyszę ludzi krzyczących, zamykam za sobą drzwi i serce, przechodzę na drugą stronę ulicy. Nie chcę mieć z krzykiem nic wspólnego. Nie mam mu nic do powiedzenia i nie chcę, żeby kiedykolwiek do mnie "mówił".Więc i sama uciekłam na jakiś czas tam, gdzie cisza drepcze na palcach. Niespłoszona.
Wyciszyć się. Przeczekać.
W końcu, jednak, spróbowałam wyjrzeć na świat, wyjść do ludzi, bo jakże blisko przylgnęły do mnie słowa poetki: Nadal jestem uczestnikiem, a nie tylko obserwatorem życia. Ciekawi mnie świat i próbuję się wpisać w dziejący się scenariusz.A scenariusz jaki zapisał się w czwartkowy wieczór, do dzisiaj mocno wyryty, tkwi wciąż drżąc pod moją skórą. Scenariusz, zaczynający się w progu Teatru Żydowskiego, który w ramach odbywającego się Festiwalu "Warszawa Singera", gościł na swojej małej scenie Hannę Krall, która, tym razem nie w roli poszukującej kolejnego wątku, ale sama wątkiem się stając w spotkaniu, "podstępnie" i z niezrównaną gracją poprowadzone przez Remka Grzelę, poświęcone najnowszej książce "Biała Maria". W niej każdy rozdział to też gotowy scenariusz, napisany przez życie, gotowy do zaadaptowania, by nie uległ zagładzie, by nie mógł zostać odrzucony, ale pozostał żywym dowodem historii, splotu wątków, postaci odbijających się w kawałkach rozbitej, porcelanowej filiżanki i fajansowego talerzyka. Wykuty w marmurze nagrobku. Na ostrych krawędziach istnienia i nie-istnienia dla świata żyjących.
Eksponaty, dekoracje, białe kartki, które tak zachwycająco wybrzmiały we fragmentach książki, w niezrównanej interpretacji pani Zofii Kucówny, która także potrzebowała ciszy, by móc każde zdanie, słowo, każdą literę wypowiedzieć, zakreślić, zagrać, jak najdoskonalszą rolę aktorską na niewielkiej scenie teatru, wciąż przemawiającego językiem przeszłości i wspomnień szemrzących w Yiddish...
Dawno już, panie Sercowicz,

Wszystko skołował śnieg...

Dałbyś pan spokój, Scherzowicz.

Takie jest życie, nie?
Tymczasem dwoje pięknych ludzi, w każdym detalu, usiadło przy tym samym stoliku co ja, w niewielkiej kawiarence, tuż za rogiem, z wielkimi oknami wychodzącymi na przysypiającą ulicę miasta.
Rozmowa o książkach, o prawdzie, pracy dziennikarza, o nieprzekraczaniu nieprzekraczalnego, o wrażliwej wnikliwości, o przyzwoitości i poszanowaniu prywatność drugiego człowieka. O drobnostkach. Kolejny łyk kawy. Rozsmakowanie rozmową i ich obecnością, tuż, obok mnie. W ciszy wieczoru. Remku, Reniu, dziękuję.

"Przecież wszystko się łączy i ma swój - czasami ukryty - głęboki sens". 

Fragmenty:
- felietonu Ewy Lipskiej Nie używam wykrzykników
Zwierciadło, wrzesień 2011

- piosenki Grzegorza Turnaua Cichosza
- piosenki Ewy Demarczyk
Skrzypek Hercowicz

W poszukiwaniu ciągłości


Kiedy nie pracuje się nad czymś z ciągłością, wolą rytmu, jakiś chaos robi się w głowie, wykluczające się plany, zatory nastrojów. Jedyne wyjście – wrócić do pracy, wziąć się na mundsztuk, wtedy dopiero te myśli, plany, nastroje zaczynają istnieć konkretnie, zaczynają ważyć.

Tymczasem mój budzik rozdarł delikatną tkaninę ciszy lekko podnoszącego się ze snu poranka, uświadamiając dotkliwie powrót do mojej znacznie bardziej prozaicznej ciągłości, niż ta przynależąca do Józefa Czapskiego. 

Wracam do pracy i do najzwyklejszej codzienności, stałego rytmu, do ważenia, co zdaje się być istotniejsze na szali dnia. Czy zdołam dorzucić choć deczko ulotnego zachwytu, czy uda się, wbrew wszelkim zasadom fizyki, odkleić od przyciągania ziemskiego i wzbić tak wysoko, by koniuszkami palców dotknąć miękkiej pierzyny nieba. Wszak u mnie nie praca zawodowa, ale cicho skrywane przed moim otoczeniem pasje pozwalają ogarnąć chaos w głowie, rozproszyć zatory nastrojów, rozedrgać amplitudę uczuć. Choć przyznaję, że w dniach całkiem od spraw zawodowych wolnych, przyzwalają także na rozleniwienie i dekadenckie snucie się w piżamie do późnego popołudnia, nakręcanie kosmyka włosów na palec ze wzrokiem, na długie godziny, utkwionym w książce, grzesznemu pałaszowaniem kolejnego pojemnika lodów pistacjowych i całkowitej obojętności okazywanej wszelkim szyderczo uśmiechającym się obowiązkom.
Bo, choćby nie wiem jak ważyć, czy to ułożony i zaplanowany, co do minuty, czas zwykłej codzienności, czy nonszalancko nieliczony czas urlopu, ważne, aby w każdej z tych chwil wciąż szukać swojej „czterolistnej koniczyny”, w wysokich źdźbłach traw z lubością wyglądających ponad ziemię po zachłyśnięciu się kolejną porcją ulewnego deszczu.
Byle zdołać się zachłysnąć, byle nie stać się suchą pustynią, która poza rozsypywaniem ziarenek, na trudnych do ogranięcia wzrokiem przestrzeniach przylegającej ziemi, niczego nie rodzi. I choć wiatr rozwiewa ziarnka piasku w najróżniejszych kierunkach, łącząc je ze sobą w zbyt sypkich konstelacjach, pustynia pozostaje martwa. Jedynie kropla wody, kropla czystego natchnienia stającego się orzeźwiającym przebudzeniem pozwala wznieść się, jak burza piaskowa, ponad ziemską materię poszukując ciągłości między rozmijającymi się pragnieniami i niezrealizowanymi marzeniami. Poszukując ciągłości oddechu w bezsennie duszne noce, by pozostawać wciąż "przy życiu", przylegając do coraz głębszych warstw jego skóry. Chwytać ciągłość pozwalającą splatać się myślom, planom, nastrojom i  nie dopuszczać do zgubienie żadnego "oczka" w tym własnym mozolnym "szydełkowaniu" ciągu wydarzeń.
By istnieć konkretnie.
I choć ostatnio dość niezdarnie przychodzi mi odnajdywanie spójnych splotów, jakichkolwiek, to w dzisiejsze parne popołudnie, ciężko zawieszone ponad powolnie płynącym pierwszym, po urlopie, dniem pracy, jakże mocno utwierdziłam się w przekonaniu, że w tych poszukiwaniach najważniejsza jest ciągłość relacji międzyludzkich. Bo warto, nawet nadrywając ciągłość ułożonych skrupulatnie, sobie samej, koniecznych do wypełnienia się zdarzeń, znaleźć chwilę na spotkanie z osobą, która tę "przerwaną" ciągłość uzupełni swoją obecnością, pasjonującą rozmową i szczerym uśmiechem.
To relacje międzyludzkie są istotną ciągłością jaką jesteśmy obdarzani i jaką sami tworzymy.
To wszystko nie czucia, a podczucia, podpaniki, które przychodzą zawsze te same, nieraz nieoczekiwanie, po długim okresie  pogodnym wewnętrznie i bezmyślnym właściwie, myśl zaczyna znowu żyć (...)
fragmenty z Wyrwanych stron Józefa Czapskiego
wyd. Fundacja Zeszytów Literackich, 2010

Kołysanka

Nie mogę zasnąć. Patrzę zatem jaka jest nieziemsko piękna.
Powinna była przyjść razem ze snem. Przyszła całkiem sama nucąc kołysankę z mojego dzieciństwa...
Idzie niebo ciemną nocką, ma w fartuszku pełno gwiazd.
Gwiazdy świecą i migocą aż wyjrzały ptaszki z gniazd.
Jak wyjrzały, zobaczyły, to nie chciały dużej spać.
Kaprysiły, grymasiły żeby im po jednej dać.
Gwiazdki nie są do zabawy, bo by nocka była zła...
A ona pełna łagodności przylgnęła do świata. Słońce już dawno schowało się na jej widok, zawstydzone własną nazbyt rażącą oczy dosłownością, podczas gdy ona skrywa, w sobie, wszelkie niedoskonałości. Nawet ptaki milkną w jej obecności. Jedynie schowane w wysokich źdźbłach trawy pasikoniki, jakby jej nie dostrzegając, grają swój wieczorny koncert skrzypcowy, być może wpatrzone jedynie w delikatne drganie cienkich strun.
Tymczasem, zdaje mi się, że widzę jak ona siada przed lustrem, przeglądając się w księżycowej poświacie i rozplata grube warkocze. Zdejmuje z włosów rozgwiazdy, skradzione w morskiej kąpieli, rozrzucając je niedbałym gestem, a one w zetknięciu ze sklepieniem nieba rozbłyskują oświetlając drogę jej niekończącej się wędrówki. Zatrzymuje się jedynie na chwilę, a wtedy jej długie włosy dotykają ziemi stając się kruczoczarną zasłoną, jak płótno malarza, rozpostartą na blejtramie ziemskiego świata. Przytkniętą do każdego jego zakątka. Gęstą i nieprzeniknioną.
Ciężko przylegając do powiek przymyka je, by otworzyć szeroko oczy wyobraźni. Swoją obecnością zaciera granice horyzontu, łagodzi wszelkie ostrości dnia, jednoczy różnorodność kolorów w jedną barwę aksamitu ścielącego się miękkim prześcieradłem pod jej stopami. Przysłania zmysł wzroku, by wyostrzyć zmysł słuchu skupiającego się na najmniejszym, choćby, odgłosie dochodzącym z jej głębi. Budząc wrażliwość.
Jak ująć ją w dłoni nim wymknie się o brzasku. Jak poczuć jej niezgłębioną materię istnienia nim odejdzie rozpływając się w porannych mgłach, nim zniknie pod budzącym się oddechem świtu. Zmęczona.
Nie mogę zasnąć. Patrzę zatem jaka jest nieziemsko piękna.
Noc.

Moje dążenie do Sandomierza


Otóż jestem w Sandomierzu.
Miasteczko położone jest - jak San Gimignano - na wysokiej górze.
Tę ma nad włoskim miastem przewagę, że u stóp jego płynie majestatyczna i wspaniała Wisła. Jeszcze wiele innych przewag potrafiłbym wyliczyć, a przede wszystkim świeżą i nietkniętą niczym zieloność, powab olbrzymich łąk między miastem a rzeką.
Zza okna dochodziło „miękkie” bicie ratuszowego zegara, który precyzyjnie wybijał kolejną godzinę mijającą ponad dachami Sandomierza. Tymczasem w niewielkim, ale jakże zgrabnie urządzonym, mieszkanku na poddaszu czas zatrzymał sie w zachwycie, bo iluż znakomitych gości przekraczało jego gościnne progi. Wymieniając choćby kilkoro z nich: Maria Iwaszkiewicz, Czesław Miłosz, Adam Zagajewski, Anna Bolecka, Wiesław Myśliwski, Ludmiła Marjańska, ks. Jan Twardowski, Hanna Krall, Sławomir Mrożek. Wszyscy goście upamiętnieni na zdjęciach, rozwieszonych nad schodami, prowadzą ku "Górce Literackiej", z wielkiego serca i przychylności państwa Targowskich, dla ludzi pióra powstałej, a także uwiecznieni w pięknym albumie dzięki dobremu "duchowi" tego miejsca panu Jerzemu Krzemińskiemu.
Oczom każdego przestępującego próg mieszkania ukazuje się okno wyglądające na sandomierski rynek, wygodny fotel, stary regał z książkami tak mocno naznaczonymi czasem, że mnie samej nie sposób było ich dotknąć, bo zdawać by się mogło, że dotyka się nie zawsze przychylnego biegu historii, dla tego domu, otwierając bolesne rany wspomnień zamkniętych za szybą regału. Zachyca wielka szafa mieszcząca obfitość wspomnień, które zawisły wyjątkową atmosferą tego nietuzinkowego miejsca. Sekretarzyk przy którym, zapewne, niejedno literackie słowo zapisało się na kartkach późniejszych książek i niejeden wiersz schodkami w górę i w dół wznosił się i opadał kolejnym rymem, kolejną linijką wijącą się jak sandomierskie wąwozy pomiędzy siedmioma wzgórzami. A gdy spojrzeć na przepiękne lustro, nie swoją twarz nieco zmęczoną podróżą ujrzeć można, ale twarz Tego, który i moje stopy poprowadził do Sandomierza, odbijającą się z wiszącego po przeciwnej stronie zdjęcia, Jarosława Iwaszkiewicza, zrobionego przy gotyckiej Bramie Opatowskiej, strażniczki i gospodni miasta witającej przybywających ze stron odległych.
Tak zaczęła się całkiem nowa strona w moim życiu, sandomierska, z Iwaszkiewiczowską nutą snującą się za mną cieniem i oddechem Pana Jarosława. I choć nie było mi dane ujrzeć wystawy Jemu poświęconej, na sandomierskim Zamku, bo zamknięta na czas prowadzonych prac remontowych, to chociaż stanąć mogłam przed popiersiem Mistrza, dotknąć dłonią Jego zimnego policzka, jakbym chciała za pomocą tego gestu pozowlić Mu na moment obudzić się z tego odrętwienia i wziąć głęboki oddech ciepłego dnia ścielącego się szeroką wstążką nad wijącą się Wisłą. Tego dojrzałego, sierpniowego popołudnia, będącego w pełnym rozkwicie swojego piękna, złotymi nitkami słońca przetykanymi przez "ucho igielne" Bramy Opatowskiej, by ślizgając się po strzelistej wieży Bazyliki Katedralnej tkać złoceniami misterne rozety.
Wąwozem, zostawiając za plecami zamek i katedrę, podążałam do schowanego na wzniesieniu kościoła Św. Jakuba. Potężna, ascetyczna sylwetka świątyni czerwieniła się między bujną zielenią ją okalającą. Romański portal wprowadza do ciemnego wnętrza kościóła, gdzie w prezbiterium postać ukrzyżowanego Chrystusa, a po jego bokach, grą świateł padających z witraży, tworzą się dwa cienie, jak dwóch złoczyńców razem z Nim ukrzyżowanych na górze Golgoty. Kolana same uginają się pod ciężarem własnej małości, a cisza tego miejsca bije potęgą zniewalającego piękna i ciszy. Gdzieś za murami kościóła znajdował się Dom Dziecka mieszczący się w Domu Księży Emerytów, w którym Jarosław Iwaszkiewicz zatrzymywał się będąc w Sandomierzu.
Wracam, tym samym wąwozem, w stronę sandomierskiego rynku. Po drodze zbaczam na ulicę Katedralną 5, gdzie kiedyś znajdowało się Muzeum Literatury, a wcześniej mieszkanie, które także zamieszkiwał Pan Jarosław w czasie swoich sandomierskich pobytów.
Mieszkanko moje w Sandomierzu mieściło się w domu państwa Świestowskich przy ulicy Katedralnej 5. Teraz jest tam jakaś inna numeracja. Mieszkanie składało się z dwóch pokoi położonych jeden za drugim. Pokoje stanowiły część domu położonego za katedrą, za murem, ale okna jego wychodziły właśnie na ten mur katedry, dopiero zza domu, z tego miejsca, gdzie w owym czasie znajdowała się malownicza "sławojka", roztaczał się wspaniały widok na Wisłę, na łąki nad Wisłą i na zieloną równinę za Wisłą (...).Pokoje te pozbawione były zupełnie jakichkolwiek wygód. Ale rozstawiłem w nich moje kopenhaskie łóżka zbudowane z lekkich rur, w stylu, który pięćdziesiąt lat temu w Skandynawii nazywano funkis, w drugim pokoju postawiłem amerykański kufer-szafę, który kupiłem z Józiem Rajnfeldem we Florencji w roku 1931 (to też wtedy było modne - dziś nie wiadomo by było, co z tym robić). W pierwszym pokoju stolik państwa Świestowskich zastępował mi biurko, a w drugim urządziłem coś na kształt umywalni.No i miałem ten "trzeci adres".
Pamiętając jak lady Bracknell, badająć zalety lorda Goringa mającego zostać jej zięciem, bardzo chwali to, że ma on dwa adresy, na papierze listowym owych czasów kazałem wydrukować: Jarosław Iwaszkiewicz, Warszawa, Kredytowa 8, nr tel. ..., Stawisko, poczta Brwinów, nr tel. ..., Sandomierz, Katedralna 5. Telefonu tam nie miałem.
Przystanęłam przed długim ciągiem okien, domu patrzącego na mur osłaniający katedrę, wypatrując tego jednego okna, szukając Jego dawnej tam obecności.
Wieczorem, w mieszkanku chwilowo "moim", otwieram duży, czarny notatnik leżący na biurku. Czytam wpisy osób, które zatrzymywały się na "Górce Literackiej", pełne ciepłych słów i podziękowań. Przerzucając kolejne kartki, nagle wypadły luźne strony maszynopisu. Z zadziwieniem czytam o Indiach i dziewczynce wyruszającej w podróż z ojcem do mojego ukochanego kraju.
Próbuję objąć zaskakujące przeplatanie się zbiegów okoliczności, skojarzeń, moich dwóch wielkich pasji i miłości, które ułożyły się we wzruszającą dla mnie całość pod gościnnym dachem Sandomierza. Zasypiałam mając przed oczami zadziorny profil księżyca huśtającego się nad Wisłą i romantycznie oświetlone detale architektoniczne miejskiego ratusza, stojącego majestatycznie na przysypiającym gęstą nocą rynku.
Gdybym był malarzem!
Wczoraj przed zachodem słońca na terenie między Rybitwami a szosą cyrk nr 5 rozbijał swe namioty. Wozy stały na zielonej łące, częściowo układano namiot, czterech nagich cyrkowców grało w karty, kobiety i dzieci im się przypatrywały. Na pierwszym planie gruby, tęgi, opalony cyrkowiec, zbudowany jak Herkules Farnezyjski, rozmawiał z cyrkówką w krótkiej plażowej sukience, robiącej wrażenie baletowej spódniczki, sterczącej do góry. Wszystko na tle szmaragdowej łąki, a nad całym obrazem majestatyczne wzgórze Sandomierza z kształtami katedry, domem Długosza,, Collegium Gostomianum – a za miastem wspaniały, letni, cały w chmurach zachód słońca. Jakże to było groteskowe, piękne, niezwykłe – ten cały koloryt, wspaniałe akty i światło niebywałe. Ale jakim to trzeba by było być malarzem, żeby namalować taki obraz.

W południe, dnia następnego, ostatni raz wsłuchiwałam się w skrzypienie starej podłogi, wyglądałam przez okno w kuchni szukając łagodnych fal szemrzącej z cicha Wisły. Wyjeżdżając za mury Sandomierza, zostawiając za sobą wysoką Bramę Opatowską z tarasem widokowym, na chwilę przystaję na ulicy Zawichojskiej 2, gdzie kiedyś stał dworek, którego kupno rozważał Jarosław Iwaszkiewicz. Dzisiaj stoi w tym miejscu hotel w stylu dziewiętnastowiecznego dworku utrzymany.
Odjeżdżałam zostawiając bicie swojego serca w mały mieszkanku na poddaszu, kilka niezdarnych słów podziękowania i ślady swoich stóp podążających za Jarosławem Iwaszkiewiczem. Zabrałam zaś niezapomniane chwile, wzruszenia i nadzieję, że jeszcze kiedyś tam wrócę.

I znowu łęgi, znowu pola,
I znowu kłosy jak fontanny,
Puszyste dawne sady w dole,
Jabłonie w puchach niby panny.
Wąwóz ramiona swe wyciąga,
Kwiatami tkane ma rękawy.
A nad wąwozem makolągwa
Opiewa jakieś swoje sprawy.
I wszystko składa się do tonu,
Pełne obietnic i pacierza,
Niby pogodny głos klaksonu
W czerwcowe rano w Sandomierzu.
  
fragmenty z "Podróży do Polski" oraz II tomu "Dzienników 1956-1963"
jak również wiersz
Jarosława Iwaszkiewicza

Portret podwójny


(...) powinieneś odkrywać piękno, gdzie tylko można,
większość ludzi w ogóle nie dostrzega piękna...
pisał Vincent van Gogh w liście do swojego brata. A przecież bieg przez codzienność, potykanie się o jej kanciaste krawędzie, bieg niemalże równolegle z mijającym dniem, by za chwilę stąpać po jego śladach, jego cieniem się stając, jakże często przysłania nam umiejętność spostrzegania piękna skrytego tuż za niedostrzeganym rogiem nazbyt wąskiej ulicy.
Dlatego odliczam dni do wytęsknionego urlopu. I choć żaden nadmorski wyjazd nie kreśli się, dla mnie, płynnym ruchem na piaskach sierpniowych plaż, to sam fakt oderwania się od stosu służbowych papierów, uwolnienia od pantofli na obcasie i odwrócenia budzika plecami do zbyt szybko uciekającego czasu, napawa mnie trudną do ukrycia, przed samą sobą, radością.
Zatem obiecuję sobie: poranki witać leniwie, rozciągając w nieskończoność każdą najdrobniejszą cząsteczkę budzącego się dnia, machać nogami siedząc na brzegu łóżka, jak na brzegu grobli, wciąż z przysłoniętymi snem oczami, by niespiesznie, w dowolnie wybranym momencie, zanurzyć stopy w papuciach, w których przetuptam całe dnie. Miękko.
Włosy będę związywać niedbale w swój koczek w niezmiennym od lat stylu "a la babuszka" i pozwalać grzywce wpadać w oczy. Wezmę urlop od rutyny codzienności, jej ułożonego przez obowiązki schematu, wszelkich konieczności. Nie będę gonić za czasem ani łapać przykrótkiego oddechu.
Będę rozkoszować się przydymioną atmosferę artystycznej bohemy pykając „Fajkę van Gogha” i bujać się w hamaku ze Stingiem, spoglądając na intensywną barwę złocistego słonecznika kontrastującego z błękitem pogodnego nieba. Siadać w fotelu, obok Marii Kasprowiczowej, w stronę której, jakże zręcznie, popchnął mnie Radosław Romaniuk portretując intrygujący obraz żony poety na kartkach swojej książki "One". Będę więc z zainteresowaniem przyglądać się podwójnemu portretowi: Marusi Bunin, jej przemienieniu w Marię Kasprowiczową i sylwetce samego poety, kreślonych na kartkach jej "Dziennika", o których w swoim wstępie Konrad Górski napisał:
"
Dziennik Marii Kasprowiczowej jest dziennikiem  p r a w d z i w y m  i dlatego utrwala dokonywające się w czasie istotne zmiany w stosunku autorki do świat i ludzi. Odtwarzając ten rozwój wewnętrzny autorki, Dziennik jest zarazem wspaniałą ilustracją duchowego promieniowania Kasprowicza (...) Oczywistą też rzeczą jest, że Dziennik ten, rozpoczęty przez dwudziestoletnią dziewczynę, a skończony przez kobietę dojrzałą, która przeżyła kilkanaście lat u boku wielkiego poety, stał się zwierciadłem olbrzymiej ewolucji wewnętrznej, jaką żona Kasprowicza przejść musiała."  Brzmi pysznie.
W końcu u schyłku, oby, gorącego dnia zostawiając na rozgrzanym tarasie chłodne ślady wypoczętych stóp i zarys swojej, może wreszcie nieprzygarbionej sylwetki, schować się w blasku popołudniowego słońca, w iście południowych klimatach, pichcąc „Pappa al pomodoro”, tradycyjną toskańską, gęstą zupę pomidorowo-chlebową, z Marleną de Blasi, wiodąc leniwe i niewymagające większego wysiłku „Tysiąc dni w Wenecji”.
Obiecuję sobie, takie właśnie plany literackich podróży, podczas których nanosić będę swoistą mapę topografii uczuć, smaków i pasji, przekraczając granice wytaczane przez prozaiczną codzienność i dość przekornie oczekując nadejścia jesieni. Bo jakże za nią nie wyglądać, jakże jej nie wypatrywać, skoro to ona ma przynieść w swoim plecionym koszyku: trzeci tom "Dzienników" Jarosława Iwaszkiewicza, wydanie Jego korespondencji prowadzonej z Wiesławem Kępińskim, przybranym synem, może jeden z najintymniejszych portretów relacji ojciec-syn, oraz korespondencję z Czesławem Miłoszem w "Portrecie podwójnym".
A takim też podwójnym portretem jest zapowiadana na wrzesień wystawa w Muzeum Literatury, pod tymże właśnie tytułem, poświęcona Konstantemu Jeleńskiemu i Leonor Fini. Jak głosi niewielkich rozmiarów ulotka:
Po raz pierwszy w Polsce zostaną pokazane sprowadzone z Paryża obrazy olejne Leonor Fini. Zaprezentujemy prace plastyczne artystki z kolekcji muzealnych i prywatnych z Polski, Paryża i Nowego Jorku. Pokażemy fotografie archiwalne, dokumenty, rękopisy, pamiątki i księgozbiór Kota Jeleńskiego ze zbiorów Muzeum Literatury i Instytutu Literackiego w Maisons-Laffitte".A po urlopie, po wakacjach, wyczekiwana jesień na Otwartym Uniwersytecie. Tym razem w iście literackich klimatach, odkładając wykłady poświęcone portretom malarek na sezon wiosenny.
Cudowny stan oczekiwania, ale tymczasem
uciekam jeszcze do pracy, cicho odliczając kolejny dzień, a raczej już przenikającą, przez gęstą siateczkę moskitiery, noc, by rano w lusterku nie przyglądać się ze zdziwieniem swojemu portretowi podwójnemu, bo w niedospanych i przemęczonych oczach wydającemu się kiepską podróbką "rozbitej przestrzeni" z obrazów Roberta Delaunay'a.


fragment z Fajki van Gogha Wojciecha Karpińskiego, wyd. Zeszyty Literackie, 2011
oraz fragment ze wstępu do Dziennika Marii Kasprowiczowej
wyd. Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1958
 

Cokolwiek sobie przywłaszczam


Czuję się jak paproch, jak mikroskopijna grudka pyłu której dane było przysiąść na krawędzi wyrwanej kartki, na granicy światów pozostających wciąż nieprzebytymi.  Nigdy nie przeniknę tych warstw, bo najdrobniejszy powiew strąci mnie z tej krawędzi, zawieszając w pustej przestrzeni. W niebycie, w całkowitej próżni, bo jednego życia mało, by doszczętnie wsiąknąć w kartki nie czując pod stopami namacalnego dna, ale co najwyżej potykając o zbyt wysokie progi, które zachciało mi się przekroczyć. A ja chciałabym móc być kroplą tuszu na choćby jednej z kartek jego dziennika, zagiętym nieopacznie rogiem papieru, kropką postawioną od niechcenia, przecinkiem rozdzielającym zdanie, by mogło zgrabnie potoczyć się dalej. Nazbyt prostolinijnym wykrzyknikiem, podczas gdy on pozostanie na zawsze przepięknie wyprofilowanym znakiem zapytania zawieszonym nad moją, niewiele wciąż pojmującą, głową. Zostało zatem jedynie pomarzyć, by być choć źdźbłem myśli zakorzeniającym się w kolejnych warstwach książki, "ogonkiem" dnia i przebudzeniem nocy, końcówką pędzla sunącego bezszelestnie po płótnie zostawiając smugę jego postaci, zarys szczupłej sylwetki.
A mnie samej przecież zdaje mi się, że i
m dłużej z nim obcuję, to mocniej czuję rozkoszne uczucie zatracenia siebie samej. To tak, jak przestawać istnieć by za moment znów próbować poskładać swoje niezgrabne cząsteczki istnienia, czując ból zetknięcia z własną rzeczywistością. I jak teraz spojrzeć samej sobie w twarz, tak pozbawionej wyrazu,  niekształtnej, kiedy tuż obok widzę portret Józefa Czapskiego? Moje myśli rozsypują się zawstydzone, że ośmieliły się w ogóle narodzić w tak mizernej postaci. Więc pozostaje tylko pytanie: jak ogarnąć przenikliwość zapisków, jak je przysposobić, dopasować, ujarzmić ich moc i potęgę oddziaływania?
Czytam dwie książki jednocześnie: „Wyrwane strony” Józefa Czapskiego i jegoż „Portret” autorstwa Wojciecha Karpińskiego, by sobie coś z tego całego bogactwa spostrzeżeń i dociekliwej analizy "przywłaszczyć". Ale gdzie ja właściwie jestem, kim jestem, w poczuciu takiej nieprzydatności dla świata, nawet swojego własnego. I zdaję sobie sprawę z tego, że nigdy nie zdołam zobaczyć, czegokolwiek, w największych lustrach świata, tak jak on potrafił dostrzec wszystko w najmniejszym odłamku codzienności, poczuć ziarenko prawdy rozgryzając zalążek kolejnego dnia.
Więc sklejami pozrywane wątki, a opuszki palców chociaż pokrywają się coraz grubszą warstwą spoiwa, nadal odczuwają najdrobniejsze drgnięcie przenikające między akapitami, wznoszące się na pagórkach wybrzuszonych liter lub wpadające w pustkę na moment przerwanego zdania.
I jeszcze ten snujący się, po ścianach jego notatek, cień Simone Weil, której myśli tkwią w mojej głowie, dobijając się do rdzenia bytu, do źródła istnienia. Wszczepiły się we włosy, oplotły szczelnie przyprawiając o utratę tchu. Zgarniam więc każdy wymykający się moim palcom kosmyk jej myśli, jakbym próbowała zebrać niesforne włosy, na moment misternie je układając, próbując nadać im pewnego ugładzenia, ale one i tak się rozsypują jak nieudolnie zrobiona fryzura, z powrotem wpadając w oczy. A przyznać muszę szczerze, że tak wiele chciałabym sobie "przywłaszczyć", uczynić swoim by na zawsze pozostało prawdziwym podskórnym odczuwaniem, jednak jak zapisała S.W.:
Pokora polega na wiedzy, że w tym, co nazywa się <ja>, nie ma żadnego źródła energii, która pozwoliłaby nam się wznieść. Wszystko, co jest we mnie cennego, bez wyjątku, pochodzi skądinąd niż ze mnie, nie jak dar, ale jako pożyczka, która musi bez ustanku odnawiana. Wszystko, co jest we mnie, bez wyjątku, jest absolutnie bez wartości. A pośród darów pochodzących skądinąd cokolwiek sobie przywłaszczam, staje się natychmiast bez wartości.Tymczasem wartość tekstów Józef Czapskiego jest wartością niemożliwą do ujęcia w jakiekolwiek ramy obrazów, okładek książek. Są jak swobodne motyle przysiadając w dowolnie wybranym miejscu: w "Gołębniku", "Na widowni", stające się płatkami "Kwiatów w wazonie" lub "Żółtą chmurą", by w końcu schować się w kieszonce "Czerwonego szlafroka".
Na pewno kiedyś powstanie. Muzeum Czapskiego z konkretnym adresem, z eksponatami na ścianach, w gablotach, na bibliotecznych półkach. Byłoby spłatą społecznego długu wobec niezwykłej osoby i znakomitego dzieła, aby nastąpiło to możliwie prędko.Póki to nie nastąpi, ja wydzielam ze swojej własnej przestrzeni miejsce dla Józefa Czapskiego, na swój własny, prywatny użytek. Gdzie nie będzie się chować obrazów za grubymi szybami, bo jakże tam mogłby oddychać, ani zapisanych kartek w gablotach, bo jakże je wtedy posłyszeć. Zatem buduję obszar, gdzie będę mogła wejść o każdej porze dnia i nocy, przejść się między rysunkami, patrząc na wyrwane kartki jak na unoszące się latawce zachwycające kształtem i kolorem, swobodnie kołyszące się na wietrze. Wyrwane wszelki ograniczeniom. Sama zaś z pokorą chowam się za dowodem mojej niezdarności ujęcia kłębowiska odczuć i doznań, powoli blednąc, znikając, stając się szarym cieniem na ścianie.
   
fragmenty z książki "Portret Czapskiego" Wojciecha Karpińskiego
wyd. Fundacja Zeszytów Literackich 

Biedronki i pasikoniki


"Dzieło sztuki istnieje samo w sobie. Malując z natury chcemy stworzyć płótno, by odpowiadało naszemu przeżyciu malarskiemu wobec natury, więc nie żeby było dokumentem podobieństwa, ale żeby dało grę stosunków i działań plastycznych, na których koncepcję nas ta natura naprowadza. Płótno powinno być rozstrzygnięte po malarsku".
Tymczasem moje przeczucie niemalarskie wobec natury podpowiada mi, że za drzwiami pachnie jesienią w środku lata. Deszcz znowu spłukuje czarne kropki ze zgrabnie wyprofilowanych skrzydeł biedronki i obejmuje przenikliwą wilgocią delikatne struny skrzypiec pasikonika. Czerwień i zieleń obmyte z kurzu codziennego zyskują na intensywności swojej barwy, lśniąc i mieniąc się mimo szarej aury za oknem, budząc się do życia.
Ja sama budząc się rano nie przechodzę w naturalny sposób w stan przebudzenia, raczej tkwię pod ciężką kołdrą zbyt niskiego ciśnienia, którego nie sposób podnieść nawet kolejną dawką kofeiny. Patrzę na odwieszony identyfikator Uniwersytetu Otwartego.
Od czego zacząć skoro to już koniec?
Szamoczę się, nie tylko z miękką poduszką, która przylgnęła do mojego policzka, czy może całkiem odwrotnie, ale też sama ze sobą, z natłokiem refleksji, których nie potrafię wystarczająco szybko zapisać, bo każda myśl rozsypuje się w garstkę czarnego pyłu, nim koniuszek pióra zdąży przekształcić ją w kontur słowa zasychającego na powierzchni kartki. Spoglądam na ogród przez szkliste szyby okien, na których krople deszczu tworzą powierzchnię rozbijających się plamek malując przede mną obrazy, które jakby wypłynęły spod pędzla impresjonisty. Ulotna chwila, gra przyćmionego zachmurzeniem światła, zmienność nazbyt szybka, bo móc ją za moment znów odtworzyć w tej samej formie. Swoiste “żywe” obrazy zmieniające się wraz z najdrobniejszym drgnięciem kropli deszczu, jak za dotknięciem pędzla na płótnie, odbierające każdy oddech powietrza jak oddech natchnienia artysty. I czasami przeklętą się staje świadomość nieumiejętności malowania, nazwania barw, wypełniania konturów kolorem, wyrazistością lub zasnuciem woalem mgły utkanej z artystycznej melancholii. Z tym większą przyjemnością przywołuję z pamięci piątkowy, ostatni wykład o polskim malarstwie XIX wieku, który niespodziewanie zamknął się dla mnie klamrą zatrzaskującą obszar mojego literackiego zauroczenia, gdzieś na przełomie wieków. 
Najpierw jednak "Fatalność Władysława Podkowińskiego". Jego słynny i kontrowersyjny "Szał", do mnie znacznie bardziej przemawiające rysunki szkieletów, trupich czaszek odciśniętych na płótnie w sarkastycznych grymasach. Jakby Podkowiński drwił z widma śmierci czyhającej nad jego schorowanym ciałem, a wykrzywiając im twarze w krzywym zwierciadle próbował oswoić świadomość rychłego odejścia. Na dłużej zatrzymuję się przy obrazach naznaczonych bliską mu obecnością Aleksandra Gierymskiego. Rysunki ukazujące Warszawę od podszewki, przez portrety jej mieszkańców, tych bezimiennych, zamieszkujących biedne obrzeża Powiśla, dźwigających, jak garb, ciężki tobołek własnego ubóstwa, jak tytułowa „Śmieciarka” czy rozpraszający cień nocy „Latarnik” egzystujący dzięki wszechogarniającej ciemności. Jakby ona, przekornie, stawała się, wraz z przychodzącym mrokiem, światłością niosącą zarobek i przetrwanie. Sam Podkowiński w swoim autoportrecie, schowany pod franciszkańskim kapturem, jawi się jakby w uśpieniu, w cichym rozmodleniu, może oczekujący na swoje artystyczne przebudzenie, swoisty “Szał” wiodący ku sławie i, nie wiedzieć czemu, swoistej samozagładzie w niemal dzieciobójczym czynie popełnionym, bo na obrazie, własnej twórczości gwałt zniszczenia zadając. Obraz wszak ocalał, choć poraniony, to przecież dzisiaj będący swojego rodzaju “wizytówką” Podkowińskiego, przylegając do niego w sposób nieśmiertelny, jak sztuka z całą gamą barw i kształtów, odniesień scala się z wrażliwością jej twórcy, jemu tejże nieśmiertelności przydając.
Tak też, przylgnęły do mnie i obrazy kolejnego artysty, Józefa Pankiewicza, igrającego z barwą, formą, przestrzenią, kształem, oddającego w swoim malarstwie charakter i brzmienie nokturnów, zestawiając ze sobą ostrość kontrastów. Jak choćby w jednym z moich ulubionych “Portret pani Oderfeldowej z córką”, gdzie jasność odbijająca się od młodziutkiego, dopiero co wkraczającego na drogę życia, dziewczęcia jakże intensywnie kontrastuje z przydymioną, przyciemniałą dojrzałością matki wtapiającej się w tło, stając się coraz mniej widoczną. Jeszcze tylko w rysach twarzy, w dozie łagodności spowijającej jej profil, moża by się doszukiwać pełnej akceptacji upływu czasu i nieuchronności powolnego gaśnięcia, naturalnej kolei losu, życia usuwającego się, by zrobić miejsce temu właśnie się rozwijającemu.
Spoglądam na pejzaże, sceny z martwą naturą, hiszpańskie impresje przesączone intensywnością ciepłych kolorów i w sposób całkiem naturalny nasuwają mi się obrazy kolorystów, a wśród nich tego, który zachwyca nie tylko talentem ukazywania rzeczywistości na płótnie, ale przefiltrowywania jej przez siebie samego, także na kartki dzienników, Józefa Czapskiego.  Niedługo czekałam, by jego nazwisko padło w kontekście kontynuatorów szkoły Pankiewicza, który stworzył w Paryżu filię krakowskiej Szkoły Sztuk Pięknych, tzw. Komitet Paryski.
I znowu się coś zazębia, przenika, wtapia, tworzy supełki na sznureczku powiązań literacko-malarskich tworząc pełniejszy kobierzec, obraz tkany zwinnymi palcami artystów, gdzie zieleń na frakach pasikoników i czerwień na skrzydełkach biedronek nabiera przenikliwej wyrazistości, tworząc moją własną kompozycję harmonijnie przeplatających się płócien polskich mistrzów malarstwa i polskich mistrzów słowa.
Właśnie zza chmur wyjrzał nieśmiały promień słońca, jak światełko zachwytu przenikające przez niewielki świetlik talentu utkwionego w rozciągniętych płótnach malarskich. Fini.

Odpryski życia


Jak zamienić kawałek węgla w kostkę czekolady? Jak poczuć słodszy smak rozpuszczającej się codzienności na chropowatym podniebieniu życia?
Na razie wszystko rozpuszcza się w kałużach deszczu, krople rozbijają się na milionowe cząsteczki jakby roztrzaskał się podniebny żyrandol wprost z fabryki Swarovskiego, każdą kryształową łzą wypłukując kurz spomiędzy szczelin i szparek, w których skryły się ziarenka gorczycy, porzucone w biegu troski, zagniecione skrawki albo gałganki z kurczącego się płaszcza ochronnego, gdzie śpi głuche echo szyderczego chichotu, odpryski mijających dni. Tak, jak w ziemię wbiły się odpryski potłuczonych zniczy, bezkształtne kawałki roztrzaskanej przez kogoś tablicy na grobie mojej Babci, jak dotarła do mnie roztrzaskująca wiadomość, że koleżanka ma stwardnienie rozsiane.
Jak pozostać niewzruszonym wobec takich wybryków i wyroków? Jak wzmocnić własną, z lichego materiału zrobioną, konstrukcję?
Nową tablicę można zamówić, znowu boleśnie wyryć na niej datę śmierci ostrym dłutem rozgrzebując własny ból i poczucie straty. Od nowa licząc kolejny rok, kolejny deszcz, który rozmyje krwawiącą ranę, zmyje cień Jej odejścia wypłukując go spod moich powiek, jak wypłukiwał powoli, z każdym dniem, przejmujący błękit z Jej oczu.
Ale jak zamówić nowe życie?
Ściskam w dłoni kawałek węgla patrząc na czarne smugi spływające pomiędzy palcami.
Czuję się doszczętnie przemoknięta.


Siła kruchości


W "Lekkiej przesadzie" Adama Zagajewskiego każda myśli, zgrabnie nakreślona litera zdaje się być perłą znajdywaną na dnie czarnego morza słów, jak Morze Czarne, swoimi brzegami sięgajac korzeni zasklepionych w sentymentalnych warstwach ukraińskich pejzaży. Jeden akapit skleja ze sobą kolejny, jak na bursztynowych plastrach miodu stających się pomostem łączącym wielość odniesień, literackich powiązań i muzycznych fraz. Można je wszak rozdzielić, a smak słów, nic nie tracąc na wcześniejszej wyrazistości, nabierze nowego wyrazu wypełniając każdą najdrobniejszą szczelinę w linijce, stając się archipelagiem wysp przywoływanych siłą wspomnień.
Staram się zatrzymać na dłużej płynność przewijających się obrazów i wydarzeń. Podróży całkiem odległych, od przykurzonych minionym czasem lwowskich zaułków, przez nowoczesne amerykańskie miasteczko uniwersyteckie, skąpane w deszczu wąskie uliczki Paryża, po te znacznie bliższe geograficznie i bardziej oswojone - "obnażone" Gliwice i Kraków w szarej kotlinie, gdzie mgły się podnoszą, mgły opadają. Jak podnoszą się i opodają zasłony do czarno-białych retrospekcji, jak otwiera się i przymyka przesłona aparatu fotograficznego zatrzymująca ułamki chwil niemożliwych do powtórzenia, z jednej strony kontrolując strumień światła, z drugiej wpływając na głębię ostrości pochwyconego obrazu. Tak, jak pisarz kontroluje dawkowanie emocji i wpływa na ostrość naszego spostrzegania jego, wewnętrznego świata. Tego, będącego na wyciągnięcie dłoni, wyślizgującego się spod pospiesznych muśnięć palców, lub przeciwnie, całkiem niespiesznych, poruszających się rytmicznie po klawiaturze komputera w takt mozartowskiej melancholii.
Tak, utkwiona w stanie literackiego zachwytu, popodam w kolejny znajdując fragment odmalowujący intrygujący portret malarza, który wkradł się do mnie z kocią zwinnością i gracją,  wraz z przywłaszczeniem sobie cząstki mojego świata przez Konstantego Jeleńskiego:
 … cóż to za radość czytać zapiski Czapskiego, znakomitego obserwatora, artysty i człowieka o wielkiej inteligencji i absolutnej prawdomówności, kruchego jak wszyscy ludzie, ale niewstydzącego się swej kruchości. (...) W dzienniku był surowy wobec samego siebie, obnażał się, nie korzystał z przywileju  a r y s t o k r a t y c z n o ś c i, ani z przywileju  w y b i t n e g o   e m i g r a n t a.  Pośród paryskich wysiedlonych uderzał czymś, co trzeba nazwać absolutną prostotą.
Więc niech mi wolno będzie powtórzyć za panem Adamem, cóż to za radość czytać zapiski Czapskiego, od kiedy dotarła do mnie, kilka dni temu, przesyłka z redakcji „Zeszytów Literackich”. W dodatku z dołączonym prezentem w postaci 115 numeru kwartalnika, a w nim tekstami przedstawiającymi sylwetkę Józefa Czapskiego. Serce w przyspieszonym tempie wybija odę do radości, uśmiech podnosi kąciki ust jak ręce marionetek pociąganych za sznurki, bo prawie marionetką jestem całkowicie poddając się porażającej sile „kruchości” Józefa Czapskiego. 
Trzymam w dłoniach "Wyrwane strony" zszyte w ponad dwustu-stronicowym tomie. Z książki wypada zakładka, na niej postać starszego mężczyzny, w płaszczu z postawionym wysoko kołnierzem, w berecie… jakże łatwe, możne nawet nazbyt łatwe, przychodzi skojarzenie z Postacią, którą trzymam pod powiekami, przemierzającą wąskie uliczki starego Żoliborza. Na zakładce nie spostrzegam tylko twarzy malarza, stoi tyłem, jakby ważne było to, co zostawia poza sobą. Tak, jak cennym jest to, co pozostawił nam, czytelnikom i odbiorcom jego sztuki – swój talent, przemyślenia, zapis własnego odczytywania świata, przejmujące szkice otaczającej go rzeczywistości i utkwionej w nim przenikliwej wrażliwości.
Może siadywał, w takie burzowe dni, by poskromić przeszywające go skrajne emocje, wszelką zmienność natury, notując swoje refleksje skrupulatnie w licznych kajetach, dobierając słowa do swoich myśli, tak, jak dobiera się farby do własnej wizji obrazu, by mogły spocząć spokojnie na chłonnej bieli kartek. Wtopić się w nie, jak farba wtapia się w płótno nasączając je ostrością barw, wyrazistością wymowy, wgryzając się w jego miękko poddającą się fakturę, kształtując formę kolorem, przenikając granicę między rzeczywistością i artystyczną wizją. Dochodząc do skończoności, artystycznego fini, zamknięcia obrazu w oprawionym kawałku przestrzeni, na wyrwanej kartce z życiorysu.
I tylko przymuszona przerywam czytanie „Wyrwanych stron”, wyrywając się do spraw codziennych,  albo całkiem bez przymusu wiedziona koniecznością pojechania na kolejny wykład, ale że w temacie malarstwa pozostawałam, poniekąd sama się przed sobą rozgrzeszam z zaniedbania czytelniczego. A przecież dzisiaj temat fascynujący, frapujący portret jakby nie do końca dorysowany, bez wyraźnych konturów, rozmyty, zamglowy, tak jak jej obrazy. Olga Boznańska, malarka, w której pracowni wisiał krajobraz Henri Martin'a, tegoż samego autora, który przemyka między linijkami opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza "Serenite".
Olga Boznańska obdarzona niezwykłą intuicją, potrafiąca wydobyć charakter portretowanej postaci, jakby bezwiednie, wiedziona własną wrażliwością i dozą spostrzegawczości, wyczulenia na to, co zdawać się może dla oczu zwyczajnych, niewidzialnym. Jakby wyjmowała portretowaną postać z ograniczeń jej własnego ciała, ukazując tę, zdawałoby się niedostrzegalną, metafiznyczną sferę duchowości. Może to ona, ta wewnętrzna, niematerialna aura, sprawiała, że obrazy Boznańskiej jakby za woalem pozostawały, wtapiając się w tło, zanurzając się w delikatną kompozycję kolorów, harmonijnie przenikających siebie nawzajem. Obrazów często niepokojących, niedosłowych, pochwyconych jakby w ułamku sekundy, choć wypracowanych tygodniami, wszak bez zbędnego przerwysowania, pozbawione kolejnego, już zbytecznego pociągnięcia pędzlem. Cały sekret obrazu, że w pewnej chwili musi "pod karą śmierci" dotrzeć do własnej logiki i wtedy zmienia się stosunek do płótna, do tego co jest  p r a w d ą  płótna.
To, co przed chwilą było niedopuszczalne ( "przecież tak  n i e   b y ł o  w naturze czy w notatce"), staje się właśnie nie tylko konieczne, ale jedynie prawdziwe!
Czasami ten moment, nieznaczny ułamek sekundy, przychodzi późno, czasami jest od pierwszej chwili lub nie przychodzi wcale i wtedy obraz wprost się nie urodził. Jak często niszczy go naturalizm, który się wkrada bocznymi drzwiami i zabija wizję po cichutku, tenże naturalizm, który nas przed chwilą wizją obdarzył (...) Delacroix mówił, że najtrudniej jest wiedzieć, k i e d y  obraz przerwać - notował Józef Czapski.

Spoglądam na jego obraz „Autoportret w lustrach”. Czymże jest autoportret malarza? Próbą zobaczenia siebie samego we własnych oczach, przyjrzenia się sobie samem czy może próbą pokazania siebie innym, prawdziwym czy upozowanym? Wojciech Karpiński w "Fajce van Gogha" pisze o autoportretach Vincenta: "Chciał za zewnątrz - w obrazach - przedstawić swoje wnętrze, ująć istotę swojej osoby, upewnić się przez dzieła o własnym istnieniu, które czuł, wymyka się mu (...) Van Gogh pochyla się nad sobą, próbuje odcyfrować tajemnicę swojego losu, przygląda się sobie z uwagę, szkicuje autoportret, kolejne wersje autoportretu, zarazem obawia się zaglądać w zwierciadło ze zbytnią natarczywością (...)".
Kogo Józef Czapski chciał pokazać lub kogo zobaczyć w lustrach, komu się tak naprawdę przygląda, może nam podglądającym go z oddali? Sięgam ponownie po słowa Wojciecha Karpińskiego, tym razem skreślone w "Portrecie Czapskiego", który wskazuje:
"Pozostawił po sobie błysk rozświetlającego widzenia, melodię zdania, umiejętność twórczego łączenia wielu zjawisk, umiejętność uczenia się od innych i pozostawania sobą - w ciągłych przemianach. Jego obrazy, jego teksty, rozrzucone po świecie, ślady jego osobowości stanowią przede wszystkim szkołę widzenia. To jest skarb, który może objawić się każdemu, kto patrzy na jego obrazy lub pochyla się nad jego książką (...)".
Przyglądam się chcąc zobaczyć w nim prawdę, przemiany, kruchość będącą siłą, poszukać tego, co kryje się pod warstwą intensywnych barw, po drugiej stronie lustra, w cienkich pociągnięciach szkiców, załamaniach linii, tego co schowane pod grubszym obrysowaniem kreski. Wracam do jego dzienników.Dla mnie te dzienniki (już od wojny blisko sto grubych kajetów) były i są studnią materiałów, które kiedyś zamierzałem wyzyskać szerzej. W miarę lat ilość zapisanych stron przerażająco rośnie! Już nie umiem żyć bez zapisywania rzeczy dla mnie, i może tylko dla mnie, interesujących. Co znaczy ta pasja pisania? Grafomani piszą także z pasją. Może to ucieczka przez pisaniem odpowiedzialnym, zbudowanym, osaczonym przez wybór świadomy i dla innych czytelnym?Ot, i tak się chyba zbyt zamaszyście rozpisałam i zaczyna rozbrzmiewać dokuczliwa kakofonia, więc uciekam, przed własną grafomanią coraz bardziej mnie samą paraliżującą, choć przecież nie pozbawioną szczerej pasji. Uciekam, między wyrwane strony z  dzienników, by odradzać się na nowo z każdym kolejnym literackim zachwytem, by wciąż budzić się ze stanu, przez Józefa Czapskiego nazwanego, nieoddychalnością życia z nadzieją na "odkorkowanie" na inny wymiar mojego własnego życia.
fragmenty:
> wiersza Adama Zagajewskiego
Widok Krakowa
z tomiku "Jechać do Lwowa"
, wyd. ZL
 > książki Lekka Przesada, wyd. a5
 > dzienników Józefa Czapskiego Wyrwane strony, wyd. ZL
> książek Wojciecha Karpińskiego Fajka van Gogha oraz Portret Czapskiego, wyd. ZL

Kontrola oddechu dnia

Długi, powłóczysty welon wieczornej mgły, który jak woal przysłonił wczoraj nieśmiało oblicze przydrożnych krzewów, dzisiaj rano rozpłynął się niezauważony. Przejrzystość poranka zajrzała przez okno rozświetlając wnętrze nierozbudzonego jeszcze domu. Frycek wrócił z nocnych wojaży chowając się przed rażącym jego niewyspane oczy światłem, znikając w ciepłych, wełnianych warstwach koca, jak ta wczorajsza mgła.
Z kubkiem aromatycznej kawy przysiadam się do „Wakacyjnego Śniadania Mistrzów” smakowicie przygotowanego przez Dariusza Stańczuka. Wyborne towarzystwo i wykwintne menu, z klasą podane, a jakimż wdziękiem i dźwiękiem opatrzone. Te ptasie trele słyszane w koncercie na flet Piccolo C-Dur Vivaldiego, mogłyby zawstydzić leniwe szpaki w ogrodzie, bardziej skupione na mistrzowskim poszukiwaniu smakowitego kąska, zanurzone w aspekcie stricte kulinarnym tejże smakowitości, niż tym muzycznym płynącym z eteru na falach RMF Classic.
Tymczasem ja chłonęłam, wraz z kolejnym łykiem kawy, łyk tonów przepełnionych barokowymi ozdobnikami, skrzydlatymi szesnastkami szeleszczącymi swoimi chorągiewkami w podziwie wielkim dla utalentowanych poczynań Antoniego. Moje oczy, zaś, jak półnuty szeroko otwarte, wypatrywały tego, co dzień ma dla mnie zaplanowane na dzisiaj. Praca, popołudniowy wykład, droga do domu autostradą zachodzącego słońca, i w końcu powolne odsuwanie od siebie trosk, które sprawiły, że przez ostatnich parę dni czułam się jak kobieta z obrazu Józefa Czapskiego „Droga nadmorska” idąca wąską drogą, z jednej strony osłonięta niewzruszoną skałą codzienności, z drugiej ukazująca usuwające się spod nóg urwisko, znikające w przepastnych odmętach morza. Choć może w zamyśle samego malarza mogła to być kobieta w pełni szczęśliwości, ufna, niezalękniona. Kapelusz, jak słońce, nad jej głową zawieszony, rozjaśnia drogę wijącą się jak stróżka piasku. I choć droga wąska, to może tajemnicza kobieta widzi własną przyszłość znacznie szerzej, spod rozłożystego kapelusza w kolorze szafranu, chowającego pod swoim rondem, jej własny mikroświat.
I tylko ja mniej kolorowa sama sobie się zdaję.
Gdyby tak można było wyrwać niektóre strony ze swojego życia, wyrwać z serca i własnej niedobrej pamięci, spalić, spopielić, by nigdy więcej do nich nie wracać, nie wracać do związanych z nią strachu, przerażenia, bezsilności. Ale kiedy czytam fragment zapisów Józefa Czapskiego, który notuje: Niech się stanie wola Twoja, przyjąć, przyjąć, nie omijać, nie odwracać się od rzeczy przykrych i trudnych, przyjąć je do końca, nawet z radością, wchodzić w to, czego się boisz, a boisz się każdej decyzji, każdego złego spojrzenia - z przewrotnością, tylko kobietom ponoć przypisywaną, próbuję samej sobie powiedzieć, że dobrze może, że żadnych kartek wyrwać nie sposób. Jakkolwiek niechciane stanowią jakąś cząstką mnie samej, a jakże wyrwać kawałek siebie, który nerw należałoby usunąć jak fastrygę, wyrwać jak wenflon, choć boleśnie wbity, to przecież w przewrotny sposób mający w czymś dopomóc. Może w doprowadzeniu świeżego oddechu, takiego który przychodzi z czasem, z dystansem odmierzanym kolejnym życiodajnym zachłyśnięciem się sokiem z żywicznego drzewa.
I kiedy przeczytałam fragmenty, niewielkie bardzo, z dziennika Józefa Czapskiego, pomyślałam, że pewnie bywa i tak, iż niektórym udaje się „powyrywać strony” sprawiając, że samoistnie każda z nich staje się esencją, barwnym obrazem, zapamiętaniem, „wklejając się” w nasze własne widzenie i odczuwanie.Józef Czapski - malarzy, pisarz i eseista, przyjaciel Konstantego Jeleńskiego, powyrywał strony z własnego życia zostawiając je dla potomnych jako ślad swojej przynależności do świata, ślad własnej w niej, pięknie odrysowanej, obecności. Sam konstatując: A dziennik mój to jest pas ratunkowy, to jest dociskanie siebie do tej świadomości. Co znaczą te jęki - drukować, ani mowy, ale tylko tak możesz zachować działanie pasa ratunkowego i nawet uratować kartki, które muszą nabrać innej formy, może więcej wspomnieniowej - w każdym razie oczyszczonej z tego, co jest istotą i potrzebą, i treścią główną dziennika - mego pasa ratunkowego i moich dla siebie samego niespodzianek (…) Dziennik nie na pokaz pomyślany, ale jako kontrola oddechu dnia.Jak tu oddech, jednak, samemu kontrolować czytając to co iskrzy i olśniewa. Nie sposób, bo trzeba poddać się tej rytmice przyspieszonej, opartej nuż to na świadomym ruchu w malarstwie, toż znowu na pewnej dozie improwizacji jaka jest nieuniknionym elementem życia. Akceptacją tejże zmienności i różnorodności.
Wszak można swobodnie kojarzyć barwy, układać na płótnie i wprawnie przemieniać je w pełnokrwiste pejzaże zatrzymane w malarskim kadrze, ale pozostaje wciąż element zaskoczenia, będący nieobliczalnym efektem ubocznym, całkiem poza wszelką kontrolą, a dodającym blasku, pewnej świetlistości skoncentrowanej w małych fragmentach nagle stających się dla nas istotniejszymi od całego tła. Skupia się w nich soczewka naszego oka, nasze widzenie i dostrzeganie detalu. Te skrawki, „łachmanki”, wyrwane z kontekstu chwile, same stają się kontekstem swojej własnej, odrębnej całości.
Teraz już tylko czekam na przesyłkę, a stan ten wzmaga wypowiedź Konstantego Jeleńskiego, który o diariuszu swojego przyjaciela powiedział: Jedyny swego rodzaju dziennik i najwierniejszy autoportret. 
A na razie przyglądam się malutkiemu wydawnictwu zakupionemu na stoisku antykwarycznym w nowoczesnym budynku Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie zostały przeniesione nasze wykłady o malarstwie. Ta niewielka książeczka chowa w sobie wybór listów z osiemnastego wieku, wydanych przez Librairie Hachette, w zupełnie nieznanym mi roku, choć jej stan świadczy o wielu latach tułaczki. Pięknie szeleszczące doskonałą francuszczyzną, opatrzone wstępem Gustave'a Lanson'a, opieczętowane dwoma stemplami: Biblioteki uczniowskiej Gimnazjum im. T. Niklewskiego oraz Gimnazjum i Liceum Państwowego im. J. Słowackiego w Warszawie. W środku ślad czyjejś obecności, czy może obecności tychże listów w czyimś życiu, znacznie bliższym mi czasowo - fiszka z biblioteki na której ktoś odręcznie zanotował: z jednej strony - tytuł, nr wydania oraz wydawcę, zaś na drugiej - "Chiny. Halimarski Andrzej: Wojna o Konfucjusza. Polityka r. 1974 nr 9 s. 7."
W rozdziale o Stanisławie Auguście Poniatowskim wkładam gałązkę lawendy. Może kiedyś ten tomik listów trafi w czyjeś ręce, niech zatem będzie sentymentalnym, ździebko infantylnym, śladem i mojej bytności między kartkami  
Choix de Lettres du XVIIIe siecle.

Na moim rąbku świata


rzuć mnie w obłok panie
lecz nie czyń mnie kroplą deszczu
nie chcę wracać na ziemię (...)

Tymczasem...
Na moim rąbku świata.
Przypisanego tylko moim oczom, każda myśl stawała się ostatnio kroplą deszczu zrzucaną z nieba, jak być może zrzuca się niepokornego anioła, by wtopił się w ziemski świat przesiąknięty różnorodnością odczuć, barw i uniesień. By zasmakował cierpkiego smaku przyklejającego się przeźroczystą powłoką do powiek, i tego całkiem słodkiego, mijającego nazbyt pospiesznie z podniebienia, wraz z kolejnym przełknięciem ziarenka goryczy, który dokuczliwie potrafi utknąć w krtani na dłużej, odbierając wszelkiej słodkości każdemu kolejnemu łykowi wypijanemu z rozchylonego wciąż kielicha życia.
Na moim rąbku świata.
Obszytym ścisłym ściegiem ograniczeń, czasem wszystko potrafi się rozejść jak źle przyfastrygowany kawałek skóry, odsłaniając rdzeń własnego jestestwa, jak odstawać potrafi płat pokarbowanej kory starego drzewa, pozwalając wilgotnemu powietrzu przeniknąć do podskórnej strefy wrażliwości jego natury.
Na moim rąbku świata.
Nieidealnego, nie próbuję oddalić się od rzeczywistości, ale przygarnąć ją, otulić się choćby jej chłodem, wniknąć w wielowarstwowość wiatru przemierzającego przeróżne zakątki, by wciąż pozostać kroplą, jedną z wielu, nawleczoną na nieznanej długości żyłkę. Pozwolić sobie na wewnętrzne rozedrganie będące niezbitym dowodem niezaprzestanego odczuwania.
Na moim rąbku świata.
Po prostu padał deszcz.

Stan nadempiryczny

Mocną kawą o poranku próbowałam dzisiaj przedrzeć się przez gęstą pierzynę ciężkiego powietrza. Senność przychodzi ostatnio zbyt późno, świtkiem prawie, z pierwszym rozwidleniem, przemycaniem przygaszonej jeszcze światłości. Mocuję się zatem, w te noce ciemne, z nachodzącymi mnie przemyśleniami, które oplatają jak rozrzucone na poduszce kosmyki włosów, wreszcie żyjące własnym, nieco skręconym co prawda życiem, ale pełnym swobody, bez porannego "ulizania" i wymuszonego "ugrzecznienia", które odbiera im nieco z frywolnej swobody.
I tak myśli biegną to w rejony pamięci bardzo dawnej, to znowu chwytając się jak pnącza, całkiem niedawnych spraw. Popadam przez to w swoiste bytowanie z samą sobą, wymuszone nieco samotnictwo (za ten wyraz dziękując panu Adamowi Zagajewskiemu, bo przylgnęło sobie do mnie, przywarło, po prostu się wtopiło w ten mój byt osamotniony, moje nocne face to face z samą sobą).
Zatem, wracając do nocy bezsennych i obcowania jedynie ze sobą, nie byłoby to towarzystwo szczególnie atrakcyjne, gdyby nie towarzyszące temu stanowi refleksje, unoszące się jak gwiazdy nad moją głową, spadające na nią właściwie. A to odnosząc się do odłożonej niedawno książki, przeczytanego eseju czy wysłuchanej ot, choćby, suity A-dur Anonina Dvoraka. Wciąż tak samo pięknej, jak przed laty, nie tracącej nic na swojej wymowie, nie gubiąc nic z doskonałego dopasowania dźwięków, ich wzajemnego uzupełniania się tworzącego idealną jedność. Suita A-dur będąca, raz to, falami łagodności niesionymi delikatnym prądem Wełtawy, to znów wzbijając się dumnie strzelistymi wieżyczkami smukle wyglądającymi znad Katedry św. Wita. Piękno formy i treści, po prostu czysty, niezakłócony niczym zachwyt.
Te zachwyty to zresztą taka moja mocno zarysowana wada serca, która z medycznego punktu widzenia jest całkiem nieuleczalna, chociaż ostatnio w ogóle trochę jakby lekiem na receptę się stając, bo nie taka łatwa do zdobycia. Dlatego zapewne łapię je jak motyle w siatkę, przyglądam się, podziwiam, po czym pozwalam odfrunąć, by mogły nieść radość innym, samej wypatrując kolejnych.
A popadłam sobie ostatnio w taki zachwyt, ulegając mu, bez żadnego oporu, całkowicie. Bez zbędnej przesady to mówię, bo przesadą być nie może, kiedy wkracza się w poetycki, i nie tylko, świat postrzegany oczami Adama Zagajewskiego. Bo w „Lekkiej przesadzie” trudno by tejże przesady się dopatrywać, w jakiejkolwiek formie jej szukać, tak zgrabnie i z wyczuciem jest skonstruowana najnowsza książka Adama Zagajewskiego. Oś myśli wije się wokół wspomnień i refleksji, ale nie brakuje w niej odniesień muzycznych i zgłębiania się w przepastne rozdziały filozoficznych rozważań, z wielkim taktem, bez zbędnego nadmiaru, przywoływanych. Oczywistym jest też sięganie przez niego do poezji, i do prozy, także prozy życia, która wbrew pozorom prozaiczną się wcale nie jawi. I tak od nostalgii ukraińskich korzeni, przez współczesne szukanie sensu w drobiazgach i wielkich fascynacjach, idziemy razem. Jestem co prawda na początku tej drogi, ale już stopy wtopiły się w miękkość słowa, w ich melodyjność i harmonię. To trochę jakby rozważne stąpanie po wijących się po równinie ścieżkach, co rusz wyrywających nas ze stonowanego krajobrazu, by na moment rzucić nas na pagórki i wzniesienia pozwalające naszym stopom poczuć pewną odmianę, uwrażliwić się na nowy teren i jego różnorodność. Wszystko to jednak łączy się ze sobą, splata, tworzy urzekające zawiniątka myśli, które stają się zalążkami całkiem nowych, przychodzących w sposób naturalny, niewymuszony, jakby znaleziono je niby przypadkiem, ale bez których nie byłoby tak spójnej całości. Wręcz filozoficznego uzasadnienia dla swoistego przeznaczenia słów, które musiały się ze sobą spotkać, by razem dotrzeć do świadomości czytelnika w sposób tak szalenie obrazowy, pozwolić unieść swój umysł ponad własną rzeczywistość. Zresztą, jeśli o tym uniesieniu umysłu mowa:
Kiedy byłem studentem filozofii (raczej złym studentem), napisałem pracę o czymś, co nazwałem, jeśli dobrze pamiętam, "stanem nadempirycznym". Próbowałem, niezgrabnie, nie mając odpowiednich narzędzi intelektualnych, uchwycić to, co Schopenhauer - znowu, jeśli dobrze pamiętam - nazwał "lepszą świadomością". Schopenhauer miał na myśli chwile, kiedy umysł zdolny jest wznieść się ponad poziom zwykłego zmagania się z materią, z codziennością, i otworzyć się, przez moment, na idee, na piękno.
I nagle ciemność nocy została rozciętą, nagłą, pospieszną myślą, jak księżycowym ostrzem, jak połyskującym nożykiem do rozcinania kopert, bym mogła znaleźć w sobie pewne 'przypomnienie'. Zbiegłam szybko do biblioteczki na dole. Sięgnęłam po książkę, przysiadłam na schodach i spojrzałam. Mocno pożółkłe kartki, niejednolicie, bo na brzegach ozdobione intensywniejszym odcieniem naturalnej sepii. Tak też intensywnym zdało się przywołanie lektury sprzed lata bardzo wielu. Otóż, ta książka obudzona w środku nocy, to "Wybór tekstów filozoficznych dla szkoły średniej" zebranych przez Barbarę Markiewicz, wydanych w 1987 roku przez Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne.
W tejże zapomnianej od lat książce znalazłam zakładkę, zwykłą karteczkę wyciętą z papieru, na górze opatrzonej nazwiskiem Schopenhauer, napisanej przez mnie odręcznie, kolejnym, niedookreślonym jeszcze charakterem pisma. Zresztą zmienność mojego charakteru pisma rozciągnięta w czasie, przez długie lata edukacji, miała chyba coś wspólnego z poszukiwaniem własnego charaktery, własnej osobowości, bo też i długo jej też dookreślić nie byłam zdolna. I tak, raz pismo miałam pochyłe, z pewnym urozmaiceniem, bo raz bardziej przechylały się litery w lewo, to znowu bardziej w prawo, i zapewniam, że wtedy z pewnością nie miało to nic wspólnego z upodobaniami politycznymi, z całą pewnością nie. Chociaż raz to przemycałam "z" pisane w stylu rosyjskim, to znowu "r" zdecydowanie utrzymane w modzie francuskiej. Obie literowe przypadłości zostały mi do dzisiaj, sprawiając, że choć charakter noszony w sobie pokroju dość prostego, to ten pisany zbyt ozdobnym czasem się wydaje. Ale zdaje się, że tymi rozważaniami to bardziej zaczynam się przechylać się w stronę psychiatrii, albo też Freudowskich nieświadomie określanych procesów myślowych, zatem szybkie sprostowanie, jak czasem prostowałam stawiane grzecznie literki, bliżej mi jednak do filozoficznych rozważań. Wszak, to nie Freud została zaznaczony, ale na stronie dwieście osiemdziesiątej tkwiła wetknięta karteczka, w rozdziale poświęconym myślom Arthura Schopenhauera. W książce zaś nazwisk ponad sześćdziesiąt, filozofów i myślicieli, od Anaksymandera, przez Św. Augustyna, Spenglera z jego twierdzeniem, że cywilizacja to zmierzch kultury, po rzeczonego, i zaznaczonego, Artura Schopenhauera.
Cóż, bez przesady, ale uwielbiam takie zbieganie się myśli, takie kojarzenie zapętlone w czasie, mające źródło w dalekiej przeszłości, a powracające wraz z teraźniejszym przeżywaniem życia, dotykania zachwytów, czasami we mnie samych przygasłych. Jak twierdził Schopenhauer - świat jest zwierciadłem woli - mój świat jest zwierciadłem woli zmagania się z szarością dnia w imię przechwytywania chwil, kiedy umysł zdolny jest wznieść się ponad poziom zwykłego zmagania się z materią, z codziennością, i otworzyć się, przez moment, na idee, na piękno.Tak, jak mój otworzył się na piękno, bez jakiejkolwiek przesady to wyznaję, przenikające spomiędzy kartek "Lekkiej przesady" Adama Zagajewskiego, wprawiając mnie  w stan iście "ponadempiryczny".

                                                                          fragment z książki Adama Zagajewskiego Lekka przesada
                                                                                          Wydawnictwo a5, wydanie pierwsze, maj 2011

Polecany post

Tak czyta się tylko raz

Najbliższy jest mi jednak Wojtek Karpiński tym, że jak mało kto dzisiaj  zachował zdolność podziwu i przyswajania sobie tego,  co p...