piątek, 30 września 2011

Furtka Anny


Jej wiersze są, dla mnie, jak drzeworty Durera. Wypukłe, wyryte fragmenty światów, które przywołują pamięć, odmalowują jej przyblakłe barwy odbijające się w intensywnych barwach rzeczywistości. To jakby dotykać wypukłości każdej litery, każdego akapitu ustępującego kolejnemu równie pięknie wypełnionemu wrażliwością spostrzegania. Gdzie końcówka pióra jak ostrze rylca precyzyjnie rzeźbi w twardej materii, by dostać się do miąższu życia, jego najdelikatniejszej warstwy. Gdzie każdy wiersz staje się dzwonkiem u drewnianej furtki prowadzącej do świata jej poezji.
 
Dom darowany, strych nieopalany,

stłuczone szyby w piwnicznych okienkach,

który jak duchy przechodzą przez strefy

zdeptanej trawy, ktoś tu kogoś ukrył.

A pewnej nocy wyrywano drzwi z futryn,

poszła pogłoska, ten ktoś był na liście,

rozpalono ognisko, opadały liście,

wiatr wyrzucał papiery z szuflad i kuferków.

Cofam samochód, we wstecznym lusterku

czas też się cofa. Dziecko do ogrodu

otwiera furtkę. W małej dłoni konik,

krzywo strugany, drewniany. Czerwony

płaszcz zarzucony na ramiona matki

spada na ziemię kiedy pochylona

wyciąga z ognia kartki i gałęzie.

Dziewczynka zmyka, boi się, nie będzie

dzisiaj zabawy. Kobieta kołacze

starą kołatką w furtkę, mała płacze,

skręcam, za rogiem znajoma mleczarnia,

butelki z mlekiem, biało-żółte kapsle,

pies przy śmietniku jak świat opuszczony,

świat – pies samotny, błąd niedopuszczony,

piorun uderza w metalowy dzwonek.

Anna Piwkowska, wiersz Furtka
Milanówek, 2011
115 Zeszyty Literackie, jesień 2011

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz