Zamknięci w pudełkach czasu

Zamknięci w pudełkach czasu. Za życia czekamy zagłady u schyłku każdego dnia. Nadziei nowego początku u zarania poranka. W cieniu jutrzenki wyczekując uchylonych oczu szparką czystego spojrzenia dostrzegając źródło mogącej nadejść radości, gdzie w zagłębieniu dłoni wyrastają skrzydła z poczwarki zaciśniętych wzruszeń.
Obserwujemy rozwijający się dzień. Cienki papirus znaków czytanych od nowa w labiryncie kreślonych pojęć i znaczeń stający się z czasem korą obrastającą ciało drzewa jak ciało człowieka spowite jest warstwą skóry zmieniającej swą fakturę wraz z uchodzącym ostatnim tchnieniem czasu. Kliszy zapisującej proces zamierania w krótkich klatkach zniewalających przyzwyczajeń i nieuniknionych rozstań znikających za czarno-białym widnokręgiem oddzielającym ciągłość życia od ciągłości śmierci.
Bez myśli. W milczeniu. Szamoczemy się by ruchem marionetki otworzyć pudełko czasu chwytając w dłonie tchnienie życia. Nitki ulotności istnienia nawijając ściśle na drewnianą szpulkę od starej maszyny do szycia łączącej kawałki istnień utrwalonych włóknami nieprzerwanych nerwów i wygasłych uczuć. Obracając w palcach paciorki wygasłych modlitw licząc, że wrócą niczym echo kościelnego dzwonu. Mantra wypowiadanych nocą życzeń nim w progu stanie Aurora. 





Podwojeni

Nie było go tyle czasu, że najpierw nie wiedziałem
Kto jest, na gęstym bulwarze, w połowie
Nocy, ale jego spojrzenie rozpoznałbym nawet
W piekle. To on mnie rozpoznał; ja tylko spojrzenie.
(...)
Maciej Niemiec, wiersz Spotkanie 
(fragment)

Spotkałam go po raz pierwszy w wąskości przedziału sunącego, w sznureczku innych, do Krakowa. Wagoników drążących tunel w ciemności, o której pisał Maciej Niemiec, że można w niej udawać, że niczego nie ma. W drganiach przepalającej się powoli jarzeniówki chowając wzrok pomiędzy kartkami, stanęłam przy „roboczym stole”. Znacznie później dreptałam tuż za nim w małej salce na spotkaniu z jednym z bohaterów jego książki. 
Zbierałam moje drobne przebicia. Migawki, by spotykać go ponownie. W roziskrzonych promieniach słońca przebijającego się przez ciężki materiał zasłon odsłaniających przenikające się kadry uchwyconych fragmentarycznie zdarzeń. W ozłoconych słońcem splotach nitek tworzących miękką tkaninę zestawień literackich duetów, wzajemnych inspiracji i podobnych dążeń. Ożywionych postaci odbijających się w źrenicach autora. W lustrach twarzy zbliżających się ku sobie i odzwierciedlających wzajemnie wizje. W „Przebiciach” rysując wspólny mianownik dla pisanego słowa, zdolności kreowania świata w giętkości liter i umiejętności zatrzymania ich na papierze w gramaturze chwytanych znaków.

Pisze trochę tak jak mówi, długo obracając w ustach słowa aż do wyakcentowania najgłębszych sensów. Zdania niemiłosiernie złożone lubi przetykać krótkimi, trafiającymi w sedno. Wszystkiemu przyświeca idea, żeby uczynić język pisany wiernym odbiciem żywego głosu.

Każda kartka wydaje się cienką warstwą kalki. Odbiciem dostrzeżonych skojarzeń i powiązań zapętlających się wokół łączących się ścieżek i krzyżujących dróg literackiej i twórczej przynależności. Przebijających na drugą stronę istnienia w słowie, umiejętności odczytywania z ruchów warg wypowiadanych idei i sporów o istnienie świata. Łącząc epoki, zacieśniając czas i zbliżając do siebie odległe bieguny. Spotkania twarzą w twarz. Dotykając dłoni, białych kości, bladości policzków i pobladłych warg. W życiu i śmierci poety. W nierozwiązanych zagadkach przywracając wyrazistość mowie, gubiąc zbędne gesty, odczytując pozostawione symbole i wypełniając luki pamięci.

Wiele z zamieszczonych w tej książce szkiców wzięło się z jednego, prześladującego mnie obrazu. Dwudziestoośmioletni, słaby, delikatny, nieznający języka, przyjechał na stypendium do Polski w sierpniu 1939 roku. Nie mogłem opędzić się od widoku mężczyzny zagubionego na paryskim dworcu. Jak się do niego przebić? Przedostać się naprawdę do tamtych minut, dźwięków, ruchów, oczekiwania i nadziei, wejść w tamto powietrze, przeniknąć do jego głowy. Dotknąć. Istniej między nami ściana - słowa, symbole, konwencje, idee, papier, czas. Po drugiej stronie najprawdopodobniej nic nie ma. A jednak literatura - i jest to być może ostatnia właściwość decydująca o jej wyjątkowości - drąży w tej ścianie tunel. Wyznacza drogi okrężne. Atakuje i odsłania znienacka, od niespodziewanej strony.  

"Przebicia" Michała Szymańskiego drążą tunel przechodząc na drugą stronę słowa, które autor podwaja znaczeniem i rytmicznym dźwiękiem harmonii, gdzie pochwycony czas jest sposobem istnienia. Spotkaniem.

Michał Szymański "Przebicia"
wyd. Zeszyty Literackie, Warszawa 2015



Florenckie skórzane pudełko


Jestem człowiekiem: krótko żyję
i niezmierzona jest noc.
Spoglądam w górę:
gwiazdy piszą.
Nie rozumiejąc, pojmuję:
ja też jestem pisany
i w tej właśnie chwili
ktoś mnie sylabizuje.

Octavio Paz "Braterstwo" 
tłum. Krystyna Rodowska

W niepewnych jeszcze promieniach słońca pojawiło się spojrzenie na nieznajomą twarz, samotny fotel i filiżankę angielskiej herbaty, szklankę whisky tomik wierszy Jarosława Iwaszkiewicza. Obraz składający się z wielości warstw w ciemnych ścianach niewielkiego pokoju pełnego książek i wybrzmiewających donośnie słów. Płótno przesiąknięte różnorodną intensywnością tonów, odmiennymi barwami i pozrywanymi włóknami nerwów oderwanych od korzeni. Istnienie poskładane ze spotów zdarzeń. Kilku szkiców. Szelestu czytanych ponownie listów.

Jeszcze jeden dokument stał u początku moich poszukiwań twarzy Henryka. Jest to list bez nagłówka bez daty, bez podpisu. Tekst bardzo literacki, ale dotyczący spraw podstawowych, zerwania przez Henryka z jego dawną biografią, przyznania sobie prawa do wyboru rodowodu i budowania własnego życiorysu.


Pudełko w pudełku. Florenckie. Skórzane. Wypełnione zapachem tytoniu owiniętego w białe bibuły. Otwierane z zaciekawieniem, stworzone skrupulatnie z niedopowiedzeń, zbieranych dokumentów, starych fotografii i zapisków. Portret układany niczym misterna mozaika nie zawsze pasujących do siebie fragmentów szlachetnych kamieni i zwykłych, przydrożnych kamyków. Droga, wijąca się od Stanisławowa, przez Riazań, Rzym i Mediolan, Warszawę, aż po wrośnięcie w ziemię Opactwa Bernedyktynów w Tyńcu.
Może teraz w cieniu klasztornego muru, patrząc ze skalistego wzniesienia, łatwiej dostrzec mu będzie prawdziwego siebie. Ukrywanego pod kolejnymi nazwiskami, wyschniętymi warstwami atramentu przykrywającego zmieniające się rysy tej samej twarzy trudnej do uchwycenia. Twarzy z efektem "braku umiejscowienia", różnych jej odmian nachodzących na siebie jak w kalejdoskopie kolorowych szkiełek, z których każda jest intrygującą w swojej odrębności, a przenikając się pozostają w charakterystycznej spójności grymasów tworząc obraz postaci nietuzinkowej i frapującej. Człowieka poruszającego się na granicy stwarzania siebie.

Zastanawiałem się nieraz nad tym, co jest gorszym wyborem moralnym - czy kontynuowanie swojej dawnej egzystencji, czy też rozpoczęcie życia na nowo, nawet za cenę stworzenia sobie mitologii zawsze nieszczelnej, zawsze wystawionej na niespodziewane dziurawienie. Wybrałem drugi wariant, i nie chciałbym go bronić. Po prostu wydaje mi się bardziej ludzki i uczciwy. Tamtą egzystencję można kontynuować uczciwie, jedynie odciąwszy się od świata, każdy inny sposób jest albo kompromisem, albo bezmyślnością.

Wojciech Karpiński podejmuje wyzwanie odtworzenia kolejnych twarzy Henryka Krzeczkowskiego patrząc na nie z taką samą ciekawością jak patrzy na bliskie mu obrazy w muzeach, z umiejętnością dostrzegania istotnych detali, odmiennych technik i sposobów nakładania farb, załamań światła odbijającego się w jego własnych źrenicach. Dzięki swojej zdolności dostrzegania mądrości w oczach człowieka odwróconego od swojej przeszłości, w podszewce przywdziewanych masek, znajduje głębszy sens jego istnienia. Duchowe przemiany niepozbawione licznych wątpliwości.
Patrzy świadomie, a jego wzrok wydaje się wciąż nienasyconym, skrupulatnie wyszukującym kolejne poszlaki, odczytującym kartki z dziennika, odnajdującym zapomniane adresy i numery telefonów. Układa historię życia od początku. Szkicuje kontury i nadaje blasku pobladłej twarzy człowieka imieniem Szilo. Człowieka z zatartą przeszłością, który tak silnie zaistniał w jego własnym życiu, bo jak przyznaje sam autor: Było mi to potrzebne do wewnętrznych rachunków z samym sobą.
Spłaty długu. Zachowania dla kolejnych pokoleń. Trudno zatem nie poddać się przenikliwej wędrówce przez kolejne etapy życia Henryka podejmującego próby odbicia się od szarzyzny powojennej Polski, w jej politycznym i historycznym tle, niczym od trampoliny pozwalającej oderwać stopy od otaczającej go przeciętności. Przyglądamy się z bliska wyborom Hermana Gernera / Henryka Meysztowicza / Henryka Krzeczkowskiego. Obieranym przez niego trudom budowania siebie. Ciągłej pracy u podstaw. Pracy nad sobą, swoją pozycją, swoim (za)istnieniem. Pewnej stałej zmienności. Płynnej, konsekwentnej jak rzeka czasu owijająca proces kreowania siebie za kolejną kurtyną niekończącego się aktu rodzenia na nowo. Monodramu jednego aktora. Intrygującego, wymyślonego, jak i boleśnie prawdziwego. W całej swojej szlachetności nigdy przeciwko komuś, ale w nieustannych próbach zapisania prawa do własnej wolności i dokonywanych wyborów. Własnoręcznie pisanego scenariusza na życie.
Paryż. Warszawa. Berlin. Tel Awiw. Wojciech Karpiński kreśli miejsca poszukiwań świadków przeszłości Henryka. Zatacza kręgi na mapie świata, zapisuje kolejne nazwy ulic, numery domów, daty i nazwiska, podpisuje zdjęcia i rozpoznaje twarze uchwycone w czarno-białych kadrach. Precyzyjnie składa rozsypane przez czas kawałki porzuconej tożsamości. Chwyta dawne głosy na zakręcie ulic.
W szczególny sposób zdaje się życie Henryka Krzeczkowskiego spójnym z życiem Ireny Conti, opisanej w książce Remigiusza Grzeli "Wybory Ireny". Poetki, dziewczyny walczącej Warszawy, która po wojnie przeobraża się, zmienia tożsamości, zaciera swoją przeszłość razem z jej własną pamięcią o ludziach pozostawionych za murem getta, za zgliszczami wojny, niechcianymi wspomnieniami. W zapomnieniu swojego żydowskiego pochodzenia. Zmieniający się wraz ze zmieniającym światem.
Oboje podejmują podobne decyzje. Oboje istnieją dzięki melodii własnych słów. W poezji. W namiętnych dysputach i monologach. Irena w ogólnym rozrachunku ponosząc osobistą porażkę. Umierając z dala od siebie. Szilo wychodząc zwycięsko choć nie pozbawiony ran. W każdym ze swoich wizerunków. W doświadczeniu przeprowadzek od siebie do siebie. Intensywności myślenia będącego iskrą autentycznego istnienia.
"Henryk". Kolejna twarz. Kolejna rozmowa Wojciecha Karpińskiego z Henrykiem. Może ostatnia. Książka pozbawiająca nocy snu. Intensywna i emocjonalna. Osobista, jak każda autora "Twarzy". Blisko skóry. Sprawiająca, że w uchylonej szafie rozkwitają kwiaty na letnich sukienkach, a iście londyńskie mgły osiadają w ogrodzie zwiewną lekkością zachwytu na dźwięk jego słów, niemal jak w piosence Gershwina, potrafiących odebrać urok samemu British Museum.
Trzeszczy stara płyta, gwiżdże czajnik z wodą, fusy czarnej angielskiej herbaty szamotają się w szklanym ciele szklanki  nabierając wyrazistości i wypełniając zapachem wnętrze małego pokoiku na Czackiego, wypełniając aromatem florenckie skórzane pudełko.
Octavio Paz powiedział, że "przeszłość jest czasem, który powraca". Zamykam powieki. W krześle rozsiada się cień sylwetki w idealnie skrojonej marynarce z białym goździkiem w butonierce.

Cóż, spotkanie z Henrykiem jest dla mnie przygodą, która zapewne nigdy się nie skończy. Wdzięczny jestem za rozmowy w pokoju na Czackiego, za lata spędzone nad pozostałymi po nim świadectwami. Dzięki wysiłkowi pamięci i wyobraźni pełniej rozumiem jego opisy pracy nad sobą, budowy siebie, wątpliwości co do sensu prowadzenia zapisków oraz niemożności ich przerwania (...)
Powracam do wybranych fragmentów, które nabierają głębszej wymowy. Odkrywam w nich kolejne szkice do jego autoportretu żywego, bo wciąż się mieniącego nowymi znaczeniami.


"Henryk" Wojciech Karpiński
wyd. Zeszyty Literackie, 2016



Znalezione. Tekturowe morze.

Przyklejony do ścianek szklanej butelki jak kalkomania rozbielonych barw. Zanurzony w ostatniej kropli porannego mleka. Obraz rysowany piaskiem. Przypływem niespokojnej fali znad ciemnego klifu pochylonego w codziennym trudzie zbierania ziarna do ziarna. W mozolnym procesie układania mozaiki najdrobniejszych drgnień rozbijających się wraz z przypływem księżycowego blasku zahaczającego czubkiem o rozciągnięty ponad taflą wody grafit. Przeglądający się w czujnym oku latarni morskiej.
Spirala obrazu. Muszli zanurzonej cichym szumem w nadmorskich fałdach odpływającego horyzontu. Tchnieniu spokojnej ziemi obejmującej ramionami kołyszące się statki, rybackie sieci łowiące ostatnie promienie zachodzącego słońca w źrenicach wąskich oczek. 
Krajobraz bez drzew. Płaska łyżeczka trzcinowego cukru rozsypana między pękatymi policzkami gładkich wydm. Tekturowe morze. Drewniana plaża.

Obraz "Plaża" Agnieszka Rokicka

Zrodzony z oddechu zachwytu

"Urodziłem się w małej cukrowni, położonej pośrodku żyznej równiny"
20 lutego 1894 roku
Jarosław Iwaszkiewicz


Zrodziłeś się z pierwszego oddechu zachwytu.
Rysując przez kartki dzienników. Utwierdzając prawdę słów.
Pielęgnowany w cieniu rozłożystego drzewa życia.
Słodki jak letnie poziomki rozgniecione wargami.
Gorzki jak smak straconego pokolenia.
Wielka pieczarka wyrosła na przełomie epok.
W zbyt małej doniczce przydomowego ogrodu.
Przyszedłeś.
Gładkością zimnego policzka w murach sandomierskiego zamku.
W kartce do Wiesia z Watykanu.
Twoje umęczone serce ujęłam w swoich dłoniach.



na cienkich nitkach

papierowe ściany japońskich domów i przenikające się cienie
drobne figurki z chińskiej porcelany
błękitne freski na talerzykach
dywan nadmorskiej bryzy i kotwice w pustych oknach
świeczki zanurzone w łyżeczkach i filiżanki tulipanów
wypalona żarówka
zgaszony papieros
garść tęsknot zamknięta między palcami
ktoś rozwiesił kryształki łez na cienkich nitkach
może wyschną do jutra


Wygnańcze dusze

Zasnuwa okno resztkami postrzępionego dnia. Potyka się o spróchniałą deskę w podłodze. Własne progi wydają się zbyt wysokie. Łebki gwoździ niczym zdumione oczy spoglądają w zamknięte wieko kurczącej się przestrzeni. Szpilki w grubej skórze znieczulenia. Z parasola podwieszonego pod niewzruszonym niebem wysypują się przepalone żarniki wspomnień. W drzwiach, przytrzaśnięty dzień nie umie dostrzec jutra. Każdy krok jest walką o siebie. Wolę życia. 
Zbyt ciasno. Przejmująco chłodno w wąskich ścianach samotnej codzienności. Pobladłe wargi szukają brzegu zapomnienia. Wtula się w krótką myśl o utraconej bliskości. Ogrzewa chłód nieobecności skostniałymi dłońmi na kostkach palców licząc skrzydła umarłych motyli. Jego oddech zasypia ciężko na dnie nocy rozścielonej na pergaminie jego rąk. Sny drepczą własnymi drogami znikając za rogiem uśpionej jaźni. Stare baletki tańczą niczym marionetki w takt jego westchnień i drgań powiek zawieszonych na grubych szczeblach rzęs opadających niczym teatralna kotara po skończonym spektaklu banalności. 
Lepkość nocy wślizguje się między kosmyki jego białych włosów. Wygnańcza dusza drepcze po pustynnych piaskach Negewu. Szuka imion w rozrzuconych ziarenkach. Oczy nie widzą kresu tułaczki życia osiadłego między odległymi tęsknotami. Kalekie dźwięki niewysłuchanych próśb kulejąc idą po pestkach goryczy jednym gestem strącając nadzieję spokojnego przebudzenia.
Wypalające się świeczki tkwią w wygiętych rondach kapeluszy. W kieszeniach chałatów. Na opustoszałych stołach i w zamkniętych oknach. W wazonach niczym płonące żółtymi tonami tarcze słoneczników. Wygnańcze dusze siadają na niskich taboretach. Blisko ziemi. Pod spróchniałymi deskami skrzypiącej podłogi.

W naparstku słów

Wiosna domagała się opisu.
My jednak w żaden sposób nie potrafiliśmy temu sprostać. 
Byłoby to pewnie możliwe jesienią, pewnie jeszcze burą zimą, 
ale teraz, gdy potrzebowała naszych stwórczych słów - te wypaliły się do cna.
(...)
Musieliśmy stworzyć w miejsce zhańbionych zupełnie nowe słowa, cały język, który zdoła sprostać polorowi tak ambitnej pory roku. Na razie - jak zepchnięci przez orkan na początek ewolucji - mogliśmy co najwyżej wydukować nazwy pojedynczych przedmiotów, określenia ich kształtów, kolorów, i próbować złożyć z nich pierwsze niezgrabne zdania.

Świat gęstniał od śnieżnego puchu, budzących się oddechów i coraz szczelniej wypełniającego każdy zakamarek szumu. Ciężkich kroków, wełnianych skarpet i rękawiczek szukających śladów skostniałych od mrozu palców. Tymczasem dłonie zanurzone się w codziennych powinnościach fastrygowały chronologię zdarzeń z kawałkami odmiennych nastrojów wiszących nad głową ciemno-mlecznymi obłokami wyglądającymi niczym pierzyna wywieszona na balustradzie balkonu po ciężkiej nocy. Blade oblicze zimy pojawiało się w oknach jak śnieżnobiałe zasłony przysłaniając odmienność zielonych, choinkowych igieł sczepiających ze sobą skraj nieba i ziemi tworząc napęczniały balon, który pękał pod głośniejszym trzepotem skrzydeł jemiołuszki rozsypując po ziemi ziarenka lodowych kryształków niczym biały żwir wytyczający nową drogę.
Odcinam się od stanu rzeczy zwykłych.

W ten sposób weszliśmy w dobrze znany tunel zielonych dni, którym chcieliśmy się przebić podstępnie na drugą stronę zimy.

Wchodzę w świat magii i niezmiennych rytuałów. Z naparstka słów o smaku dojrzałych orzechów i soczystych gruszy spijam smakowitość nieznanych doznań, dostrzegam obrazy miejsc na wzgórkach porośniętych lipami i warstwę zmysłowego drżenia zmieniających się barw pod kapeluszami grzybów pachnących mchem. Chwytam łunę jutrzenki w zagłębieniach światła, załamaniach dymów owijających kominy, nakreślonych czarnym tuszem, gospodarstw tuziemców. W zaściankach Diariusza Słonecznych Dni, w dniach kreślonych kolorami zroszonych traw i półotwartych oczach świętych z obrazków, przemierzam kolejne księgi tajemnicy przyglądając się kotom, które zaczęły się myć w baliach pełnych ciepłej deszczówki.
Skłamałabym, mówiąc, że nie próbuję oswoić oryginalności każdego wyrażenia, poddać narracji każdego akapitu przesiąkniętego zamarzającą mgłą sunącą znad tajemniczego Podkrzywdzia. Niełatwo to ująć.

Opis tego czasu sprawia mi największą trudność. Niebieskie dni marszczyły się jak płótno w zgniłej ramie, słowa, jak liście na górskiej rzece, które zaraz runą w kataraktę, niknęły, zanim zdołaliśmy schwytać je myślami. Z tymi było najgorzej. Przypominały półstężałe formy, które mając jeszcze szansę przybrać szlachetne kształty, układają się w bezforemny gips.


Staję się niema od zachwytu nieruchomiejąc w cichości pajęczych nitek rozciągniętych w zakamarku starej komody, niczym pochwycona w nie mucha. Nie szarpię się. Nie próbuję z nich wydostać. Obserwuję nieruchomo przygarbione plecy dziadka odbijające swój, coraz bardziej pochylony kształt, w zmieniających się porach roku. W niezmiennej drodze do lasu. Słyszę jego głos w rytmie przekazywanych legend. Niewymówionym pacierzu. Pradawnych obrzędach. Czuję w trudnym do poskromienia smaku bimbru i zapachu ziół zbieranych na pobliskich łąkach. Stworzony do troski o pamięć. W prozie soczystej, gęstej i poetyckiej. Plastycznej i giętkiej. 
"Podkrzywdzie" Andrzeja Muszyńskiego uwodzące i kuszące finezją słów, detalem obrazów, płócien przesiąkniętych tradycjami, obserwacją natury i zmieniającego się świata. W tęsknocie za niezmiennością piaszczystych ścieżek, czystością nurtu Wody, prawa do prostoty życia i zaistnienia Słowa.

Od chwili gdy zobaczyłem ją pierwszy raz, stała się dla mnie jak wspomnienie jedynego takiego snu, na którego powrót liczymy każdego wieczora.

Taką jest dla mnie książka Andrzeja Muszyńskiego. Wspomnieniem jednego takiego snu.

Andrzej Muszyński "Podkrzywdzie"
wyd. Wydawnictwo Literackie, 2015



Ostatni akapit

Świt wyślizgnął się spod kołdry cierpkich wskrzeszeń przyprószonych popiołem ciemnej nocy. Miniony czas zdaje się pozostawać jedynie smugą po wypalonej paczce Gauloises'ów. Garstką wygasłych pragnień, gdzie zima próbuje odświętnie nakryć stół w ogrodzie. Niepewnie stawiane stopy próbują ogrzać się w wełnianych skarpetach. Sweter oversize opada z niewzruszonych ramion wyciągniętych, by sięgnąć po wydziergany chłodem poranek osiadający warstwą mlecznej mgły na dnie starego kalendarza. Na podniebieniu przebudzonej świadomości pozostaje smak trudnej do zagłuszenia ciszy wypełniającej pokój pogłosem cudzych myśli zawieszonych przetartymi zdobieniami niczym nitki posiwiałej włóczki na zeszłorocznej choince. Wskazówki zegara składają się jak dłonie w geście modlitwy. Niczym nożyce przecinające sznurki łączące niepodobne sobie bieguny świata, gdzie zbyt ciasno na wsunięcie choćby cienkiej warstwy pergaminu przesiąkniętego wyblakłymi prośbami. 
Tik-tak. Kropka. Okruch zamilknięcia rozbija się na granicy słowa.
Ostatni akapit zawisł na rąbku bladego księżyca.
Znowu przyjdzie zaczynać od nowa. Formować kolejny dzień, niczym garncarz, który w nieustającej pracy dłoni kształtuje za każdym razem nowe dzieło swego życia. Misternie i mozolnie. Płynnym ruchem nadając wyszukaną formę przyzwyczajeń. Przekształcając spostrzeganą rzeczywistość. Obracając mijające chwile wokół palców próbujących na czas uchwycić najdrobniejsze uchybienie. Drżenie niepewności. W wiecznym dążeniu do perfekcji zdobionych ornamentów, kolorów i przenikających się tonów w szarości codziennych rytuałów. W przedsionku kolejnego roku szykując paletę barw i nastrojów mających napełnić puste naczynie na garncarskim kole. 
Tik-tak. Kropka. Okruch zamilknięcia rozbija się na granicy słowa.
Ostatni akapit zawisł na rąbku bladego księżyca.
Czekam na nowy świt, nowy rozdział. Nową podróż. Tego i Wam z całego serca życzę.



W muszelce ślimaka

Czasu na ukrycie się w muszelce ślimaka. 
Wtulenia w ciszę i usłyszenia prostoty słów wymawianych szeptem.
Dostrzeżenia przygarbionej sylwetki usuwającego się w cień czasu.
Odnalezienia klucza do świąt Bożego Narodzenia.
Zanurzenia w zwolnionym tempie codzienności.
Nadziei na nowe dni.
Jasności niosącej pojednanie.
Piękna najzwyklejszego zachwytu.


Odważniki na szali świata

Za oknem gęsty welon mgły, sunący za mną znad krakowskich wieżyczek kościelnych i spadzistych dachów kamienic, otula ledwo widoczne zarysy wiejskich domostw i sylwetki parasoli czekających na krople deszczu w cienistych przedsionkach jesieni. Nieliczne domy, rozsypane niczym drewniane klocki, stoją porzucone w stanie sennego znudzenia. Pociąg wjeżdża w ten odległy spokój, niczym z płócien Chełmońskiego, ku zadziwieniu chłopca obserwującego delikatne drżenie szklanki z ciepłym mlekiem na starym piecu kaflowym. Ten rytualny obrzęd wpisał się na zawsze w codzienne życie wiosek oknami spoglądających na uciekające cząstki rzeczywistości spakowanej w wagoniki innego tempa. Na moment zrywającego nitki babiego lata, rozpraszającego gromadkę wróbli wpatrzonych w okruszki chleba niczym kartę najwyśmienitszych dań francuskiej kuchni i drażniącego parę kundli na zbyt krótkich łapach. Ich własne, cykliczne trzęsienia ziemi, po których wraca harmonia wyciszenia rozwieszając się na sznurkach ludzkich przyzwyczajeń, przysiadając na oszronionych o poranku ławeczkach opustoszałych stacji, których nazw już nikt nie pamięta.
Wśród głosów przerywanych rozmów, brzęku przejeżdżającego wózka z napojami, płaczu zmęczonego podróżą dziecka próbuję usłyszeć stukanie maszyny do pisania ukrytej pod ziemią. Carmen Bugan. Przywołuje w magiczny sposób prastare obrzędy i ciche modlitwy. Zatrzymuje obrazy przepełniające dzieciństwo spędzane na rumuńskiej prowincji, smakujące mamałygą z pieczonym kurczakiem, orzechami włoskimi i fioletowo-śliwkowymi winogronami. Pachnące domowym chlebem, wilgocią piaskowego wiatru w drobnych muszelkach przywożonych znad morza i łąkami biało-żółtego rumianku. Każdy dzień zdaje się jak ziarna fasoli, które upadając dotykają bawełnianych woreczków, miękkich niczym opiekuńcze dłonie bunicy. W poczuciu bezgranicznego bezpieczeństwa. Dopóki nie przyjdzie jej nakarmić głodnego.

Mam sześć lat i nigdy tego nie zapomnę. Bunica mówi mi, że gdy umrze, a ja będę chciała poczuć się blisko niej, powinnam zapalić świeczkę, po czym kupić świeży obwarzanek i dać komuś, kto jest głodny. W ten sposób ona zje obwarzanek w niebie i podziękuje mi w moich snach, a ktoś głodny się naje. Przysięgam, że tak uczynię, jeśli faktycznie umrze, ale robię poprawkę: jej ulubioną potrawą są krojone w plasterki ziemniaki smażone w oleju słonecznikowym i podawane z miażdżonym czosnkiem w odrobinie wody i z zieloną pietruszką. Mówię jej więc, że jeśli chodzi o mnie, nie mam nic do obwarzanków, ale postaram się, żeby w niebie dostała także swoje ziemniaki. Całuje mnie, a jej łza spada na mój policzek.

Carmen chwyta kawałki swojej ojczyzny. Tej osobistej, spoglądającej na nią jak ikony ze świętym Jerzym na ścianach jej rodzinnego domu i tej, której przyjdzie zmagać się w zetknięciu z wahaniami wkradającymi się pod ciężarem odważników stawianych na szali świata przez szalonego przywódcę. Po latach spisuje świadectwa zmieniającego się porządku codzienności, niepewności wkraczającej w progi mikrokosmosu jej pragnień, oczami dziecka śledząc losy swojej rodziny walczącej z dyktaturą Ceausescu. Poznaje smak głodu i strachu dni pachnących naftaliną. Widzi brutalność Securitate demolującego jej dotychczasowe życie, z równą łatwością jak niszczyli domową biblioteczkę pełną książek, wywracali dywany na drugą stronę, miażdżyli lutnie i mandoliny, przestawiali meble i plombowali pokoje wyznaczając granicę poruszania się po ich własnym kawałku ojczystej ziemi.
Przychodzi czas zmian. Zmienia się bowiem, nie tylko wieś. Zmieniają się ludzie. Kiedyś bliscy sobie sąsiedzi, teraz przeniknięci zastraszeniem donosiciele. Niezmienne pozostają tylko przekonania ojca Carmen, sprzedawcy w sklepie spożywczym, wierzącego, że warto zawalczyć o lepszą przyszłość swoich dzieci, choćby jego bronią miała być jedynie maszyna do pisania. Zakopywana wraz z nadejściem świtu, by nie dostrzegły ich wścibskie spojrzenia sąsiadów. Nim odnajdą dom na obcym kawałku ziemi.

Jest sierpień 2011 roku. Zamykam koperty z ich hasłem i smutkami. Mój mąż, mój syn i ja rozgościliśmy się nad brzegiem jeziora Annecy we Francji, wykradając ostatni tydzień wakacji przed urodzeniem się naszego drugiego dziecka. Dziecko w moim sercu bawi się z klaczą Stelutą w magicznym ogrodzie, gdzie na pniu gniazduje bocian. Bunica pieli swoje nagietki, bunicu naprawia gołębnik, a Loredana drażni się z indykiem. Za kilka lat urodzi się Catalin. Czas znów rusza.

Wysiadam z pociągu. Mroźne powietrze wdziera się w zmęczone podróżą oczy. Skostniałe od zimnego powietrza dłonie zaciskają się na okładce przypadkowego spotkania. Parę godziny wcześniej, przed półką z książkami w pomijanym przeze mnie dziale reportaży, błądzę niezdecydowanym wzrokiem po obcych mi tytułach. Decyduje przypadek. Wygląd okładki. Kilka zachęcających zgrabnie zdań recenzji: "Wyjątkowy dziennik [...], zaskakująco ciepły, spostrzegawczy i głęboko ludzi".
"Zakopać maszynę do pisania. Dzieciństwo pod okiem Securitate". Uwodząca. Poetycka. Jedna z moich najpiękniejszych niespodzianek literackich tego roku, autorstwa Carmen Bugan. Rumunia od dzisiaj ma dla mnie jej twarz.

"Zakopać maszynę do pisania. 
Dzieciństwo pod okiem Securitate" Carmen Bugan
wyd. Czarne, Wołowiec 2015



I tylko czasem

"Każdemu kiedyś" Wisława Szymborska
z tomiku wierszy "Wystarczy"
Wydawnictwo A5
Każdemu kiedyś ktoś bliski umiera,
między być albo nie być
zmuszony wybrać to drugie (...)


I tylko czasem
drobna uprzejmość z jej strony -
naszych bliskich umarłych
wrzuca nam do snu.

I tylko czasem. Przeciągam się leniwie chwytając palcami kruchych, o tej porze roku, promieni słońca z nadzieją oderwania stóp od ziemi. Poczucia lekkiej nieważkości. W nie przynależności do czegokolwiek. Własnych wspomnień. Nieoswojonej wciąż nieobecności liczonej na placach kroplami porannej rosy. 
Przedmiotami zamieszkującymi nieistniejące już pokoje i wytartymi szyldami ulic z przynależnych im niegdyś nazw. Miasteczkami nagrobków rozsianych w odległych zakątkach wąskich alejek. Kartkami listu pisanego od lat, w szczelinie między kamiennymi płytami, gdzie nie dochodzą słońca pamięci idącej śladem bezimiennego posłańca czekającego w podszewce zamkniętych powiek. Zakładkach snów naciągniętych nitkami pajęczyny na grudkę ziemi.


Linearność myśli

Żeby namalować właściwy portret, należy następstwa obrócić w równoczesność, porzucić wielość dla jedności, sprowadzić zjawiska zmienne do ich esencji. Otóż jest we mnie dziesięciu ludzi - zależnie od czasu, miejsca, otoczenia, okazji; wymykam się z mojej ruchomej zmienności. Toteż wskazanie na cokolwiek w przeszłości mojej, w dzienniku czy we mnie samym, nie przyda się na nic komuś, komu brak intuicji poetyckiej i kto z elementów, które mu zawierzam, a także wbrew nim, nie skomponuje mnie w całość na nowo.

Na lniany sznurek próbuję nawlec myśli. Zsuwają się tracąc swój kształt jak niemodna sukienka. Nagość ramion obnaża niestałość formy. Zbyt grube sploty, może pętelki słów zbyt wąskie. Linearność nieuchwyconej narracji zawiesza się między głuchymi pasażami szorstkich linii próbując opleść kontury niewypowiedzenia. Zatarty obrys palców niezgrabnie próbuje pochwycić znaczenie wyślizgującej się zbyt szybko materii istnienia. 
Fastryguję postrzępione kawałki niewypowiedzenia. Zszywam nieudolność poszarpanymi włóczkami z drewnianych szpulek uderzających o kolekcję metalowych naparstników brzmiących niczym wybrzmiałe koncerty na płowiejących, starych afiszach. Zza ściany dochodzi monotonny dźwięk maszyny do szycia. Brzmi płynnie i wartko łącząc odmienne kształty w spójną, jednolitą kompozycję. Formę wyobraźni i pragnień.

Przeczytałem ten zeszyty i uciekło mi przedpołudnie. Uznałem zresztą te stronice za monotonne. Tym gorzej; nie są do czytania, ale po to, by mnie uspokoić i przywrócić mi pamięć (...). To mój notatnik podróży; jeśli niektóre ustępy mogą być pożyteczne dla innych i jeśli je czasem podawałem do wiadomości, publicznej nawet, tysiąc stronic może przydać się tylko mnie i tym po mnie, których interesuje droga duszy nieznanej, dalekiej od zgiełku i sławy. Te kartki będą monotonne, kiedy monotonne będzie moje życie, a też powtarzać się będą razem z uczuciami; ale zawsze to prawda; prawda jest ich jedyną muzą, jedynym pretekstem, jedynym obowiązkiem.  

Zbieram soczyście barwne liście z ziemi schłodzonej gęstością mgieł będących "stanem duszy podmiotu w rozsypce". Drobinek wilgoci zatrzymanych w leniwym oddechu porannego powietrza zmuszającego do rozmyślań nad sobą w aurze poetyckiego zadumania. Chwilowego skupienia w przeźroczystości. 
Z wiklinowych koszy wysypuje się nadmiar jesiennych kolorów niczym nadmiar odczuć i melancholii w niezmiennej kolejności przychodzenia pór roku. Nienaruszalnej jak linearność przemijalności bytu wyłaniającej się spomiędzy kartek dziennika Amiela. W swoistej alchemii wrażeń, wielości istnień, sfer egzystencji, działań ludzkiej świadomości i szukania własnego "ja" w rozważaniach o przemianach umysłu. Intymnym diariuszu nie będącym obnażeniem ciała, ale filozoficznym wyjawieniem duszy. Autoanalizy spoglądającej w głąb krypty samotności, odmierzaniem śmierci w kroplach spływającego dnia i mierzeniu z nieuchronnością zmierzchu. Cierpieniu. Praktyce kolejnych wyrzeczeń i paraliżującym przekonaniu o własnej niedoskonałości.
Kartki dziennika odklejają się, wymykają introligatorskim fastrygom i precyzyjności złączeń. Podobne motylim ruchom opadają tworząc kobierzec chwilowego zachwytu. "Minutę doskonałej piękności" zatrzymującej istnienie, utrwalenie siebie i swojej egzystencji.

Wciąż jestem taki sam, istota błąkająca się bez konieczności, wygnaniec z własnej woli, człowiek nie znający odpoczynku, wieczny podróżnik, który gnany głosem wewnętrznym nie buduje, nie kupuje, nie uprawia żadnej ziemi, ale przechodzi, patrzy, zostaje chwilę i odchodzi.

Henri-Frédéric Amiel "Dziennik intymny"
wyd. Czytelnik, Warszawa 1997



Niuanse guzika z pętelką

Skóra niczym rybie łuski w nurcie wysychającej nieskończoności tonie w siatce plączących się nitek. Coraz bardziej nikłych powiązań. Supełków zapomnień. Poszarpanych sznurków oderwanych od brzegu stagnacji. Niczym pognieciona kartka papieru odzierająca słowa z ich podszewki drżącą ręką rysując nowe kontynenty na mapie naciągniętej, na obolałość życia, bladością świtu. Poranków bez rumieńców. Od wschodnich do zachodnich ich krańców. Przecinających się pustych pól kwadratów w krzyżówce haseł odczytywanych dzisiaj od nowa. Odkurzonych spod warstwy wypłowiałych kolorów, ulotnych zapachów, odnalezionych drobiazgów i wspomnień osiadłych między warstwami przepastnych szuflad wybrzmiałych dalekim echem niewyśpiewanych litanii.
Rozdzielam sklejone miejscami warstwy kartek z poczuciem wtargnięcia w zatopiony spokojnym snem świat przedmiotów. Rzeczy nieruchomych. Codzienności zapisanej w kartotece detali. Niuansów życia. Samoczynnie mieszkających tam, gdzie serce bije mocniej a tętno wyrwa się z wąskich ograniczeń cielesności punktowym biciem spod delikatnej warstwy banalnych czynności. Zwitków traum i doznań przekształcających się w nieustanne doznanie osamotnienia. Na dnie starego, skórzanego kufra pomarszczonego jak skóra na dłoniach, które go nosiły.
Moje drżą z wątpliwości. Z każdą, kolejną, kartką przesyconą odczuwanym niepokojem. Przeplatania się sfabularyzowanych fragmentów z trwałością prawdziwie doznawanego istnienia, faktów z wyimaginowanymi kadrami scen gubiących ścieżkę wśród starych drzew prawdy i domysłów. Dokument. Opowieść. Kawałki biografii. Melanż skojarzeń trudnych do skatalogowania.
Ciężki kamień przygniata ulotność furkoczącej w oknie firanki.
Oczekiwałam innej intymności. Zgubionego guzika z pętelką odartego z przynależności do kawałka materiału skrojonego, by nosić pod futrzanym kołnierzem śnieżno-białe zawieruchy i kołysać w zawiniętych mankietach żyłki jesiennych liści. Wypłowiałych kolorów lata zastygłych na pocztowych kartkach ze świata i figlarnych zalotów brodatego pędzla do golenia. Podróży w nieznane pękatych walizek pod zamkniętym wiekiem trzymających dalekie tęsknoty, zatrzymanego czasu na tarczy zastygłego w bezruchu zegarka, wdzięcznego skrzypienia drzwi drewnianej szafy tulącej w swoich potężnych ramionach wypłowiałe koszule, marynarki i kolekcję wytwornych krawatów konkurujących ze sobą, w zgodzie z gustem ich właściciela, różnorodnością tkanin, faktur, fasonów i wzorów. Portfela rozmieniającego na drobne błahostki z przeszłości. Drewnianego kogucika.
Znajduję kilka kartek i karteluszek, arkuszy zapisanego po brzegi papieru, zapachów ulatniających się wraz z pamięcią i odchodzeniem mieszkańców Stawiska, zmieniające się wystroje wnętrz, rozrzucone po podłodze zabawki, przeróżne wzory zbieranych papeterii, odmienne charaktery pisma, dokumenty i tracące na ostrości zdjęcia. Warstwy kurzu, numery katalogowe przedmiotów, muzealność zamkniętych gablot, sterylność łazienki z czworgiem drzwi, "obsesje notowania" w kieszonkowych kalendarzykach, krótkie liściki do domowników i zagubiony guzik bez pętelki. Nutę domowej atmosfery w mieszkanku Pani Zosi pachnącym świeżo upieczonym ciastem i konfiturą.
Większość z "Rzeczy" dotyka jednak, ku mojemu rozczarowaniu, strun zbyt czułych, wiodąc przez szpitalne korytarze, duszących się w lekarskich flakonikach, schowanych między warstwami prywatnych listów i delikatności pragnień, w ucieczkach do Sandomierza. Skrywa w intymnych zaułkach pościeli, w miejscach skąd "Chrystus na krzywych nogach" odwraca przymknięte powieki.
Uciekam zatapiając wzrok w subtelności zdjęć. Wystarczyłby za wiele słów. Zamykam pospiesznie książkę jak wieko trumny by nie dostrzec nagości jej dna.

Anna Król "Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie"
wyd. Wilk i Król Oficyna Wydawnicza, Warszawa 2015

Pejzaże sentymentalne

Męczy mnie to wszystko. 
Za dużo jest przedmiotów - jak powiada jeden z moich przyjaciół. 
Trzeba wybrać tych kilka, które mają zostać twoimi towarzyszami 
aż do samej śmierci.
Jarosław Iwaszkiewicz "Pejzaże sentymentalne"

Zostały do dzisiaj. Drobiazgi. Skrawki. Chwile uchwycone w notesie lub na przypadkowej karteluszce. Przedmioty będące świadectwem życia. Zapisem codzienności. Podszewką twórczych zmagań ze światem i sobą samym. Zebrane. Utrwalone na kliszy z delikatnością z jaką dotyka się intymności. Wstrzymuje oddech by nie zniszczyć wyjątkowości pochwyconej chwili i pejzaży sentymentalnych. By nie zburzyć światła prześlizgującego się pomiędzy kartkami notatnika, dziurkami guzika od marynarki czy zatrzymanego na koniuszkach starego pędzla do golenia, stojącego dumnie między flakonami pachnącymi ulotnością i przemijalnością zapachu zagranicznej wody kolońskiej. Samego życia. 



Duchy 
Fot. Olga Świątecka  Puap collective. 
Zdjęcia zrobiono w Muzeum Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów w Stawisku


W gabinecie 
Fot. Olga Świątecka  Puap collective. 
Zdjęcia zrobiono w Muzeum Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów w Stawisku


Szara strefa 
Fot. Olga Świątecka  Puap collective. 
Zdjęcia zrobiono w Muzeum Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów w Stawisku



Książka Anny Król "Rzeczy. Iwaszkiewcz intymnie"
wyd. Wilk&Król Oficyna Wydawnicza

Od dzisiaj dostępna w wersji elektronicznej. 
Gorąco zachęcam do zajrzenia i poddania się oczarowaniu 
spoglądającemu z obiektywu aparatu i zatrzymanego słowem.

Ja poczekam. Na szelest kartek, zapach papieru i dotyk. Intymność.
Książka na księgarnianych półkach już w październiku, 
 wtedy więcej o męskim świecie rzeczy 
i drobiazgów Jarosława Iwaszkiewicza.


*************************************************
Dziękuję Oficynie Wydawniczej Wilk&Król 
oraz GoCulture. Komunikacja dla kultury 
za udostępnienie zdjęć i materiałów



Wykopalisko glinianych grymasów

Zdejmujesz koszulę przemoczoną deszczem przylegającą do ciebie ściślej niż ty sam patrząc jak z rękawa wysypują się nitki przetartych nerwów wyrwanych przenikliwością wspomnień.
Rozsypują niczym pudełko szpilek docierających do rdzenia istnienia. Nadszarpniętej struny iluzji. 
Owijasz je wokół znieruchomiałych nadgarstków w szeregu liczb wklęśniętych w ostatni oddech rozpięty jak pajęczyna między palcami wyrastającymi ze skorupy bezimiennego kamienia.
Terakotowa armia. Wykopalisko glinianych grymasów ustawionych na parapecie okno niewidzącego drugiej strony. Zawieszone w próżni opustoszałych mieszkań. Odkopujesz je spod warstwy popiołu.
Przywracasz cienie z pozagrobowych zaświatów na jedno wybicie taktu zegara. Twoje zagajanie ran.
Strzepujesz je z siebie jak zdejmujesz koszulę przemoczoną deszczem przylegającą do ciebie ściślej niż ty sam.


Profil księżyca

Obłoki, straszne moje obłoki,
jak bije serce, jaki żal i smutek ziemi,
chmury, obłoki białe i milczące,
patrzę na was o świcie oczami łez pełnemi
i wiem, że we mnie pycha, pożądanie
i okrucieństwo, i ziarno pogardy
dla snu martwego splatają posłanie,
a kłamstwa mego najpiękniejsze farby
zakryły prawdę. Wtedy spuszczam oczy
i czuję wicher, co przeze mnie wieje,
palący, suchy. O, jakże wy straszne
jesteście, stróże świata, obłoki! Niech zasnę,
niech litościwa ogarnie mnie noc.
Czesław Miłosz
wiersz "Obłoki"



Zamykasz w dłoniach profil księżyca dostrzegając niewidoczną połowę siebie.
Sumę wszystkich wad i ułamków zalet zagłębionych w skórze jak kratery oczu Uranosa.
Niczym lata świetlne zgaszone nad grudką wyschłej ziemi wyłaniającej się z chaosu ciemności.
W popękanych żłobieniach życiodajnych pragnień.
Na dnie mitycznego świata wypełnionego lepką samotnością szukasz źródła przetrwania odsłaniającego kotary zwęglonego sklepienia nieba.
Drogi wytyczanej przepalonymi żarnikami gwiazd spadających z wygasłych rydwanów.
Obłoków nocy złożonych w Twoich dłoniach jako jałmużnę za kolejny świt.


Zakładki zachwytu

Pisząc, że my wszyscy, gdy pomyślimy głębiej, posługujemy się kryteriami Maupassanta, bo każdy z nas żyje dla minut czy sekund wrażeń, których nie potrafimy jasno opisać, o których mówimy ostrożnie, aby ich nie spłoszyć, lub o których milczymy, Hostowiec pisze wówczas o tajnej racji  s w e g o  własnego istnienia. I może jak Maupassant nie jest świadomy, że takie sekundy właśnie on przekazać nam umie.
Czy może pisarz dać więcej czytelnikowi?

Zakładki zachwytu wkładam między kartki książki, by były tam kiedy wrócę, jeszcze raz, do tych samych obrazów i podróży w miejsca tak blisko poznane. Ulepione z tkanki pospiesznego oddechu i kradzionego spojrzenia, gdzie na obrzeżach okładek, pogniecionych od parnych dni, krystalizują się myśli niczym zapas słów w kratkach woskowych plastrów. Znieruchomiałe posągi rzeźb. Na moment zatrzymane w kadrze źrenicy. Karuzelowym rytmie filiżanki na spodeczku fajansowych koronek.
Zakładki zachwytu. W kropli atramentu na mankiecie koszuli i zapachu przepalonych tytoniem żółtych, kawiarnianych stolików. Czyjejś sylwetce zatrzymanej między framugami wysokiego lustra i śladu pocałunku na papierowej serwetce. Marynarki porzuconej na brzegu łóżka jak niechciane pragnienia "Zadumanego fryzjera".
Odkrywam kolejny rozdział jak kartę w pasjansie. Staromodnej garibaldce. Crapette. Grze dla dwojga. Z zaciekawieniem spoglądając na nowe rozdanie. Zbitkę słów nieprzypadkowo zebranych jak obrazy mistrzów na koralowych ścianach muzealnych przestrzeni wytyczających granice piękna i poszerzających wielobarwne horyzonty widzenia odbiciem na płótnie. Wyczytanych między kartkami w wąskich wagonikach "Train de banlieue".

Poprzez wszystkie rozdziały tej książki, tak różne i zawsze stanowiące całość w sobie - ta sama powściągliwość autora - jakże pilnuje on siebie samego, by nie zakrzyczeć, najsilniej działające sceny urywa, maskuje ich zakończenie; w tym samym rozdziale, w tym samym opowiadaniu, gdy tylko napięcie zaczyna gwałtownie narastać, gdy dociera do losu tej czy innej istoty, autor ją gubi, przesuwa uwagę czytelnika na innych ludzi, czy na inne miejsca, nadaje wypadkom inny, jakże absolutny sens.


Józef Czapski "Czytając"
wyd. Znak, Kraków 2015



Tak czyta się tylko raz

Najbliższy jest mi jednak Wojtek Karpiński tym, że jak mało kto dzisiaj 
zachował zdolność podziwu i przyswajania sobie tego, 
co podziwia w sposób - powiedziałbym - organiczny.
Konstanty A. Jeleński "Chwile oderwane"

Jeszcze kilka dni temu gorące powietrze w omdleniu zawisło na klamce upalnego poranka. Stopy wykradały wzory ze splotu gęstego powietrza i nitek wełnianej włóczki dywanów przenosząc je w nowe miejsca niczym kalkomanie z dzieciństwa. Jodełki z drewnianej podłogi odciskały się jak linie papilarne rozciągnięte od czubków palców po krągłości ociężałych stóp zostawiających ślady, wyglądające niczym drzeworyty Albrechta Dürera, odciśnięte na chłodnej posadzce łazienki. Czarno-białe. Zmyte z kolorów. Osadzone w kontrastach rzeźbień i zagłębień cienkich warstw mlecznej fugi.
Wycinek lustra zdawał się znieruchomiałym jeziorem niezdolnym odzwierciedlić spojrzenia zwieszonego po jego drugiej stronie. Duszno. Świat znikał w całkowitym bezruchu nieistnienia. W spiralnych korytarzach muszli odbijał się głos wspomnień niczym przypływ o skalisty brzeg opustoszałej plaży. 
Spomiędzy kartek książki wyciekały nitki czarnego atramentu wijąc się niczym górskie potoki między zakładkami kolejnych akapitów rozbijając się o kamyki i nierówności poustawianych w równym szeregu liter. Brodzę po kostki w tekście gotowa w nim utonąć na zawsze. Przesiąknąć każdym słowem. Roziskrzeniem magnetycznych spotkań i odniesień w wielości warstw. Historycznej, malarskiej i literackiej. 
"Książki zbójeckie". Dzisiaj rozwichrzone porywami chłodniejszego wiatru unoszą się na jego skrzydłach tworząc obrazy poetyckie w mojej prozie codzienności. Ukazując plastyczność urealniających się wizji pozostawiających niespokojne serce i oczy pragnące dostrzec jeszcze więcej, wyczytać mądrzej z rytmu stylistyki zarezerwowanej jedynie dla tego autora. W krokach jego swoistej pielgrzymki do książek i autorów jemu najważniejszych. 
Ich lektura stanowi zasadniczą przygodę duchową mojej młodości. Wybór autorów nie sprawia kłopotu. Przywołuję tych, którzy przemówili wówczas do mnie najsilniej. Byłem spragniony języka, który mógłbym uznać za własny. Po omacku szukałem pomocy. Siedem spotkań zapisało się w mojej pamięci ze szczególną wyrazistością. Z kart Czesława Miłosza, Witolda Gombrowicza, Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, Józefa Czapskiego, Jerzego Stempowskiego, Aleksandra Wata, Konstantego Jeleńskiego dobiegł do mnie żywy głos.

Ich głos. Język. Stanowią istotę łączącą ich na wielu płaszczyznach przynależności. Do Polski, do Europy, do tradycji. W każdej z reprezentowanych przez siebie sztuk, malarstwie czy literaturze, politycznej wrażliwości, pozostający wierni sobie i swoim korzeniom potrafiąc jednocześnie widzieć szerzej, mówić dosadniej w spleceniu z ówczesną rzeczywistością, w walce o autentyczność i zachowanie dziedzictwa. Znajdując swój język. Uniwersalność, jaką w filozofii Hansa-Georga Gadamera możemy odczytać jako nieskończoność. Rozmowę, której brak końca, którą można wskrzesić na nowo, gdzie „język staje się prawdziwym centrum ludzkiego bytowania”. Stając się poszukiwaniem własnego głosu, który byłby zgodny z temperamentem i doświadczeniem, a potrafił przekazać wizję duchowej rzeczywistości. 

Wojciech Karpiński zebrał obok siebie garstkę wygnańców historii, emigrantów, twórców światowej miary, „niespiesznych wędrowców”, rysując ich portrety w skupieniu nasłuchując szepty ich „swobodnych głosów”, zbierając „Wyrwane strony” i utrwalając „Chwile oderwane”. Podnosząc z klęczek współczesnego zapomnienia ich myśl zdystansowaną od mód, bo opartą na spostrzegawczości świata, mądrości doświadczeń i autonomiczności, przeżywanego w pełni człowieczeństwa nie pozbawionego wyobcowania, bólu i talentu odczuwania mocniej, odbierania świata intensywniej. 
Trudno oderwać się od „Książek zbójeckich”. Wytaczają drogę dla każdego czytelnika. W toczącej się dyskusji o poziomie czytelnictwa w Polsce, o jakości książek jakie zalegają księgarniane półki i pojawiają się w czytelniczych rankingach, „Książki zbójeckie” mówią same za siebie. Współcześnie, choć spisywane w latach osiemdziesiątych.
Znudziły mi się te gonitwy za tytułami, których nikt nie widział. Jeżeli nie mogę dostać książek niezłych, dlaczego nie sięgnąć po dzieła znakomite, naprawdę istotne? Na tym szczeblu abstrakcji stopień nieistnienia staje się mało ważny. Spacerując od jednej księgarni do drugiej, zamiast mamrotać pod nosem niezbyt życzliwe komentarze pod adresem tytułów, nazwisk, problemów, postanowiłem porozmawiać z pamięcią i wyobraźnią. Książki nieistniejące? Nie ma ich jeszcze w księgarniach i bibliotekach. Mogłyby być. Powinny być. Niech będą.

Wielogłosem w głosie Wojciecha Karpińskiego. Jego własnym językiem. Podobnie jak Józef Czapski próbującym dotrzeć do pisarza, którego twórczość go zafascynowała i tę swoją fascynację przekazując dalej, ukazując jak słowa i widzenia stają się naczyniem połączonym stanowiącym siłę jego pisarstwa. Kreśląc portrety i olśnienia, krajobrazy poezji, przestrzenie i styl. "Książki zbójeckie" Wojciecha Karpińskiego. Moja książka zbójecka. Okradająca z każdej wolnej chwili. Wzbogacająca.
Tak czyta się tylko raz. (...) Ktoś potrafi utrwalić w słowach to, co było dla niego bolesną, intymną intuicją. Takie spotkania dodają siły, utwierdzają w słuszności obranej drogi. Wspomina się je ze szczególną wdzięcznością.

"Książki zbójeckie" Wojeciech Karpiński
wyd. Zeszyty Literackie, Warszawa 2009





Przez dziurki po zszywkach

Słońce przewleka złote nitki przez dziurki po zszywkach.
Ślady jak ukąszenie węża. Dwoje małych oczu Judasza.
Główki zapałek znad piśmiennego blatu zgaszonych słów.
Przez dziurki po zszywkach.
Wyglądasz kartki wyrwanej z kontekstu.
Przewlekasz sens istnienia łącząc dwie strony tej samej treści.
Po wstążce z letnich warkoczy ocalałej poezji.
Przez dziurki po zszywkach. Zostaje ślad.

Pozaludzkie szepty

Palcem rozczesują gładką powierzchnię wody. Warkocze fal zatrzymują się na brzegach porcelanowego spodeczka nawlekając płynnie drgania jak wstążki na drewnianych szpulkach. Po drugiej stronie stołu. Zamknięty na dnie starych szuflad czas pachnie naftaliną. Zatęchłe powietrze pod dachem nieba wypełnia sklepienia aż do wnętrza ciężkich belek dzielących go na cztery pory roku. Codzienne obrzędy rozwieszone na sznurkach trzepoczą niczym wiosenne sukienki ze śladami po przekwitłych słonecznikach. Woda dudni w starym czajniku z zagubionym gwizdkiem. Odjechał ostatni parowóz po wąskich szynach odmiennych biegunów świata. Cichym mrugnięciem zatrzymuję w dłoni. Pozaludzkie szepty zamknięte w milczącej muszelce.

Postać i zegar z kadrem ciemnego nieba

Kropla potu spływa powoli pomiędzy jego łopatkami. Ma smak nieuchronności. Dźwiga ją na plecach niczym garb narosłych zgrubień będących plastrem znieczulającym na codzienność. Garb dotykający miejsc najczulszych, niezagojonych mimo kolejnych warstw wosku spływających ze spalającej się świecy. 
Tik tak. Liczydło czasu budzi go do życia. Perpetuum mobile. Odwieczna gonitwa dwóch wskazówek za sobą, kiedyś znieruchomieje, na zawsze, czas jednak dalej płynąć będzie zeskakując na coraz niższe stopnie aż po punkt zerowy istnienia, by zapętlić się ponownie w innym wymiarze. Niezaspokojona ciekawość nieskończoności.
Jego życie. Tarcza zegara. Nawet nie wie kiedy zsunął się na krótszą wskazówkę poruszając się w rozmyślaniu każdego stawianego kroku dającemu mu możliwość doświadczania z większą atencją czasu, który jeszcze mu został nim łupina powieki zamknie mu widok na jutro i będzie się szukał po drugiej stronie oddechu.
Sztylety promieni słońca rozdzierają głęboki granat nieba zatrzymując się na chropowatości parapetu uchylonego okna. Szczelina ku zewnętrzności wypełniająca się z każdą minutą wzmożonym ruchem, odgłosami kroków gubionych w pośpiechu rozwijającego się wachlarza nowych możliwości i pragnień, cieniem okulałego psa niepostrzeżenie czekającego na czyjeś spojrzenie, iskrzeniem suchego powietrza zderzającego się z ciężkimi zasłonami w witrynach sklepu z dywanami, echem samotności zostawionej na dworcowym peronie i plusku wieloryba marzeń utopionego w oczach kałuż.
Czasami zdaje mu się, że wystarczy zbliżyć dłoń do tej sieci przypadkowych połączeń, by poczuć tętno ulic, rytm miasta, bijące serca pośpiechu, pozwalając im przeniknąć do swojego krwioobiegu nadając tempo jego spowolnionemu życiu. Swoista membrana wnosząca drganie w jego coraz bardziej jednostajne dni. Przysłuchując się jej drżeniu każdego ranka myśli, by ująć kadr ciemnego nieba i zamknąć go w dłoni, pomiędzy palcami podglądając jak czas przesuwa się w znak Strzelca a gwiazdy gasnąc spadają na tarczę zegara poruszając krótszą wskazówkę. Tik tak.


Ty, która trzymasz tę książkę

Prolog: 1975
Spęczniały od podróżnych ekspres poranny zwolnił biegu, po czym raptownie szarpnął do przodu, jakby zamierzał na powrót przyspieszyć. Podstępna zmiana tempa narobiła zamętu wśród pasażerów. Zawieszona u wejścia wybrzuszona ludzka masa nabrzmiała groźnie niczym rozdęta do granic bańka mydlana.

Dwa lata później. Rok 1977. Rysuję moje dziecięce wyobrażenie nieznanego kraju, czekającego na mnie, w niewyobrażalnej odległości zamkniętej w wypełnionej po brzegi walizce. Szałasy i palmy. Egzotyczny świat ośmiolatki. Przywitały mnie żółto-czarne taksówki, hałaśliwe riksze, zachwycające wyszukaną architekturą hotele i świątynie, osiedla slamsów, jak zbiorowisko pudełek pod zapałkach i starych kartonach po meblach, w dziecięcych oczach szybko znikające na widok straganów z brzęczącymi bransoletkami, belkami kolorowych materiałów chowając się za piramidami nieznanych przypraw. Smaki, które miały na zawsze zmienić moje odczuwanie świata. Wielość nierozumianych słów, szybkich gestów, obyczajów z czasem przyjmowanych za swoje. Z szacunku dla tego kraju i jego mieszkańców. Nowy świat kołyszący się z wielkiej opona zawieszonej na sznurze pod rozłożystym drzewem. Stopy zanurzone w ciepłych kałużach monsunowego deszczu i roztańczone ku czci obcej bogini o ośmiu ramionach. Wielkie plakaty filmowe przyciągające nienasycony wciąż wzrok dziecka, jak koronkowe wzory wymalowane henną na dłoniach wyciągniętych, by zapalić światełko w święto Diwali i przywdziać warstwy kolorów w święto Holi ciesząc się ze zwycięstwa dobra nad złem. Dłoni, składanych jak do modlitwy, na przywitanie. Blisko serca.
Rankiem budzi szelest mokrych od deszczu sari i dzwonów z pobliskiej świątyni dotykanej gołą stopą, by poczuć bliskość z ziemią, ze świętością świata zamkniętego w okrągłym kształcie księżyca, z jego zmiennością faz i niezmiennością tradycji i kultury tego kraju.
Czterdzieści lat później. Rok 2015.  Powietrze jest tak gęste, że można by je kroić na kawałki jak tort śmietankowy albo wycinać jak z tektury i każdy kawałek zamykać w małych słoiczkach po pachnących kremach, aby przydać mu zapachu powracającego za czas jakiś jak wspomnienie o parnych dniach, nim zmyje je ulewny deszcz przedostający się przez szczeliny w granatowym niebie zasłanym ciężką pierzyną chmur.
Sięgam po książkę dla zachowania delikatnej równowagi między wspomnieniami z dzieciństwa a krajem realnych problemów, zmagań z codziennością wszechobecnej kastowości zanurzonej w modlitwach przy zapachu pałeczek sandałowego drzewa tlących się między girlandami egzotycznych kwiatów. W szukaniu nadziei na inne jutro, wobec okrucieństwa kastowych mordów, konieczności nauki sztuki żebrania, tradycji podporządkowania się rodzinie. Próbie szukania własnej drogi, walki o siebie i lepsze życie. "Delikatna równowaga".

Ty, która trzymasz tę książkę w białej dłoni, ty, który zanurzasz się 
w miękki fotel, powiadając sobie: „Może mnie to rozerwie”. 
Odczytawszy dzieje tajemnych niedoli ojca Goriot, zjecie 
ze smakiem obiad, składając swą nieczułość na karb autora, 
pomawiając go o przesadę, o poezję. Ach, wiedzcie: dramat ten 
nie jest ani wymysłem, ani romansem. All is true. 
Honoré de Balzac – Ojciec Goriot


Rohinton Mistry "Delikatna równowaga"
wyd. Drzewo Babel, 2014
"Dla miłośników Indii - lektura obowiązkowa"



W cieniu siedmiomasztowca

Zbierasz ślady swoich stóp by zamknąć w pudełku jak pamiątki z licznych podróży. Dalekich i bliskich. Odciśniętych na piasku i zmytych rytmicznym przypływem oddychającego morza. Znikających nad ranem niczym zgaszona samotność latarni morskiej zasypiającej w spiralnych korytarzach przybrzeżnych muszli. Odbijających echem skrywane myśli.

Podążasz śladem sroki wykradającej niedzielne słowa modlitw zagniecionych w kolorowych paciorkach odpustowych różańców, skrytych w wielobarwnej rozecie pobliskiej katedry. Bibeloty wspomnień kolekcjonując niczym nagrzane słońcem kamyki i piegi na nosie przesypane przez drobne sitko słomkowego kapelusza. Jak drobinki rtęci wyznaczające temperaturę letnich uczuć.

Wiatrak miele wciąż to samo powietrze. Duszne i parne. Utkane z gęstości przybrzeżnych żywiołów rozbijających się o strzeliste skrzydła siedmiomasztowca kołyszącego się lekko w zagłębieniu dłoni. Pragniesz. Przycumować u zarania zachodzącego słońca w przesmyku przysłoniętej źrenicy zamykając niebieski horyzont. W płynnym ruch bujanego fotela usypiając znużone lato.


Z miłości do Dostojewskiego

Trudno dobrać słowa, by zgrabnie napisać o tej niewielkich rozmiarów książce, ale też nie sposób przemilczeć jej pojawienie się, bo to czytelnicze wyzwanie. Wielowarstwowa podróż. Jakby podróży w podróży. Równoległych czasach połączonych miłością do literatury, wytrwałej pasji pisania i wędrowania śladami Fiodora Dostojewskiego.
Lato będzie niebawem stawiać swoje pierwsze kroki, aby w rozkwicie najpogodniejszych dni uwypuklać piękno natury i wszechstronność kolorów. Ta książka jest jak przebudzenie do nowego dnia, jak spojrzenie przez okno, by dostrzec pierwsze promienie słońca, jeszcze niepewnie unoszące się ponad roślinnością, przenikające schłodzoną nocą ziemię. Jest szlachetną elegancją owijającą doskonałość łączonych wątków i fascynacji literackich. 
"Lato w Baden". By go doświadczyć, trzeba wsiąść do wagonu nieśpiesznego pociągu.

Pociąg był co prawda dzienny, ale była zima, sam jej szczyt, czyli koniec grudnia, poza tym pociąg jechał do Leningradu - na północ, dlatego za oknami  szybko zapadał zmierzch, jaskrawymi światłami rozbłyskiwały pędzące wstecz, jakby rzucone czyjąś niewidzialną ręką, podmoskiewskie stacje - letniskowe perony zasypane śniegiem, z łańcuchem latarń łączących się w jedną płomienną wstążkę (...)

Idąc śladem płomiennej wstążki poruszamy się po mapie naznaczonej miejscami znanymi z twórczości Dostojewskiego i prozą jego własnego życia przeplatającymi się we wspomnieniach żony i  wnikającego w życie samego autora "Lata w Baden" - Leonida Cypkina.
Jest to jedna z takich podróży, które zdają się nie mieć końca, zapętlając się między kartkami z dziennika Anny Griegoriewny Dostojewskiej, aktem śmierci jej męża i jakby dwoistego świadectwa miłości do Dostojewskiego. Spleceni we wspólnym cierpieniu, porażkach w codzienności, tęsknocie, walce o siebie i dozgonnym akcie miłości. Topieniu się w odmętach lęków i pragnień, w falach niezdolnej do zwalczenia słabości do hazardu i błagalnych próśb o przebaczenie za doznawaną biedę i nieumiejętność pokonywania własnych ułomności. Oboje jakby w omdleniach życia, dotykają ubóstwa i chwilowych wzbogaceń, w jednoczesnym poczuciu siły trwania przy sobie i konieczności podnoszenia się z upadku. W ciągłej drodze. Na dnie kufrów i bagaży wożąc ze sobą pragnienia nowego jutra. Twórczej, pisarskiej powinności i lekkości życia. W splocie spotkań z Turgieniewem, Puszkinem czy Gonczarowem, w maleńkiej przestrzeni wagonu poruszającego się po wektorach wyznaczających drogę Dostojewskiego. Także do samego siebie. Spoglądając w oczy obrazów, powracających twarzy Chrystusa, aż do ostatniej kropli potu na bladym czole umierającego Fiedi. W teatralności gestów wobec ostatecznej wyroczni losu. Jednego z najbardziej przejmujących opisów śmierci. W bolesnym cierpieniu Anny, dającej początek i koniec "Lata w Baden".
Czasu przesilenia, ale może i dojrzewania Cypkina jako pisarza. W rozkwicie jego talentu pisarskiego. Niezwykłej formie powieści utkanej z misternie długich zdań, jakby bez przystanku, bez zatrzymania, by nie zgubić żadnego wątku, wielości powiązań i odniesień do literatury rosyjskiej, dzięki czemu "Lato w Baden" jest tak wciągające i poruszające.

"Przeczytawszy Lato w Baden możemy wreszcie odetchnąć trochę głębiej, czujemy się oczyszczeni, wstrząśnięci i zarazem wzmocnieni, wdzięczni literaturze za to, co w sobie kryje i jakie uczucia jest zdolna wzbudzić. Leonid Cypkin nie napisał długiej powieści, ale odbył wielką podróż" - Susan Sontag


Leonid Cypkin "Lato w Baden"
tłum. Robert Papieski
wyd. Zeszyt Literackie, Warszawa 2015





Polecany post

Tak czyta się tylko raz

Najbliższy jest mi jednak Wojtek Karpiński tym, że jak mało kto dzisiaj  zachował zdolność podziwu i przyswajania sobie tego,  co p...