sobota, 7 listopada 2015

Odważniki na szali świata

Za oknem gęsty welon mgły, sunący za mną znad krakowskich wieżyczek kościelnych i spadzistych dachów kamienic, otula ledwo widoczne zarysy wiejskich domostw i sylwetki parasoli czekających na krople deszczu w cienistych przedsionkach jesieni. Nieliczne domy, rozsypane niczym drewniane klocki, stoją porzucone w stanie sennego znudzenia. Pociąg wjeżdża w ten odległy spokój, niczym z płócien Chełmońskiego, ku zadziwieniu chłopca obserwującego delikatne drżenie szklanki z ciepłym mlekiem na starym piecu kaflowym. Ten rytualny obrzęd wpisał się na zawsze w codzienne życie wiosek oknami spoglądających na uciekające cząstki rzeczywistości spakowanej w wagoniki innego tempa. Na moment zrywającego nitki babiego lata, rozpraszającego gromadkę wróbli wpatrzonych w okruszki chleba niczym kartę najwyśmienitszych dań francuskiej kuchni i drażniącego parę kundli na zbyt krótkich łapach. Ich własne, cykliczne trzęsienia ziemi, po których wraca harmonia wyciszenia rozwieszając się na sznurkach ludzkich przyzwyczajeń, przysiadając na oszronionych o poranku ławeczkach opustoszałych stacji, których nazw już nikt nie pamięta.
Wśród głosów przerywanych rozmów, brzęku przejeżdżającego wózka z napojami, płaczu zmęczonego podróżą dziecka próbuję usłyszeć stukanie maszyny do pisania ukrytej pod ziemią. Carmen Bugan. Przywołuje w magiczny sposób prastare obrzędy i ciche modlitwy. Zatrzymuje obrazy przepełniające dzieciństwo spędzane na rumuńskiej prowincji, smakujące mamałygą z pieczonym kurczakiem, orzechami włoskimi i fioletowo-śliwkowymi winogronami. Pachnące domowym chlebem, wilgocią piaskowego wiatru w drobnych muszelkach przywożonych znad morza i łąkami biało-żółtego rumianku. Każdy dzień zdaje się jak ziarna fasoli, które upadając dotykają bawełnianych woreczków, miękkich niczym opiekuńcze dłonie bunicy. W poczuciu bezgranicznego bezpieczeństwa. Dopóki nie przyjdzie jej nakarmić głodnego.

Mam sześć lat i nigdy tego nie zapomnę. Bunica mówi mi, że gdy umrze, a ja będę chciała poczuć się blisko niej, powinnam zapalić świeczkę, po czym kupić świeży obwarzanek i dać komuś, kto jest głodny. W ten sposób ona zje obwarzanek w niebie i podziękuje mi w moich snach, a ktoś głodny się naje. Przysięgam, że tak uczynię, jeśli faktycznie umrze, ale robię poprawkę: jej ulubioną potrawą są krojone w plasterki ziemniaki smażone w oleju słonecznikowym i podawane z miażdżonym czosnkiem w odrobinie wody i z zieloną pietruszką. Mówię jej więc, że jeśli chodzi o mnie, nie mam nic do obwarzanków, ale postaram się, żeby w niebie dostała także swoje ziemniaki. Całuje mnie, a jej łza spada na mój policzek.

Carmen chwyta kawałki swojej ojczyzny. Tej osobistej, spoglądającej na nią jak ikony ze świętym Jerzym na ścianach jej rodzinnego domu i tej, której przyjdzie zmagać się w zetknięciu z wahaniami wkradającymi się pod ciężarem odważników stawianych na szali świata przez szalonego przywódcę. Po latach spisuje świadectwa zmieniającego się porządku codzienności, niepewności wkraczającej w progi mikrokosmosu jej pragnień, oczami dziecka śledząc losy swojej rodziny walczącej z dyktaturą Ceausescu. Poznaje smak głodu i strachu dni pachnących naftaliną. Widzi brutalność Securitate demolującego jej dotychczasowe życie, z równą łatwością jak niszczyli domową biblioteczkę pełną książek, wywracali dywany na drugą stronę, miażdżyli lutnie i mandoliny, przestawiali meble i plombowali pokoje wyznaczając granicę poruszania się po ich własnym kawałku ojczystej ziemi.
Przychodzi czas zmian. Zmienia się bowiem, nie tylko wieś. Zmieniają się ludzie. Kiedyś bliscy sobie sąsiedzi, teraz przeniknięci zastraszeniem donosiciele. Niezmienne pozostają tylko przekonania ojca Carmen, sprzedawcy w sklepie spożywczym, wierzącego, że warto zawalczyć o lepszą przyszłość swoich dzieci, choćby jego bronią miała być jedynie maszyna do pisania. Zakopywana wraz z nadejściem świtu, by nie dostrzegły ich wścibskie spojrzenia sąsiadów. Nim odnajdą dom na obcym kawałku ziemi.

Jest sierpień 2011 roku. Zamykam koperty z ich hasłem i smutkami. Mój mąż, mój syn i ja rozgościliśmy się nad brzegiem jeziora Annecy we Francji, wykradając ostatni tydzień wakacji przed urodzeniem się naszego drugiego dziecka. Dziecko w moim sercu bawi się z klaczą Stelutą w magicznym ogrodzie, gdzie na pniu gniazduje bocian. Bunica pieli swoje nagietki, bunicu naprawia gołębnik, a Loredana drażni się z indykiem. Za kilka lat urodzi się Catalin. Czas znów rusza.

Wysiadam z pociągu. Mroźne powietrze wdziera się w zmęczone podróżą oczy. Skostniałe od zimnego powietrza dłonie zaciskają się na okładce przypadkowego spotkania. Parę godziny wcześniej, przed półką z książkami w pomijanym przeze mnie dziale reportaży, błądzę niezdecydowanym wzrokiem po obcych mi tytułach. Decyduje przypadek. Wygląd okładki. Kilka zachęcających zgrabnie zdań recenzji: "Wyjątkowy dziennik [...], zaskakująco ciepły, spostrzegawczy i głęboko ludzi".
"Zakopać maszynę do pisania. Dzieciństwo pod okiem Securitate". Uwodząca. Poetycka. Jedna z moich najpiękniejszych niespodzianek literackich tego roku, autorstwa Carmen Bugan. Rumunia od dzisiaj ma dla mnie jej twarz.

"Zakopać maszynę do pisania. 
Dzieciństwo pod okiem Securitate" Carmen Bugan
wyd. Czarne, Wołowiec 2015



6 komentarzy:

  1. Idę kupić... dziękuję Małgoś :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gorąco polecam Małgosiu, mam nadzieję, że Cię nie zawiedzie. Ściskam :)

      Usuń
    2. Mam zaufanie do tego wydawnictwa :)

      Usuń
  2. Nie wiem tak naprawdę co napisać, będzie raczej banalnie, chcę mieć tą książkę, chcę ją przeczytać! Zafascynowała mnie... i już wiem, że jestem blisko pokochania jej...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niewątpliwie to jedna z tych książek, które zapadają w serce. Życzę pięknej lektury. Dziękuję za odwiedziny :)

      Usuń