Cokolwiek sobie przywłaszczam


Czuję się jak paproch, jak mikroskopijna grudka pyłu której dane było przysiąść na krawędzi wyrwanej kartki, na granicy światów pozostających wciąż nieprzebytymi.  Nigdy nie przeniknę tych warstw, bo najdrobniejszy powiew strąci mnie z tej krawędzi, zawieszając w pustej przestrzeni. W niebycie, w całkowitej próżni, bo jednego życia mało, by doszczętnie wsiąknąć w kartki nie czując pod stopami namacalnego dna, ale co najwyżej potykając o zbyt wysokie progi, które zachciało mi się przekroczyć. A ja chciałabym móc być kroplą tuszu na choćby jednej z kartek jego dziennika, zagiętym nieopacznie rogiem papieru, kropką postawioną od niechcenia, przecinkiem rozdzielającym zdanie, by mogło zgrabnie potoczyć się dalej. Nazbyt prostolinijnym wykrzyknikiem, podczas gdy on pozostanie na zawsze przepięknie wyprofilowanym znakiem zapytania zawieszonym nad moją, niewiele wciąż pojmującą, głową. Zostało zatem jedynie pomarzyć, by być choć źdźbłem myśli zakorzeniającym się w kolejnych warstwach książki, "ogonkiem" dnia i przebudzeniem nocy, końcówką pędzla sunącego bezszelestnie po płótnie zostawiając smugę jego postaci, zarys szczupłej sylwetki.
A mnie samej przecież zdaje mi się, że i
m dłużej z nim obcuję, to mocniej czuję rozkoszne uczucie zatracenia siebie samej. To tak, jak przestawać istnieć by za moment znów próbować poskładać swoje niezgrabne cząsteczki istnienia, czując ból zetknięcia z własną rzeczywistością. I jak teraz spojrzeć samej sobie w twarz, tak pozbawionej wyrazu,  niekształtnej, kiedy tuż obok widzę portret Józefa Czapskiego? Moje myśli rozsypują się zawstydzone, że ośmieliły się w ogóle narodzić w tak mizernej postaci. Więc pozostaje tylko pytanie: jak ogarnąć przenikliwość zapisków, jak je przysposobić, dopasować, ujarzmić ich moc i potęgę oddziaływania?
Czytam dwie książki jednocześnie: „Wyrwane strony” Józefa Czapskiego i jegoż „Portret” autorstwa Wojciecha Karpińskiego, by sobie coś z tego całego bogactwa spostrzeżeń i dociekliwej analizy "przywłaszczyć". Ale gdzie ja właściwie jestem, kim jestem, w poczuciu takiej nieprzydatności dla świata, nawet swojego własnego. I zdaję sobie sprawę z tego, że nigdy nie zdołam zobaczyć, czegokolwiek, w największych lustrach świata, tak jak on potrafił dostrzec wszystko w najmniejszym odłamku codzienności, poczuć ziarenko prawdy rozgryzając zalążek kolejnego dnia.
Więc sklejami pozrywane wątki, a opuszki palców chociaż pokrywają się coraz grubszą warstwą spoiwa, nadal odczuwają najdrobniejsze drgnięcie przenikające między akapitami, wznoszące się na pagórkach wybrzuszonych liter lub wpadające w pustkę na moment przerwanego zdania.
I jeszcze ten snujący się, po ścianach jego notatek, cień Simone Weil, której myśli tkwią w mojej głowie, dobijając się do rdzenia bytu, do źródła istnienia. Wszczepiły się we włosy, oplotły szczelnie przyprawiając o utratę tchu. Zgarniam więc każdy wymykający się moim palcom kosmyk jej myśli, jakbym próbowała zebrać niesforne włosy, na moment misternie je układając, próbując nadać im pewnego ugładzenia, ale one i tak się rozsypują jak nieudolnie zrobiona fryzura, z powrotem wpadając w oczy. A przyznać muszę szczerze, że tak wiele chciałabym sobie "przywłaszczyć", uczynić swoim by na zawsze pozostało prawdziwym podskórnym odczuwaniem, jednak jak zapisała S.W.:
Pokora polega na wiedzy, że w tym, co nazywa się <ja>, nie ma żadnego źródła energii, która pozwoliłaby nam się wznieść. Wszystko, co jest we mnie cennego, bez wyjątku, pochodzi skądinąd niż ze mnie, nie jak dar, ale jako pożyczka, która musi bez ustanku odnawiana. Wszystko, co jest we mnie, bez wyjątku, jest absolutnie bez wartości. A pośród darów pochodzących skądinąd cokolwiek sobie przywłaszczam, staje się natychmiast bez wartości.Tymczasem wartość tekstów Józef Czapskiego jest wartością niemożliwą do ujęcia w jakiekolwiek ramy obrazów, okładek książek. Są jak swobodne motyle przysiadając w dowolnie wybranym miejscu: w "Gołębniku", "Na widowni", stające się płatkami "Kwiatów w wazonie" lub "Żółtą chmurą", by w końcu schować się w kieszonce "Czerwonego szlafroka".
Na pewno kiedyś powstanie. Muzeum Czapskiego z konkretnym adresem, z eksponatami na ścianach, w gablotach, na bibliotecznych półkach. Byłoby spłatą społecznego długu wobec niezwykłej osoby i znakomitego dzieła, aby nastąpiło to możliwie prędko.Póki to nie nastąpi, ja wydzielam ze swojej własnej przestrzeni miejsce dla Józefa Czapskiego, na swój własny, prywatny użytek. Gdzie nie będzie się chować obrazów za grubymi szybami, bo jakże tam mogłby oddychać, ani zapisanych kartek w gablotach, bo jakże je wtedy posłyszeć. Zatem buduję obszar, gdzie będę mogła wejść o każdej porze dnia i nocy, przejść się między rysunkami, patrząc na wyrwane kartki jak na unoszące się latawce zachwycające kształtem i kolorem, swobodnie kołyszące się na wietrze. Wyrwane wszelki ograniczeniom. Sama zaś z pokorą chowam się za dowodem mojej niezdarności ujęcia kłębowiska odczuć i doznań, powoli blednąc, znikając, stając się szarym cieniem na ścianie.
   
fragmenty z książki "Portret Czapskiego" Wojciecha Karpińskiego
wyd. Fundacja Zeszytów Literackich 

Biedronki i pasikoniki


"Dzieło sztuki istnieje samo w sobie. Malując z natury chcemy stworzyć płótno, by odpowiadało naszemu przeżyciu malarskiemu wobec natury, więc nie żeby było dokumentem podobieństwa, ale żeby dało grę stosunków i działań plastycznych, na których koncepcję nas ta natura naprowadza. Płótno powinno być rozstrzygnięte po malarsku".
Tymczasem moje przeczucie niemalarskie wobec natury podpowiada mi, że za drzwiami pachnie jesienią w środku lata. Deszcz znowu spłukuje czarne kropki ze zgrabnie wyprofilowanych skrzydeł biedronki i obejmuje przenikliwą wilgocią delikatne struny skrzypiec pasikonika. Czerwień i zieleń obmyte z kurzu codziennego zyskują na intensywności swojej barwy, lśniąc i mieniąc się mimo szarej aury za oknem, budząc się do życia.
Ja sama budząc się rano nie przechodzę w naturalny sposób w stan przebudzenia, raczej tkwię pod ciężką kołdrą zbyt niskiego ciśnienia, którego nie sposób podnieść nawet kolejną dawką kofeiny. Patrzę na odwieszony identyfikator Uniwersytetu Otwartego.
Od czego zacząć skoro to już koniec?
Szamoczę się, nie tylko z miękką poduszką, która przylgnęła do mojego policzka, czy może całkiem odwrotnie, ale też sama ze sobą, z natłokiem refleksji, których nie potrafię wystarczająco szybko zapisać, bo każda myśl rozsypuje się w garstkę czarnego pyłu, nim koniuszek pióra zdąży przekształcić ją w kontur słowa zasychającego na powierzchni kartki. Spoglądam na ogród przez szkliste szyby okien, na których krople deszczu tworzą powierzchnię rozbijających się plamek malując przede mną obrazy, które jakby wypłynęły spod pędzla impresjonisty. Ulotna chwila, gra przyćmionego zachmurzeniem światła, zmienność nazbyt szybka, bo móc ją za moment znów odtworzyć w tej samej formie. Swoiste “żywe” obrazy zmieniające się wraz z najdrobniejszym drgnięciem kropli deszczu, jak za dotknięciem pędzla na płótnie, odbierające każdy oddech powietrza jak oddech natchnienia artysty. I czasami przeklętą się staje świadomość nieumiejętności malowania, nazwania barw, wypełniania konturów kolorem, wyrazistością lub zasnuciem woalem mgły utkanej z artystycznej melancholii. Z tym większą przyjemnością przywołuję z pamięci piątkowy, ostatni wykład o polskim malarstwie XIX wieku, który niespodziewanie zamknął się dla mnie klamrą zatrzaskującą obszar mojego literackiego zauroczenia, gdzieś na przełomie wieków. 
Najpierw jednak "Fatalność Władysława Podkowińskiego". Jego słynny i kontrowersyjny "Szał", do mnie znacznie bardziej przemawiające rysunki szkieletów, trupich czaszek odciśniętych na płótnie w sarkastycznych grymasach. Jakby Podkowiński drwił z widma śmierci czyhającej nad jego schorowanym ciałem, a wykrzywiając im twarze w krzywym zwierciadle próbował oswoić świadomość rychłego odejścia. Na dłużej zatrzymuję się przy obrazach naznaczonych bliską mu obecnością Aleksandra Gierymskiego. Rysunki ukazujące Warszawę od podszewki, przez portrety jej mieszkańców, tych bezimiennych, zamieszkujących biedne obrzeża Powiśla, dźwigających, jak garb, ciężki tobołek własnego ubóstwa, jak tytułowa „Śmieciarka” czy rozpraszający cień nocy „Latarnik” egzystujący dzięki wszechogarniającej ciemności. Jakby ona, przekornie, stawała się, wraz z przychodzącym mrokiem, światłością niosącą zarobek i przetrwanie. Sam Podkowiński w swoim autoportrecie, schowany pod franciszkańskim kapturem, jawi się jakby w uśpieniu, w cichym rozmodleniu, może oczekujący na swoje artystyczne przebudzenie, swoisty “Szał” wiodący ku sławie i, nie wiedzieć czemu, swoistej samozagładzie w niemal dzieciobójczym czynie popełnionym, bo na obrazie, własnej twórczości gwałt zniszczenia zadając. Obraz wszak ocalał, choć poraniony, to przecież dzisiaj będący swojego rodzaju “wizytówką” Podkowińskiego, przylegając do niego w sposób nieśmiertelny, jak sztuka z całą gamą barw i kształtów, odniesień scala się z wrażliwością jej twórcy, jemu tejże nieśmiertelności przydając.
Tak też, przylgnęły do mnie i obrazy kolejnego artysty, Józefa Pankiewicza, igrającego z barwą, formą, przestrzenią, kształem, oddającego w swoim malarstwie charakter i brzmienie nokturnów, zestawiając ze sobą ostrość kontrastów. Jak choćby w jednym z moich ulubionych “Portret pani Oderfeldowej z córką”, gdzie jasność odbijająca się od młodziutkiego, dopiero co wkraczającego na drogę życia, dziewczęcia jakże intensywnie kontrastuje z przydymioną, przyciemniałą dojrzałością matki wtapiającej się w tło, stając się coraz mniej widoczną. Jeszcze tylko w rysach twarzy, w dozie łagodności spowijającej jej profil, moża by się doszukiwać pełnej akceptacji upływu czasu i nieuchronności powolnego gaśnięcia, naturalnej kolei losu, życia usuwającego się, by zrobić miejsce temu właśnie się rozwijającemu.
Spoglądam na pejzaże, sceny z martwą naturą, hiszpańskie impresje przesączone intensywnością ciepłych kolorów i w sposób całkiem naturalny nasuwają mi się obrazy kolorystów, a wśród nich tego, który zachwyca nie tylko talentem ukazywania rzeczywistości na płótnie, ale przefiltrowywania jej przez siebie samego, także na kartki dzienników, Józefa Czapskiego.  Niedługo czekałam, by jego nazwisko padło w kontekście kontynuatorów szkoły Pankiewicza, który stworzył w Paryżu filię krakowskiej Szkoły Sztuk Pięknych, tzw. Komitet Paryski.
I znowu się coś zazębia, przenika, wtapia, tworzy supełki na sznureczku powiązań literacko-malarskich tworząc pełniejszy kobierzec, obraz tkany zwinnymi palcami artystów, gdzie zieleń na frakach pasikoników i czerwień na skrzydełkach biedronek nabiera przenikliwej wyrazistości, tworząc moją własną kompozycję harmonijnie przeplatających się płócien polskich mistrzów malarstwa i polskich mistrzów słowa.
Właśnie zza chmur wyjrzał nieśmiały promień słońca, jak światełko zachwytu przenikające przez niewielki świetlik talentu utkwionego w rozciągniętych płótnach malarskich. Fini.

Odpryski życia


Jak zamienić kawałek węgla w kostkę czekolady? Jak poczuć słodszy smak rozpuszczającej się codzienności na chropowatym podniebieniu życia?
Na razie wszystko rozpuszcza się w kałużach deszczu, krople rozbijają się na milionowe cząsteczki jakby roztrzaskał się podniebny żyrandol wprost z fabryki Swarovskiego, każdą kryształową łzą wypłukując kurz spomiędzy szczelin i szparek, w których skryły się ziarenka gorczycy, porzucone w biegu troski, zagniecione skrawki albo gałganki z kurczącego się płaszcza ochronnego, gdzie śpi głuche echo szyderczego chichotu, odpryski mijających dni. Tak, jak w ziemię wbiły się odpryski potłuczonych zniczy, bezkształtne kawałki roztrzaskanej przez kogoś tablicy na grobie mojej Babci, jak dotarła do mnie roztrzaskująca wiadomość, że koleżanka ma stwardnienie rozsiane.
Jak pozostać niewzruszonym wobec takich wybryków i wyroków? Jak wzmocnić własną, z lichego materiału zrobioną, konstrukcję?
Nową tablicę można zamówić, znowu boleśnie wyryć na niej datę śmierci ostrym dłutem rozgrzebując własny ból i poczucie straty. Od nowa licząc kolejny rok, kolejny deszcz, który rozmyje krwawiącą ranę, zmyje cień Jej odejścia wypłukując go spod moich powiek, jak wypłukiwał powoli, z każdym dniem, przejmujący błękit z Jej oczu.
Ale jak zamówić nowe życie?
Ściskam w dłoni kawałek węgla patrząc na czarne smugi spływające pomiędzy palcami.
Czuję się doszczętnie przemoknięta.


Siła kruchości


W "Lekkiej przesadzie" Adama Zagajewskiego każda myśli, zgrabnie nakreślona litera zdaje się być perłą znajdywaną na dnie czarnego morza słów, jak Morze Czarne, swoimi brzegami sięgajac korzeni zasklepionych w sentymentalnych warstwach ukraińskich pejzaży. Jeden akapit skleja ze sobą kolejny, jak na bursztynowych plastrach miodu stających się pomostem łączącym wielość odniesień, literackich powiązań i muzycznych fraz. Można je wszak rozdzielić, a smak słów, nic nie tracąc na wcześniejszej wyrazistości, nabierze nowego wyrazu wypełniając każdą najdrobniejszą szczelinę w linijce, stając się archipelagiem wysp przywoływanych siłą wspomnień.
Staram się zatrzymać na dłużej płynność przewijających się obrazów i wydarzeń. Podróży całkiem odległych, od przykurzonych minionym czasem lwowskich zaułków, przez nowoczesne amerykańskie miasteczko uniwersyteckie, skąpane w deszczu wąskie uliczki Paryża, po te znacznie bliższe geograficznie i bardziej oswojone - "obnażone" Gliwice i Kraków w szarej kotlinie, gdzie mgły się podnoszą, mgły opadają. Jak podnoszą się i opodają zasłony do czarno-białych retrospekcji, jak otwiera się i przymyka przesłona aparatu fotograficznego zatrzymująca ułamki chwil niemożliwych do powtórzenia, z jednej strony kontrolując strumień światła, z drugiej wpływając na głębię ostrości pochwyconego obrazu. Tak, jak pisarz kontroluje dawkowanie emocji i wpływa na ostrość naszego spostrzegania jego, wewnętrznego świata. Tego, będącego na wyciągnięcie dłoni, wyślizgującego się spod pospiesznych muśnięć palców, lub przeciwnie, całkiem niespiesznych, poruszających się rytmicznie po klawiaturze komputera w takt mozartowskiej melancholii.
Tak, utkwiona w stanie literackiego zachwytu, popodam w kolejny znajdując fragment odmalowujący intrygujący portret malarza, który wkradł się do mnie z kocią zwinnością i gracją,  wraz z przywłaszczeniem sobie cząstki mojego świata przez Konstantego Jeleńskiego:
 … cóż to za radość czytać zapiski Czapskiego, znakomitego obserwatora, artysty i człowieka o wielkiej inteligencji i absolutnej prawdomówności, kruchego jak wszyscy ludzie, ale niewstydzącego się swej kruchości. (...) W dzienniku był surowy wobec samego siebie, obnażał się, nie korzystał z przywileju  a r y s t o k r a t y c z n o ś c i, ani z przywileju  w y b i t n e g o   e m i g r a n t a.  Pośród paryskich wysiedlonych uderzał czymś, co trzeba nazwać absolutną prostotą.
Więc niech mi wolno będzie powtórzyć za panem Adamem, cóż to za radość czytać zapiski Czapskiego, od kiedy dotarła do mnie, kilka dni temu, przesyłka z redakcji „Zeszytów Literackich”. W dodatku z dołączonym prezentem w postaci 115 numeru kwartalnika, a w nim tekstami przedstawiającymi sylwetkę Józefa Czapskiego. Serce w przyspieszonym tempie wybija odę do radości, uśmiech podnosi kąciki ust jak ręce marionetek pociąganych za sznurki, bo prawie marionetką jestem całkowicie poddając się porażającej sile „kruchości” Józefa Czapskiego. 
Trzymam w dłoniach "Wyrwane strony" zszyte w ponad dwustu-stronicowym tomie. Z książki wypada zakładka, na niej postać starszego mężczyzny, w płaszczu z postawionym wysoko kołnierzem, w berecie… jakże łatwe, możne nawet nazbyt łatwe, przychodzi skojarzenie z Postacią, którą trzymam pod powiekami, przemierzającą wąskie uliczki starego Żoliborza. Na zakładce nie spostrzegam tylko twarzy malarza, stoi tyłem, jakby ważne było to, co zostawia poza sobą. Tak, jak cennym jest to, co pozostawił nam, czytelnikom i odbiorcom jego sztuki – swój talent, przemyślenia, zapis własnego odczytywania świata, przejmujące szkice otaczającej go rzeczywistości i utkwionej w nim przenikliwej wrażliwości.
Może siadywał, w takie burzowe dni, by poskromić przeszywające go skrajne emocje, wszelką zmienność natury, notując swoje refleksje skrupulatnie w licznych kajetach, dobierając słowa do swoich myśli, tak, jak dobiera się farby do własnej wizji obrazu, by mogły spocząć spokojnie na chłonnej bieli kartek. Wtopić się w nie, jak farba wtapia się w płótno nasączając je ostrością barw, wyrazistością wymowy, wgryzając się w jego miękko poddającą się fakturę, kształtując formę kolorem, przenikając granicę między rzeczywistością i artystyczną wizją. Dochodząc do skończoności, artystycznego fini, zamknięcia obrazu w oprawionym kawałku przestrzeni, na wyrwanej kartce z życiorysu.
I tylko przymuszona przerywam czytanie „Wyrwanych stron”, wyrywając się do spraw codziennych,  albo całkiem bez przymusu wiedziona koniecznością pojechania na kolejny wykład, ale że w temacie malarstwa pozostawałam, poniekąd sama się przed sobą rozgrzeszam z zaniedbania czytelniczego. A przecież dzisiaj temat fascynujący, frapujący portret jakby nie do końca dorysowany, bez wyraźnych konturów, rozmyty, zamglowy, tak jak jej obrazy. Olga Boznańska, malarka, w której pracowni wisiał krajobraz Henri Martin'a, tegoż samego autora, który przemyka między linijkami opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza "Serenite".
Olga Boznańska obdarzona niezwykłą intuicją, potrafiąca wydobyć charakter portretowanej postaci, jakby bezwiednie, wiedziona własną wrażliwością i dozą spostrzegawczości, wyczulenia na to, co zdawać się może dla oczu zwyczajnych, niewidzialnym. Jakby wyjmowała portretowaną postać z ograniczeń jej własnego ciała, ukazując tę, zdawałoby się niedostrzegalną, metafiznyczną sferę duchowości. Może to ona, ta wewnętrzna, niematerialna aura, sprawiała, że obrazy Boznańskiej jakby za woalem pozostawały, wtapiając się w tło, zanurzając się w delikatną kompozycję kolorów, harmonijnie przenikających siebie nawzajem. Obrazów często niepokojących, niedosłowych, pochwyconych jakby w ułamku sekundy, choć wypracowanych tygodniami, wszak bez zbędnego przerwysowania, pozbawione kolejnego, już zbytecznego pociągnięcia pędzlem. Cały sekret obrazu, że w pewnej chwili musi "pod karą śmierci" dotrzeć do własnej logiki i wtedy zmienia się stosunek do płótna, do tego co jest  p r a w d ą  płótna.
To, co przed chwilą było niedopuszczalne ( "przecież tak  n i e   b y ł o  w naturze czy w notatce"), staje się właśnie nie tylko konieczne, ale jedynie prawdziwe!
Czasami ten moment, nieznaczny ułamek sekundy, przychodzi późno, czasami jest od pierwszej chwili lub nie przychodzi wcale i wtedy obraz wprost się nie urodził. Jak często niszczy go naturalizm, który się wkrada bocznymi drzwiami i zabija wizję po cichutku, tenże naturalizm, który nas przed chwilą wizją obdarzył (...) Delacroix mówił, że najtrudniej jest wiedzieć, k i e d y  obraz przerwać - notował Józef Czapski.

Spoglądam na jego obraz „Autoportret w lustrach”. Czymże jest autoportret malarza? Próbą zobaczenia siebie samego we własnych oczach, przyjrzenia się sobie samem czy może próbą pokazania siebie innym, prawdziwym czy upozowanym? Wojciech Karpiński w "Fajce van Gogha" pisze o autoportretach Vincenta: "Chciał za zewnątrz - w obrazach - przedstawić swoje wnętrze, ująć istotę swojej osoby, upewnić się przez dzieła o własnym istnieniu, które czuł, wymyka się mu (...) Van Gogh pochyla się nad sobą, próbuje odcyfrować tajemnicę swojego losu, przygląda się sobie z uwagę, szkicuje autoportret, kolejne wersje autoportretu, zarazem obawia się zaglądać w zwierciadło ze zbytnią natarczywością (...)".
Kogo Józef Czapski chciał pokazać lub kogo zobaczyć w lustrach, komu się tak naprawdę przygląda, może nam podglądającym go z oddali? Sięgam ponownie po słowa Wojciecha Karpińskiego, tym razem skreślone w "Portrecie Czapskiego", który wskazuje:
"Pozostawił po sobie błysk rozświetlającego widzenia, melodię zdania, umiejętność twórczego łączenia wielu zjawisk, umiejętność uczenia się od innych i pozostawania sobą - w ciągłych przemianach. Jego obrazy, jego teksty, rozrzucone po świecie, ślady jego osobowości stanowią przede wszystkim szkołę widzenia. To jest skarb, który może objawić się każdemu, kto patrzy na jego obrazy lub pochyla się nad jego książką (...)".
Przyglądam się chcąc zobaczyć w nim prawdę, przemiany, kruchość będącą siłą, poszukać tego, co kryje się pod warstwą intensywnych barw, po drugiej stronie lustra, w cienkich pociągnięciach szkiców, załamaniach linii, tego co schowane pod grubszym obrysowaniem kreski. Wracam do jego dzienników.Dla mnie te dzienniki (już od wojny blisko sto grubych kajetów) były i są studnią materiałów, które kiedyś zamierzałem wyzyskać szerzej. W miarę lat ilość zapisanych stron przerażająco rośnie! Już nie umiem żyć bez zapisywania rzeczy dla mnie, i może tylko dla mnie, interesujących. Co znaczy ta pasja pisania? Grafomani piszą także z pasją. Może to ucieczka przez pisaniem odpowiedzialnym, zbudowanym, osaczonym przez wybór świadomy i dla innych czytelnym?Ot, i tak się chyba zbyt zamaszyście rozpisałam i zaczyna rozbrzmiewać dokuczliwa kakofonia, więc uciekam, przed własną grafomanią coraz bardziej mnie samą paraliżującą, choć przecież nie pozbawioną szczerej pasji. Uciekam, między wyrwane strony z  dzienników, by odradzać się na nowo z każdym kolejnym literackim zachwytem, by wciąż budzić się ze stanu, przez Józefa Czapskiego nazwanego, nieoddychalnością życia z nadzieją na "odkorkowanie" na inny wymiar mojego własnego życia.
fragmenty:
> wiersza Adama Zagajewskiego
Widok Krakowa
z tomiku "Jechać do Lwowa"
, wyd. ZL
 > książki Lekka Przesada, wyd. a5
 > dzienników Józefa Czapskiego Wyrwane strony, wyd. ZL
> książek Wojciecha Karpińskiego Fajka van Gogha oraz Portret Czapskiego, wyd. ZL

Kontrola oddechu dnia

Długi, powłóczysty welon wieczornej mgły, który jak woal przysłonił wczoraj nieśmiało oblicze przydrożnych krzewów, dzisiaj rano rozpłynął się niezauważony. Przejrzystość poranka zajrzała przez okno rozświetlając wnętrze nierozbudzonego jeszcze domu. Frycek wrócił z nocnych wojaży chowając się przed rażącym jego niewyspane oczy światłem, znikając w ciepłych, wełnianych warstwach koca, jak ta wczorajsza mgła.
Z kubkiem aromatycznej kawy przysiadam się do „Wakacyjnego Śniadania Mistrzów” smakowicie przygotowanego przez Dariusza Stańczuka. Wyborne towarzystwo i wykwintne menu, z klasą podane, a jakimż wdziękiem i dźwiękiem opatrzone. Te ptasie trele słyszane w koncercie na flet Piccolo C-Dur Vivaldiego, mogłyby zawstydzić leniwe szpaki w ogrodzie, bardziej skupione na mistrzowskim poszukiwaniu smakowitego kąska, zanurzone w aspekcie stricte kulinarnym tejże smakowitości, niż tym muzycznym płynącym z eteru na falach RMF Classic.
Tymczasem ja chłonęłam, wraz z kolejnym łykiem kawy, łyk tonów przepełnionych barokowymi ozdobnikami, skrzydlatymi szesnastkami szeleszczącymi swoimi chorągiewkami w podziwie wielkim dla utalentowanych poczynań Antoniego. Moje oczy, zaś, jak półnuty szeroko otwarte, wypatrywały tego, co dzień ma dla mnie zaplanowane na dzisiaj. Praca, popołudniowy wykład, droga do domu autostradą zachodzącego słońca, i w końcu powolne odsuwanie od siebie trosk, które sprawiły, że przez ostatnich parę dni czułam się jak kobieta z obrazu Józefa Czapskiego „Droga nadmorska” idąca wąską drogą, z jednej strony osłonięta niewzruszoną skałą codzienności, z drugiej ukazująca usuwające się spod nóg urwisko, znikające w przepastnych odmętach morza. Choć może w zamyśle samego malarza mogła to być kobieta w pełni szczęśliwości, ufna, niezalękniona. Kapelusz, jak słońce, nad jej głową zawieszony, rozjaśnia drogę wijącą się jak stróżka piasku. I choć droga wąska, to może tajemnicza kobieta widzi własną przyszłość znacznie szerzej, spod rozłożystego kapelusza w kolorze szafranu, chowającego pod swoim rondem, jej własny mikroświat.
I tylko ja mniej kolorowa sama sobie się zdaję.
Gdyby tak można było wyrwać niektóre strony ze swojego życia, wyrwać z serca i własnej niedobrej pamięci, spalić, spopielić, by nigdy więcej do nich nie wracać, nie wracać do związanych z nią strachu, przerażenia, bezsilności. Ale kiedy czytam fragment zapisów Józefa Czapskiego, który notuje: Niech się stanie wola Twoja, przyjąć, przyjąć, nie omijać, nie odwracać się od rzeczy przykrych i trudnych, przyjąć je do końca, nawet z radością, wchodzić w to, czego się boisz, a boisz się każdej decyzji, każdego złego spojrzenia - z przewrotnością, tylko kobietom ponoć przypisywaną, próbuję samej sobie powiedzieć, że dobrze może, że żadnych kartek wyrwać nie sposób. Jakkolwiek niechciane stanowią jakąś cząstką mnie samej, a jakże wyrwać kawałek siebie, który nerw należałoby usunąć jak fastrygę, wyrwać jak wenflon, choć boleśnie wbity, to przecież w przewrotny sposób mający w czymś dopomóc. Może w doprowadzeniu świeżego oddechu, takiego który przychodzi z czasem, z dystansem odmierzanym kolejnym życiodajnym zachłyśnięciem się sokiem z żywicznego drzewa.
I kiedy przeczytałam fragmenty, niewielkie bardzo, z dziennika Józefa Czapskiego, pomyślałam, że pewnie bywa i tak, iż niektórym udaje się „powyrywać strony” sprawiając, że samoistnie każda z nich staje się esencją, barwnym obrazem, zapamiętaniem, „wklejając się” w nasze własne widzenie i odczuwanie.Józef Czapski - malarzy, pisarz i eseista, przyjaciel Konstantego Jeleńskiego, powyrywał strony z własnego życia zostawiając je dla potomnych jako ślad swojej przynależności do świata, ślad własnej w niej, pięknie odrysowanej, obecności. Sam konstatując: A dziennik mój to jest pas ratunkowy, to jest dociskanie siebie do tej świadomości. Co znaczą te jęki - drukować, ani mowy, ale tylko tak możesz zachować działanie pasa ratunkowego i nawet uratować kartki, które muszą nabrać innej formy, może więcej wspomnieniowej - w każdym razie oczyszczonej z tego, co jest istotą i potrzebą, i treścią główną dziennika - mego pasa ratunkowego i moich dla siebie samego niespodzianek (…) Dziennik nie na pokaz pomyślany, ale jako kontrola oddechu dnia.Jak tu oddech, jednak, samemu kontrolować czytając to co iskrzy i olśniewa. Nie sposób, bo trzeba poddać się tej rytmice przyspieszonej, opartej nuż to na świadomym ruchu w malarstwie, toż znowu na pewnej dozie improwizacji jaka jest nieuniknionym elementem życia. Akceptacją tejże zmienności i różnorodności.
Wszak można swobodnie kojarzyć barwy, układać na płótnie i wprawnie przemieniać je w pełnokrwiste pejzaże zatrzymane w malarskim kadrze, ale pozostaje wciąż element zaskoczenia, będący nieobliczalnym efektem ubocznym, całkiem poza wszelką kontrolą, a dodającym blasku, pewnej świetlistości skoncentrowanej w małych fragmentach nagle stających się dla nas istotniejszymi od całego tła. Skupia się w nich soczewka naszego oka, nasze widzenie i dostrzeganie detalu. Te skrawki, „łachmanki”, wyrwane z kontekstu chwile, same stają się kontekstem swojej własnej, odrębnej całości.
Teraz już tylko czekam na przesyłkę, a stan ten wzmaga wypowiedź Konstantego Jeleńskiego, który o diariuszu swojego przyjaciela powiedział: Jedyny swego rodzaju dziennik i najwierniejszy autoportret. 
A na razie przyglądam się malutkiemu wydawnictwu zakupionemu na stoisku antykwarycznym w nowoczesnym budynku Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie zostały przeniesione nasze wykłady o malarstwie. Ta niewielka książeczka chowa w sobie wybór listów z osiemnastego wieku, wydanych przez Librairie Hachette, w zupełnie nieznanym mi roku, choć jej stan świadczy o wielu latach tułaczki. Pięknie szeleszczące doskonałą francuszczyzną, opatrzone wstępem Gustave'a Lanson'a, opieczętowane dwoma stemplami: Biblioteki uczniowskiej Gimnazjum im. T. Niklewskiego oraz Gimnazjum i Liceum Państwowego im. J. Słowackiego w Warszawie. W środku ślad czyjejś obecności, czy może obecności tychże listów w czyimś życiu, znacznie bliższym mi czasowo - fiszka z biblioteki na której ktoś odręcznie zanotował: z jednej strony - tytuł, nr wydania oraz wydawcę, zaś na drugiej - "Chiny. Halimarski Andrzej: Wojna o Konfucjusza. Polityka r. 1974 nr 9 s. 7."
W rozdziale o Stanisławie Auguście Poniatowskim wkładam gałązkę lawendy. Może kiedyś ten tomik listów trafi w czyjeś ręce, niech zatem będzie sentymentalnym, ździebko infantylnym, śladem i mojej bytności między kartkami  
Choix de Lettres du XVIIIe siecle.

Na moim rąbku świata


rzuć mnie w obłok panie
lecz nie czyń mnie kroplą deszczu
nie chcę wracać na ziemię (...)

Tymczasem...
Na moim rąbku świata.
Przypisanego tylko moim oczom, każda myśl stawała się ostatnio kroplą deszczu zrzucaną z nieba, jak być może zrzuca się niepokornego anioła, by wtopił się w ziemski świat przesiąknięty różnorodnością odczuć, barw i uniesień. By zasmakował cierpkiego smaku przyklejającego się przeźroczystą powłoką do powiek, i tego całkiem słodkiego, mijającego nazbyt pospiesznie z podniebienia, wraz z kolejnym przełknięciem ziarenka goryczy, który dokuczliwie potrafi utknąć w krtani na dłużej, odbierając wszelkiej słodkości każdemu kolejnemu łykowi wypijanemu z rozchylonego wciąż kielicha życia.
Na moim rąbku świata.
Obszytym ścisłym ściegiem ograniczeń, czasem wszystko potrafi się rozejść jak źle przyfastrygowany kawałek skóry, odsłaniając rdzeń własnego jestestwa, jak odstawać potrafi płat pokarbowanej kory starego drzewa, pozwalając wilgotnemu powietrzu przeniknąć do podskórnej strefy wrażliwości jego natury.
Na moim rąbku świata.
Nieidealnego, nie próbuję oddalić się od rzeczywistości, ale przygarnąć ją, otulić się choćby jej chłodem, wniknąć w wielowarstwowość wiatru przemierzającego przeróżne zakątki, by wciąż pozostać kroplą, jedną z wielu, nawleczoną na nieznanej długości żyłkę. Pozwolić sobie na wewnętrzne rozedrganie będące niezbitym dowodem niezaprzestanego odczuwania.
Na moim rąbku świata.
Po prostu padał deszcz.

Stan nadempiryczny

Mocną kawą o poranku próbowałam dzisiaj przedrzeć się przez gęstą pierzynę ciężkiego powietrza. Senność przychodzi ostatnio zbyt późno, świtkiem prawie, z pierwszym rozwidleniem, przemycaniem przygaszonej jeszcze światłości. Mocuję się zatem, w te noce ciemne, z nachodzącymi mnie przemyśleniami, które oplatają jak rozrzucone na poduszce kosmyki włosów, wreszcie żyjące własnym, nieco skręconym co prawda życiem, ale pełnym swobody, bez porannego "ulizania" i wymuszonego "ugrzecznienia", które odbiera im nieco z frywolnej swobody.
I tak myśli biegną to w rejony pamięci bardzo dawnej, to znowu chwytając się jak pnącza, całkiem niedawnych spraw. Popadam przez to w swoiste bytowanie z samą sobą, wymuszone nieco samotnictwo (za ten wyraz dziękując panu Adamowi Zagajewskiemu, bo przylgnęło sobie do mnie, przywarło, po prostu się wtopiło w ten mój byt osamotniony, moje nocne face to face z samą sobą).
Zatem, wracając do nocy bezsennych i obcowania jedynie ze sobą, nie byłoby to towarzystwo szczególnie atrakcyjne, gdyby nie towarzyszące temu stanowi refleksje, unoszące się jak gwiazdy nad moją głową, spadające na nią właściwie. A to odnosząc się do odłożonej niedawno książki, przeczytanego eseju czy wysłuchanej ot, choćby, suity A-dur Anonina Dvoraka. Wciąż tak samo pięknej, jak przed laty, nie tracącej nic na swojej wymowie, nie gubiąc nic z doskonałego dopasowania dźwięków, ich wzajemnego uzupełniania się tworzącego idealną jedność. Suita A-dur będąca, raz to, falami łagodności niesionymi delikatnym prądem Wełtawy, to znów wzbijając się dumnie strzelistymi wieżyczkami smukle wyglądającymi znad Katedry św. Wita. Piękno formy i treści, po prostu czysty, niezakłócony niczym zachwyt.
Te zachwyty to zresztą taka moja mocno zarysowana wada serca, która z medycznego punktu widzenia jest całkiem nieuleczalna, chociaż ostatnio w ogóle trochę jakby lekiem na receptę się stając, bo nie taka łatwa do zdobycia. Dlatego zapewne łapię je jak motyle w siatkę, przyglądam się, podziwiam, po czym pozwalam odfrunąć, by mogły nieść radość innym, samej wypatrując kolejnych.
A popadłam sobie ostatnio w taki zachwyt, ulegając mu, bez żadnego oporu, całkowicie. Bez zbędnej przesady to mówię, bo przesadą być nie może, kiedy wkracza się w poetycki, i nie tylko, świat postrzegany oczami Adama Zagajewskiego. Bo w „Lekkiej przesadzie” trudno by tejże przesady się dopatrywać, w jakiejkolwiek formie jej szukać, tak zgrabnie i z wyczuciem jest skonstruowana najnowsza książka Adama Zagajewskiego. Oś myśli wije się wokół wspomnień i refleksji, ale nie brakuje w niej odniesień muzycznych i zgłębiania się w przepastne rozdziały filozoficznych rozważań, z wielkim taktem, bez zbędnego nadmiaru, przywoływanych. Oczywistym jest też sięganie przez niego do poezji, i do prozy, także prozy życia, która wbrew pozorom prozaiczną się wcale nie jawi. I tak od nostalgii ukraińskich korzeni, przez współczesne szukanie sensu w drobiazgach i wielkich fascynacjach, idziemy razem. Jestem co prawda na początku tej drogi, ale już stopy wtopiły się w miękkość słowa, w ich melodyjność i harmonię. To trochę jakby rozważne stąpanie po wijących się po równinie ścieżkach, co rusz wyrywających nas ze stonowanego krajobrazu, by na moment rzucić nas na pagórki i wzniesienia pozwalające naszym stopom poczuć pewną odmianę, uwrażliwić się na nowy teren i jego różnorodność. Wszystko to jednak łączy się ze sobą, splata, tworzy urzekające zawiniątka myśli, które stają się zalążkami całkiem nowych, przychodzących w sposób naturalny, niewymuszony, jakby znaleziono je niby przypadkiem, ale bez których nie byłoby tak spójnej całości. Wręcz filozoficznego uzasadnienia dla swoistego przeznaczenia słów, które musiały się ze sobą spotkać, by razem dotrzeć do świadomości czytelnika w sposób tak szalenie obrazowy, pozwolić unieść swój umysł ponad własną rzeczywistość. Zresztą, jeśli o tym uniesieniu umysłu mowa:
Kiedy byłem studentem filozofii (raczej złym studentem), napisałem pracę o czymś, co nazwałem, jeśli dobrze pamiętam, "stanem nadempirycznym". Próbowałem, niezgrabnie, nie mając odpowiednich narzędzi intelektualnych, uchwycić to, co Schopenhauer - znowu, jeśli dobrze pamiętam - nazwał "lepszą świadomością". Schopenhauer miał na myśli chwile, kiedy umysł zdolny jest wznieść się ponad poziom zwykłego zmagania się z materią, z codziennością, i otworzyć się, przez moment, na idee, na piękno.
I nagle ciemność nocy została rozciętą, nagłą, pospieszną myślą, jak księżycowym ostrzem, jak połyskującym nożykiem do rozcinania kopert, bym mogła znaleźć w sobie pewne 'przypomnienie'. Zbiegłam szybko do biblioteczki na dole. Sięgnęłam po książkę, przysiadłam na schodach i spojrzałam. Mocno pożółkłe kartki, niejednolicie, bo na brzegach ozdobione intensywniejszym odcieniem naturalnej sepii. Tak też intensywnym zdało się przywołanie lektury sprzed lata bardzo wielu. Otóż, ta książka obudzona w środku nocy, to "Wybór tekstów filozoficznych dla szkoły średniej" zebranych przez Barbarę Markiewicz, wydanych w 1987 roku przez Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne.
W tejże zapomnianej od lat książce znalazłam zakładkę, zwykłą karteczkę wyciętą z papieru, na górze opatrzonej nazwiskiem Schopenhauer, napisanej przez mnie odręcznie, kolejnym, niedookreślonym jeszcze charakterem pisma. Zresztą zmienność mojego charakteru pisma rozciągnięta w czasie, przez długie lata edukacji, miała chyba coś wspólnego z poszukiwaniem własnego charaktery, własnej osobowości, bo też i długo jej też dookreślić nie byłam zdolna. I tak, raz pismo miałam pochyłe, z pewnym urozmaiceniem, bo raz bardziej przechylały się litery w lewo, to znowu bardziej w prawo, i zapewniam, że wtedy z pewnością nie miało to nic wspólnego z upodobaniami politycznymi, z całą pewnością nie. Chociaż raz to przemycałam "z" pisane w stylu rosyjskim, to znowu "r" zdecydowanie utrzymane w modzie francuskiej. Obie literowe przypadłości zostały mi do dzisiaj, sprawiając, że choć charakter noszony w sobie pokroju dość prostego, to ten pisany zbyt ozdobnym czasem się wydaje. Ale zdaje się, że tymi rozważaniami to bardziej zaczynam się przechylać się w stronę psychiatrii, albo też Freudowskich nieświadomie określanych procesów myślowych, zatem szybkie sprostowanie, jak czasem prostowałam stawiane grzecznie literki, bliżej mi jednak do filozoficznych rozważań. Wszak, to nie Freud została zaznaczony, ale na stronie dwieście osiemdziesiątej tkwiła wetknięta karteczka, w rozdziale poświęconym myślom Arthura Schopenhauera. W książce zaś nazwisk ponad sześćdziesiąt, filozofów i myślicieli, od Anaksymandera, przez Św. Augustyna, Spenglera z jego twierdzeniem, że cywilizacja to zmierzch kultury, po rzeczonego, i zaznaczonego, Artura Schopenhauera.
Cóż, bez przesady, ale uwielbiam takie zbieganie się myśli, takie kojarzenie zapętlone w czasie, mające źródło w dalekiej przeszłości, a powracające wraz z teraźniejszym przeżywaniem życia, dotykania zachwytów, czasami we mnie samych przygasłych. Jak twierdził Schopenhauer - świat jest zwierciadłem woli - mój świat jest zwierciadłem woli zmagania się z szarością dnia w imię przechwytywania chwil, kiedy umysł zdolny jest wznieść się ponad poziom zwykłego zmagania się z materią, z codziennością, i otworzyć się, przez moment, na idee, na piękno.Tak, jak mój otworzył się na piękno, bez jakiejkolwiek przesady to wyznaję, przenikające spomiędzy kartek "Lekkiej przesady" Adama Zagajewskiego, wprawiając mnie  w stan iście "ponadempiryczny".

                                                                          fragment z książki Adama Zagajewskiego Lekka przesada
                                                                                          Wydawnictwo a5, wydanie pierwsze, maj 2011

Kolekcjonowanie chwil


?? - BOHATERM TEJ KSIĄŻKI JEST CHWILA. INACZEJ: BOHATEREM JEST CHWILOWOŚĆ CHWILI. Stąd wielka liczba dygresji, ilustracji. To zatrzęsienie migawek, przelotnych obrazków.
        Moje osobiste, niechby, bazgroły, autorskie niedorzeczności – a spod nich przeziera skrupulatna kolekcjonerska faktografia. Muzyka matki. Ojciec – Wega, Betelgeuse, planety, gwiazdozbiory, fabryka. Fabryki... (Jestem przecież nieodrodnym synem swych rodzicieli, w ich domu zawsze spotykałem się z „kolekcjonerstwem”, z bardziej lub mniej wysublimowanym gromadzeniem. Pisząc, kolekcjonuję.)  

Andrzej Falkiewicz 'ta chwila'fragment książki opublikowany w "Twórczości" nr 11, listopad 2010

Kurek od kranu


Życie zdaje mi się czasami wodą, płynącą z kranu niezbyt zamaszystym strumieniem, mocno ograniczoną ściankami i trudną do regulowania przez nas samych. Jakby pozbawiono nas stałego dostępu do kurków, by móc zmieniać natężenie chłodu lub nadmiernego strumienia gorąca płynącego długą, niewzruszoną na wszelkie zmiany, metalową szyją. Nieugiętą i całkiem pozbawioną wrażliwości. A ja chciałoby móc czasami przykręcić nurt lodowatej wody, która potrafi "zmrozić" uczucia, doprowadzić do „zlodowacenia” duszy, a dodać nieco więcej rozleniwiającego ciepła, zbawiennie ogrzewającego.
Dzisiaj jednak znalazłam taki kurek, ujęłam mocno w dłoni, przekręciłam i już wystawiałam swoją twarz w stronę popołudniowych promieni słońca prześlizgujących się po bielonych filarach stawiskowego dworku, przechadzających się po rzeźbionej, koronkowej werandzie, przetykającego swoje złote nitki między drzewami, by choć na moment rozświetlić ukrytą między nimi kapliczkę. Na Stawisku tak zachwycająco pięknie, błogo i cicho.
Herbata i kruche ciasto z truskawkami u Pani Zosi. Siedząc w kuchni myślałam jednak, że jestem intruzem, któremu pozwolono dotknąć drugiej strony Stawiska, tej delikatnej warstwy od podszewki i jest to niczym nieusprawiedliwione nadużycie, z którego nie umiem zrezygnować, wyrzec się w imię uczuć, które ostatnio, mnie samej, nie dają spokojnie zmrużyć oczu.
Nie wiem po co znowu zajrzałam na Mariensztat. Tyle razy obiecywałam sobie, by tam nie chodzić, nie wracać. Zamknąć ten rozdział, dać mu się wreszcie zagoić. Ale ja, ze swoim byczym uporem, wciąż stawałam pod tym oknem, zamykanym na dziwaczną, wysuwaną klamkę łudząc się, że poryw wiatru trącający moją grzywką, to Jej dłoń, która zawsze odsłaniała moje oczy przysłonięte włosami. Że ten ciepły oddech powietrza, to Jej, przy mnie, niezmienna obecność, a ja zakradałam się pod to okno jak złodziej kradnący album ze zdjęciami z własnego życia. Ot, złodziejka własnych złudzeń, że pewne rzeczy się nie kończą, że pewne rzeczy się nie zmieniają, budująca własny chybotliwy domek z kart.
I znowu mnie tam poniosło. Stanęłam przed tym oknem, by doświadczyć zawalenia się świata z mojego dzieciństwa. Inne okna, nie ta sama klamka, nowa framuga, która najwyraźniej nie dopasowała się jeszcze do tej starej kamienicy i wyglądała na nietutejszą, obcą. W oknie Babcinego pokoju ciężkie zasłony broniące, nawet słońcu, wstępu do wewnątrz. A tam wisiało wielki lustro, przed którym wyobrażałam sobie siebie jako przyszłą panną młodą za welon wpinając sobie we włosy okrągły Babciny obrus robiony na szydełku. Nad starą serwantką wisiało moje zdjęcie zrobione w parku łazienkowskim, kiedy miałam pięć lat, w białej wełnianej sukience w prążki. Pod lustrem granatowy flakonik z kremem „Pani Walewska” i fiołek alpejski na szerokim parapecie.
W kolejnym oknie toż samo. Nowość i obcość. Dopiero przez następne można było zajrzeć do środka. Kiedyś był to salon, do którego ja przeważnie nie miałam wstępu. Należał do innej części rodziny, ja byłam, w tym salonowym obszarze, zawsze niechętnie widzianą, a dzisiaj szukałam tam śladów obecności ludzi, mnie zawsze nieprzychylnych, jakbym szukał koła ratunkowego do swojej przeszłości. Żadnego śladu. Biurko, regały na segregatory, obca twarz kobiety nad komputerem. Kolejne okno, od kuchni, przysłonięte kolorowym szkłem, do którego zawsze pukałam dając znać, że już jestem. Tam, kiedyś, po jego drugiej stronie, w małym garnuszku gotowała się marchewka z groszkiem, wisiał kalendarz z kartkami, będącymi jak kurtyna odsłaniająca nowy dzień. Na podłodze, przy lodówce, miski z jedzeniem i piciem dla ukochanego psa Babci, duży stół, na którym uczyłam się siekać koperek i obierać pieczarki. Spojrzałam jeszcze raz przed siebie. Zobaczyłam pustkę i obcość. Trochę tak, jakby ktoś wyrwał mi kawałek serca, wciąż mocno bijącego, a może po prostu, nagle zakręcił dopływ ciepłej wody.
Może dlatego dzisiaj wyglądając przez okno w kuchni na Stawisku, poczułam się sama jak taka obca framuga, całkiem niedopasowana, a wciskająca się na siłę między mury starego domu. Co może odczuwać pani Maria Iwaszkiewicz widząc tylu obcych chodzących po jej domu, kiedy drewniane schody prowadzące na piętro, potężne i ciężkie, uginają się pod obcymi stopami, butami zdzierającymi warstwę jej własnej pamięci o tym miejscu. Pan Wiesław, dla którego ten dom stał się danym mu, nowym 'początkiem' życia próbował pokazywać mi inne oblicze moich rozterek, ale obcy to obcy, nowa framuga w oknie, wstawiona choćby na chwilę, nigdy nie będzie tak doskonale dopasowana do starego domu, jak ta, która tkwiła tam od zawsze. A jednak, usiadałam na tychże drewnianych, skrzypiących schodach, by posłuchać wspomnień pana Marka Wawrzkiewicza o jego nielicznych spotkaniach z Panem Jarosławem, ale będących wystarczająco znaczącymi, by w młodym sercu początkującego poety zrodziło się poczucie pewnego porozumienia z Mistrzem, bo gdy teraz, po wielu latach siada, by napisać swój kolejny wiersz, odnosi wrażenie, że Pan Jarosław, wciąż mruga do niego przyjaźnie.
I zapewne ta właśnie, przyjazna atmosfera, wciąż żywa w stawiskowym domu, przyciąga tłumy 'obcych”, którzy na moment czują się części przeszłości, częścią Czyjegoś wyjątkowego życia, tego wyjątkowego Domu, gdzie ja chciałabym być choćby: jednym skrzydłem starego okna, szczebelkiem w drewnianej werandzie, załamaniem światła w porcelanowym kieliszku, rzęsą która utknęła między pożółkłymi kartkami  książki, milczącymi słowami zatrzasiętymi w szufladach skrzypiącej komody, kroplą w wodzie płynącą wąskim gardłem stawiskowego kranu.
Nad Arnem na placu stanąłem
(piazza Giuseppe Poggi)
już sam nie wiedziałem po co
stanąłem pod tamtym domem
czy żeby przywołać powroty
czy osoby które niegdyś tu żyły
czy księgi które stworzyłem -
już nie pamiętam po co
i znowu chciałem nowego
za daleko wypłynąłem po prostu
spod białego
prostego nowego mostu
nachylony nad grobem książąt
w pylnej zakrystii świętego Wawrzyńca
jak przyłapany złoczyńca
wyrzekłam się wspomnień: wiążą
wspomnienia jak łańcuchy
w różu kopuł marmurowych
- niebieskie drogi jak ślady nart -
trzeba wszystko od nowa
zaczynać kleić okruchy
i zawsze stawiać domki z kart
jak dom na placu Giuseppe Poggi
wiersz Jarosława Iwaszkiewicza
*** 
Nad Arnem na placu stanąłemzaczerpnięty z II tomu "Dzienników (1956-1963)", wyd. Czytelnik, 2010

Moje 'jestem' pochodzi stamtąd


"Urodziłem się w małej cukrowni, położonej pośrodku żyznej równiny..."
Jarosław Iwaszkiewicz - fragment z Książki moich Wspomnień

Może jest tak, że wielka literatura rodzi się z wielkiej tęsknoty, z jej nie ukojenia, z niezaspokojonego pragnienia powrotu do niemożliwego, jak niemożliwym jest odtworzenie świata, który odszedł zatopiony przez rwącą rzekę historii, zżarty rdzą przywianą przez niepomyślne wiatry, gdzie żywioł czasu pokrył patyną piękno tlące się już tylko na celuloidzie wspomnień z dzieciństwa, na wyblakłych coraz bardziej kartkach pamięci. Pozostaje wtedy tylko ledwo słyszalnym brzękiem filiżanki stawianej na porcelanowym talerzyku, zapachem żyznej ziemi, smakiem pękającej w ustach, chrupiącej, kromki domowego chleba, głuchym dudnieniem wiatru w kominie, ciepłym oddechem matczynej troskliwości, gwarną muzyką małych miasteczek, kształem garbów na ulicznych trotuarach odciskających swój ślad na stopach mieszkańców przypisanych na zawsze tym ulicom, zarysem cerkiewnych kopuł unoszących się ponad cieniem doświadczanego rozstania z własnym źródłem.
Może właśnie przez to dzieła pisarzy kresowych potrafią dotrzeć do rdzenia istnienia, do sedna jestestwa, poruszając najgłębiej i pozostawiając w nas samych pewną nutę nienazwanego i nierozpoznawalnego utęsknienia.
Aleksander Jurewicz, jeden z tych, który w każdej linijce swojej prozy, w każdym wierszu poezji, tak dogłębnie i przejmująco kreśli własną tęsknotę i melancholię za krajem utraconym, napisał we wstępie do "Lidy":

Nigdy nie pożegnałem tego miastaNigdy nie nauczę się tego miasta
Budzę się ciągle na jego ulicach
z odrapanymi kolanami z pudełkiem
klocków ściskanym w rękach
Budzie mnie śpiew kobiet wracających
z niedzielnych nieszporów
i przekleństwa mężczyzn w czereśniowym
sadzie przy samogonie (...)

I ileż takich spopielałych migawek z przeszłości, niedopowiedzianych, niewykrzyczanych słów tęsknoty kryje się w literaturze stworzonej przez pisarzy i poetów, którzy pochodzą "stamtąd", z niedalekich krańców, tworzących w cieniu "osierocenia", wyrwania z innej ziemi. Ich słowa wciąż pobrzmiewają jak echo tęsknoty, stając się jednocześnie esencją ich literackiej wrażliwości, taką "wartością dodaną", którą filtrują przez pryzmat własnych odczuć, przeżywanych wciąż rozstań i wiecznego utęsknienia.
I dlatego też z zapartym tchem czytałam dzisiaj słowa Radosława Romaniuka, ujęte w tekście poświęconym książce opracowanej przez Roberta Papieskiego „Jarosław Iwaszkiewicz i Ukraina”, bo odnajduję, w nich właśnie, wytłumaczenie tegoż utęsknienia, tego wiecznie bijącego źródła dającego początek własnemu "ja", własnej "przynależności" do kawałka ziemi pachnącej wspomnieniami, dookreślających własną "tożsamość" w życiu i w twórczości:
Kluczem do zrozumienia poety jest „kraj poety”. W polskiej literaturze przykład Jarosława Iwaszkiewicza to jedna z najlepszych ilustracji formuły Goethego. Ukazuje również podskórne skomplikowanie tej prostej myśli, bo przecież kraj poety jest rzeczywistością duchową, nie geograficzną, domeną poezji, nie materialnych pamiątek. Buduje go prywatna mitologia, zamknięta przed „turystami”, czytelna dla archeologów wewnętrznych poruszeń, którzy w kraju realnym próbować będą odgadnąć przed wszystkim to, czego nie ma i zobaczyć, jak nie ma.Może też dlatego, kiedy całkiem niedawno dostałam propozycję wyjazdu służbowego na Ukrainę, która miała się zresztą rozpocząć w dniu moich urodzin, pomyślałam że dostaję od Losu najpiękniejszy prezent, że będę mogła wreszcie postawić swoją stopę w "kraju poety" mojemu sercu najbliższemu. Przeznaczenie jednak zawróciło mnie z drogi, oddalając moment, w którym mogłabym zanurzyć usta w tym źródle, które zaspokoiłoby moje własne pragnienie poznania Iwaszkiewiczowskiego "początku". Wierzę jednak, że może nie był to jeszcze ten moment. Może wyjeżdżając wtedy, z listą służbowych spraw do załatwienia, czując jedynie zabieganie pod stopami, stałabym się  "turystyczną duszą" nieumiejętną do prawdziwego doświadczenia ukraińskiej tożsamości, tej tajemnicy Iwaszkiewiczowskiego utęsknienia.
A może nikt, kto stamtąd się nie wywodzi, nigdy nie zostanie dopuszczony do tej tajemnicy. Adam Zagajewskim w swojej "Lekkiej przesadzie" wspomina podróż sentymentalną do Lwowa i reakcję jego ciotki Ani, dla której każdy kto jedzie do tego Miasta pozostaje jednak dla niego "obcym". Patrzącym oczami przybyłego z innego świata, widzący obraz rzeczywisty, podczas gdy prawdę o tym Mieście znają tylko Ci, którzy stamtąd się wywodzą. To oni, w pełni, rozumieją głębokie pęknięcia w ciałach starych kamienic, bo sami noszą je na własnych. Tylko oni słyszą przytłumione głosy przenikające przez szczeliny opustoszałych okiennic wraz z wieczorną mgłą. Oni, których własne korzenie, boleśnie wyrwane, rzucone na inny grunt, tak do końca nie potrafiły się przyjąć, a proces ten został okupiony bolesnym wrastaniem w inne środowisko.
Zatem mnie, na razie, pozostaje powracanie do zebranych przez Roberta Papieskiego ukraińskich tekstów Jarosława Iwaszkiewicza, tak sugestywnie opisanych przez Radosława Romaniuka. Począwszy od podskórnie odczytywanej "Siciliany", opowiadania z 1914 roku, przez eseje, korespondencję Jarosława Iwaszkiewicza z ukraińskimi przyjaciółmi, zapisy wspomnień poety z podróży w rodzinne strony, kończąc na swoistym "kalejdoskopie wrażeń", które jak pisze Radosław Romaniuk, wskazują, że Ukraina nie była w życiu pisarza jedynie wspomnieniem. Była ważnym składnikiem osobowości (Iwaszkiewiczowskiego "jestemu"), tak że tom "Jarosław Iwaszkiewicz i Ukraina" jest w stanie naprawdę zbliżyć do pisarza. Stanowiła realność w sensie krajobrazu, kultury, dziedzictwa, doświadczenia kolejnych podróży, zarówno tych rzeczywistych, jak i podejmowanych w przestrzeni wewnętrznej. (...) W jednym z wierszy Iwaszkiewicz pisał:"Myślę sobie: wraz z nocą sen przyjdzie zwyczajny / I skrzydłem mnie otoczy kochanym, brak życia, / Przypomnienie powróci do swego ukrycia / I jutro się obudzę bez wspomnień z Ukrajny". Ale walka z "przypomnieniem" nie była możliwa. Na szczęście.
fragmenty z tekstu Radosława Romaniuka
Zobaczone, przeczytane -
114 Zeszyty Literackie, 2011
oraz fragment wiersza z Lidy Aleksandra Jurewiczawyd. Fokus, Gdańsk 1994

Postać

Przynajmniej raz w tygodniu zdarza mi się go mijać. Bez względu na pogodę nosi długi szary płaszcz. Kołnierz postawiony wysoko, koniuszkami dotykający zapadniętych policzków, zarumienionych od rześkiego powietrza i porywów wiosennego wiatru wiejącego od Wisły. Może to jedyne 'żywe' kolory jakie jeszcze pojawiają się w jego życiu. Siwe włosy schowane pod wyblakłym beretem w kratkę. Kto jeszcze dzisiaj nosi takie śmieszne berety? Z kieszeni zawsze wygląda poranne wydanie gazety i nieco zdeformowany zarys paczki papierosów, zapewne nigdy nieotwartej, jakby tkwiącej w gotowości, że może jednak, któregoś dnia po nią sięgnie łamiąc swoją żelazną zasadę, niepalenia. Przynajmniej od czasu, kiedy rzucił swój nałóg, jeden z niewielu jakie kiedykolwiek nim zawładnęły.
Nim podejdzie do przejścia, z
lewej kieszeni wyjmuje chusteczkę, bawełnianą, z wyhaftowanym monogramem. Zza szyby samochodu nie widzę liter splecionych w lekko zagniecionym rogu. Przeciera nią szkła okularów, bardzo starannie, jakby w przekonaniu, że od ich czystości zależy jego patrzenie na świat, ostrość widzenia i zdolność baczniejszego spostrzegania otaczającej go rzeczywistości. Co prawda, czasami, pozwala sobie na zdjęcie okularów i naciągnięcie bielma świadomego niewidzenia, ale zdarza się to nad wyraz rzadko i tylko w chwilach wielkiego przemęczenia dziejącymi się wokół niego wydarzeniami.
Zakłada okulary, a jego zmarszczki pod szkłem powiększającym stają się wyraźnie wyrzeźbionymi korytami niosącymi w sobie zagubioną z czasem pewność siebie.
Staje przed przejściem dla pieszych rozglądając się uważnie. Wie, że może ufać sobie coraz mniej. Kiedy ustaje szum koni mechanicznych przechodzi na drugą stronę ulicy powolnym krokiem, jakby czekał, aż pierwszy przez jezdnię przebiegnie jego ukochany pies. Bliżej nieokreślonej rasy, jak nieokreślone wydają się jego plany na najbliższe lata, ba, dni nawet. Ale psa już dawno przy nim nie ma, chociaż, któż to może wiedzieć. Może wciąż czuje jego obecność przy sobie, widząc jego sylwetkę w kałużach deszczu, w których odbijają się zniekształcone kształty szybko mknących samochodów. Nie lubi wspomnień. Czubkiem parasola rozmazuje swoje wyobrażenia o przyjacielu, który odważył się odejść przed nim. Zostawić samego na tym przeklętym przyjściu dla pieszych, przejściu nie dla biegnącego, nie dla czterołapego, którego sierść pod kroplami deszczu potrafiła falować jak tafla rzeki poruszana skrzydłami ptaków. Instynktownie, z przyzwyczajenia, wyciąga dłoń, która zawisa nieruchomo nad pustą przestrzenią chodnika. Chowa ją do kieszeni zawstydzony własną ułomną słabością. Na ścieżce w parku zostawia ślady swoich stóp ciężko dźwigających niezgrabne buty, jak niezgrabną wydaje mu się przyszłość, jaka mu jeszcze została. Ciężka i zdeformowana, wplatająca się wciąż w jego nazbyt długie, siwe włosy, które jak przetarte starością niteczki łączą go z niechcianą historią jego samotności.
Zapewne w końcu zawsze wraca do pustego mieszkania, chociaż przez okno widać, że jednak bardzo ciasno zamieszkanego przez trudne do zliczenia książki, których postarzałe, przykurzone grzbiety wyglądają spomiędzy krat zamontowanych w oknach starej, żoliborskiej kamienicy. Duże biurko przy podwójnych drzwiach balkonowych, lekko uchylanych w upalne poranki, przygarbione jak on od całodniowego przesiadywania nad kolejną profesorską rozprawą, esejem o wyczekiwanej starości czy też traktatem filozoficznym o śmierci, którego żaden student nie będzie chciał zbyt dociekliwie zgłębić. Jakby bez poszanowania jego oddania, pracy, zaangażowania, niezmiennego od lat, niepomna prawie czterdziestu. Na biurku, przy coraz słabiej przyświecającej mu lampce, staromodna fajka o fantazyjnie wygiętej szyi, miejscami nieco poprzecierana jak jego pamięć, wciąż pachnąca fragmentami wspomnień i zapachem tytoniu z dzieciństwa, kiedy to stryj Franciszek zapalał ją z niespotykaną konsekwencją, zawsze o zachodzie słońca, i pykając na ganku rozkoszował się spokojem nadchodzącego wieczoru. On sam, nigdy jej nie zapalił. To jakby naruszyć rodzinną „świętość”, puścić z dymem drzemiące w niej strzępki minionego wieku.
I tak przesiaduje, zapewne, przy swoim biurku godzinami, pisząc, czytając, z krótkimi przerwami na kawę zaparzaną w mosiężnym imbryku albo filiżanką mocnej herbaty ze starego samowara.
Nie kładzie się spać. Nocą siada z książką w głębokim fotelu, wspartym na niepewnych już własnej stabilności nóżkach. Boi się snów, boi postaci, która ukazuje się pod jego powiekami, gdy tylko ośmieli się zamknąć oczy. Najpierw zawsze stoi wyprostowana, by powoli się pochylać, jakby kuląc się sama w sobie, zwijając jak kłębek włóczki, aż w końcu upaść na kolana chowając w dłoniach twarz i dławiąc w sobie krzyk, którego nigdy nie usłyszy. Bo nigdy nie zasypia. W ostatniej chwili otwiera oczy, podbiega do okna otwierając je szeroko i łapie w płuca głęboki oddech nocnego powietrza. Boli, więc wciąż żyje.

Klakson samochodu stojącego za mną wytrąca mnie z zadumania. Przede mną już pusta jezdnia. Jadę dalej, wzrokiem jeszcze szukając śladów jego ciężkich, niezgrabnych butów i śladów czterech przemoczonych deszczem łap.

Błędne koło


Każdy dzień mijającego właśnie tygodnia przecierał się jak przez gęste oczka starego sitka. Ciężko, niezgrabnie, opornie. To tak, jakby zauważać jedynie nieforemną warstwę mazi zostającą na dnie sitka, nie spostrzegając, że pod spodem, po wielkim trudzie, jednak powstało coś ciekawszego, wyglądającego bardziej harmonijnie. Ale dno sitka znaczenie bardziej wdzierało się pod powieki, nawet bardziej niż piątkowy wykład o Janie Matejce i jakże, dla mnie, fascynujący o Jacku Malczewskim, bo szybko stracił na swojej barwie przez sobotnie, wyraźnie pozbawione koloru wydarzenia.
Gdyby tak można było stanąć przed mijającym tygodniem jak przed płótnem rozpostartym na blejtramie, przymocowanym silnie do jej obramowania i zamalować go na biało. Bez najmniejszego po nim śladu, licząc, że kolor bieli symbolizujący niewinność i śmierć, pozwoli minionym dniom odejść w całkowite zapomnienie, zetrzeć go w proch pozostawiający tylko cienką warstwę niewinności niektórym wydarzeniom, które zatarły się pod wpływem tych niekorzystnie przemawiających swoich ciężarem.
A zdawałoby się, że sobota miała przynieść, po zapracowanych i niełatwych pięciu dniach, gamę pięknych odcieni i emocji związanych ze ślubem znajomych. Tymczasem dla mnie było spotkaniem z kimś, kto dawno temu stawiał przede mną pierwsze litery słowa 'miłość', kiedy dla mnie wyglądały one jeszcze nieporadnie. Uciekłam wtedy zanim ten wyraz mógł rozbrzmieć głośno i wyryć się w moim sercu. Za to wczoraj wyryło się w moich oczach przerażenie. Nagle ujrzałam drobną postać, połowę tej, którą nosiłam w mojej pamięci, a w pamięci pozostawiając od wczoraj cienką warstwę skóry na rękach, gdzie pod jej przeźroczystością kłębiły się zwoje żmij sączących chorobliwy jad, swoim językami dotykając każdego najdrobniejszego i najdelikatniejszego splotu nerwów. Wróciłam do domu zdruzgotana widokiem, który nie szybko wypłucze się spod moich powiek. Schowałam się w kochających ramionach, by za moment znów wsiąść w samochód i pognać na spotkanie z demonami nieporozumienia i nadwrażliwości.
Kiedy znowu wróciłam do siebie i zaparkowałam po domem, cichą nocą, na rozstaju dwóch dni poczułam się trochę jak malarczyk z obrazu "Błędne koło" Jacka Malczewskiego, który siedzi obserwując kłębiące się wokół niego postaci, szarpaninę wydarzeń, i jak w życiu, otaczającą go dozę lśniącego piękna, nastroju, fascynacji i natchnienia oraz tę szarą warstwę trudu, okrucieństwa i bólu. Tylko w przeciwieństwie do malarczyka, który ujmie to wszystko w całość i naniesie na płótno tkając najpiękniejsze barwy, ja nie potrafię z tego stworzyć żadnego, wartego zapamiętania obrazu.
Niedziela zastukała do okien całkiem już "rozwiniętym" porankiem. Otworzyłam oczy, by ujrzeć na stoliku przy łóżku zawadiackie, nieco buntownicze i szalenie intrygujące spojrzenie Bruce'a Chatwin'a, zdecydowanie przedwcześnie zmarłego angielskiego pisarza i podróżnika. Życie jest podróżą, także tą, która prowadzi nas przez najciemniejsze uliczki nas samych, by móc czasem zatrzymać się pod latarnią, która rozjaśni ciemny zaułek, by w jej świetle odnaleźć odbicie jakiejś cząstki nas samych, czystości barwy w nas tkwiącej.
Jutro obudzi mnie nowy tydzień, białe, czyste płótno rozpostarte między moimi ramionami, które wraz z upływem kolejnych sekund nakreślanych wskazówkami zegara, nanosić będzie odmienne kolory, wzory, zakreślając sylwetki zdarzeń, obciążając moje coraz bardziej przygarbione barki nowymi przeżyciami, może chwilami danymi mi oczarowań i fascynacji. Jakiejś niedopowiedzianej doskonałości dnia codziennego, szukając w niej przejrzystości, czystości koloru, jakie znaleźć można w zaciekawiającym tekście Claudia Magrisa "W poszukiwaniu koloru doskonałego", który pisze:
Kolory nie są jedynie urokiem życia i poezji, są przede wszystkim fascynującym problemem filozoficznym, filozofia bowiem, od arystotelików do Kanta, od Husserla do Wittgensteina, rozważała wielokrotnie problem istnienia lub braku, ich wzajemnych relacji i ich sensu. Jaki kolor liścia, zielony, który widzimy w południe, czy czarny, który dostrzegamy w nocą? Czy kiedy mówimy "niebieski", wskazujemy na coś rzeczywistego, tak jak kiedy podajemy wagę albo objętość przedmiotu, kiedy wydaje się nam niebieski, czy słowo to jest tylko metaforą, przekładem, jakiego dokonuje nasz mózg, określonej długości fal, dzięki którym światło dociera do naszej kory mózgowej? (...) Poszukiwanie absolutnego indygo - czy po prostu poszukiwaniem absolutu - jest śmiertelną obsesją (nie przypadkiem doskonały kolor jest przyczyną śmierci motyli), jak gdyby kolory rodziły się naprawdę z ciemności, jak sądził dziwaczny jezuita żyjący w epoce baroku, ojciec Kircher, a nie ze światła, jak twierdził Newton. Ale epicka siła autora potrafi przemierzyć to mroczne morze i odnaleźć życie, chociaż wcześniej musi ominąć pułapkę śmierci. Błękit może oznaczać poddanie się urokowi otchłani jak w "Wielkim Błękicie" Luca Bessona albo - jak w filmie Kieślowskiego "Niebieski" - odzyskanie wolności.I tak wracam do błędnego koła kolorów, zdarzeń, doświadczeń, które tworzą swoisty obraz nieposkromionej codzienności.
Nie bliskość ale dystans
nie ciepło ale chłód
kiedy jawi się wizja
niezgodna z porządkiem dnia

Poddani jesteśmy jej przemianom
bo raz wciąga nas w górę
to znów podtapia w grzęzawiskach zwątpienia

Słowo przetarło się jak zleżała tkanina
ale wciąż służy
odświętność każe nam szukać
w pozorach piękna
więc wybieramy codzienność
wiersz Julii Hartwig Wybór
oraz fragment tekstu Claudia Magrisa "W poszukiwaniu koloru doskonałego"
 w tłumaczeniu Joanny Ugniewskiej
114 Zeszyty Literackie, 2011

Wskrzeszanie własnych zachwytów


S z t u k a   m a j ą c a   z w i ą z e k   z   „P i ę k n e m” -  to  ta  jedynie,  która  utrwalając  zachwyt artysty,  pozwala   odbiorcy   (czytelnikowi,  widzowi,  słuchaczowi)   uruchomić  podobny  mechanizm   w s k r z e s z a n i a    w ł a s n y c h    z a c h w y t ó w.  

Konstanty Aleksander Jeleński
fragment z listu do Czesława Miłosza
Saint-Dye-sur-Loire, datowany 30 6 84
Czesław Miłosz / Konstanty Jeleński. Korespondencjawyd. Zeszyty Literackie, 2011

Zawężona perspektywa


Jeszcze w piątkowe popołudnie wyraźnie widziałam potężne kasztanowce za oknami Instytutu Archeologii UW, kołyszące się majestatycznie, trochę swoim ruchem nasuwając mi na myśl zabawkę z mojego dzieciństwa popularnie zwaną 'wańką-wstańką'. Była w kolorze dojrzałej pomarańczy, równie jak ona chwaląca się zgrabnie zaokrąglonymi kształtami. I to moje spostrzeżenie jakże prędko znalazło swoje odbicie w jednym z obrazów omawianych parę chwil później, na kolejnym wykładzie z malarstwa. Bracia Maksymilian i Aleksander Gierymscy, czyli ciąg dalszy realizmu monachijskiego, tym razem w wydaniu nastrojowym, i skojarzenie z niedawno odnalezionym obrazem autorstwa młodszego z braci, Aleksandra, „Żydówka z pomarańczami”.
I to właśnie malarstwo Aleksandra Gierymskigo w szczególny sposób ująło mnie swoją tematyką, a nade wszystko grą światła budującego nastrój, nadającego ostrego wyrazu albo nastrojowego złudzenia zaułkom, wąskim uliczkom lub uchwyconym scenom z życia miasta, w szczególny sposób życia warszawskiego Powiśla. Obrazy Gierymskiego zlewając się w niezwykłą całość z przywoływanymi naprędce w pamięci opisami tej dzielnicy, które można znaleźć między linijkami „Lalki” Bolesława Prusa, tworzą przejmujący portret tej części miasta, mojemu sercu najbliższej. Jakby nakładające się na siebie odcienie barw pociągnięte pędzlem malarza i wyrazistość słów kreślonych ręką pisarza, uzupełniały się wzajemnie, tworząc przejmujący zapis zatrzymanego czasu i atmosfery Warszawy końca dziewiętnastego wieku. "Powiśle", "Solec", "Brama" czy "Święto trąbek" każdy z nich to jakby oddzielna historia, każdy z nich mogący stać się przyczynkiem niezwykłej opowieści o ludziach, ich biednej i trudnej codzienności, ale też wielości kultur, które mieszkały na jednym skrawku ziemi, ujęte w ciężkich ramach rzeczywistych obrazów.
I wychodząc z wykładu olśniona nastrojowością zatrzymaną na obrazach 'warszawskich' i tych utrwalających uliczki Paryża otulone nieśmiałym światłem latarni czy będące odbiciem śladów nocnych spacerów przy Luwrze, wiedziałam, że znacznie zawężyła się moja perspektywa spostrzegania. A w sobotni poranek obudziłam się już z przykrym doznaniem, że najbliższych parę dni dane mi będzie oglądać świat przez szparki.
Zapalenie spojówek i jakże odmienna ostrość widzenia. Wychodząc do ogrodu schowałam się za ciemnymi okularami, które miały być bezpieczną zasłoną przed światłem, które jeszcze dzień wcześniej zachwycało mnie swoim malarskim wyrazem i nastrojowym refleksem prześlizgującym się po płótnach. Teraz ta świetlistość stała się dla moich oczu wyjątkowo przykrą, jakże odmiennie od tej pochwyconej niezakłóconą wrażliwością poety, Czesława Miłosza, który o obrazie Port w La Rochelle, jednego z przedstawicieli nastrojowego realizmu monachijskiego Jean-Bapiste-Camille Corot, pisał w swoim wierszu:
Imię jego świetlistość. Cokolwiek zobaczył,
Niosło mu pokornie, ofiarowywało
Swoje wnętrze, bez fal, uspokojenie,
Jak rzeka w dymach czasu jutrzenneg,
Jak perłowa macica w czarnej muszli.
Tak i ten port, w godzinie popołudnia,
Ze śpiącymi żaglami, dniem upalnym,
Dokąd przyszliśmy, może ociężali winem,
Rozpinając kamizelki, jemu, jemu, lekki
Odsłaniał jasność pod przebraniem chwili.
Drobne postacie dotychczas rzeczywiste:
Trzy kobiety tu, tamta jedzie
Na osiołku, beczkę toczący mężczyzna,
Konie w chomątach cierpliwe. Był tu, znad palety
Wołał ich, wezwał, uprowadził
Z ubogiej ziemi trudu i goryczy
W atłasową krainę dobroci. 

Próbowałam przypomnieć sobie pierwszy obraz pokazany na piątkowym wykładzie, Jean-Baptiste-Camille Corot "Taniec nimf". Taka magia splatających się skojarzeń, przychodzących obrazów barw i obrazów słów. Po prostu magia.
Usiadłam w ogrodzie, by całotygodniowy, wewnętrzny chaos ukoić widokiem piękna natury, w jej drobnych fragmentach widzianych tym razem bardzo wąsko, ale z tym większą fotograficznością, sfokusowaniem się na detalach, szczegółach, utrwaleniu rzeczywistego obrazu życia, które było także nieodłącznym elementem realizmu monachijskiego.
I zatrzymałam, kilka obrazków, realizmu ogrodowego, pochwyconych w obiektywie własnej, wąsko widzącej soczewki...
wiersz Czesława Miłosza, będący częścią tekstu W Yaleze zbioru "Dalsze okolice", wyd. Znak, 1991

W świetle piorunów


Wieczór powoli kładzie się ciężkim dywanem na kończącym się dniu.
Cicho i spokojnie. Jeszcze niedawno przeplatały się bladoróżowe pasemka na poszarzałym nieco błękicie nieba, ani śladu po wczorajszej burzy. Dzisiaj ten skrawek nad ziemią nie przypomina wczorajszego rozdzieranego groźnie rysującymi się konturami nieobliczalnej burzy, która rozświetlała ciemności nocy jaśniejącymi rysami. Wyglądało to szalenie niepokojąco, całkiem inaczej niż "Burza" na obrazie Giorgione'a jakby pozbawiona grozy, gdzie "panuje nastrój oczekiwania, ale nie złych przeczuć", burza tajemnicy, niejasna, skłaniająca do odmiennych interpretacji i wicia przeróżnych skojarzeń.
Ale to zapewne nie przypadek, skoro jej autor to jeden z najbardziej zagadkowych artystów nowożytnych, tak jak zapewne nie przez przypadek, właśnie wczoraj, sięgnęłam ponownie do albumu "Literatura i malarstwo", by znaleźć w nim malowniczy esej Ewa Bieńkowskiej Co mówią kamienie Wenecji kreślący taki oto nastrój widniejący na obrazie Giorgione'a:
Oko rejestruje najpierw pochmurną atmosferę i węża błyskawicy na groźnym niebie. Błyskawica jest źródłem światła w obrazie, oświetla mury miasta i korony drzew nagłym blaskiem (...). Błysk wydobywa fosforystyczną biel kamieni i na mgnienie przemienia liście w konstelację świecących punktów, uwydatniając ciemne sylwetki drzew stojących, z punktu widzenia oglądającego, pod światło. Zanim okno spocznie na zagadkowej cygance w dolnej partii obrazu, przyciągane jest widokiem miasta - jak ze snu. (...) Rozbłysk błyskawicy na moment zmienia nie tylko wygląd rzeczy, ale ich substancję, i zostawia w nas przekonanie, że przez ułamek sekundy uczestniczyliśmy w innym, uroczystym i sekretnym istnieniu świata.
Niewątpliwie doświadczenie wczorajszej burzy na obrazie, który zawisł nad dachem mojego domu był takim sekretnym, ale też budzącym grozę i pokorę wobec sił natury, spojrzeniem na istnienie innego świata.
Moje oko zarejestrowało, za oknem, granat nieboskłonu rozkrawany jak wielka porcja czekoladowego tortu. Połyskujący nóż zanurzał się w gęstych warstwach chmur rozdzielając je na nierówne kawałki. Błyskawice wiły się jak brokatowe serpentyny, jak złote wstążki zrywane zamaszystymi ruchami z pudełek z prezentami, rozświetlając rozłożyste kształty krzaków róż schowanych pod ciemną maską niespokojnej nocy. Kielichy ich kwiatów napełnione deszczem, po brzegi płatków, ledwo były w stanie utrzymać ten ciężar. Dzwoniące perełki rozpryskiwały się na drobniutkie cząsteczki uderzając o zaokrąglenia donic stojących na tarasie. Parapety okien zalane łzami mieniły się purpurą czerwieni w blasku przydrożnej lampy, a przezroczyste paciorki turlały się po schodkach zanurzając w zielonym dywanie. Znikając bezpowrotnie między źdźbłami trawy, wsysając się między gródki spierzchniętej ziemi, która wreszcie zaczęła oddychać.
Tymczasem ja czuję się jakbym oddychała zaledwie połową pojemności swoich płuc, nazbyt płytko, by móc zachłysnąć się malowniczym zjawiskiem objawionej natury, przyduszona gęstym powietrzem.
Parnym porankiem unoszącym się ciężko nad ziemią.
fragment eseju Ewy Bieńkowskiej Co mówią kamienie Wenecjialbum "Literatura i malarstwo" Aliny Biały
wyd. Wydawnictwo Szkolne PWN - ParkEdukacja, 2009

Spiżarnia literacka


Ostatnie pięć dni mijającego tygodnia przemknęły tak szybko, że jedynie cień zachodzącego słońca, nadającego wnętrzom mojego domu złotych barw, sygnalizował mi schyłek kolejnego dnia. Każdy z nich budził się przedwcześnie z zaspanymi oczami, a zasypiał z nosem w książce. Ponadto dźwiganie kosza wypełnionego nadmiarem codziennych obowiązków okazało się nadwyrężyć moje siły, a w szczególności mojego kręgosłupa, który postanowił dać o sobie znać w przejmująco przykry sposób.
I mogłabym przyznać za Czesławem Miłoszem, że „Właściwie nie wiem, po co o tym wszystkim piszę, jeżeli powinienem raczej pisać o tym, że <metafizycznie pękam w szwach>, z wielkim trudem przychodzi mi tzw. wykonywanie obowiązków, że jestem kompletnie crazy i że moim marzeniem byłoby wyprodukować jakieś załamanie nerwowe z pobytem w sanatorium, co zaiste jest pewnie tylko marzeniem, zważywszy na moją prymitywną i zdrową naturę" – jak wyznawał poeta w swoim liście do Konstantego Jeleńskiego.
Tymczasem sama bliska załamania nerwowego zmagając się z prymitywną naturą mojego kręgosłupa, który w szalenie niewyrafinowany sposób nie pozwalał mi o nim zapomnieć, metafizycznie pękałam w szwach. Na stoliku nocnym, obok książek, ustawiły się pudełka z lekarstwami, mające mi dopomóc w zachowaniu życiowego „pionu”. Dla świata zewnętrznego, zatem, trzymałam się dzielnie, w środku rozsypując na obolałe kawałki, bo jak zaznaczał w jednym ze swoich listów poeta: "(...) kiedy się cierpi, to trzeba to robić na własny rachunek i nie można nikomu swoich zgryzot wywalać". Strałam się nie wywalać.
Dzisiaj natomiast powzięłam postanowienie nie zauważania konieczności zajęcia się odkurzaniem, sprzątaniem i praniem. Po prostu ogłosiłam porzucenie tego wszystkiego i oddanie się delektowaniu ciszą poranka, słońcem, książkami i błogim nic-nie-robieniem, świadomym próżnowaniem, dając też odpocząć mojej kręgosłupowej podporze. Żadnej pracy.
I przypomniałam sobie, jak w dzieciństwie, zakradłam się do piwniczki mojej cioci, przysiadając na małych schodkach i wyjadając małą łyżeczką z pokaźnego słoika słodką, domowej roboty, konfiturę. Wiedziałam, że oczekuje się ode mnie bardziej właściwego zachowania, ale czasami przychodzi taka potrzeba, by nie być ułożoną, rozsądną, ale taką trochę crazy. I choć w moim dzisiejszym zachowaniu trudno byłoby doszukać się tej nuty szaleństwa, poza nieco zbyt intensywnym przyrumienieniu się na słońcu, to jednak porzucenie czekających powinności, wbrew rozsądkowi nakazującemu się nimi zająć i wciśnięcie ich w kąt zapomnienia, było dość swobodną interpretacją poczucia obowiązku.
Ale to właśnie dzięki temu dostrzegłam, że peonie pięknie zakwitły chyląc swoje różowe główki tak nisko, że przytulały się do zielonego dywanu trawy, że moje róże jakże hojnie obdarowana przez Naturę kwiatami, zaś pierwszy kwiat na magnoli już zdążył przekwitnąć. Na krzakach bzu, rosnącego przy furtce, kolor jego delikatnego fioletu przemienił się na brunatno-brązowy, a małe drzewko nektaryny nie zniosło dzielnie zimowych mrozów, mimo opatulenia.
Cóż, natura żyje swoim życiem, nie ma czasu czekać, aż ja znajdę chwilę, by się zatrzymać i zwrócić ku niej widzące oczy. Ona nie zmienia swojego rytmu, ustalonej od zawsze sezonowości. Pąki kwiatów będą rozkwitać i więdnąć, trawa po kolejnym deszczu wybujale rosnąć, świerk przyozdabiać kolejnymi broszkami z szyszek. Słońce wstawać i zasypiać, wciąż w tym samym miejscu, niezmiennie. Wszystko wedle ustalonych praw, niepohamowanych, narzuconych swoistym poczuciem obowiązku wobec samej siebie.
I tylko zdawać się może, że pejzaże uchwycone wrażliwością malarza, takiego jak choćby Józef Chełmoński, będą potrafiły zatrzymać naturę wbrew niej samej. Pochwycić w locie ptaka, nadać dar nieśmiertelności ulotności babiego lata, sprawić, że puchate zaspy śniegu nie stopnieją, a jesienne dymy palonych traw jeszcze długo będą drażnić nozdrza. Tymczasem, jak trafnie skreślił miarę talentu Chełmońskiego, Witkiewicz:
"Natura przemawia do jego wrażliwego umysłu całą różnorodnością objawów, nietylko kształt, barwa i światło obchodziły go i zajmowały! Starał się wyrazić muzykę wieczoru, szept skrzydeł nietoperza, cichy lot lelaków, skrzeczenie żab, skrzypienie derkacza i dalekie dudnienie czapli bąk. On pierwszy, a może jedyny, malował chmarę komarów dźwięczących w powietrzu i hucznie lecącego jak kula chrabąszcza. Jemu chodziło o to, że wiatr na obrazie świszczał w badylach zwiędłych słoneczników, dzwonił deszczem po szybach i stukał wiadrem wiszącem u żórawia (...)".
Zatem jednak mimo uchwycenia, natura wciąż żyje, pulsuje życiem nawet w nieruchomych już pociągnięciach pędzla, w zaschniętej barwie farb, w sztywnych ramach obrazu.
Spojrzałam na książki, które jak te słodkie 'słoiczki' w mojej literackiej spiżarni, czekają na mój czas, wiedząc jednocześnie, że on stanie się także ich własnym. Te, które dołączyły ostatnio: "Lekka przesada" Adama Zagajewskiego, biografia Czesława Miłosza autorstwa Andrzeja Franaszka, "Dzienniki" Eugene'a Delacroix i "Spiżarnia literacka" wypełniona smakowitymi tekstami Czesława Miłosza, który jeden z nich "Natura" zaczął słowami:
Natura nie jest naszym przyjacielem. Jest siłą wobec nas obojętną, postępującą własnymi drogami, albo odczuwaną przez nas jako wroga, kiedy występuje w postaci bakterii niszczących nasz organizm. Nasze wobrażenie o niej uległo licznym zmianom, zwłaszcza od czasu Oświecenia, kiedy przybierała kształt Opatrzności albo nawet Boga.A przecież swoisty, nierozerwalny marriage Miłosza z Naturą, jakieś nią "zniewolenie", uzależnienie od jej "humorów" i "nastrojów", przekonanie, że jest początkiem i końcem, jakże często przemawiało i w jego poezji, choćby zwracając się wierszem "Do Natury":
Kochałem się w Tobie, Naturo, aż zrozumiałem kim jesteś.
Zasmuciło się moje serce podrostka, kirem oblekło się słońce.
Wyrzuciłem moje atlasy i zielniki, pamiątki urojenia.
Moim filozofem został wtedy Schopenhauer,
Wędrowiec wpatrzony w rzekę istnień jednodniowych,
Które rodzą się i umierają bez świadomości.
Tylko on, człowiek, pojmuje, współczuje,
Poddany i niepoddany kamiennemu prawu.
Świadomość człowieka na przekór tobie, Naturo.
Odtąd miałem rozmyślać o tym przez całe życie.
I któż mi zarzuci antropocentryzm w krajach
antropocentrycznej religii
Albo równie antropocentrycznej niewiary?
William Blake miał rację łącząc w jedno człowieczość i boskość.
Na nic wasze modlitwy do kota, do drzewa i do gwiazdozbioru
Plejady
Albo do puszcz pierwotnych, jak w moim ekologicznym
marzeniu.
fragmenty z korespondencji Czesława Miłosza z Konstantym Jeleńskim
wyd. Zeszyty Literackie, 2011
wiersz Czesława Miłosza Do Natury
z tomu "Wiersze ostatnie", 2006
fragment tekstu Natura ze "Spiżarni Literackiej", wyd. Wydawnictwo Literackie, 2011
oraz fragment tekstu Stanisława Witkiewicza poświęconego Józefowi Chełmońskiemu

List w życiu człowiek pisze przynajmniej raz


Świat ma co najmniej tysiąc wiosek i miastList w życiu człowiek pisze co najmniej raz (…)
I mam od kilku dni przy sobie listy pisane nie raz, przez lat trzydzieści, szare, białe, kolorowe, iskrzące barwami emocji, związane ściśle wstążką, której każda pojedyncza nitka jest splatającym, korespondentów, węzłem wzajemnego zaufania, przyjaźni, zrozumienia i admiracji. Uczuć i relacji jakie jawią się wraz z kolejno otwieraną kopertą, wyszeptują, wyślizgują wszelkim obwarowaniom. Wraz z powolną ich lekturą wkracza się na obszary wyznań, szczególnie Czesława Miłosza, kreślącego zarys własnego obrazu, który zdaje się być z czasem wręcz portretem psychologicznym. Te białe kartki stają się odzwierciedleniem potajemnie uzewnętrznianych lęków, obaw, poczucia pewnego zagubienia w świecie, szukania zrozumienia i wartości własnej twórczości. Pewnej wiwisekcji własnej duszy, jej pragnień i ograniczeń, pewnego "wywleczenia" siebie samego na drugą stronę, tę wrażliwszą, skrywaną przed innymi:  Często myślę, że to jest ponad siły, że nie podołam. Człowiek zanurzony w tej cywilizacji prędzej czy później akceptuje swoją bezsilność i pozostaje mu tylko tzw. życie. Jeżeli mam od razu, tu, na początku, sięgnąć do sedna, powiem, że właśnie tzw. życie było i jest dla mnie przerażeniem, karą, zagładą. Dlaczego tak się stało, nie rozumiem lub rozumiem, tylko bardzo niejasno.
Kolejna data, adres, ułamek z życia, skrawek czyjegoś świata, stają się cząstką naszego obcowania z nadawcami/adresatami tych listów. Stają się dyskretnym z nimi przebywaniem, a przecież wciąż pozostając, w pewien sposób, czytelnikiem dopuszczonym do tajemnicy korespondencji. Usprawiedliwieniem wglądania w treści przeznaczone, nie dla nas, choć nam udostępnione, niech będą słowa prof. Ewa Ihnatowicz: „Listy prywatne, czasem nawet intymne, przekraczają swój adres wtedy, gdy nadawca lub (i) odbiorca jest osobą powszechnie znaną i interesującą albo gdy korespondencja oświetla jakieś ogólnie znane wydarzenia czy zjawiska, albo wreszcie gdy same listy wyróżniają się niezwykłymi walorami: siłą uczuć i wyobraźni, pięknem literackim. Za klasykę uchodzą listy Jana III Sobieskiego do Marysieńki, Juliusza Słowackiego do matki, Zygmunta Krasińskiego do Delfiny Potockiej. Są one ciekawe nie tylko dla biografistów i historyków - stają się po prostu literaturą.”
I nie sposób nie odnieść wrażenia, że taką też literaturą jest korespondencja Czesława Miłosza z Konstantym A. Jeleńskim, także wychodzącą poza adres, poza granice prywatnej rozmowy. Sama w sobie będąca wartością nie do ocenienia dla następnych pokoleń, niezaprzeczalnie ze względu na jej treść, ale także jej formę, stylistykę, bo któż dzisiaj pisze takie listy? Te, wzajemnie do siebie wysyłane, przez poetę i jego uważnego czytelnika, a jednocześnie szczerego admiratora, stanowią niezwykłe połączenie poważnych dysput światopoglądowych, rozważań o literaturze, kulturze w ogóle, poprzez uczuciowe wyznania, dzielenie się swoimi przeżyciami, emocjami, opiniami, patrzeniem na świat i siebie nawzajem.
Ale, Kocie, kim jestem dla Ciebie? Czy garnkiem, z którego leje się kawa, a garnek zostaje garnkiem – jak dla mojej rodziny, czy czymś innym? Niedojrzałość, idiotyzm adolescencji, frenezja, męki nie-do-formy – ile z tego mogę wybełkotać?
Garnek
- zaiste, ulepiony z najlepszej materii, wcale nie gładkiej i pięknej, ale pełnej wewnętrznych rozterek, pęknięć, ułomności, a jednak i siły by nieść w sobie „wodę życia”, stając się przez to tym bardziej ciekawym i wartym przyjrzenia się z dociekliwą przychylnością, jaką Czesława Miłosza może obdarzyć czytelnik biorący do rąk tę fascynującą korespondencję prowadzoną z Konstantym Jeleńskim.
Dlatego też zatonęłam, gdzieś na otwartych morzach między Kalifornią, Korsyką i Paryżem. Rozpostarta między odległymi kontynentami, a jednocześnie stając się świadkiem jakże bliskiej relacji dwóch osobowości. Niesiona na wznoszących się falach rodzącej między nimi przyjaźni, wzajemnego dzielenia poglądów i zapatrywań na współczesny obu panom świat, niełatwe relacje z ludźmi kultury w Kraju, czy nawet „Kultury” w Paryżu, niełatwe „bycie” w ówczesnych realiach i szukania drogi do spełnienia poprzez własną twórczość i udostępnienie jej czytelnikowi w Kraju.
Ale przecież to, co stanowi kwintesencję tej korespondencji, dla mnie, jakby clue tych listów, to możliwość spojrzenia na Czesława Miłosza zza kotary oddalenia, gdzie próbował odnaleźć swoje miejsce, dla siebie i swojej twórczości. Ponowne, wciąż nienasycone i zachłanne przyglądanie się Konstantemu Jeleńskiemu, utwierdzając się we własnej opinii o nim jako wyjątkowej zupełnie postaci, człowieku wielkiej kultury, w każdym tego słowa znaczeniu i w każdym aspekcie jego, Konstantego, jestestwa. Obdarzonym szerokim spektrum widzenia spraw poważnych i spostrzegania błahych przefiltrowanych przez własną wrażliwość, a jednocześnie wspartych na filarach wiedzy o ludziach, świecie i sztuce, będącej, dla mnie, stanem iście do pozazdroszczenia. Zupełnie jakby posiadał niezliczoną ilość macek wyczuwających delikatność materii jaką jest dusza artysty, a jednocześnie potrafiący jakże celnie dookreślić otaczającą go rzeczywistość, zachowując balans między własnymi odczuciami i rzeczywistą prawdą, oplatając świat wokół siebie swoją charyzmą, błyskotliwością i czarującym sposobem "noszenia" siebie.
Trudno oderwać się od tych listów, nasycenia tematów, wątków, obrazów, myśli i refleksji, które trzeba zaznaczyć, zatrzymać na dłużej, jakby stawały się poetyckim dopełnieniem prozy, a może całkiem na odwrót.
Błogosławiona jest twarda, kanciasta materia, o którą można się uderzyć, gorzej jeśli opór, na jaki natrafimy, jest płynny, miękki, jeżeli poruszamy się w labiryncie o ścianach z sypkiego piasku. Boję się nie ciosów, ale łagodnego utonięcia, tej nicości, która silniejszych ode mnie wchłonęła i wchłania co dzień.
   
przytoczyłam fragmenty z listów Czesława Miłosza do Konstantego Jeleńskiego"Czesław Miłosz / Konstanty A. Jeleński. Korespondencja" listy zebrane, opracowane i opatrzone przypisami przez Radosława Romaniuka
pod redakcją Barbary Toruńczyk,
wyd. Zeszyty Literackie, 2011
oraz fragment artykułu prof. Ewy Ihnatowicz... A jak będę zakochana, prześlę panu list i klucz, wyd. "Wiedza i Życie", nr 7/1998

I co się w tym łbie kiełbasi


Dopiero dzisiaj mogę usiąść spokojnie i westchnąć, że zamknęłam kolejny rozdział w swojej książce życia. Rozdział, którego kartki były nazbyt często, w minionym roku, poruszane porywczymi podmuchami wiatru, którego rogi zaginały się niosąc ból i zagniecenia nie do wyprostowania. W którym pojedyncze linijki wierszy, codziennej prozy, wyryły się na mojej duszy, jak inicjały zakochanych na korze starego drzewa. Zdawałoby się, że wykrojone w imię miłości, ale jakże dotkliwie raniące. Niektóre kartki trzeba było sklejać, jak opatruje się krwawiące rany, by mimo poranienia wciąż mogły tworzyć całość.
I kiedy tak dzisiaj, siedząc w przyszpitalnej kawiarni gdzie rodzice odwiedzali znajomego po zawale, pomyślałam, że niektórzy stawali na granicy ostatniego rozdziału, bliscy zamknięcia okładek książki zatrzaskujących wszelkie wspomnienia, a nade wszystko wszelkie nadzieje na przyszłość, polubiłam ten swój, niełatwy rok. Za kolejną zmarszczę wokół oczu, która stanie się nowym korytarzem dla łez, za siwy włos wpleciony między tymi wciąż barwnymi przypominając, że piękno zewnętrze jest bardzo ulotne i łatwo blednie, za mocno odciśnięte ślady w mojej duszy, które już na zawsze nosić będę w sobie jak dziedzictwo, choćby przygarbiało i stawało się czasami nazbyt ciężkie, by je udźwignąć.
Jestem. Z nadzieją w sercu, że cokolwiek się wydarzyło da mi siłę na jutro, siłę na przełożenie kolejnej kartki. Z niepokojącą świadomością, że kolejnych rozdziałów do końca tej zaskakującej wciąż książki życia jest coraz mniej, że do przeżycia jest już nieskończenie mniej niż więcej.
Może dlatego odnoszę wrażenie, że z coraz większą zachłannością rozsmakowuję się w każdym podarowanym dniu, jak w urodzinowym torcie bezowym, słodkim i kruchym, jak chwile szczęścia w życiu, dla których warto wypijać bezdenne kielichy goryczy. Staję zatem z łakomie otwartymi oczami i niemiarowo bijącym sercem czekając na to, co przyniesie nowy dzień, na nowo rozpisaną ścieżkę, z wiarą, że warto iść dalej, nawet błądząc, raniąc stopy o kolce, wciąż jednak chwytając chwile radości jak latawiec, który wygląda pięknie szybując nad głową, ale którego nie można wypuścić z rąk, bo zniknie z oczu stając się jedynie cieniem. Trzymać ten sznurek łączący nas z ulotnością radości na ile starczy sił w dłoniach.
I choć wiem, że przyjdzie mi jeszcze nie raz czuć się jak "wąż którego pocięto na kawałki i który nie może się zrosnąć" - jak pisał o sobie w aspekcie własnej twórczości Czesław Miłosz do Konstantego Jeleńskiego, to ja widząc się takim wężem w kontekście poszukiwania siebie, mam nadzieję, że kiedyś, u kresu ostatniego rozdziału zobaczę się w całości, zrośniętą ze swoimi doświadczeniami, przeżyciami, ujrzę swoje odbicie, swój obraz, spełniony, kompletny, skończony.
Tymczasem, póki serce bije niepokorne, dalej będę składać cząstki samej siebie, dopasowywać je do siebie, wciąż zaczynać od początku.

Na czubku głowy siwy kosmyk
Od mydła się rozpłynie
Ale łeb okrągły mocny
Mocniejszy niż dojrzałe dynie.
I co się w tym łbie kiełbasi!
Tyle kolorowych wątków
Ale chciałbym ten łeb rozkwasić
I zaczynać mycie od początku.
Jarosław Iwaszkiewicz wiersz Mycie głowy, 22 VII 79
z tomiku Sprawy Osobiste i inne wiersze rozproszone
wyd. Czytelnik, 2010
oraz fragment z książki "Czesław Miłosz/Konstanty A. Jeleński - Korespondencja"
wyd. Zeszyty Literackie, 2011

Skazani na własny dom


Jechałam w kierunku Brwinowa w niedzielne popołudnie. Wycieraczki swoimi długimi rękawami ocierały łzy spływające po szybie samochodu. Snuł się za mną smutny obraz przemoczonych ulic.
Turczynek. Jestem już blisko. Gdzieś w oddali, poprzez drzewa, rysowała się sylwetka dawnego szpitala spoglądającego dzisiaj smętnie dużymi oknami zwieńczonymi okratowanymi sklepieniami. Jakby to było na wpół więzienie, z uwięzionymi w tych murach duszach przeszłości. Odpadający tynk wygląda jak płaty starej, pomarszczonej skóry na ciele schorowanego nieszczęśnika.
„To czym jest szpital w Turczynku – i ten nieszczęśnik na tym tle, to jest przerażające” – notował na kartkach swojego diariusza Jarosław Iwaszkiewicz. Po ponad pięćdziesięciu latach budynek jest widokiem przerażającego osamotnienia. Zdawać by się mogło, że w wieczornej mgle, między ramami gołych okien tli się czasami zarys samotnej, wychudzonej sylewetki Iwaszkiewiczowskiego „nieszczęśnika” - Jurka Błeszyńskiego. Patrzącego niewidzącymi oczyma zza mgły czasu, zza mgły śmierci. Jakby już bez twarzy. Rozmytego. Nieistniejącego poza spisanymi wspomnieniami pisarza.
Deszcz przybierał na sile odgradzając Turczynek zasłoną łzawego zapomnienia. Odchodził w dal, jak odszedł Jurek Błeszyński.
Była ciepła majowa noc. Na Stawisku było ciemno i pięknie. Leciałem pospiesznie, potykając się o las. Potem przez łąki prosto do Brwinowa. Nic nie czułem, nic nie myślałem. Wchodząc na podwórze domu Szymka, zobaczyłem światła samochodu jadącego w tym samym kierunku.Zatrzymałam się na podjeździe domu na Stawisku. Wchodzę bocznym wejściem (a mnie się wciąż marzy, że kiedyś otworzą się frontowe drzwi na ganku). Drewniane schody prowadzą łagodnym łukiem na pierwsze piętro. Uchylam białe drzwi. W kuchni wita mnie, rozpromieniający deszczową niedzielę, uśmiech pani Zosi. Uściski i imieninowe życzenia. Na herbatę umawiamy się po spotkaniu z Jackiem Dehnelem, bo mnie ciągnie na wystawę prac Anny Podlewskiej-Polit, nim inni goście zdecydują się wejść na górę. Idę schodami na poddasze, by stanąc w otwartych drzwiach. Światła pogaszone, jedynie we wnęce pokoju stoją dwa fotele obite ciemnoczerwonym, miękkim suknem a między nimi niewielki stolik z palącą się dyskretnie lampką. Podeszłam bliżej. Na gładkim blacie ujrzałam białą kartkę: Jarosław Iwaszkiewicz „Twarze”. Jedna. Jakby czekała na mnie. Kartka, twarz o przejmujących oczach patrzących na starzejący się świat zza okularów w ciemnej oprawce. Prawie czuję głęboki oddech życia za moim plecami. Uśmiecham się do siebie nieodwracając, by nie spłoszyć wybryków własnej wyobraźni.
W jednym fotelu śpi czarny kot pani Zosi, w drugim przysiadam ja. Ze ścian spoglądają na mnie rozmydlone, nieznane twarze. Niewyraźne, pozbawione rysów, niewidzące, a jednak jakże donośnie przemawiające bezgłosem. Magia tej chwili i tego miejsca wyrywają mnie z realnej rzeczywistości. W tym momencie nie istniało nic innego, przez tych kilka minut samotności na poddaszu domu na Stawisku, były ze mną jedynie mruczący kot i milczące twarze na obrazach.
Kiedy zamyka się oczy - zwłaszcza przed snem - stają wtedy widoczne przed nami twarze, twarze, ludzkie twarze, które prześlizgnęły się przed nami nawet momentalnie w długim filmie naszego życia.
Tak bardzo pragnęłam, aby ta jedna twarz nagle pojawiła się obok mnie. Pojawia się jedynie pracownica muzeum, by pokrzątać się chwilę i zniknąć. Spojrzałam na akwarele autorstwa Anny Podlewskiej-Polit,
które „nawiązują przy tym dialog z wizerunkiem twarzy autorstwa francuskiej artystki Leonor Fini” (towarzyszki życia Konstantego Jeleńskiego). Próbuję przypomnieć sobie krótki film o Leonor, który ukazuje artystkę malującą sylwetki kobiet i twarze bez imion, całkiem rozmyte na wielkich, białych kartonach. Pozbawione barw zdają się być drugą stroną twarzy, czarno-białym negatywem, wewnętrzym uzupełnieniem tego co oczom ukazuje się jako barwniejszy portret. A skoro uzupełnieniem, wypełnieniem kolorów, to może stanowiąc dużo istotniejszą warstwę, bo tę zwróconą od wewnątrz, stanowiąc istotę tętniącego „ja”, delikatną podszewkę kryjącą się pod grubą warstwą skóry.
Powoli muszę opuścić ten cichy zakątek domu. Za moment spotkanie z pisarzem młodego pokolenia, ale jakby osadzonym w atmosferze i wdzięku minionej epoki, z jego manierami, wykwintnością słów i nietuzinkowym stylem. Spotkanie ma być poświęcone jego najnowszej książce opowiadającej losy Fracisco i Javiera Goya, splecionych w okrutnym pierścieniu „Satruna” i duszących, wzajemnych więzach niemożliwych do rozplątania.
Czekając na przybycie autora spoglądam na kartkę z esejem Jarosława Iwaszkiewicza:
Chyba to jest najważniejsze w każdej twarzy ludzkiej, że jest ona jak dom, w którym mieszka niedostępne życie. Możemy je przeczuwać, możemy nasłuchiwać, jak gra ono niby muzyka w domu weselnym, niby szmer pszczół w ulu. Ale wiemy, że nigdy nie będzie naszym udziałem wejście do tego domu. Że na wieki jesteśmy skazani na własny dom i na własną twarz, która tylko dla nas jest zrozumiała. (...) Bo w gruncie rzeczy twarz ludzka jest jedynym przedmiotem godnym prawdziwej sztuki. Jest symbolem ludzkiego cierpienia, ludzkiej radości, ludzkiego życia i ludzkich dążeń.Tymczasem Jacek Dehnel zaczyna fascynująco opowiadać o całkiem szpetnych twarzach bohaterów swojej książki, o trudach pracy nad przekładem i tłumaczeniem obcojęzycznej prozy i poezji, o miejscu malarstwa w jego życiu, wszak: Wielka sztuka jest tym, co godzi nas z życiem. Wielka sztuka gry ludzkim obliczem, olśniewaniem prawdą wewnętrzną i pięknem zewnętrznym.
Pełna olśnień, z podpisem pisarza w książce i magią chwili w sercu, wychodzę do ogrodu. Czas wrócić do swojego domu. Spojrzeć na własną twarz. Myśli biegną jednak jeszcze na poddasze. Może, późnym wieczorem, kiedy już wszyscy goście opuszczą Stawisko, Jarosław Iwaszkiewicz zasiądzie w jednym ze swoich foteli, a na białej kartce, którą zostawi przy lampce na stoliku, zapisze:
Noc. Siedzę przy kieliszku. Już mnie prawie nie ma,
Lecz jeszcze czuję bicie podskórne zegara,
Który znaczy ziarnkami krwi bieżące fale.
Zgrzyta z wolna sprężyna, rdza pierwsza osiada,
I myślę o młodości, która z wolna mija,
Która może minęła już, choć o tym nie wiem.
I resztki świadomości chcąc z siebie wydobyć,
Patrzę na szyby okien bielmem powleczone…
Oddałem życie moje tym, co za mnie żyją,
Wiem, oni mnie dopełniają, oni mnie pomnożą.
fragmenty:
II tomu "Dzienników 1956-1963"
wiersza Późny wieczór
z tomu "Urania i inne wiersze"
oraz eseju Twarze
(nawiązującego do twórczości Leonor Fini)Jarosława Iwaszkiewicza

Polecany post

Tak czyta się tylko raz

Najbliższy jest mi jednak Wojtek Karpiński tym, że jak mało kto dzisiaj  zachował zdolność podziwu i przyswajania sobie tego,  co p...