Miasto żyjące w słowach

Miasta żyjące w słowach rozrastają się we wszystkich płaszczyznach
i we wszystkich kierunkach.
Ewa Zamorska-Przyłuska
"Przewodnik Literacki po Krakowie", wyd. WAM, 2010

Próbuję poskładać się z wewnętrznego rozedrgania, nieskładnego rozproszenia myśli, by przywołać choćby fragment siebie samej, by spojrzeć na swoją twarz, której ostatnio nawet nie mam czasu się przyjrzeć. Nie wiem nawet czy jeszcze prawdziwie bym ją rozpoznała. Czas wciąż odmienia.
Kraków zaś ma niezmiennych twarzy, pięknych tak wiele. Sam rozpostarty między tożsamością obecną i tą przeszłą, szemrzący strumieniem przywoływanych wspomnień, odtwarzanych z pokruszonych strzępków zdjęć, zamieszkując od nowa bezbarwne kamienice z wijącymi się schodami do własnej przynależności, skulony w długich szyjach bezdźwięcznych rynien i wyglądający zza otwierających się coraz szerzej okiennic.
Zaskrzypiało. Pora się obudzić.
Grzesznie zachłystuję się wczesnym porankiem jeszcze wtulonym w gęstą kołdrę ciężko opadającej mgły, by z każdym łykiem kawy, minutą mijaną, w jeszcze sennie oddychających uliczkach odnajdywać wyłaniające się promyki słońca ześlizgujące się po smukłych wieżyczkach kościołów. Stukot bryczek jadących na krakowski rynek wystukiwać będzie rytm budzącego się powoli dnia, który z czasem zamieniać się będzie w tętent wielości spraw do załatwienia, spotkań szeleszczących mnogością tematów i smakiem bajglowych piegusków.
Zwiewna firanka w oknie uchyla wnętrza Kamienicy Hipolitów. Wyimaginowana partyjka brydża przy dębowym, rzeźbionym stoliku rozbudza żyłkę niebezpiecznego hazardu, zapach wytrawnego cygara i łyk popołudniowej herbaty z porcelanowej filiżanki, na której pączki róż rozwijają się wraz z kolejnym dźwiękiem grawerowanym ostrzem starego patefonu, przenosi w inny wymiar. Fortepian uchyla swoje melodyjne wnętrze przysłaniając skromnie skłonność do muzycznego uniesienia. Zasłaniam purpurową kotarę mieszczańskiego życia, które rozsiadło się w miękkich fotelach rzucając nonszalancko kapelusz z upiętymi weń kwiatami i przeglądając „Nowości Ilustrowane”, nie zważając na upływający czas odmierzany bogatą kolekcją zegarków, zatrzymując się nieruchomo w zgrabnie wyprofilowanych, fajansowych figurkach baletnic.
Kwiaciarki plotą wianki.
Niedaleko już czekają Szołajscy z bogatą kolekcją dzieł sztuki. Zachwycających obrazów Malczewskiego spoglądającego z autoportretów, pobladłymi twarzami widzianymi oczami Boznańskiej, szykownie wyeksponowanymi sukniami z delikatnej koronki, profilami przygarbionych rzeźb, porami roku Hofmana. Obecność pośród nich Józefa Pankiewicza sprawia, że chowam się za plecami Józefa Czapskiego. Byłby mi teraz najdoskonalszym przewodnikiem tłumacząc światy ujęte w grube ramy twórczej wrażliwości i gęstości barw, które czasem tak trudno mi przeniknąć, by dotrzeć do ich sedna, do jądra ich pochodzenia.
Pyszny kogel-mogel z truskawkami. Cymes.
Zmieniam płaszczyznę i kierunek.
Drepczę w stronę Kazimierza i Podgórza. Moje stopy próbują odnaleźć ślady, do których mogłaby się dopasować. Dokładnego obrysowania, wyprofilowanego zagłębienia. Dźwięki klezmerskiej muzyki przysiadają czarnymi jaskółkami nut na brzegach talerzyków pełnych słodkości. Jednak, jednocześnie niemal namacalnie wyczuwa się pod stopami najdrobniejsze nierówności stające się stróżkami deszczu, kiedyś stanowiąc korytarze dla łez pozostających niezauważalnymi kryształkami wypełniającymi szczeliny bezwzględnego niewzruszenia. Plac Bohaterów Getta. Krzesła na których nikt nie przysiada. Wyprostowane. Dumne. Niezłomne. Aptekarskie flakoniki wypełnione żywą materią człowieczeństwa, o którego istnieniu zapomina się przekraczając progi Muzeum Pomorska, gdzie ściany krzyczą rozpaczą, pękają rozdarciem cielesnego bólu. Podziemne cele niezłomności. Schodziłam tam nie będąc pewna własnych sił, wychodziłam kryjąc wzruszenie pod przymkniętymi powiekami, zabierając ze sobą wyryte na ścianach słowa modlitw, tęsknot, gasnących istnień historii.
Jeszcze ostatnie spojrzenie. Zza rozrzedzającej się mgły Kraków żegna mnie rozpromieniony i jasny, przetykając złote nitki między drzewami oplatającymi wciąż gwarne Planty. Stukot odjeżdżającego pociągu wystukuje moje niegasnące, nostalgiczne pragnienie pozostania na dłużej.
Znowu obiecuję sobie, że następnym razem.... nucąc za Markiem Grechutą...

... Kraków (...) 
patrzy na mnie jakby wiedział, że
wracam po to by
choć na kilka chwil zamknąć oczy i móc uwierzyć,
że
widzę cię tak wiem
nie zrobię więcej zdjęć tak wiem
nie będę prosił lecz tak wiem
to przecież żaden grzech tak wiem


Co pod słowami leży niewyrażone

Mam wrażenie, że życie prześlizguje się między mną a moim cieniem rozsypującym się w szare drobinki pod wpływem zbytniego pośpiechu, osiadając warstwą kurzu na czubkach zmęczonych pantofli. Dzień kojarzy mi się z pospiesznym ich zakładaniem i zrzucaniem w progach domu zanurzającego się we wszechogarniającym przyprószeniu nadchodzącego wieczoru. Ciastko czekoladowe.
Miękkość kapci spawalnia rozbiegane stopy, wycisza swoim ciepłem i poczuciem komfortu u schyłku znikającej jasności. Przytrzymuję jej odejście światłem zapalonych lamp, stłumionych pod krągłymi kształtami słonecznych kloszy, szumem zmywarki w kuchni, której zdaje się, że może pójść w konkury z falami przysypiającego morza codzienności, rozbijając się o kanciasty brzeg zanikającego dnia, w nienaganności złożonego w kostkę prania. Późnym wieczorem zaś, kiedy nawet okulary opadają niczym ciężkie powieki próbuję jeszcze wtulić się w szerokie objęcia Jarosława Iwaszkiewicza. Czytam malutkie kawałeczki wzięte z jego życia, smakując każde zdanie jak Iwaszkiewiczowską poziomkę, przygryzając na wargach do pierwszego smaku kropli, ujętego między opuszkami palców, słowa. Poczuciu gęstej faktury druku skroplonego na białym obrusie nieskazitelnie intrygującego jestestwa, czającego się w zagnieceniach mojego niedospania. Warto nie spać, nie śnić nawet, wyjść poza obszar prozy codzienności, by podążać wijącymi się wąskimi ścieżkami kryształowych ziarenek cukru, w ukołysaniu dziecięcych pragnień i w pierwszych dźwiękach muzyki Chopina. Zadumać się w cieniu przedwcześnie zmarłego ojca małego Jarosława.
"Musiał ze swoimi zdolnościami, marzeniami, pragnieniami zamknąć się. Czytał dużo, trochę pisał, pracował cicho" - pisał Jarosław Iwaszkiewicz o jego życiu. "To wszystko. To przecie nic nadzwyczajnego. Prawda? Oczywiście. Nic nadzwyczajnego. Tak sobie. Życie jak życie. Gwiazdy takie same. W nocy spacer. Żaby w stawie rechotały. Ale nie, nie; jednak to jakieś bardzo smutne. [...] Ja jestem stary sentymentalista, [...] mi się ocieka serce na myśl o tym cmentarzu".
Brzoza w ogrodzie uderza delikatnie srebrnymi blaszkami liści.
Koniuszek księżyca zahacza o rąbek kartki przerzucając ją zawadiacko. Swoim idealnie wykrojonym profilem zalotnie wygląda sponad wierzchołków choinek śpiących w pobliskim lesie. Odkładając książkę na stolik spoglądam jeszcze na dedykację wpisaną przez autora biografii. Sny się potrafią przyśnić nawet na jawie.
Tymczasem przede mną niedługo pakowanie torby i dwudniowy wyjazd do Krakowa. Znowu w stronę niedawno porzuconego za szczytami gór Podhala.  Zamykam oczy, by przywołać niedawne obrazy.
Wstająca z dolin mgła drobnym obłoczkiem (jedynym) przemknęła po zatartym zboczu i unosząc się ku górze, przeszła niedaleko ode mnie. "Będzie jutro deszcz" - pomyślałem powierzchnią duszy, słowami, czując jednocześnie, jak zawieram braterstwo nierozerwalne z tym, co pod słowami leży niewyrażone i nigdy nie dostanie się na powierzchnię, podobne do utajonej żyły drogocennego metalu.


fragment z "Innego życia. Biografii Jarosława Iwaszkiewicza"
autorstwa Radosława Romaniuka
oraz fragment Noclegu w górach z "Podróży do Polski"
Jarosława Iwaszkiewicza


Inne życie

Dopiero co, z radości, mogłam rozprostować palce trzymane mocno za Andrzeja Franaszka i spisaną przez niego biografię Czesława Miłosza, która otrzymała Literacką Nagrodę NIKE od czytelników. Ciesząc się również z nagrody głównej przyznanej za "Książkę twarzy" Markowi Bieńczykowi. A teraz już mogę wziąć do rąk kolejną biografię, kolejne oblicze i jedną z najbardziej intrygujących ‘twarzy’ literackiego rdzenia, kwintesencji, sensu moich czytelniczych zauroczeń.
I choć jeszcze przed chwilą miałam przed oczami, tuż za szybą okna, Tatry i poranny powiew podhalańskiego powietrza, zostawiałam Zakopane i rozświetlone jesiennym słońcem szczyty niewzruszonego trwania, myśląc jedynie o zbliżającym się dniu, kiedy jedna z najbardziej oczekiwanych przeze mnie książek będzie na wyciągnięcie ręki. I mam tylko cichą nadzieję, że mi wybaczy jej autor, iż ośmielę się, w najbliższym czasie, stać się jego obejmującymi dłońmi, wzrokiem przenikliwie spoglądającym zza okularów. Oddechem osiadającym blisko warg, tak by poczuć smak, a jednocześnie nie zatracić się w zbyt zachłannym pochwytywaniu każdego, zapisanego przez niego słowa, ale oddać się jego powolnemu delektowaniu. By przeistoczyć się w cień i poranną mgłę, tylko po to, by podążać krok w krok po śladach jego stóp i móc zamieszkać w przestrzeni, którą sam przeniknął. Przekroczyć próg "Innego życia. Biografii Jarosława Iwaszkiewicza" wtulając się we fragmenty nietuzinkowego życiorysu, stając się zapewne i cieniem samej siebie, bo jak zawsze nie będę miała siły na najkrótsze nawet rozstanie z Panem Jarosławem. Z jego życiem skrupulatnie poskładanym z odkurzonych kawałeczków, fragmentów prawdziwych oblicz, chociażby chwilowych, wypełniających pustkę, otrzymujących nową odsłonę, rzeźbę pełną popękań, ale jakże prawdziwą, wyłaniającą się zza kotary nieprzychylnego czasu, wydobywając się świetliście spod warstwy zapomnienia. Życia powracającego na kartkach pierwszego tomu rozpoczynającego kolejną wędrówkę w świat najbliższy memu sercu, w świat Pisarza, który odmienia mnie samą niezmiennie, ofiarowując najczulsze spotkania z podskórnie odczuwaną wrażliwością.
I gdy myślą wracam do poprzednich książek Radosława Romaniuka: „Dramatu religijnego Tołstoja”, która dla mnie była przeżyciem wręcz metafizycznym, a o jej bohaterze Jarosław Iwaszkiewicz notował w swoim dzienniku: Tołstoj uczył "jak żyć"  czy do portretów niezwykłych kobiet, towarzyszek życia sławnych pisarzy, które ujął w przepięknej ramie „One”, to wydaje się, że Pan Jarosław nie mógłby dzisiaj zaznać większego szczęścia wiedząc w czyich dłoniach narodziła się powtórnie historia jego życia. Odradzając się z popiołów starych zdjęć, odzyskując ostrość rysów i przysłuchując się jak jego serce odmierza, na nowo, każdą sekundę wyślizgując się z objęć śmierci. Stając się nieśmiertelnym, wiecznym zapisem istnienia. 
Znakomita książka! Piszę z rozmysłem "książka", ponieważ - nie tracąc nic z walorów naukowych - jest to dzieło "do czytania", przykuwające uwagę czytelnika, pasjonujące w lekturze. Daje się ono czytać na kilka sposobów: jak życiorys artysty, jako prolegomena do dziejów polskiej inteligencji i jako zarys historii polskiej literatury i kultury w okresie dwudziestolecia międzywojennego. (...) Poszczególne tematy i motywy tej opowieści kreśli autor z niesłychaną dbałością o szczegóły, które czerpie z rozmaitych i wielorakich źródeł, nieraz z nieznanych lub trudno dostępnych tekstów archiwalnych. Jego erudycja jest imponująca! Umie przy tym zachować delikatną równowagę pomiędzy wiernością faktom, a ich interpretacją, wielorakością danych, a przejrzystym tokiem narracji. 
Brzmi przepysznie. Dlatego uciekam, chowam się w "Innym życiu..." przechodząc na drugą stronę literackiego lustra, aby odnaleźć znajomą twarz Pana Jarosława, wziąć go pod ramię i zgubić ścieżkę powrotną pod kobiercem jesiennych liści.

Radosław Romaniuk
"Inne życie. Biografia Jarosława Iwaszkiewicza"
tom 1
wyd. Iskry, Warszawa 2012


Patchwork

Weszłyśmy do domu. Zapaliła światło - w przedpokoju zaczynały się półki z książkami i ciągnęły się w głąb mieszkania. Zauważyła moje spojrzenie.
- To jest biblioteka mojego zmarłego męża. Czytał w pięciu językach. Tu jest masa książek o sztuce. Trzeba znaleźć godne ręce, w które można by to wszytko przekazać...
I tak czekają niezliczone książki lgnąc do rąk, samoistnie. W jakiś szczególny sposób mając umiejętność zwrócenia na siebie uwagi, na tyle, by już nie móc wyjść bez nich z księgarni, ale przygarnąć, oddać odrobiny z własnego skrywanego ciepła, pełnej akceptacji. Tej nieuchwytnej dozy urzeczenia, fascynacji.
Skusiłam się. Krótkie przekartkowanie, ukradzionych naprędce parę zdań, których już nie chce się zostawić w anonimowym bez-brzmieniu. Zachłanne wyczytywanie drobnych fragmentów, które urastają do zaczątku niezwykłych opowieści, od razu stając się cieniem naszych stóp, drepcząc cichutko szelestem kartek jeszcze ściśniętych sznurowadłami naszych tętnic wypełnionych oczekiwaniem. Kartek pragnących powietrza, oddechu, rozwinięcia łączącego w sobie wielość istnień, wydarzeń, postaci rozrzuconych na mapie historii i własnego jestestwa. Gdzieś na granicy życia i śmierci, w szczelinie przetrwania i wewnętrznej przemiany, niezgody na zapomnienie i potrzeby zgłębienia własnej przynależności.
Wzięłam do rąk. Istny wielokolorowy kalejdoskop drobnych, rozbitych szkiełek tkwiących w sercach, krążących w krwioobiegu, podrażniających wrażliwość i kaleczących, a jednocześnie składających się na rodzaj harmonijnego obrazu. Tworząc układankę z rozsypanych puzzli, gdzie każdy kawałeczek jest unikalny, odmiennie wykrojony, ale przyłożony jeden do drugiego stwarza spójną całość z widzialną i odczuwaną własną odrębnością. Nie gubiąc swojej tożsamości. To rodzaj mozaiki składającej się z drobnych kamyków, odłamków, ziarenek piasku, kamieni szlachetnych i tych całkiem pospolitych, razem dających pełnokrwisty, wyrazisty portret czasów i ludzi przesiąknięty wspomnieniami, wyznaniami wyciągniętymi z zakamarków pamięci, oderwanych spomiędzy linijek zapisanych dzienników i zdrapanych z powierzchni pożółkłych listów. Wysłuchanych i skrupulatnie notowanych, dla potomnych,  dla przyszłości.
Świadectwa istnień.
Ulicka zanurza się w świat myśli swoich bohaterów i rejestruje, jak śmierć przecina życie, przeszłość nie odstępuje teraźniejszości, a stary świat wciąż przenika do naszego. To wspaniale napisana powieść, ale też opowieść filozoficzna i głęboka analiza historyczna. Jest to patchwork, złożony z listów, dzienników, nagranych rozmów, oficjalnych pism i protokołów przesłuchań.  
Ludmiła Ulicka ujęła to wszystko w jeden krąg wzajemnych powiązań tłumacząc, rozwijając pętelki, sploty, zawiłości, sprowadzając z odległych kontynentów fragmentaryczne wydarzenia, które pod jej piórem stają się tym, co najważniejsze: wartością ludzkości. Prawdy o człowieczeństwie i jego odmiennych obliczach, niełatwych wyborach.  Za przewodnika obierając sobie Daniela Steina. Żyda, tłumacza w gestapo, późniejszego partyzanta, którego przeznaczenie wysyła do Hajfy, gdzie w habicie karmelity zakłada chrześcijańską wspólnotę przygarniającą wygnańców losu, wygnańców z własnego życia. Pokutujących za, nie tylko swoje własne, grzechy rozbitków z przeróżnych wysp historii, podejmujących najważniejsze decyzje w sprawach życia i wiary.
Sama autorka "Daniela Steina, tłumacza" wyznaje:
Nie jestem prawdziwym pisarzem, a ta książka nie jest powieścią, lecz kolażem. Nożycami wycinam kawałki z mojego własnego życia, z życia innych osób i sklejam "bez kleju" - cenzura! - "żywą opowieść na strzępach dni". 
Wytnę, i ja, kawałek z własnego, by pozwolić sobie na przeniknięcie życiem innych, naznaczonych, wybranych, wyrzutków i ułaskawionych, uczących oderwania się od cierpienia i bólu, szukających usprawiedliwienia, prawdy, zrozumienia, uliczki wiodącej do poznania siebie. W niezliczonych tomach książek, pod brązem habitu stającego się kawałkiem życiodajnej ziemi, zanurzając się w tajemnicy judaizmu, wchodząc w sferę niematerialnego bytu, szukając przymierza między ludźmi i wyrokami losu, wyglądając z ciekawością poza nasze własne getta przynależności.

Ludmiła Ulicka  Daniel Stein, Tłumacz
wyd. Świat Książki, Warszawa 2012






Chowając wspomnienia

Wjechałam do miasteczka S. Stary szyld zaskrzypiał boleśnie. Rudo-brunatne drobinki rdzy opadały wbijając się szpileczkami wspomnień pod powieki, jak ziarenka piasku przywianego znad wzburzonego morza. Ogrom nagłego chłodu, przybladłego od smutku wił się wąskimi uliczkami, okrążał blady rynek miejski szumem liści z dawno ściętej, rozłożystej wierzby. W oddali czekała wieża neogotyckiego kościoła przenikniętego zapachem kadzidła.
Przejrzystość smutku zatrzymała się przed niewielką furtką, za którą roztaczała się sylwetka starego domu. Ganek przymilkł oddalając od siebie gwar minionych dawno lat. Zniknął zapach rumianych jabłek i smak ciepłego mleka przynoszonego rankiem z pobliskiej mleczarni. Znajome huśtawki nawet nie drgnęły. Niskie kamienice wydały się przytłaczająco wysokie rzucając cień na niewielkie drzwi, przy których nieruchoma klamka już nie ugnie się pod Jej łagodną dłonią. Tą, która pierwszy raz pokazała mi wzór haftu wyszytego kordonkiem na gładkiej poszewce poduszki i poprawiała pierwsze, niezgrabne ruchy moich palców próbujących ujarzmić smukłość igły i giętkość kolorowych nici. Nad ranem już nie usłyszę drew dorzucanych do wysokich kaflowych pieców, dla podtrzymania wewnętrznego ciepła rozchodzącego się po sercu każdego, kto mógł przekroczyć próg tego rodzinnego domu. I choć z czasem kaflowe piece ustąpiły miejsca elektrycznym, to ciepło zawsze iskrzyło, było niezmiennym płomieniem wzajemnej miłości wypełniającej zakątek każdego pokoju.
Nie zdążyłam podziękować, że pozwoliła mi poczuć się cząstką swojej rodziny. Dała poczucie przynależności. Sama będąc jej siłą, tradycją i gwarancją niepodważalnych wartości. Wychowując kilka pokoleń przedszkolaków, nauczała ich nienagannych manier, poruszania się w życiu z szacunkiem dla innych. Godności. Sama pozostając jego niedościgłym wzorem. 
Przyszłą wiosną róże w jej ogrodzie już nie będą równie barwne, bo zabraknie najpiękniejszej z nich. A ja spróbuję, znowu po latach, wyhaftować na poszewce poduszki kwiat, który nigdy nie zwiędnie, chowając między jego płatkami czułość moich wspomnień  o Cioci Hani, i rodzinnym domu w miasteczku S.

Kolorystyczna przewrotność

Odsłona nowego dnia powoli rozchyliła się łagodnym krojem profilu dodając płynności budzącemu się porankowi. Jak rozchyla się usta, by posmakować pierwszego pocałunku miłości. Wyjrzałam na nowy dzień w poszukiwaniu promyków słońca,  nie tylko tego tańczącego w baletkach w ogrodzie, z gracją unoszącą się w takt oddechu poranka spódniczką pełną zwiewnych falbanek, ale także tego rozbudzającego się w sercu, rozpromieniającego przytłumione pragnienia.
Jak ująć w dłonie nowy dzień? Wydaje się być kruchy, jeszcze niepewnie stojący na swoich drobnych stópkach próbujących odcisnąć swój ślad na kolejnej kartce kalendarza. Tej, która sfrunie łagodnie po przekroczeniu granicy północy, by ustąpić miejsca kolejnej, z nowym zapisem, nowym szyfrem liczb. Powtarzalnym, a jednocześnie przynoszącym zawsze coś nowego, dotąd niedoświadczonego. Niektóre z tych kartek chciałoby się zatrzymać na dłużej, cienką szpilką przymocować do ściany, jak rozpostarte skrzydłach umarłego motyla, jak pozostający na zawsze  ślad po starym zdjęciu, na którym rysy twarzy straciły na swojej ostrości, ale nie zaniknął dawny uśmiech. Grymas unoszący, na niteczkach zmarszczek, kąciki ust niczym łódeczkę na falach pogodnego morza. Kołyszącego się falami zmiennych nastrojów, kalecząc się  o wyboiste brzegi, rozpryskując o skaliste wzniesienia niepokonanego lub wtapiając się w złote ziarenka piasku przesiąknięte ciepłem przenikliwego spełnienia.
Prawdziwy koniec Lata. Pierwszy dzień Jesieni. Szelest spadających liści, zmieniających swoje zabarwienie, rumieniących się szczerym zawstydzeniem nad własną kolorystyczną przewrotnością. Może teraz dni będą bardziej esencjonalne, wyrazistsze, pełną paletą barw  i uczuć osiadające na szczebelkach rzęs, próbując przeniknąć pod powiekę, dnia chowającego się za drganiem firanki poruszonej chłodniejszym podmuchem wiatru.

Wiesz, nie o tym chcę mówić w złociste niedziele,
Co się dzieje na niebie (patrz z mojego okna),
Nie o tym, że śnieg pada, że nuda okropna -
A innych słów mi braknie, choć chcę mówić wiele.

Patrz - jedwabne powozy zielone i żółte
Mkną ulicą, we mnie cicho jak w kościele.
O, kiedyż tak naprawdę opowiem niedzielę:
Późne wstanie, śniadanie i chrupiącą bułkę.

O, nudo nieskończona, która jak bandaże
Owijasz wszystkie barwy, drżące w mojej głębi,
Twój powijak upału nie zgasi, choć ziębi,
I najgłębszej radości z duszy mi na zmaże.

wiersz Jarosława Iwaszkiewicza Niedziela
"Wiersze tom I - Ksiąga dnia i księga nocy"
wyd. Czytelnik, Warszawa 1977

Niematematyczna stała

Ostatnie dwa tygodnie minęły mi na małej powierzchni, nadszarpniętej, wyszczerbionej, zupełnie nie w formie, wręcz w pewnej deformacji niedomagania utkwionej. Można rzecz, że te dni były istnym Mrożkowskim "dziobaniem życia”. Jakbym była zdolna uszczknąć jedynie rąbek z wszechogarniającej rzeczywistości, ziarnko po ziarenku, przełykając je bez zachłannego delektowania się przeżywaniem. I chociaż doceniam ten czas spowolnienia, wymuszonego zatrzymania, którego mi brakuje w codziennym zabieganiu, to z upływem lat coraz bardziej żal mi każdej chwili, której nie mogę pochwycić pazernie, napawając się nią bez umiaru. Tego uczucia wręcz pożądliwego rozkoszowania się każdą mijającą sekundą, żłobiącą przestrzeń mojego własnego odczuwania. 
Pora  zatem już na powrót do wystartowania w biegu długodystansowca, przynajmniej dopóki nie potknę się o kolejną niesprzyjającą okoliczność czającą się za rogiem, zdradziecko. Ale to zapewne przez przykrótkie nóżki, przykrótki wzrok niedowidzący tego, co czeka dalej niż na wyciągnięcie ręki. Może lepiej niedowidzieć?
Nowy dzień. Poranek rozprostowujący senne zagniecenia rozciągając prześcieradło jak zasłonę nieprzeniknionej tajemnicy stojącej u progu domu, by parę godzin później dojrzeć do przekształcenia się w impresjonistyczny obraz popołudnia. Nieuchwytny w swojej niewyrazistości, przeglądający się w oczach przechodniów chowających się pod rozłożystym parasolem niepogody. Spostrzegających swoje odbicie w granicach małych krążków rozkładających się powolnym, majestatycznym ruchem niczym chiński wachlarz. 
Poszarzało, przybladło.
Przyglądam się książkowym zaległościom piętrzącym się na stoliku, niczym biblijna wieża Babel. Wszak każda z nich mówi innym językiem, odmiennym dialektem, próbując wynieść czytelnika na wysokość, wystarczającą, by objąć całość jej przekazu, ponad doczesność i wszelką próżnię, by dostrzec głębię uśpioną pod ciężką oprawą, można by rzecz 'przykrywką' do tego, co w niej najwartościowsze. Moja prywatna wieża Babel. Także w aspekcie nierealności, niemożności ukończenia zaplanowanej lektury, bo zdaje się, że niemożliwym jest przeczytanie wszystkich książek kuszących swoją kreacją, tą delikatną materią literackiego jestestwa, rdzenia egzystencji w nieprzewidywalnej przyszłości mojego czytelniczego bytu. 
Książka. Pewna, bynajmniej niematematyczna stała, constans, niezmienna gwarancja swoistego ravissement. I chociaż nie każda staje się tą, kolejną-jedyną, niezapomnianą, podarowującą 'nowe życie', to każda bezbronnie przenosi na kawałek upragnionej, czytelniczej samotności. Poddając nas jej kierownictwu duchowemu. Takimi przewodnikami, niewątpliwie, stają się książki nominowane do Literackiej Nagrody NIKE. W tym roku, w finałowej siódemce znalazły się:
  • Krystyna Czerni, "Nietoperz w świątyni. Biografia Jerzego Nowosielskiego", Znak, Kraków
  • Andrzej Franaszek, "Miłosz. Biografia", Znak, Kraków
  • Filip Springer, "Miedzianka. Historia znikania", Czarne, Wołowiec
  • Małgorzata Szejnert, "Dom żółwia. Zanzibar", Znak, Kraków
  • Marek Bieńczyk, "Książka twarzy", Świat Książki, Warszawa
  • Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, "Imię i znamię", Biuro Literackie, Wrocław
  • Magdalena Tulli, "Włoskie szpilki", Nisza, Warszawa
I nie ma znaczenia, dla mnie, która z nich będzie tą jedyną, kolejną, nagrodzoną. Moje serce bije dla Andrzeja Franaszka i jego, napisanej onieśmielająco pięknie, przenikliwie, biografii Czesława Miłosza, zostawiając sobie jednocześnie kawałeczek przestrzeni dla "Książki twarzy" Marka Bieńczyka, który niedawno, melancholijnie wślizgnął się do galerii moich literackich fascination.



Nie przychodzi mi nawet do głowy, że wiem "wszystko" o życiu - jeśli mogę tak go nazwać - swojego bohatera, wydaje mi się też, że nie odczuwam chęci górowania nad nim, o której chętnie pomawia się biografów. Wiele jest jeszcze faktów, które zostaną rozjaśnione, i takich, które na zawsze pozostaną w ukryciu. Czasem nie zgadzam się z Czesławem Miłoszem, jednak bez zamiaru "osądzania" go, mając świadomość, że nic łatwiejszego niż komentować czyjeś decyzje z bezpiecznego dystansu. Zresztą najtrudniejsze wydaje mi się co innego. Łatwo odnaleźć potknięcia, jak jednak oddać geniusz?Ten moment, gdy nad niepewnością, udręką, pokusami zawisa niedosiężna nuta, linia słów? Może nie da się go opisać, można tylko odrywać na własną rękę.


Andrzej Franaszek "Miłosz. Biografia"
wyd. Znak, Kraków 2011


Pod kryształowym rozedrganiem przezroczystości

Deszcz.
Zawisł kryształowym rozedrganiem przezroczystości w ogrodzie, koniuszkami rozpryskując się o gładki grzbiet tarasu i zeskakując po stopniach ku zielonemu dywanowi trawy. Koralowe owoce róży odzyskały głębszy kolor połyskując na giętkich witkach gałązek, jak paciorki rozmodlonego różańca. Mój głos dopasował się do burzowej aury schodząc o kilka oktaw niżej. Od czasu do czasu całkiem ześlizgując się z pięciolinii strun głosowych i zanikając w dudniącej ciszy, jak dudni w grubościennej studni echo odbijając się od opustoszałego dna niewypowiedzenia. Jedynie chwytając się długiej szyi żurawia potrafi wyfrunąć na skrzydłach niedosłyszanego dźwięku spełnienia.
Milczenie.
Pozwalam słowom przycichnąć, z nadzieją, że w tym wymuszonym czasie ciszy odpoczną, dojrzeją, zyskają na intensywności wymowy nim pozwolę im osiąść na ustach. Licząc, że wypełnią się różnorodnością swojego przeznaczenia, nabiorą płynności i swobody poruszania się w pośpiesznym rozpoznawaniu swojego posłannictwa i będą potrafiły znaleźć cel swojej niekończącej się wędrówki. Na ustach. Niewymownie mdłych w swojej bladości, będących jednocześnie miękkim przystankiem dla słowa, które zatrzymuje się na moment, nim odklei się zwiewnym płatkiem dopełnienia, oddalając się zarysem zrodzonej w ciszy myśli, spostrzeżenia, zwiewnej strofy przeczytanego wiersza lub prostolinijnej prozy.
Czemu z wiekiem usta tracą na swojej intensywności? Czy nazbyt wiele słów wypowiadają oddając po kropli ze swojej barwy, by zarumienić wciąż niewyraźne słowa, zamiast czasem przygryźć je wargami pozwalając na odciśnięcie się w wykrojonym kształcie ćwiartki rumianego jabłka i zyskać na soczystości, słodkim smaku pełnego rozkwitu, tchnieniu źródlanej przejrzystości.
Słowo.
Czasem zamieszkujące w prostocie, w niewymuszonej elegancji, z dystynkcją noszące bogactwo swojej skromności. Niepozornie rozrzucone w zwodniczym uporządkowaniu na białych przestrzeniach, idealnym tle dla swojej subtelności. Onieśmielające i śmiało zachęcające do poddania się jego figlarności, zalotnym skojarzeniom, dowolnemu odczytywaniu jego znaczenia. Szukające, dopowiadające, czyniące z nas jego niewprawnym twórcą, zagorzałym wskrzesicielem, wiernym słuchaczem i niepokornym interpretatorem.
Wędrowcem w przestrzeń nieprzeniknioną zachwytu, jak choćby tę autorstwa Jerzego Plutowicza, którego twórczość jest dla mnie deszczem, milczeniem, słowem.

W której z kolei przestrzeni biła studnia artezyjska,
czyżby źródło młodości, dokąd biegłem, przekraczałem

każdą linię, by ugasić pragnienie? Na skraju miasteczka,
za obłokiem, za łukiem tęczy, zawsze na skraju. W której

części doby umówiłem się z dziewczyną, niewidzialną,
ukrytą w idei? Umówiłem się na trwanie wśród zjawisk,

na słowo tworzące, okrucieństwo rdzenia słowa; na echo
kroków w uliczce, gdy zbliża się wysłannik losu; brzęk

furtki, latarnia niby potępiona dusza. Co czai się poza
słowem: czyste trwanie, czysty dotyk; trzepot skrzydełek

motyla, pyłek na dłoni? Mikrokosmos cały w cieniu
nad cienie. Poza słowem przecież czai się bestia, widmo

dzieciństwa. Co jest czystsze niż ból?

wiersz Jerzego Plutowicza Widmo
"Twórczość" nr 4, kwiecień 2011



W mianowniku niezmiennego trwania

Spróbowałam dzisiaj wystawić czubek nosa do ogrodu. Po paru dniach zamknięcia w papierowych ścianach pudełka od antybiotyku, szeleszczących płatkami od pastylek przeciwbólowych i sączących się gęstym syropem z babki lancetowatej zapragnęłam świeżości. Zapachu powoli oddalającego się lata, rudych rumieńców zbliżającej się jesieni. Chłodny poryw wiatru szybko wywiał mi te zamiary z głowy. Słońce rozpromieniające się na blaszanych listkach brzozy okazało się kusząco zdradzieckie. Schowałam się znowu w domu. Wtulona w ciepły koc snu gubię kolejne godziny. I nagle, jakby niepostrzeżenie,  nazbyt szybko, przychodzi chłód wieczoru. Ciemność wyglądająca coraz wcześniej zza regałów i ciche mruczenie śpiących spokojnie kotów. Palce z trudem odnajdują klawisze laptopa. Zdrętwiałe, może trochę jak moje uczucia, ostatnio. Skostniałe, w rękawiczkach nazbyt grubej skóry, stały się w swojej niewrażliwości boleśnie niezgrabne, jak słowa próbujące przedostać się przez obolałe gardło, dusząco suche i niewymownie podrażniające, każdą próbę wypowiedzenia buntu przeciwko dalszemu niedomaganiu.
Mam wrażenie, że świat mi się zawęził przez ostatnich kilka dni, że przenika obok mnie bez względu na to, co czuję i jak bardzo chciałabym mu towarzyszyć w tych codziennych wędrówkach po brzegach nowego dnia. On biegnie niezmiennie, ja stoję w miejscu, wytyczonym przez granice własnej bezsilności. Wtedy też budzi się we mnie melancholia, a może to po prostu wynik przebywania z samą sobą, własnymi demonami, odżywającymi tęsknotami za czymś całkiem nieokreślonym, jakby tęskniło się za jakąś brakującą cząstką samej siebie.
"Kto urodził się melancholikiem, sączy smutek z każdego wydarzenia", powiedział Freud. Jeszcze celniej ujmuje to portugalski pisarz Fernando Pessoa: "Nic które boli". Owo "nic" jest w bezpośrednim doznaniu tak suwerenne, że zdaje się trwać poza wszelką przyczyną jako czysta nieokreśloność: nie wiadomo skąd daje nie wiadomo co. "Nie wiadomo co", które nie wynika bezpośrednio z jakiegoś nieszczęścia, lecz jest nieszczęścia wszechstronnym poczuciem, doświadczeniem smutku tak uogólnionym, że zasklepiającym swe źródła, nigdy niezawartym w liczniku istnienia jako okazjonalna żałoba, zawsze w mianowniku niezmiennego trwania. 
Ataki kaszlu odrywają mnie od "Melancholii". Oczy tracą ostrość spostrzegania, litery zlewają się w czarne stróżki wiodące mnie donikąd. Na poddanie się "Melancholii" Marka Bieńczyka muszę mieć więcej siły i wyraźniejszą umiejętność widzenia. Nie mogę patrzeć na nią przez łzawą mgłę odbierającą jej przenikliwość z jaką została poddana w niewielkiej książeczce skupiającej w sobie tak niezwykłą moc przemawiania przez literacką i filozoficzną analizę jej własnego istnienia.
Wracam, wbrew sobie, do przebywania w mianowniku niezmiennego trwania w anginie, w gęstości lepkiego syropu i papierowego smaku kolejnego dnia podszytego melancholią.
" W melancholii tkwi coś niewytłumaczalnego - pisze w tym samym tonie Kierkegaard - (...) Jeśli się melancholika zapyta, co leży u podstaw jego melancholii, co go gnębi, to odpowie, że nie wie, że nie potrafi tego wyjaśnić. Odpowiedź ta jest ze wszech miar prawdziwa, albowiem z chwilą rozpoznania przyczyny melancholia mija".


fragmenty z "Melancholii" Marka Bińczyka
wyd. Świat Książki, 2012 

W szczelinach między literami

Ani ja, prawdę mówiąc, niczego tak bardzo nie odczuwam, ani ja napisać tego, co nie bardzo odczuwam, też nie bardzo umiem.
Sławomir Mrożek 

Ostatnio, ilekroć biorę książkę do ręki, po jakimś czasie przychodzi mi skonstatować,  że zupełnie nie potrafię połączyć ze sobą liter w żadną myśl wyrafinowaną, a choćby nawet najbardziej prozaiczną. Niezdolna jestem nawlec na wątłą nitkę, własnego odczuwania, równo wykrojonych kształtów, które złączone razem powinny stworzyć niezapomniany majstersztyk wzornictwa literackiego. Odciśnięte na białym papierze zupełnie nie odciskają się we mnie samej, nie pozostawiają żadnego śladu, a przecież powinny być odbijającym się w źrenicach obrazami. Witrażami pochwytującymi najdrobniejsze załamanie światła przenikającego materię każdego zapisanego słowa. Tymczasem, za sprawą zwodniczego zmysłu, mój wzrok, zamiast zagłębiać się w giętkość każdej litery, jedynie prześlizguje się po ich zgrabnie wyprofilowanych sylwetkach, by zaraz zapaść się w drobne szczeliny pomiędzy nimi. W pustkę niewypełnioną drukiem.
Tutaj i ja się zatrzymuję. W niewypowiedzeniu, w przestrzeni ściśniętej między stróżkami atramentu, niezdolnej do przemówienia żadną barwą ani kształtem. W obszarze jakby niczyim. Być może pozostawionym  do własnego zagospodarowania, przygarnięcia cichością własnych refleksji, które snując się w rozproszeniu szukają miejsca dla siebie. Przestrzeni utkwionej w bezruchu, bezdźwięku. Niemej i niewidzącej.
A może jest to miejsce, gdzie osiada lekki oddech nicości, próżni twórczej pisarza, niezbędnej do wytyczenia ścieżki powrotu i jednoczesnej umiejętności powędrowania dalej. Odbicia się od doświadczanego twórczego niebytu jak od trampoliny. Wszak odbić się można tylko będąc na samym dnie, bo po wchłonięciu w siebie całej pustki pozostaje jedynie ją zapełnić. Inaczej być może nie stworzy się niczego, nie odtworzy się nawet samego siebie.
Dlatego od nowa sięgam po książkę wierząc w jej moc sprawczą wykrzesania ze mnie zdolności do czytania, do rozczytania swoistego szyfru kryjącego się w każdym zaokrągleniu, uwypukleniu liter, słowotwórczej ekwilibrystyce estetycznej. W tych  pętelkach i zagłębieniach, krótkich mysich ogonkach, zawieszonych kroplach i płaskich daszkach. W rozchylonych ustach i zamkniętych oczach dostrzegając portret odkrywanego świata, także mojego wewnętrznego, stawiając na szali równowagę uczuć głęboko zakorzenionych, rozprzestrzeniony na tak wielu płaszczyznach czytelniczego odczuwania. Przystając, w chwilach oderwania od samej siebie, w szczelinach między literami.

O rzeczy niewymiernej

Niedługo wybije druga. Sen zgubił drogę. Nie znajdę go pod powiekami. Może rozsiadł się wygodnie w fotelach ogrodowych, które wykroiły sobie, w grubej warstwie nocy, okienka w których widać jedynie ich połyskujące bielą proste plecy. Nigdy niezmęczone. Nigdy nieprzygarbione.
W progach domu zagościła podskórnie tętniąca cisza rozpraszana jedynie rytmicznymi uderzeniami dwóch zegarów. Brzmią nierówno, ale jeden jakby w uzupełnieniu drugiego, dotykając się dźwiękami, gdzieś na granicy zbyt krótkich spotkań i jeszcze szybszych rozstań. Czy odmierzają ten sam czas? A może dwa biegnące równolegle, prześlizgujące się tak blisko siebie, że tworzą jedność. Jeden spójny czas. Ten namacalny, rzeczywisty, odczuwany. Przeszłość i przyszłość pozostawiając nieuchwytną teorią minionego i niesprecyzowaną tego, co się być może wydarzy, ale wcale nie musi.
Próbowałam dojść do sypialni. Znaleźć jakąś odrobinkę snu, choćby wczorajszego. Wszak jak pisał Hermann Hesse w swojej indyjskiej powieści "Siddhartha" we śnie, w najgłębszym śnie  człowiek dociera do rdzenia swojej istoty. Nie dotarłam. Zatrzymał mnie odgłos kapci człapiących leniwie po schodach. Zaczęłam nasłuchiwać.
Każdy mój krok zamieniał się w miękki dźwięk przysiadający na kolejnym stopniu, jak palce pianisty na klawiszach fortepianu. Będąc zapisem odchodzącej przeszłości, uchwyceniem śladu mojego chwilowego 'tu i teraz', ale pozostając zupełnie głuchym na przyszłość. Kolejnego kroku, który dopiero postawię po prostu nie słychać. Nie wiem jak zabrzmi, choć zakładam, że dokładnie tak samo jak poprzednie. Stając się jak uderzenia zegara. Monotonne i jednako brzmiące. Bez zaskoczenia, finezji, złamania nienaruszalności taktu. Każdy z nich w oderwaniu od poprzedniego i do poprzedniego łudząco podobny. Zwyczajne staccato. Wciąż tożsamo brzmiące. A jednak wchodzę i schodzę, i znowu wchodzę i schodzę po schodach nasłuchując kroku, który ma dopiero zabrzmieć. Jak wskazówka zegara wyczekuje przekroczenia magicznej granicy dźwięku. Nasłuchuję przyszłości.
Jest bezdźwięczna.
Przyszłość nie ma głosu. Dopóki nie przeistoczy się w donośną teraźniejszość, albo odejdzie cichym wspomnieniem przeszłości. A przecież to w przyszłości właśnie pokładam tak wiele nadziei. Jak zaufać czemuś czego nie widać i nie słychać?
Nie mogę przecież dreptać po tych schodach w nieskończoność, tym bardziej, że poranek i tak by ją zagłuszył swoim przebudzeniem, ziewnięciem połykającym najdrobniejszy dźwięk w przepastnej codzienności, narastającym nieznośnie pośpiechem i trudnym do ogarnięcia gwarem. Zbyt szybkim oddechem, szelestem naprędce przeglądanej gazety, której rozłożyste strony są niczym "efekt motyla". W jednym zakątku świata zatrzepocze skrzydłami, a w drugim staje się jego bezdennie brzmiącym echem. Przyszłość. Cisza wystukiwana rytmicznymi, ale również tak samo brzmiącymi uderzeniami obcasów o nierówności chodników. Swoją drogą ileż one sobą chłoną dźwięków, rozlewających się po powierzchni jakimś niepowstrzymanym strumieniem melodii, wnikając głęboko w rdzeń ziemi.
Świat zdaje się być nieustającym dźwiękiem. Brzmieniem.
Tymczasem pod koniec dnia, nim się spostrzegę, przyszłość zdąży być teraźniejszością, szybko odchodząc w przeszłość. Jak więc uchwycić przyszłość, której uchwycić nie sposób? Jak zauważyć jej przyjście? Tę wąską szczelinę nadziei nieznanego.
Kapcie nadal szurają. Zegar z wdziękiem kroi kolejny kawałeczek czasu odkładając go na odsuwający się ode mnie porcelanowy talerzyk. Trzeba wielkiej delikatności, aby go nie stłuc.

Lepiej więc może myśleć o czym innym
nie o mnie
nie o tobie
o rzeczy niewymiernej
o rzeczy nieodbitej
w szkle przejrzystej zieleni -
ona żyje dłużej
i prawidłowiej


fragment wiersza Jarosława Iwaszkiewicza
Sierpień nad rzeką
wyd. Czytelnik, Warszawa 1977



Pastylka przeciwbólowa

Wszyscy mam jakąś szufladę, w której trzymamy  swoje sekrety, niektóre są schowane bardzo głęboko. A jeden leży w oddzielnej szufladzie, której nigdy nie otwieramy.
Zapach porannej kawy posłodzony kilkoma dniami urlopu nadaje jej wyjątkowy smak. Delektowanie się niespiesznym czasem, w spowolnieniu, jakby wbrew niezmienności z jaką czas wystukiwany jest przez stary zegar na ścianie. Zdejmuję pomarszczoną warstwę cienkiego kożucha odsłaniając tym gładką powierzchnię mlecznej kawy. Gdyby tak można było z siebie zdjąć wszelkie zagniecenia, wyprostować zmarszczki, siateczkę poplątanych myśli, odpocząć od nich, od siebie samej, wyjść z wąskiego korytarza zawężonych ostatnio ścian egzystencji, by rozłożyć szeroko ramiona i objąć nimi, jakiś zakątek aksamitnej samotności.
Obejmuję książkę i jedną z takich historii, która rozczula, budzi czułość, do której chce się przytulić, być blisko postaci wpisanych między kartki. Uszczknąć z odrobiny ich niespiesznego uczucia, tkanego powolnością zdarzeń, rzadkością spotkań, swoistym smakowanie dojrzałości, bez młodzieńczego pośpiechu i niecierpliwości.
Miłość potrzebuje powietrza i ciszy. Mamy ciszę, ale nie mamy powietrza. Abram przestał rozwodzić się nad tym, jaki jest stary i że nie ma sensu spotykania się raz, najwyżej dwa razy w roku. Już nie mówi, że w każdej chwili może umrzeć. Myślę, że teraz martwi go tylko, że nie jest pewien, czy możemy zostać kochankami. Że przegapiliśmy ten moment. Mnie przestało to martwić; wcześniej czy później staniemy naprzeciwko siebie nadzy. Tego też musimy spróbować. Chętnie poczekam.
Mnie samej trudno było poczekać, aż książka zastuka do moich drzwi. Nie wychodziła z mojej głowy od kiedy przeczytałam o niej na blogu Remka Grzeli. Oczarowuje od pierwszego z nią spotkania. Otula aksamitem, delikatnością, jaka otacza dwoje ludzi zatrzymanych w czasie, w promieniach gorącego słońca prześlizgującego się po rozgrzanej posadzce hotelowego tarasu w Izraelu.
Ona - żyjąca pomiędzy książkami i szkicami swoich obrazów i On, z  jego teraźniejszą przeszłością. Przechadzający się między alejkami Paryża, w deszczu szemrzących słów, ale i powietrzu ciszy. Jest się tak daleko od nich, a jednocześnie tak blisko.
Deszcz za oknem drepcze po parapetach. Ja drepczę za nimi. Za Abramem.
Abram jest piękny. Abram jest stary. Abram jest normalny. Próbuje dogrzebać się do jego przeszłości, by znaleźć tam odrobinę szaleństwa, ekstazy, namiętności, melancholii, rozpaczy. Nie jest to łatwe.
Chciałoby się wyciągnąć dłonie, by poczuć pod palcami jego wysokie czoło pozbawione zmarszczek, naciągniętą skórę, której nie pozwala nawet na najdrobniejsze rozluźnienie, jakby w obawie, że sam się wtedy rozsypie na drobinki skrywanych wspomnień. Mocne brwi osłaniające bystrość jego spojrzenia, łagodny profil,  wyraźnie zarysowane wargi  i zaciśnięte usta, które tak wielu słów nie chcą wypowiedzieć, zamykając je w milczeniu. Tak niewiele dopowiadając do "Opowieści dla Abrama", które Ona postanawia snuć dla Niego, składając w całość  tę część jego samego, którą zachowywał tylko dla siebie. Jakby bojąc się obnażenia. Nagości własnej przeszłości.
- Abram, nie bój się - mówię. Im mniej wiem, tym łatwiej byłoby o tobie pisać. Nie rozumiesz?  Ale ja nie będę pisać. Jest już tyle książek o mnie, o tobie, o Mani. O nas wszystkich.
Nieśmiertelnych. Abram i ja przeżyliśmy. To stwarza swoistą, wzajemną czułość, która jest czymś oczywistym, nie trzeba nic mówić.
Z każdą kolejną kartką, bezimienność narratorki sprawia, że mogę się wprosić do jej życia. Dostaję od niej urlop od samej siebie. Z ulgą biorę na siebie jej sześćdziesiąt lat doświadczeń i staję się kobietą oddającą się czytaniu książek i przeżywaniu swojej dojrzałości, byciem tylko dla siebie samej, dopóki nie poznam Abrama. Dopóki nie przylgę do jego nieskazitelnie skrojonego garnituru, z czasem próbując odnaleźć pod tym gładkim materiałem splątane losy tego, który przeżył samego siebie, ze świadomością życia z piętnem Holokaustu, wpisanego w jego spowolniony wiekiem krwioobieg.
Trudno mi się rozstawać z Abramem, pragnąc chwil, w których go odnajduję po omacku między niedopowiedzianymi słowami, poznając fragmentarycznie, po drobnych kawałeczkach sklejanych z dwóch życiorysów: obecnego i przeszłego, zakreślonych wydarzeniami minionej historii. I wracam do siebie samej, jedynie wtedy, kiedy ustępuję Jej miejsca, oddaję im strefę intymności, którą mają tylko dla siebie. Kiedy dotykają swoich ciał nieporadnie, a jednocześnie z tak wielką delikatnością, z jaką dotyka się zaschniętych ran. Schowani przed światłem świata, tylko dla siebie, w ciemności rozbijanej jedynie przyspieszonymi oddechami i drżeniem dotykających się dłoni. I tylko czasami patrzę na swoje ręce i odkrywam, że mimo pieszczot Abrama wyglądają staro.
Ale może to Abram młodnieje, dzięki niej. Dawanej mu na nowo przeszłości, jej scenariuszowi na jego życie, pozwalając mu cofnąć czas, dostrzec wielkość człowieka w padole ludzkości czasu wojny, znowu poczuć się młodym i silnym, choćby w bezsilności dokonywanych wyborów. W jakiś sposób oddalając od niego starość i śmierć, ale też i od siebie, bo odkąd poznałam Abrama, odkładałam śmierć do następnego spotkania. Przy życiu trzymał mnie na odległość bardzo stary mężczyzna. Niczym Bóg.
"Opowieści dla Abrama" Janiny Katz to książka wyjątkowa. Książka ciszy i powietrza.
Z oknem już ciemno. Ostatni łyk kawy już zimny.
Biorę głęboki oddech.
Marzę o powrocie do czasu, gdy tylko jedna książka zawierała porcję prawdy, porcję piękna i porcję pocieszenia na każdą porę roku.  Taka książka mogłaby być pastylką przeciwbólową, w sensie fizycznym i psychicznym. Wiem, że istnieje.
To "Opowieści dla Abrama". Moja pastylka przeciwbólowa.


fragmeny z "Opowieści dla Abrama" Janiny Katz
wyd. Czarna Owca, Warszawa 2010



nie Paryż, ale uliczka Wiednia... 

Przyśnić sen

Patrzę na kształt dłoni, które codziennie rano zmywają z mojej twarzy senne rozedrganie niepotrafiące, swojej imaginacji, umiejscowić w budzącej się rzeczywistości. Pozostając po drugiej stronie nocnej kliszy. Przyglądam się źrenicom, które ukrywają się także w czyichś oczach, których na co dzień nie widzę. Zamiast nieskazitelnego błękitu jest ciemny kolor ziemi. Palcem rysuję swój profil na zaparowanym lustrze. Wydaje się znajomy. Niczym wycięty z jałowego papieru. Ostre kontury bez barw. Potrzebuję kolorowego tła by zaistnieć. Odciskając ślady palców próbuję poczuć znajomy dotyk. Niczego nie czuję. Powinnam. Może choć trochę.
Ostatnio czuję się jedynie negatywem, odbiciem czyjejś w moim życiu nieobecnej obecności. Mocno ściągam gumką ciemne kosmyki włosów. Powinny być przesypującym się przez palce pszenicznym złotem.
Próbuję dociec skąd tak naprawdę przyszłam, gdzie jest prawdziwy początek mnie samej. Wrócić tam, gdzie w swojej własnej połowie przynależę. Wychowana na obcym kawałku danej mi ziemi odczuwam ją jako swoją własną, a przecież w pełni nie jest przynależną do mnie. Darowaną jedynie. A może aż tyle. Dzisiaj smakuję gorycz źródła własnego jestestwa. Chwilowy powrót do utraconego początku stał się utratą równowagi. Wydawało się, że mam siłę, by to udźwignąć. Ugięłam się.
Zasypianie w poczuciu rozdwojonej przynależności i jednoczesnego odrzucenia.
Jak nigdy czuję się niewygodnie we własnej skórze. Próbuję ją zdzierać z siebie kawałek po kawałku szukając tętniącej prawdy na podszewce własnego życia. Tyle fastryg, na siłę poskładanych, niepasujących do siebie fragmentów. Kiedyś to dopasowywanie bolało. Wrastanie w inną ziemię, żyzną, wymagającą, ale dającą stabilność i poczucie bezpieczeństwa nie obyło się bez łez, buntu i odczuwania inności.
Dzisiaj wydaje się mieć słodki smak pełnej akceptacji. A jednak ciągły jej głód.
Od miesiąca budzę się kamieniem. Zimnym. Tak niewiele było potrzeba. Odrobiny ciepła, by nim przeniknąć i zatrzymać w sobie na dłużej. Deszcz za oknem zmywa złudzenia. Próbuję odnaleźć zabrane zabawki. Pusty domek dla lalek. Łamią się malutkie drzwi. Framuga stara i słaba. Ustawiam poprzewracane mebelki. Parę porwanych szmatek owijam wokół nadgarstków, aby nie czuć przyspieszonego tętna.
Ukojenie przynosi sen.
Jak go przyśnić? Znika w szczelinach okien niepewności przebudzenia.

W zagięciach kartek

Piątkowy wieczór oparł się zmęczony o fotel, chowając zagniecenia z całego tygodnia pod miękkość wełnianego koca. Spracowane dłonie wtulił pod grubą warstwą oliwkowego kremu. Gaszę mikroskopijne rozproszenie przyglądające mu się przenikliwie spod pochylonego klosza jednonogiej lampki.
Otwieram "Dziennik" Sławomira Mrożka rozmyślając o chwilach, kiedy moje słowa tylko czekają, aby umościć się wygodnie na kartce, pragnąc wyślizgnąć się z ograniczającego kokona myśli i wybrzmieć w takt osiadających na bieli liter. Niby łaskoczą, podrażniają podniebienie, a kiedy już im pozwolić utkać własną historię, nie potrafią udźwignąć tego, co chciały sobą wyrazić. Rozkruszają się na drobinki czarnego pyłu, nic nie znaczącego, ot, takie ślady po rozlanym mleku.
Kiedy myślimy, wiemy, o co nam chodzi, kiedy mówimy, kiedy już powiemy, zostajemy trochę rozczarowani - notował sam Sławomir Mrożek w swoim "Dzienniku".
Jakże przykrym jest pozwolenie na zapisanie tego rozczarowania. Lepiej było pozwolić się im utopić w niewypowiedzeniu niż zostawić po sobie piętno niepotrzebnej bytności. Trudno. Może innym razem będę potrafiła ułożyć je w zgrabniejszą formę, architektoniczną konstrukcję zdań, które uniosą coś więcej niż ciężko osiadające elementy słowotwórcze. 
Tymczasem noc minęła bez słów. W głuchej ciemności ścielącej się nieprzeniknionym welonem ponad dachami zapadniętych w bezruchu domostw.
Obudziłam się dotykając dłońmi powierzchni słonecznego poranka. Palce wtopiły się w ciepły rumieniec na poduszce. Zasłona lekko poruszana delikatnymi podmuchami wiatru współistniała z oddechem budzącego się dnia. Spokój. Cisza. Przysiadła na parapecie, jak kot który udaje posążek sfinksa. Ściągnęłam z oparcia krzesła sukienkę w rozkwitłe maki. Brzuchate winogrona w purpurowych koszulkach wylegiwały się leniwie na półmisku. Pozbawione pestek były wadliwie idealne. Nic w nich nie było do rozgryzienia. Nazbyt oczywiste i smakowite. Mięta ukwieciła wierzchołek giętkiej gałązki blado-liliowymi puszkami. Dzień zapowiadał się barwnie, jak na moją skromną paletę kolorów weekendowych.
Zabieganie mijającego tygodnia roztapia się niczym masło na ciepłej grzance. Kawa na tarasie w otulinie waniliowego smaku. Chłodno. Rozchylone kielichy malw kuszą mgiełką rozbielonych płatków, niczym spódniczki baletnic. Szpaki odlatując strzepują ze skrzydeł łyk słodkiego nektaru poranka. U stóp lawenda roztacza czułe pragnienie wybrania się do Toskanii. Zbyt łatwe skojarzenie wręcz boli, jak rana na wypalonym ognisku po wygasłych marzeniach. Ostatnio nawet do nich nie mam siły. Snuć, rozwijać je  niczym drogę nie do przebycia, zbyt odlegle rozrysowaną na mapie nieosiągalności. Kolejna, nieudolna próba zmierzenia się ze sztuką kartografii. Jeszcze tyle muszę się nauczyć.
Utknęłam w zagięciach kartek próbując nanieść, choćby szkic, najbliższych dwóch dni, wypełniając je po gładko obrysowane brzegi nocy. Odczuwaniem, zapachem, smakiem  naiwnej wiary w nieulotność doznań, nieprzemijalność uczuć. Zaszeleściło. Opasły tom wspomnień ledwo mieści się w dłoniach. Niełatwo unieść taką różnorodność emocji, uczuć. Tyle warstw, zapisków, notatek, uchwyconych spojrzeń na siebie samego, na ten nieprzenikniony byt w pisarstwie spostrzegany jako udręka i błogosławieństwo zarazem. Niepokora. Bunt. Wrażliwość obserwacji. Ironia. Szyderstwo. Tęsknota. Intuicja. Gruba podszewka uczuć, których nie potrafię w sobie pomieścić, ułożyć w zgodną całość. Targają mną zmienne uczucia. Aura Mrożka. Nieprzewidywalna. Pełna słońca, deszczu, gradu, ciemnych chmur i śnieżnobiałych obłoków. Intryguje. Kusi. Złości. Rozczula. To jak ciągłe wchodzenie pod drabinie, stąpając szczebelek po szczebelku i kiedy już mam wrażenie, że stopa stoi bezpiecznie, nagle się zsuwa. Jak jednak chwiejna ta równowaga.
Znowu od początku. Wspinaczka. Zresztą nie tylko, bo drążenie tunelu tożsamości Sławomira Mrożka odbywa się na tak wielu poziomach, tak wielu płaszczyznach przynależności do siebie, sztuki, świata, swojego pisarstwa. Podglądam jak stawia każdą literę, słowo. Zamaszyście. Szybko. Zawadiacko. Leniwie. Mogłoby się zdawać, że czasami łapie swoje myśli naprędce od niechcenia, tworzy z nich poplątane włóczki, by za moment nitka po nitce, jakże precyzyjnie tkac z nich wielobarwność stron swojego życia, garnitur ze wszystkich dni, miesięcy. Chwilami cierpkie. Jak zielone winogrona pełne drobnych pestek. Najprzyjemniej móc je rozgryzać. Jak rozgryźć Sławomira Mrożka?
Rozmaicie. Jak porażenie ośrodka centralnego nerwów. Czuję się aż w nerwach najbardziej peryferyjnych.

fragmenty z I tomu
Sławomir Mrożek "Dziennik 1962-1969"
wyd. Wydawnictwo Literackie, 2010





Konfitura i kubek ciepłego mleka

Sprzątam skorupki stłuczonego kubka i ślady po rozlanym mleku. Ostatnio wszystko wymyka mi się z rąk, czas w szczególności, przecieka między palcami pozostawiając je odrętwiałe w zdziwieniu, że nie zdołały go uchwycić w porę. Tymczasem kolejna kartka sfrunęła z kalendarza poderwana, przez frywolny wiatr, niczym podszyta chłodem wiosenna sukienka. Znowu próbuję owinąć sobie wokół palca nowy tydzień, a on jak zwykle, niczym rzucona przez nieudolne ręce serpentyna, rozwija się po swojemu.
Nowy tydzień. Całkowicie pozbawiony uległości wobec moich starań oczarowania go na mój własny sposób. Drepczę zatem po delikatnej, o zbyt wczesnej porze, strukturze dnia powtarzając, jak mantrę słowa z „Niewyrwanych stron” Józefa Czapskiego, by tylko nie dać się porwać "mysiej bieganinie". Nie zagubić cennego czasu minionego, weekendowego spowolnienia, kiedy każda rozkwitająca chwila jest zatrzymaniem, zdolnością pochylenia się nad płatkami róż w ogrodzie, wewnętrznym uporządkowaniem, przysypaniem niepokornych korzeni, które swoimi koniuszkami znowu próbują poruszyć ziemię pod moimi stopami. Potrząsnąć fundamentami egzystencji, spowodować ponowne rozwarstwienie, które z uporem staram się posklejać, połączyć wielością różnorodnych nici splatając w całość liczne kawałeczki przynależności. Nie teraz. Chwilowo mam ochotę na całkowite oderwanie od jakiejkolwiek przynależności i pobycia sobie w swoistym niebycie.
Na moment.
Małą, srebrną łyżeczkę zanurzam w słoiczku z konfiturą, jak w miękkiej warstwie wspomnień z nie swojego dzieciństwa, a przecież przynależąc do niego podskórnie. Zatrzymana w czasie, w bezruchu, przesuwam porcelanowy talerzyk w jego stronę. Obserwuję jak delektuje się smakiem, słodkim i cierpkim zarazem, jak wszystko w jego życiu. Niejednoznacznym, wielopoziomowym, jak stary dom, który stoi jeszcze w odsuwającej się przestrzeni, w przepastnym ogrodzie wciąż pachnącym malinówkami. Uśmiecha się do przygarbionej postaci chłopca obierającego starannie każde jabłko, tak by skórka była cienka, aby zostało jak najwięcej z miękkiego, soczystego miąższu. Wtedy marzył, aby jego życie było równie rumiane, gładkie, słodkie, a marzenia na wyciągnięcie ręki. Nawet jeśli czasami wracał z ogrodu z podrapanymi kolanami od wspinaczki po drzewie, to czymże były drobne zadrapania wobec możliwości sięgnięcia po dojrzały owoc kusząco spoglądający z mocnych ramion rozłożystej jabłoni, szkicującej długie cienie na wygrzewającej się w słońcu ziemi. Miała zapach dzieciństwa, poziomek i letniego deszczu. Urodzaju. Na życie, miłość, na dni smakujące ciepłym mlekiem przynoszonym do domu w wysokich baniakach, z pobliskiej mleczarni.
Spoglądał na wiszące, czerwieniące się z zawstydzenia swoimi krągłymi kształtami, jabłka, nie przypuszczając jaka groza naprawdę wisi nad jego głową. Dopóki wszystko nie spadło na ziemię, nie stało się jedynie pomarszczonymi obierkami, fragmentami porzuconych pragnień, rozlaną raną na jego sercu. Zgubił swoją drogę mleczną wkraczając w ciemną smugę, zwątpienia w smak jabłek, soczystość i słodycz miąższu życia. Zagryzał swój strach zeschłymi skórkami od chleba, popijał łzami strachu i czuł pod gołymi stopami ziemię wilgotną od tych, którzy na zawsze pozostali zaginionymi. Ziemię, w którą wtopiły się ślady bezimiennych stóp i zatrzymanego życia, przed chwilą tętniącego pragnieniami spotkania z kolejnym dniem. Ileż razy spoglądając, dzisiaj, w przemoczone warstwy trawników szukał tych śladów, zanurzając swoje stopy w ziemi, odciskając ślad na pamiątkę  t a m t y c h   istnień. W jego własnym, swoistym akcie zjednoczenia w pamięci.
Patrzę na talerzyk z konfiturą pachnącą jabłkami. Na stole stoi kubek jeszcze ciepłego mleka.

W gęstości powietrza

Jeszcze w niedzielny wieczór duszne powietrze, przeciskając się z wysiłkiem przez gęste oczka moskitiery, opadało zmęczone ciężką kotarą rzęs. Zastygało niczym lawa wulkaniczna zatrzymując jakikolwiek ruch w przyrodzie. Tymczasem, ja próbując, nieudolnie, zapisać cokolwiek z ostatnich dni patrzyłam jak kolejna litera traciła na swoim zgrabnie wyprofilowanym kształcie, rozpływając się pod wpływem wszechogarniającego gorąca i stając się jedynie ciemną stróżką niewypowiedzenia.
W oddali słychać było groźne pohukiwania, jakby ktoś przesuwał ciężkie meble, próbując przywrócić porządek świata. Nagle ze snu wybudziło mnie dudnienie deszczu w szyby okien, wiatr smagający zasłony, jakby zaplątał się w nich ptak trzepoczący skrzydłami o framugi okien. Niezdolny odfrunąć, przeniknąć sito moskitiery, jak motyl uwięziony w zarzuconej na niego siatce. Utkwiony w gęstości powietrza.
O poranku szukałam rześkiego pocałunku, tymczasem do policzka przyklejał się kolejny gorący oddech budzącego się dnia, a ja czuję jak zamiast ciała jestem tylko odciśniętą, niekształtną formą w grubych warstwach powietrza. Dopiero chłodny strumień z prysznica przywraca mi ciało, milimetr po milimetrze, aż po koniuszki palców. Na chwilę. Na podłodze ślady mokrych stóp znikają szybciej niż mój oddech zdąży znaleźć swoje odbicie w tafli lustra. Upalny dzień powoli rozciąga się niczym zegary na obrazach Salvadora Dali. Czas jakby się zatrzymał w tej gęstości. Wskazówki wydłużyły, niezdolne do przesunięcia kolejnej sekundy znikającej w warstwie bezdechu, przypominając zatrzymane wahadło, które próbowało przechylić się na szalę niedosięgalnego chłodu. Zresztą wszystko wokół jakby poruszało się w zwolnionym tempie, słowa zastygają nim przybiorą swoją wyrazistość, gesty nieruchomieją nie zdążywszy wyrazić tego, co pragnęły. Aura zdaje się po prostu bezduszna, sprawiając, że u schyłku dnia ubranie staje się drugą skórą, którą odkleja się od siebie jak niechciane plastry przesiąkniętych wspomnień. Rozgrzane popołudnie skrapla się w kropelkach potu spływających po nierównościach kręgosłupa, podkreślają każdą jego krzywiznę i samo szukając schronienia przed słońcem w cienistych zagłębieniach między przygarbionymi łopatkami zmęczonych pleców. Nawet cienkie szczebelki rzęs zdają się uginać pod ciężarem wilgoci, niezdolne do zarysowania choćby cienkich pajęczych niteczek, które uchwyciłyby skrawek przenikniętego chłodem pragnienia.
Odwracam twarz w stronę Północy, na polodowcową rzeźbę Półwyspu Skandynawskiego, by poczuć rześkie powietrze płynące znad zatok skrytych pomiędzy stromymi, skalistymi brzegami. Pamięcią uchwyciłam się swojego krótkiego pobytu w malowniczym Bergen skąpanym przez trzy dni w listopadowym deszczu, gdzie kolorowe domy usytuowane na wzniesieniach przypominały pudełka od czekoladek, wieczorem przeistaczając się w latarenki wskazujące drogę powrotną do domu. Targ rybny przy nabrzeżu, blisko mojego hotelu, tętnił gwarnym życiem od wczesnych godzin, przenikliwy chłód przechadzał się w przemokniętym prochowcu między długimi, wąskimi uliczkami, rozciągając za sobą kryształki deszczu, a łódki kołysały rytmicznie swoimi rozłożystymi biodrami.
Na moment miałam wrażenie, że znalazłam szczelinę chłodu, ale i w nią, po chwili, wślizgnęło się gorące powietrze wypełniając sobą najdrobniejsze pęknięcie na spierzchniętych wargach.
Gęstość powietrza. Znowu przysłania okno, w którym trzepoczą skrzydła uwięzionego ptaka. Odbiera słowom ich zgrabnie wyprofilowany kształt.

Kapcie, ballada i dziwo niezwykłe

"Ballad o kapciach" - jak to brzmi. Dziwo niezwykłe, a smaczne.
Ni to autobiografia, ni wspomnienie, ni powieść. 
I w tej niejasności, nieokreśloności, poplątaniu, oryginalności - jej potężna siła.

W planach miałam, aby minione dwa dni zawiesić jak hamak w ogrodzie, lekko ponad ziemią. Pozwolić piegom rozsypać się na nosie, stopom zanurzyć w miękkości domowych kapci, a wargom przywrócić smak dojrzałych malin. Odwiesić na bok wszelkie zabieganie, pozbierać łupinki roztargnienia z całego tygodnia i schować do pudełka po czekoladkach, by pozostały jedynie słodką mgiełką minionego.
Nie zdążyłam, pobiegłam dalej. Wiatr wyrwał mnie z rozmarzenia o leniwych planach, poszarpał je jak nieudane szkice kolejnego jutra, poplątał kosmyki zbyt cienkich myśli i zostawił po sobie chaos, w głowie i na głowie. I znowu zajmie mi dni wiele uporządkowanie siebie i powstałego nieładu w sobie, rozplątanie zasznurowanych supełków, z który każdy zdaje się być węzłem gordyjskim.
I pokuszę się o chwilę retrospekcji, małego uchybienia w nienaruszalności czasu kiedy, na moment krótki, wplątałam się w apetyczny romans z pobliskim pismem społeczno-kulturalnym, spisując na jego łamach swoje skromne rozważania o doli i niedoli przeprowadzki na peryferie miasta. Zastanawiając się wtedy czy to licho czy anioł podszepnął mi myśl o porzuceniu mojej ukochanej Warszawy. Wówczas, może nazbyt pochopnie i nieroztropnie bardzo, odpowiedziałam, że licho owe aniołem być musiało, dzisiaj nie do końca wiedząc kto się wcielił w kogo. Plan został jednak wcielony w życie, które to właśnie od ponad pięciu lat jest moją własną, budowaną wysiłkiem wielkim, autostradą łączącą sielską wieś z kuszącym miastem. I gdyby tak przełożyć czas spędzany za kółkiem samochodu na czas spędzony za okładkami książek, byłabym dzisiaj o tysiące mil szelestu kartek bogatsza. 
Jednak skoro już tak się stało i mam swój kawałek ziemi, oswajanej, podglądanej jak cicho oddycha nocą, otula się siwym dymem z kominów i budzi się śpiewem ptaków, nie sposób było nie sięgnąć po książkę, by w tych chwilach, które zostały mi na przedzieranie sennością kolejnych jej rozdziałów, zanurzyć stopy w nie moje własne papucie, ale wejść w coraz bliższy mi rytm "Ballady o kapciach", miękko zostawiających ślady gdzieś w bliskim sąsiedztwie mojego skrawka ziemi. Idę zatem ich śladem, by poniekąd mogły stać się i moimi, może nie do końca dopasowanymi, ale przecież idącymi tymi samymi ścieżkami, próbującymi wtopić się w gładko snutą opowieść o okolicy, mnie samej teraz coraz bliższej, bo Aleksander Kaczorowski zabiera nas w ryzykowną podróż archeologiczną, antropologiczną, literacką, historyczną na rollercoasterze brawurowych skojarzeń. maszerują przez zwrotki tej ballady szlachciury i chłopy, Żydzi i Polacy, pepeerowcy i endecy. Na scenę pchają się martwi i sadza nam farmazony, to znów żywi wywołują ich z tamtego świata, by się dowiedzieć, kim są - to znaczy: kim jesteśmy. Okrucieństwo losów z groteską, nostalgia z patosem, brutalne z niemal magicznym - i człowiek nie wie, czy jest jeszcze w Sochaczewie, Grodzisku, czy może odleciał już do Mancondo.
Ta czuła opowieść o jego miejscach i jego prywatnej historii sprawia, że moje stopy drepczą za Aleksandrem Kaczorowskim, coraz wygodniej czując się w tych Aleksandrowych "kapciach", dostosowując swój krok do tempa przewijających się wydarzeń, przyłączając się do rozplątywania splotu różnych wydarzeń i dookreślania swojej przynależności.
Jestem u początku tej drogi, trakcji, po której suną niespiesznie okna miasteczek, których siłą napędową jest dorzucana wciąż porcja uczuć, emocji i  dźwięku uchylanych okiennic, albumów wspomnień, za którymi podąża chęć znalezienia siebie. Tego odprysku własnej tożsamości, w tym kalejdoskopie pozbieranych kawałków, wypłowiałych nieco szkiełek, wciąż jednak jakże zachwycająco mieniących się barwami rozbudzanymi naszą ciekawością.
Kim oni wszyscy byli? Jak naszkicować portret kogoś, kto nic po sobie nie zostawił oprócz kilkorga dzieci, paru krzeseł, stołu, kilku brzydkich zdjęć w idiotycznych pozach? Jak odnaleźć w nich cokolwiek, co pozwoliłoby wierzyć, że gdyby jeszcze żyli, coś by nas łączyło.



"Ballada o kapciach" Aleksander Kaczorowski
Wydawnictwo Czarne, 2012

Staw Malczewskiego

"Przed Radomiem dwie rzeczki, pierwej Radomka, a potem Mleczna. Dawniej wjeżdżało się tu w przedziwny tunel wierzbowy nad mleczną i na most nad tą rzeką. Dziś wierzby są wysieczone, a most pozbawiony swej ozdoby".
Powietrze zatrzymało się w ciężkim oddechu stojąc nieruchomo niczym Pomnik Czynu Legionów na rynku. Gdzieś za ścianą przeszłości szeptał zamknięty obszar nietykalności, oddzielenia od prawa do życia sprzed siedemdziesięciu lat. Przyklejony do murów pamięci niczym plaster na wciąż krwawiącej ranie. Miejscami, przyschnięty ból i odbicie krzyku, odklejają się płatami wspomnień z pomarszczonych kamienic. Ani śladu ptaków i dźwięków drepczących stóp. Puste, zawieszone w przestrzeni balkony trwają uchwycone, resztkami zaginionej egzystencji, fasad starych domów. Bramy niczym smutne oczy zaglądają we wnętrze spowolnionego życia, w niedzielne popołudnie. Myślami próbuję poruszyć własną wyobraźnię spoglądając na dwie drobne, przytulone do siebie kamienice: domy Gąski i Estery. Puste krzesełka zapraszają, by przysiąść na chwilę, zadumać się nad wszechogarniającą ciszą zanurzając się w zagłębieniu czasu. Gwar musiał rozprzestrzenić się poza granicami wyznaczonymi moją obecnością na kawałku staromiejskiego trotuaru.
Strzepuję z siebie ciężar podróży. Lżej. Zwiewniej.
Cisza prowadzi schodami w przestronne wnętrze dawnego Kolegium Pijarów. Niepewnie otwieram drzwi Muzeum Jacka Malczewskiego. Chłód, błogi w dość upalny dzień, który takim się wcale nie zapowiadał.
Przestronne sale wystawowe. Przestronność malarstwa Jacka Malczewskiego. Odbicie jego myśli, poszukiwań - tych artystycznych i życiowych powinności, roli artysty w świecie. Powoli wtapiam się w nurt symboliki, drugoplanowej, a jednocześnie najistotniejszej w swojej obecności na płótnie skropionym twórczym natchnieniem, swoistym „Błędnym kołem” artystycznego powołania.
T a l e n t   m a l a r s k i   Malczewskiego, pomimo ogromu treści myślowej, jaką zawierają jego obrazy, nie przestaje ani na chwilę iść za czysto malarskimi celami, za doskonałością odtwarzania kształtu, za szukaniem dobrego rozwiązania zagadnień światłocienia. Talent ten opera się stale i ciągle o naturę i, jakkolwiek daleko w niezmierzony świat uczuć i myśli sięga wyobraźnia artysty, jego malarstwo nie przestaje patrzeć, ze ścisłością przyrodniczego badacza, na budowę ludzkiego ciała, nie przestaje studiować natury, dążyć do opanowania wszystkich przejawów jej kształtu, starać się o  wprowadzenie jej żywej, drgającej całą niespodziewanością przypadkowych zjawisk. Podczas kiedy Malczewski poeta snuje głęboką treść myślową swego poematu, Malczewski malarz z niezrównanym mistrzostwem buduje płaszczyzny ludzkiego ciała, przynosząc je bezpośrednio z natury do obrazu, z całą świeżością studium, robionego z wyłączną tendencją ścisłego przestudiowania i dokładnego poznania zjawiska wzrokowego (...)  Malczewski - to głęboki poeta  
i  o g r o m n y,  d o   s a m e g o   d n a   o r y g i n a l n y   t a l e n t   m a l a r s k i, złączeni w jednym człowieku.
Złączenie. Z pasją, malarstwem, słowami zapisanymi kroplami farby przenikającymi przez skórę, jak przez splot włókien tworzących jednolitą warstwę odczuwania.
Złączenie. Także duchowe, w progach bazyliki katedralnej, z zewnątrz poddawanej renowacji, przez co, nie zapowiadającej piękna drzemiącego w jej wnętrzu. Koronkowe detale, witraże rozpraszające wielobarwne światło, ciepłem wlewające się w boczne nawy, jakby wypełniając je tchnieniem wyciszenia. Misternie rzeźbione figurki świętych i opiekuńczych aniołów wstrzymują oddech. Gotyckie sklepienia jak rozpostarte skrzydła opatrzności czuwające nad miękkim rozmodleniem.
"W Radomiu musieliśmy przenocować i dopiero nazajutrz rano po drodze zmytej deszczem, pod niebem oczyszczonym z chmur, lecz zimnym, jechaliśmy dalej".
Zostawiam zarys miasta, odbijającego się w gładkiej tafli Stawu Malczewskiego, wijąc się źródlaną wstążką Malczewskiego potoku.













fragment z tekstu Stanisława Witkiewicza
Jacek Malczewski (Fragment), "Krytyka" 1903, z.2.
datowany Zakopane 1901
oraz fragmenty z "Podróży  do Polski" Jarosława Iwaszkiewicza
wyd. PIW, 1979

Życio-czytanie. Końcówki.

Po wielokroć, czytając różne recenzje książek, choć sięgam po nie już po przeczytaniu książki by pozwolić najpierw przyjść jej do mnie w swojej tajemnicy, zadawałam sobie pytanie: co jest powinnością krytyka literackiego?  Z odpowiedzią przyszedł, któregoś listopadowego dnia, Henryk Bereza, w swojej rozmowie z Adamem Wiedemannem i Piotrem Czerniawskim:
Mieć najlepszą dobrą wolę, żeby nie zrobić nic złego wobec literatury. Żeby zdawać sobie sprawę, że zajmowanie się literaturą, jeśli tutaj w grę wchodzi jeszcze jakiś rodzaj autorytetu, jest zajęciem tak odpowiedzialnym i tak skomplikowanym jak odpowiedzialność chirurga, który operuje żywe serce lub żywe oko. Nie powinno podsuwać rozstrzygnięć, jaka ma być literatura, jak ma kto pisać, bo żeby wiedzieć, jak ma kto pisać, to trzeba wiedzieć, co ten ktoś w ogóle może zrobić. Bo nie jest tak, że każdy, kto chce, to będzie robił w literaturze, takiej możliwości nie ma. Jeśli ja się jakimś autorem interesuję (...) to dzieję się tak, że jestem wplątany w los tego autora.
Wtedy łapiąc się łapczywie "Końcówek" Henryka Berezy, by opleść nimi własne obcowanie z literaturą, przysłuchiwałam się rozmowie szeroko rozpostartej między życiem, prozą, literaturą, a szczęściem, spełnieniem, światem rozległych doświadczeń mając przed oczami człowieka wiodącego życio-czytanie, żyjącego między książkami, jakby dla nich właśnie, które nieodwracalnie wtapiały się w jego gęste poranki, jednocześnie w jego czytaniu istniejąc w dwójnasób, bo jak wyznaje Henryk Bereza: To, co się stało - tak można powiedzieć analogicznie do terminu życio-pisanie, które wymyśliłem dla Stachury - można nazwać życio-czytaniem, w każdym razie to było czytanie współtwórcze, kreacyjne może trzeba by powiedzieć (...) ja czytałem artystycznie, to znaczy wprzęgałem się w procedury twórcze, bo przecież czytanie rzeczywiste jest współtworzeniem, dzieła literackie, dzieła poetyckie nie istnieją po prostu jako zapisy. Prace akademickie dla innych prac akademickich to są teksty, natomiast działa literackie są dziełami, które istnieją dopiero w tym procesie, jakiego wymaga czytanie, i ja już wyłącznie się nastawiłem i tutaj już z pełną świadomością i z pełną konsekwencją do tego się zabrałem. I stąd taki jestem zdewastowany i zużyty w sensie duchowym, ponieważ ja uprawiałem jakiś rodzaj twórczości na tak rozległych planach.
Takiego duchowego zdewastowania i zużycia pozazdrościłam, bo zjawiskowo jest móc żyć tak, by stapiać się w jedności z dziełem literackim, wysysać z niego kwintesencję i prawdziwość przekazu, bogacić się wraz z kolejnym fragmentem prozy wykraczającej poza druk pozostawiony na białej kartce. Nadając jej, własnym czytaniem, formy, kształtu, odrębnego istnienia w jednoczesnym zespoleniu. Samemu oddychając, żywiąc się i żyjąc dzięki prozie literackiej.
Dzisiaj, Henryk Bereza, zostawił te historie zamknięte pomiędzy okładkami, zamykając może najciekawszy rozdział - swojego bogatego życia. Zawężając swoje rozległe plany do skrawka ostateczności. On, wplątany w losy autorów, z nimi serdecznie zaprzyjaźniony, uznawany za jednego z najwybitniejszych krytyków literackich, odkrywcę Edwarda Stachury i Marka Hłaski, redaktor miesięcznika "Twórczość", sam o sobie i własnej szczęśliwości w życiu mówił:
Ja nie wiem, moje rozumienie człowieka, świata, i to niezależnie od wszystkiego dobrego, co mógłbym o człowieku i świecie powiedzieć, jest u swoich podstaw tragiczne. Znaczy, wydaje mi się, że człowiek właściwie może nie czuć tragizmu istnienia właściwie tylko wtedy, gdy jest głupi. Jeśli nie jest głupi, jeśli ma wrażliwość, ma wyobraźnię, to tragizm musi być fundamentem jego stosunku do świata, co oczywiście nie oznacza, że musi przybierać maskę tragiczną i biadolić bez przerwy i mówi o tragizmie egzystencji. Ja na przykład im bardziej jestem tragiczną postacią, tym łatwiej mi przychodzi dostrzeganie przyjemności życia i te przyjemności są mi dostępne w najprostszej postaci, ja na przykład czuję się szczęśliwy, jeżeli budzę się rano i jest nie słońce, bo w pokoju nie ma słońca rano, ale odbicie słońca i to moje mieszkanie, ono jest zaniedbane, ale ma pewną harmonię kolorystyczną, w nim jest jasności, złocistości w nadmiarze, a tam portret jeszcze z odbiciem słońca w oknach budynków naprzeciw, daje to poczucie złocistości, słoneczności i taka złocistość, słoneczność śni mi się się czasem i ja w śnie też jestem w słonecznościach, w jasnościach, w złocistościach, i to jest ogromną radością, ja potrafię się z czegoś takiego cieszyć. Cieszyć się potrafię z zasłyszanego na ulicy słowa, z dobrego powiedzenia znajomych przy kawiarnianym stoliku, albo w ogóle jakiegoś ładnego powiedzenia, bo jednak moja wrażliwość na dobre powiedzenie jest większa, jeżeli to możliwe, niż wrażliwość na słowo zapisane, na tekst literacki, a oczywiście tekst literacki także mi daje ogromne, ogromne radości (...). Sztuka jest łaską, którą nam dano, żeby w nieszczęściu, w tragizmie, w uplątaniu, w całej koszmarności świata była jakąś jasnością, jakimś promieniem dobra. Jeśli przyjąć, że jestem z przekonania, z filozofii, człowiekiem tragicznym i absolutnie mógłbym się tutaj podpisać pod wszystkim, co na temat tragizmu egzystencji pisała Pascal i inni myśliciele podobnego typu, jeśli przyjąć, że to jest mój fundament, to na tym fundamencie mogę budować jeszcze najrozmaitsze radości, wśród których radość obcowania ze sztuką słowa jest radością największą.
Adam Wiedemann: Myślisz czasem, że to co piszesz, jest pisaniem dla potomności? Umiesz sobie tę potomność wyobrazić?
Henryk Bereza: Nie mam żadnych złudzeń co do możliwości oddziaływania na jakąkolwiek przyszłość. Myślę, że dla tych, z którymi mnie już los związał, będę istniał także po śmierci, jako punkt odniesienia czy jako jego brak.


Henryk Bereza (28 października 1926 - 21 czerwca 2012)

fragmenty pochodzą z książki "Końcówki. Henryk Bereza mówi"
Adam Wiedemann, Piotr Czerniawski
wyd. Korporacja Ha!art, Kraków 2010

Polecany post

Tak czyta się tylko raz

Najbliższy jest mi jednak Wojtek Karpiński tym, że jak mało kto dzisiaj  zachował zdolność podziwu i przyswajania sobie tego,  co p...