niedziela, 30 grudnia 2012

Pozwól mi zacząć od nowa

W "Książce moich wspomnień" Jarosław Iwaszkiewicz notował:
Przemijają, przemijają, przemijają te obrazy ziemi w głowie, pozostawiając zapach po sobie i zamęt jakiś. Barwna mgła przed oczami nie rozwiewa się, wszystko się miesza, wszystko staje jednym. I raptem z bogactwa obrazów i myśli, z bogactwa spotkanych twarzy i uściśniętych rąk rodzi się zadziwiająca myśl: radość z tego, co się przeżyło.
I wdzięczność zarazem: wdzięczność dla ziemi, która otoczyła mnie taką krasą, wdzięczność dla ludzi, którzy mnie lubili, kochali lub nienawidzili - ale z których każdy wzbogacił choć o jedną cząstkę moje wzrastające człowieczeństwo.
Tym, którzy w tym roku wzbogacili choć o jedną cząstkę moje wzrastające człowieczeństwo z całego serca dziękuję. Za wzruszenia, emocje, niteczki łączące mnie z literackimi zakochaniami, za autorską wrażliwość i przenikliwość która stała się moim udziałem.
I kiedy stary rok odchodzi, chowa się za rogiem doświadczania, wyglądam nowego, wyciągam dłonie głodne kolejnych spotkań, słowami poetyckiego rozmodlenia, Philip'a Levine'a, prosząc:

Pozwól mi zacząć od nowa jako pyłek
kurzu schwytany przez nocne wiatry
wiejące w głąb morza. Pozwól mi zacząć,
tym razem wiedząc, że świat to
słona woda i ciemne chmury, że zgrzyta
i wzdycha całą noc, a świt nadchodzi
powoli i niczego nie zmienia. Pozwól
mi wrócić na ląd po życiu, które wiodło
donikąd.

fragment wiersza Philip'a Levine'a
Pozwól mi zacząć od nowa
120 Zeszyty Literackie
wyd. Fundacja Zeszytów Literackich, Warszawa 2012


Tymczasem żegnając ten odchodzący, wyznaję: literacko był wyjątkowo zachwycający
dzięki tym spośród wielu książek, które stały się ważnym, dla mnie, spotkaniem.
Ale też żaden rok, mój czytelniczy, także 2012 nie istniałby w pełni bez
"Zeszytów Literackich" ofiarowujących cudownie spełnione podróże w świat poezji,
prozy i te w aspekcie stricte geograficznym.
W 30. rocznicę powołania ZL, najpiękniej dziękuję, że są.

Zaś w Nowym Roku życzę Wszystkim 
"bogactwa spotkanych twarzy 
i uściśniętych rąk", 
ludzi którzy wzbogacać będą nas  swoją pasją i twórczością,
pozwolą wciąż na nowo odnajdywać cząsteczki samych siebie, 
doświadczyć niemożliwego,
zapisać zachwyty dźwiękami muzyki,
zacząć od nowa.






niedziela, 23 grudnia 2012

Słów kwitnących jak sad

Daj mi słowo, słowo niezwykłe, 
co jutro zakwitnie jak sad, tak jak sad.
W sercu schowam, przejść wtedy mogę
przez ogień i wodę, bo wiem, że je mam.
fragment wiersza Jonasza Kofty
"Daj mi słowo"

Przyszło wieczorem. 
Schowane w cichym skrzypieniu drzwiczek skrzynki pocztowej.
Niespodziewanie. Na gładkiej płytce wpisane w rowki utrwalenia. W swojej najdoskonalszej formie i dźwięku. Przeradzając się w bicie drugiego serca we mnie samej. Serce, źródło mojego życia i mego myślenia. Rytmiczne, spokojne, idealnie wykrojone z wrażliwości Poety. Oplecione ciepłem barwy wypowiadającego go Głosu, na gładkich liniach spotkania nuty z obietnicą idealnego wybrzmienia autorskiej interpretacji. Najprawdziwszego wyrazu spełnienia, na czułej granicy zetknięcia się osoby Twórcy i Odtwórcy własnego dzieła. Zanurzenie w tajemnicy.
Przyszło wieczorem.
Niespodziewanie. Oddalając ode mnie troski codzienności. Wyciszając zakamarki mojego, tegorocznego, wewnętrznego poranienia. Stając się ukojeniem i uleczeniem bolączek nazbyt krótkiego oddechu. Podarunek, dla mnie, tak niezwykły jak jego Nadawcy. Zadatek szczęścia.

W ten czas niezwykły, czas oczekiwania na Jasność i na przyjście Nowego, życzę aby przyszło do każdego. W życzeniach. W spojrzeniu. W geście.
Słowo.
Jakiego pragnie się najbardziej.
króciutkie cytaty z wierszy
Jarosława Iwaszkiewicza


Wszystkim zaglądającym w tę skromną przestrzeń
odnalezienia w ten szczególny czas
Słów kwitnących jak sad
Rozświetlonego ducha Świąt

Dotknięcia tajemnicy
Wszelkiej cudowności!





piątek, 14 grudnia 2012

Rozmowa. Czasem jedyna możliwa

W końcu pisanie to prowadzenie dialogu. Rozmowa. Czasem jedyna możliwa.
Jedyną możliwą się staje dzięki niemu. Jego zapisom dialogów, rozmów, spotkań. Jakby sam oswobadzał czyjeś słowa dając im wolność rozwijania się niteczkami pamięci ze szpulki życia. Tymi nitkami, które zrgabnie potrafi uchwycić w dłonie, jakby tkał czyjeś istnienie od początku, zespalając ze sobą fragmenty i wyrywki z przeszłości, zachowując przy tym delikatność z jaką tworzy się najcenniejsze gobeliny. Ma przy tym niezwykły dar wtapiania się w dusze swoich rozmówców, docierania do prawdy i piękna, czasem poprzez sprawy bolesne, w których podskórnie wyczuwa jakaś przenikliwie wzruszającą historię i niezwykłość czyjejś osobowości. Dla mnie, każdy prowadzony przez niego wywiad nabiera zawsze głębszego znaczenia przekształcając się w wymianę myśli, przywołanie wspomnień, rysowanie wydarzeń od nowa, obrysowując czyjś profil wyraźniejszą linią, jednocześnie naznaczając granicę taktu i wyrozumiałości dla zachowania przestrzeni nieprzekraczalnej dla nikogo.
Jego rozmowy zdają się być, przy całej swojej subtelności, wielopłaszczyznowe, dogłębne, przenikliwe, a przy tym rozpięte między nim, jego rozmówcą i samym czytelnikiem, który staję się częścią tych niezwykłych spotkań. Niejednokrotnie zresztą przyłapywałam siebie na tym, że pytanie skierowane do bohatera rozmowy jakby było pośrednio skierowane do mnie samej. Nagle zadawałam sobie pytanie, którego być może nigdy nie odważyłabym się postawić sama przed sobą. W ten sposób Remigiusz Grzela daje swojemu czytelnikowi namiastkę wolności, rodzaj wyswobodzenia się z własnej przeszłości i wspomnień, chcianego zapomnienia wciśniętego w najciemniejsze zakamarki własnego przeżywania, nawlekania niteczek na szpulkę swojego życia. Mnie oswabadzał od siebie samej, chociaż wiem, że  jeszcze tak wiele sznureczków mam oplecionych wokół nadgarstków i stóp, które pozwalają tylko na ograniczone poruszanie się po pewnej przestrzeni, też przecież ogrodzonej moim poczuciem przynależności do tej niewielkie szpulki. Tyle jeszcze tam zapętleń i supełków, których jednak nie chcę zrywać, przecinać, chcę pozwolić im się przetrzeć samoistnieć, rozsupłać, pozwolić sobie samej dojrzeć do wolności współistniejącej we mnie i ze mną.
Dlatego biegłam wczoraj przedzierając się przez szklistą szybę mrozu, by ująć w swoich dłoniach losy kobiety niezwykłych i wolnych. Silnych i kruchych. Jak wyznaje sam Remigiusz Grzela we wstępie do swojej książki "Wolne":  Dla mnie to bohaterki. Kobiety, które chciałem poznać; które wygrały swoje życie (...) Przez lata nagrywałem bohaterki tej książki, nie wiedząc często, czy te rozmowy gdzieś opublikuję. Po prostu interesowały mnie ich biografie. Albo życiowy przełom.
Dla mnie życiowym przełomem jest każde spotkanie z Remkiem Grzelą i bohaterami jego rozmów, bo każdorazowo jest to, także przysłuchiwanie się ich rozmowom o przełomie w życiu każdego z nich. Rozmowa. Czasem jedyna możliwa.
"Wolne" to dwanaście rozmów z kobietami, które wybrały podróż do wolności. Ich wolność jest darem, ale i bywa gorzką koniecznością. To opowieść o kobietach, których siła wydaje się niewyczerpana, i u których determinacja jest właściwie grupą krwi.
To książka o wolności i ucieczce od niej.

To słowo
Dopuścić do tego?
Myśleć o tym nadal?
Czy zająć się byle czym
byleby się pozbyć tej pokusy
patrzenia dalej i dalej?
Myślę że lubią jeszcze coś więcej poza nielubieniem
Niepogodzeni?
A może zawsze zadowoleni?
Niech padnie wreszcie to słowo: pustka
Wycofać swoje zaufanie do świata?
Nie, nic nie zapomniałam

"Wolne rozmawia Remigiusz Grzela"
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, seria z różą
Warszawa, 2012

oraz wiersz Julii Hartwig To słowo


czwartek, 6 grudnia 2012

Marionetki

Klamka ugina się lekko pod ciężarem nowego dnia stojącego na progu ciekawości świata. Wychodzę naprzeciw jutrzence otulonej woalem oczekującego na mnie rozpoznania. Nieśmiało nadstawiam, blady niedospaniem, policzek, by poczuć mroźny pocałunek rumieniący się budzącym zawstydzeniem nagich gałązek róży. Cisza w ogrodzie jakby przeczyła jego własnemu istnieniu. Myślami buduję, minutę po minucie, most zwodzący mnie w kolejne niezrealizowane zamierzenia wybijane rytmicznym zabieganiem. Pod skórą wyczuwam jak niedopełnienie rzeźbi bezkształtną pustkę w gęstej materii codzienności, a rozkruszenie układa się bezbarwnym witrażem wypełnionym drobinkami z resztek  marzeń, mgliście rozpływających się pomiędzy konturami nierealnych wyobrażeń. Próbuje je uchwycić palcami, ale zaraz ganię swoją pyszną próżność na próżno poszukującą spełnienia zbytnio wygórowanych ambicji jakże nisko zakorzenionych w szarej rzeczywistości utkwionej między pęknięciami przetartych chodników, usłanych dywanem z niezliczonych ucieczek od prozy życia. Spojrzeniem przygarniam sylwetkę pochylonego cienia przyglądającego się sobie w witrynie sklepu sprzedającego złudzenia. Wśród nieporadnie rozrzuconych zabawek próbującego odnaleźć swoją prawdziwą twarz, ale spostrzegającego jedynie klauna uśmiechającego się szyderczym grymasem pęknięcia wijącego się ostrą stróżką na gładkiej tafli szyby. W niedomkniętej szafie wypełnionej postrzępionymi pragnieniami marionetki zwijają podcięte sznureczki odwiecznych ograniczeń. Szukam tytułu bezimiennej bajki, gdy tymczasem słowa splątują się w nierozerwalne supełki koralików nawleczonych na uczucia nieporadności. Zawieszam je w otwartym oknie, aby swoim bezdźwiękiem przywoływały mnie do porządku ułożonego na dnie przysypiającej przypadkowości skojarzeń. Marionetki.

środa, 28 listopada 2012

Tchnienie wiejskiej melancholii

W pociemniałych oczach okien świat zawęża się do srebrzystego profilu księżyca zawieszonego niczym ludowa, papierowa wycinanka, w ciemnostalowym tle nocy. Niczym ozdoba choinkowa kołysząca się na nieuchwytnej niteczce marzenia, by uszczknąć choćby z rąbka jedwabistości nieba. Tymczasem aksamit mgieł nisko nad ziemią prześlizguje się niczym porzucony przedwcześnie welon zagubionej rusałki, zwiewnie przysłaniając ostrość spostrzegania przydymionego siwizną świata. Powiew jesiennej nostalgii wkradł się przez dziurkę od klucza otwierającego otchłanie niepokornej melancholii, która uśpiona w gładkiej kołysce fajansowej filiżanki tonie z utęsknienia za odrobiną słonecznego rozkruszenia, osiadającego świetlistym promieniem ponad przedwczesnym zarysem ciężkiego zmierzchu.
W poszukiwaniu posmaku słodkości. Ukrytego w bezowych płatkach pachnących konfiturą z dzikiej róży, w ziarenkach kakao nonszalancko rozsypanych na blacie mahoniowego stołu stabilnie wspartego o doświadczenia kulinarne wciąż nieporadnych rąk. Pomiędzy obwolutami książek kucharskich zamkniętych w sobie z zawstydzenia.
Koci cień wygina się zgrabnie na grzebiecie przygarbionego fotela, w którym rozsiadło się rozleniwienie rozciągając się aż po same koniuszki wełnianych skarpetek dźwigających ciężar mijającego dnia utkwionego w cienkich zagnieceniach na stopach szukających śladów wiodących do kłębka włóczki owiniętego nierozerwalnymi wstążkami nienaruszalności upływającego czasu.
W pociemniałych oczach okien świat zawęża się do srebrzystych rozgwiazd świecących niczym przydrożne, smukłe lampiony wycięte z ciemnostalowego tła nocy.

Popatrz, jak żałośnie prędko
ściemniała zorza wieczorna:
tuż za miedzą niedaleką
rżyska - niczego nie dojrzeć.

Pomroka nocy jesiennej
szeroką równiną biegnie;
tylko na czerwieni ciemnej
zachodu - sylwetka wierzby.

I już serce udręczone
niejasnego smutku pełne,
czy, że tak odległy nocleg
czy, że w polu wokół ciemno?

Oto jesień tu nadchodzi,
przybiega dobrze znajomym
tchnieniem wiejskiej melancholii,
odludnej pustki stepowej.


*** wiersz Iwana Bunina
z tomiku "Liryka rosyjska - antologia, 1880-2005"
przełożył Krzysztof Krejckant-Ożarski
wyd. Anagram, Warszawa 2007

piątek, 23 listopada 2012

Ty się zjawiasz wciąż na nowo

Ty się zjawiasz wciąż na nowo,
wpadasz, gadasz to i owo.
Znów, jak żywy, w drzwiach mych progu,
tak stoisz jakbyś był prawdziwy...


Podśpiewuję sobie za Dorotą Miśkiewicz spoglądając na, stojące na moim biurku, zdjęcie Pana Jarosława, z całym uwielbieniem dla niego jakie we mnie drzemie i pojawia się nieśmiałym uśmiechem w kącikach ust. Myślę o  Jego, wyczekiwanych przeze mnie niecierpliwie, powrotach, momentach kiedy pojawiał się w kolejnych literackich odsłonach w progach mojego domu, znów, jak żywy, tu i teraz, a przecież jednocześnie zamieszkując ze mną od tak wielu lat. Jego listy pełne zwiewnych zapisów pochwyconej chwili, dzienniki tak dogłębnie sięgające rdzenia jego człowieczeństwa i literackiej przynależności, dookreślające go jako człowieka i jako artystę, tomiki przenikliwej poezji osiadającej na rzęsach wzruszenia i tomy gęstej prozy wsiąkającej w podskórnie odczytywaną prawdę o jego własnym życiu. Nie przypuszczałam, wtedy, przed laty, że ze mną pozostanie wtapiając się w moją codzienność tak szczelnie, kiedy pierwszy raz otworzyłam przed nim drzwi do samej siebie.
Otwieram wciąż. Szeroko.
Ze spodeczka spogląda na mnie ciemne oczko mocnej kawy. Czy lubił ją bardzo słodką i czy ziarnka cukru przenosiły go wspomnieniami do Kalnika, poruszając w nim tkliwość lat dziecinnych?  Czy dodawał mleko, a może preferował esencjonalne espresso?
Przyznaję. Oddycham jego życiem, ostatnio grzesznie zachłannie, sycąc się każdym rozdziałem jego biografii. Szukając zarysu jego sylwetki na starych zdjęciach, wodząc palcem po linijkach jego egzystencji i próbując wyczuć pod palcami tętno jego przynależności do literackiego, i nie tylko, świata. Także tej nierozłączności przeżywanych uczuć, wielości spotykanych na jego drodze osobowości i piękna, które potrafił dostrzec i zapisać poetyckim uniesieniem.
Tymczasem on sam wciąż mnie oplata, swoją obecnością, a mnie jakże łatwo poddać się tym nierozerwalnym więzom dobrowolnie.
I tak jak urzekł mnie, być może po prostu mój Jarosław Iwaszkiewicz, bo wyczytany moją własną zdolnością lub niezdolnością wczytywania się między linijki jego zapisów i wypatrzony moimi, może nie najbardziej bystrymi, oczami, tak też urzekła mnie i wciąż urzeka, z każdą sczytywaną drobiazgowo stroną, biografia autora „Oktostychów” pióra Radosława Romaniuka.
Jego spokojna narracja, taktowna, w tle schowana czujna obecność przy Pisarzu, pełna zrozumienia i próby bezbolesnego dotarcia do prawdy o życiu nieprzeciętnym, rozpostartym między odległymi brzegami życiowej i twórczej identyfikacji, jak również zbudowanego na emocjonalnym stosunku do świata i ludzi, pozwala przekraczać niejeden próg istnienia, które budowało się drobnymi krokami na rozległej przestrzeni czasu.
Sam Jarosław Iwaszkiewicz notował po latach: "To poszukiwanie ludzkiego echa w drugim człowieku, tak imperatywne w epoce wczesnej młodości i prowadzące tak nieuchronnie do rozczarowań. To ciągłe przymierzanie się do innych indywidualności, to ciągłe oczekiwanie jakiegoś tajemniczego dopasowania i ciągłe rozczarowanie, i niemożność żadnej wspólnoty myślowej, nabrzmiewania nadziei i goryczy każdorazowego rozczarowania [...]"
„Inne życie. Biografia Jarosława Iwaszkiewicza” nie ma w sobie nic z brutalnej dociekliwości, co czyni ją szlachetnie się wyróżniającą, godną poświęcenia jej szczególnej atencji, wykradania chwil z zapracowanej codzienności. Dla niej warto wygłuszyć jednostajne tykanie zegara, powstrzymać rytmiczny ruch wskazówek, pokusić się o zatrzymanie zmienności pór roku. Jest przejrzystym poszukiwaniem prawdy, prostowaniem zagnieceń sprawionych czasem, niezrozumieniem, pomówieniem nierzadko. Jest oczyszczającym źródłem poznania, uwypuklającym kwintesencję wielu życiowych wyborów, zapętlających się różnorodnie relacji Jarosława Iwaszkiewicza z otoczeniem. Radosław Romaniuk stał się może najczulszym antykwariuszem oddającym się delikatnemu, ale jednocześnie dokładnemu i pracochłonnemu procesowi ścieranie patyny ze szlachetnego naczynia wypełnionego życiodajnym, słodko-gorzkim napojem doświadczania. Czyni przy tym, to tak, by nie uszczknąć z niego ani kropli, by nie zgubić smaku, proporcji, nie zatrzeć istoty całokształtu składającego się na wielkość i niezwykłość Jarosława Iwaszkiewicza. Zgrabnie docierając do cienkiej warstwy wrażliwości i zdolności do wielopłaszczyznowego przeżywania każdego dnia i korzystania ze wszystkich jego możliwych łask i upokorzeń, delektując się zachwytem i doświadczając grzechu, w odczuwaniu bólu i upojenia, przez jednego z najwybitniejszych twórców w historii literatury polskiej XX wieku.
Dzięki kształtnej rekonstrukcji życia Jarosława Iwaszkiewicza, tego swoistego „odbudowywania Istnienia” od samiutkich podstaw, od zagłębionych w ukraińskiej ziemi korzeni, poprzez dorastanie i dochodzenie do literackiej samoświadomości, Radosław Romaniuk pozwala nam samym, czytelnikom, dotrzeć do rozumienia czym było niełatwe życie na przełomie wieków, zmaganie się z niedostatkiem, przedwczesną utratą ojca, pragnieniem artystycznego spełnienia i doświadczania pierwszych uniesień, zasmakowania pragnienia bliskości drugiego człowieka. Przeżywania. Pozwolono nam podejść jakże blisko Pisarza,  a to czyni „Inne życie” innym życiem i dla nas samych, życiem splecionym z biografii Jarosława Iwaszkiewicza, ale także i tych kawałeczków życia samego biografa, który oddał cząstkę swojego jestestwa dla ukazania jakże przenikliwego portretu autora "Serenite". Dostajemy więc możliwość czerpania z obecności ich obu, między okładkami "Innego życia. Biografii Jarosława Iwaszkiewicza".
Wracam. Spoglądam na pozostające jeszcze, nietknięte moim niezaspokojonym wciąż wzrokiem, kartki z życia Pana Jarosława. Gdzieś za kolejnym akapitem powoli rysuje się cień coraz bliższego rozstania.

Ja, jak zwykle, cię poproszę:
jeszcze chwilę ze mną posiedź,
do niedzieli albo dłużej,
najdłużej jak tylko możliwe!


Radosław Romaniuk
"Inne życie. Biografia Jarosława Iwaszkiewicza"
tom I - wyd. Iskry, 2012

oraz fragmenty piosenki Doroty Miśkiewicz
Jakbyś był prawdziwy

poniedziałek, 19 listopada 2012

Nieudolne reminiscencje

Przekroczenie progu nieznajomego miasta ma w sobie coś z tajemnicy otwierania nowej książki, z zaciekawienia, cóż kryje się pod piękną okładką odrestaurowanych kamienic, w zgrabnie wyrzeźbionych posągach spoglądających z wysokich wieżyczek późnogotyckiego ratusza, alegorycznych freskach rozścielonych na sklepieniach sal uniwersyteckich i we wtopionych, w architekturę miasta, kościołów ozdobionych koronką detali owalnych, romańskich portali. 
Oswajałam Wrocław. Poszukując szczypty ekscytującego poznania, rozczytania miasta na poszczególne wersy, rozdziały, akapity. Nasłuchując nutowego zapisu jego rytmu w rozedrganych dźwiękach kryjących się w dzielnicy czterech kultur, wypatrując śladów malutkich stópek bajkowych krasnali przysiadających w zaułkach miasta i uśpionej historii oplatającej bujnym bluszczem nagrobki na starym cmentarzu żydowskim. Moje wrocławskie reminiscencje. Zupełnie nie chcące się skleić w zgrabną całość. Dlatego z pokorą przyjmuję nieposłuszeństwo słów rozsypujących się drobnym piaskiem rozdrażnienia nad niemocą uchwycenia choćby jednego ziarnka, które mogłoby utworzyć miękką plażę rozłożystych obrazów, które wciąż noszę pod powiekami.
Z czasem jednak wszystko się ulatnia, przenikając przez poranną mgłę, stając się odzwierciedleniem mojego pragnienia zniknięcia przed światem, zatopienia się w niewidzialności, ukrycia się przed wyboistością ścieżek wijących się pod nogami, liśćmi przyklejającymi się do podeszwy i szemrzącymi przemijaniem. Opancerzenia się przed zmiennością, choćby aury za oknem, wślizgującej się przejmującą wilgocią do domu.
Zamknęłam szczelnie okna, wtuliłam w ramiona domowego ciepła, stopy zanurzyłam w wełniane skarpety, a dłonie naznaczone przemijaniem ukryłam pod grubą warstwą kremu. Wsłuchując się w pomrukiwania kotów i przyglądając się tańczącym ognikom w kominku,  zamiast słów nie potrafiących unieść moich obrazów, zastawiam kilka ujęć, by mogły przemówić same za siebie.














sobota, 10 listopada 2012

Listopad w walizce

Listopad w walizce.
Ledwo zdołam ją rozpakować, ująć jej z ciężaru pokonanych odległości, a już  za parę dni przychodzi ponownie układać na jej przepastnym dnie ciepły sweter, szalik, stos papierów i aparat fotograficzny - cichy świadek moich niedalekich wojaży utrwalający pamięć mijanych miejsc, spostrzeganych w oka mgnieniu, w pośpiechu,  miedzy jednym a drugim spotkaniem służbowym, w skradzionych odstępach spowalnianego na chwilę kroku.  W tych niemierzalnych odcinkach zatrzymania, zawieszenia stopy nad powierzchnią, na której za moment odcisnę ślad własnej bytności, jednocześnie jakby przysłaniając czyjąś, przede mną, tutaj obecność. Może jednak wszyscy budujemy, w ten sposób, niewidzialną wieżę istnień całkiem sobie obcych, nie wiedzących o sobie nawzajem, a tworzących jakąś trwałą egzystencję miasta, choćby na najmniejszej jego powierzchni, na której uda nam się na moment przystanąć, pozostawić  oddech spostrzeżonej w zachwycie architektonicznej perełki, a może ujrzanego nie najpiękniejszego świadka minionej historii, dowodu na obecność pomarszczonego już czasu oznaczającego swoje powolne odejście w zmarszczkach starych kamienic. A może zamkniętego na kłódkę bijącego serca przymocowanego nierozerwalnym węzłem przynależności do jednego z mostów łączących odległe brzegi tego samego trwania.
Książka, rękawiczki, plan miasta tętniący cienkimi żyłkami ulic rozpostartych w różnorodnych kierunkach, oplatający gwarny rynek serpentyną nazwanych, wielobarwnych wstążek splatających się w tajemnicę miejsca, której uda się być może doświadczyć. 
Zatem znowu przyspieszam. Sznurując poranki na nierówne pętelki kokardek. Udając się śladami wrocławskich krasnali śpiących w bramach, podtrzymujących zatrzymaną rzeczywistość, będących nieruchomym dowodem na obecność bajki w życiu. Byle zdążyć ją dostrzec, spostrzec w drobince zbyt pośpiesznej codzienności. 
Mój listopad w walizce.

sobota, 3 listopada 2012

Słyszysz?

Wyślizngęło się moje serce, mnie samej, i pełne drżenia, ujęte w jego dłoniach skruplatnie odnotowujących kolejny kawałek życia, otrzymuje dar innego rytmu, odmiennego brzmienia, bardziej melodyjnego, lekkiego, sprawiając, że dzięki temu ponownie przestaję przynależeć jedynie do siebie, dobrowolnie oddając się rytmice spisanych przez niego słów. Oddając je biografii Jarosława Iwaszkiewicza, która przesycona swoistą sensualnością, dźwiękiem ułożonych na pięciolinii fragmentów życia jest partyturą doskonałego współbrzmienia wszystkich płaszczyzn przeżywania. Między wzorzystym wachlarzem złożonych kartek słychać rodzący się oddech przeznaczenia, westchnienie zachwytu, rysuje się każde zagłębienie w dłoni Pisarza stające się wyrytymi liniami naznaczenia, zapisem literackiej powinności, która nadejdzie w najpiękniejszym rozkwicie talentu i wrażliwości na piękno świata, piękno drugiego człowieka w jego najdrobniejszych zagnieceniach, doskonałej formie wyrzeźbionego ciała, błyskotliwości umysłu, delikatności subtelnego dotyku spełnienia, lub całkowitego od niego oddalenia. Pozostając w głodzie niedosytu.
"Inne życie Jarosława Iwaszkiewicza" to jak rozdzielanie posklejanych deszczem opadłych liści. Nasycenie. Mieszanie barw, które przy najdrobniejszej przesadzie mogłyby się wydać nadmiarem boleśnie dosłownym. Tymczasem idąc obok czyjegoś istnienia pragnie się umiaru, może nawet niedosytu rodzącego łaknienie. Pragnienie. Na życie samo w sobie. I takiego łaknienia smakuje się na każdej kartce zapisanego, przez Radosława Romaniuka, jestestwa Jarosława Iwaszkiewicza poszukującego siebie w twórczości, w sztuce, w spełnieniu.
Dzisiaj stojąc u grobu Pana Jarosława, rozpalając niegasnący płomyk mojej dla niego admiracji, wierzyłam głęboko,  że  wciąż jest. W skrzydełkach jesiennych liści leżących na płycie, w drżeniu chłodnego popołudniowego powietrza, niespójnych ścieżkach cmentarnych zatartych stopami powracającej pamięci i bladości sylwetki malutkiej kapliczki.
Słyszysz?
Gdzieś pod gładką płytą nagrobną jest zastygłe serce, poruszające się pod każdym naszym oddechem, przychylnym spojrzeniem, przeniknięciem tomiku wierszy, zachłyśnięciem gęstością prozy. Śladem ciepłej dłoni odciśniętej na zimnej krawędzi życia i śmierci.

Złożyły się w ornament śliczne eglantyny,
Osypały je lekko drobniutkie brylantyny.
W cieniu mojej samotnej jodłowej gontyny
Przyszła radość poranku grać mi sarabandy.

A ty, na tle różanym przejrzystej aurory,
Na srebrnym szczycie wieży jak na brzegu kruży,
Przez ręce sypiąc kwiatów cieliste kolory,
Zrywając liść po liściu ze stulistnej róży,

- Słyszysz?

                               * * *

Milczenia położywszy na naszych skarbach dłonie,
Idziemy, zasłuchani w zmrokowy wody ton.

Jak kwiaty, pochylając ku skroniom swoje skronie,
Jak drzewa, gdy je żółci jesieni smutny dzwon.

Jesienne słońce gaśnie, pustkowe złocąc łęgi.
Il neige (jak u Samaina, wiesz?) d'adorables paleurs...

Westchnienie, z lekka mącąc fal ołowiane kręgi,
Rozbija się przy brzegu w arpendżiach sol-mineur.

wiersze Jarosława Iwaszkiewicza
Aubada oraz Przechadzka sentymentalna
Oktostychy, Wiersze - tom I
wyd. Czytelnik, Warszawa 1977

poniedziałek, 29 października 2012

Miasto żyjące w słowach

Miasta żyjące w słowach rozrastają się we wszystkich płaszczyznach
i we wszystkich kierunkach.
Ewa Zamorska-Przyłuska
"Przewodnik Literacki po Krakowie", wyd. WAM, 2010

Próbuję poskładać się z wewnętrznego rozedrgania, nieskładnego rozproszenia myśli, by przywołać choćby fragment siebie samej, by spojrzeć na swoją twarz, której ostatnio nawet nie mam czasu się przyjrzeć. Nie wiem nawet czy jeszcze prawdziwie bym ją rozpoznała. Czas wciąż odmienia.
Kraków zaś ma niezmiennych twarzy, pięknych tak wiele. Sam rozpostarty między tożsamością obecną i tą przeszłą, szemrzący strumieniem przywoływanych wspomnień, odtwarzanych z pokruszonych strzępków zdjęć, zamieszkując od nowa bezbarwne kamienice z wijącymi się schodami do własnej przynależności, skulony w długich szyjach bezdźwięcznych rynien i wyglądający zza otwierających się coraz szerzej okiennic.
Zaskrzypiało. Pora się obudzić.
Grzesznie zachłystuję się wczesnym porankiem jeszcze wtulonym w gęstą kołdrę ciężko opadającej mgły, by z każdym łykiem kawy, minutą mijaną, w jeszcze sennie oddychających uliczkach odnajdywać wyłaniające się promyki słońca ześlizgujące się po smukłych wieżyczkach kościołów. Stukot bryczek jadących na krakowski rynek wystukiwać będzie rytm budzącego się powoli dnia, który z czasem zamieniać się będzie w tętent wielości spraw do załatwienia, spotkań szeleszczących mnogością tematów i smakiem bajglowych piegusków.
Zwiewna firanka w oknie uchyla wnętrza Kamienicy Hipolitów. Wyimaginowana partyjka brydża przy dębowym, rzeźbionym stoliku rozbudza żyłkę niebezpiecznego hazardu, zapach wytrawnego cygara i łyk popołudniowej herbaty z porcelanowej filiżanki, na której pączki róż rozwijają się wraz z kolejnym dźwiękiem grawerowanym ostrzem starego patefonu, przenosi w inny wymiar. Fortepian uchyla swoje melodyjne wnętrze przysłaniając skromnie skłonność do muzycznego uniesienia. Zasłaniam purpurową kotarę mieszczańskiego życia, które rozsiadło się w miękkich fotelach rzucając nonszalancko kapelusz z upiętymi weń kwiatami i przeglądając „Nowości Ilustrowane”, nie zważając na upływający czas odmierzany bogatą kolekcją zegarków, zatrzymując się nieruchomo w zgrabnie wyprofilowanych, fajansowych figurkach baletnic.
Kwiaciarki plotą wianki.
Niedaleko już czekają Szołajscy z bogatą kolekcją dzieł sztuki. Zachwycających obrazów Malczewskiego spoglądającego z autoportretów, pobladłymi twarzami widzianymi oczami Boznańskiej, szykownie wyeksponowanymi sukniami z delikatnej koronki, profilami przygarbionych rzeźb, porami roku Hofmana. Obecność pośród nich Józefa Pankiewicza sprawia, że chowam się za plecami Józefa Czapskiego. Byłby mi teraz najdoskonalszym przewodnikiem tłumacząc światy ujęte w grube ramy twórczej wrażliwości i gęstości barw, które czasem tak trudno mi przeniknąć, by dotrzeć do ich sedna, do jądra ich pochodzenia.
Pyszny kogel-mogel z truskawkami. Cymes.
Zmieniam płaszczyznę i kierunek.
Drepczę w stronę Kazimierza i Podgórza. Moje stopy próbują odnaleźć ślady, do których mogłaby się dopasować. Dokładnego obrysowania, wyprofilowanego zagłębienia. Dźwięki klezmerskiej muzyki przysiadają czarnymi jaskółkami nut na brzegach talerzyków pełnych słodkości. Jednak, jednocześnie niemal namacalnie wyczuwa się pod stopami najdrobniejsze nierówności stające się stróżkami deszczu, kiedyś stanowiąc korytarze dla łez pozostających niezauważalnymi kryształkami wypełniającymi szczeliny bezwzględnego niewzruszenia. Plac Bohaterów Getta. Krzesła na których nikt nie przysiada. Wyprostowane. Dumne. Niezłomne. Aptekarskie flakoniki wypełnione żywą materią człowieczeństwa, o którego istnieniu zapomina się przekraczając progi Muzeum Pomorska, gdzie ściany krzyczą rozpaczą, pękają rozdarciem cielesnego bólu. Podziemne cele niezłomności. Schodziłam tam nie będąc pewna własnych sił, wychodziłam kryjąc wzruszenie pod przymkniętymi powiekami, zabierając ze sobą wyryte na ścianach słowa modlitw, tęsknot, gasnących istnień historii.
Jeszcze ostatnie spojrzenie. Zza rozrzedzającej się mgły Kraków żegna mnie rozpromieniony i jasny, przetykając złote nitki między drzewami oplatającymi wciąż gwarne Planty. Stukot odjeżdżającego pociągu wystukuje moje niegasnące, nostalgiczne pragnienie pozostania na dłużej.
Znowu obiecuję sobie, że następnym razem.... nucąc za Markiem Grechutą...

... Kraków (...) 
patrzy na mnie jakby wiedział, że
wracam po to by
choć na kilka chwil zamknąć oczy i móc uwierzyć,
że
widzę cię tak wiem
nie zrobię więcej zdjęć tak wiem
nie będę prosił lecz tak wiem
to przecież żaden grzech tak wiem


czwartek, 18 października 2012

Co pod słowami leży niewyrażone

Mam wrażenie, że życie prześlizguje się między mną a moim cieniem rozsypującym się w szare drobinki pod wpływem zbytniego pośpiechu, osiadając warstwą kurzu na czubkach zmęczonych pantofli. Dzień kojarzy mi się z pospiesznym ich zakładaniem i zrzucaniem w progach domu zanurzającego się we wszechogarniającym przyprószeniu nadchodzącego wieczoru. Ciastko czekoladowe.
Miękkość kapci spawalnia rozbiegane stopy, wycisza swoim ciepłem i poczuciem komfortu u schyłku znikającej jasności. Przytrzymuję jej odejście światłem zapalonych lamp, stłumionych pod krągłymi kształtami słonecznych kloszy, szumem zmywarki w kuchni, której zdaje się, że może pójść w konkury z falami przysypiającego morza codzienności, rozbijając się o kanciasty brzeg zanikającego dnia, w nienaganności złożonego w kostkę prania. Późnym wieczorem zaś, kiedy nawet okulary opadają niczym ciężkie powieki próbuję jeszcze wtulić się w szerokie objęcia Jarosława Iwaszkiewicza. Czytam malutkie kawałeczki wzięte z jego życia, smakując każde zdanie jak Iwaszkiewiczowską poziomkę, przygryzając na wargach do pierwszego smaku kropli, ujętego między opuszkami palców, słowa. Poczuciu gęstej faktury druku skroplonego na białym obrusie nieskazitelnie intrygującego jestestwa, czającego się w zagnieceniach mojego niedospania. Warto nie spać, nie śnić nawet, wyjść poza obszar prozy codzienności, by podążać wijącymi się wąskimi ścieżkami kryształowych ziarenek cukru, w ukołysaniu dziecięcych pragnień i w pierwszych dźwiękach muzyki Chopina. Zadumać się w cieniu przedwcześnie zmarłego ojca małego Jarosława.
"Musiał ze swoimi zdolnościami, marzeniami, pragnieniami zamknąć się. Czytał dużo, trochę pisał, pracował cicho" - pisał Jarosław Iwaszkiewicz o jego życiu. "To wszystko. To przecie nic nadzwyczajnego. Prawda? Oczywiście. Nic nadzwyczajnego. Tak sobie. Życie jak życie. Gwiazdy takie same. W nocy spacer. Żaby w stawie rechotały. Ale nie, nie; jednak to jakieś bardzo smutne. [...] Ja jestem stary sentymentalista, [...] mi się ocieka serce na myśl o tym cmentarzu".
Brzoza w ogrodzie uderza delikatnie srebrnymi blaszkami liści.
Koniuszek księżyca zahacza o rąbek kartki przerzucając ją zawadiacko. Swoim idealnie wykrojonym profilem zalotnie wygląda sponad wierzchołków choinek śpiących w pobliskim lesie. Odkładając książkę na stolik spoglądam jeszcze na dedykację wpisaną przez autora biografii. Sny się potrafią przyśnić nawet na jawie.
Tymczasem przede mną niedługo pakowanie torby i dwudniowy wyjazd do Krakowa. Znowu w stronę niedawno porzuconego za szczytami gór Podhala.  Zamykam oczy, by przywołać niedawne obrazy.
Wstająca z dolin mgła drobnym obłoczkiem (jedynym) przemknęła po zatartym zboczu i unosząc się ku górze, przeszła niedaleko ode mnie. "Będzie jutro deszcz" - pomyślałem powierzchnią duszy, słowami, czując jednocześnie, jak zawieram braterstwo nierozerwalne z tym, co pod słowami leży niewyrażone i nigdy nie dostanie się na powierzchnię, podobne do utajonej żyły drogocennego metalu.


fragment z "Innego życia. Biografii Jarosława Iwaszkiewicza"
autorstwa Radosława Romaniuka
oraz fragment Noclegu w górach z "Podróży do Polski"
Jarosława Iwaszkiewicza


środa, 10 października 2012

Inne życie

Dopiero co, z radości, mogłam rozprostować palce trzymane mocno za Andrzeja Franaszka i spisaną przez niego biografię Czesława Miłosza, która otrzymała Literacką Nagrodę NIKE od czytelników. Ciesząc się również z nagrody głównej przyznanej za "Książkę twarzy" Markowi Bieńczykowi. A teraz już mogę wziąć do rąk kolejną biografię, kolejne oblicze i jedną z najbardziej intrygujących ‘twarzy’ literackiego rdzenia, kwintesencji, sensu moich czytelniczych zauroczeń.
I choć jeszcze przed chwilą miałam przed oczami, tuż za szybą okna, Tatry i poranny powiew podhalańskiego powietrza, zostawiałam Zakopane i rozświetlone jesiennym słońcem szczyty niewzruszonego trwania, myśląc jedynie o zbliżającym się dniu, kiedy jedna z najbardziej oczekiwanych przeze mnie książek będzie na wyciągnięcie ręki. I mam tylko cichą nadzieję, że mi wybaczy jej autor, iż ośmielę się, w najbliższym czasie, stać się jego obejmującymi dłońmi, wzrokiem przenikliwie spoglądającym zza okularów. Oddechem osiadającym blisko warg, tak by poczuć smak, a jednocześnie nie zatracić się w zbyt zachłannym pochwytywaniu każdego, zapisanego przez niego słowa, ale oddać się jego powolnemu delektowaniu. By przeistoczyć się w cień i poranną mgłę, tylko po to, by podążać krok w krok po śladach jego stóp i móc zamieszkać w przestrzeni, którą sam przeniknął. Przekroczyć próg "Innego życia. Biografii Jarosława Iwaszkiewicza" wtulając się we fragmenty nietuzinkowego życiorysu, stając się zapewne i cieniem samej siebie, bo jak zawsze nie będę miała siły na najkrótsze nawet rozstanie z Panem Jarosławem. Z jego życiem skrupulatnie poskładanym z odkurzonych kawałeczków, fragmentów prawdziwych oblicz, chociażby chwilowych, wypełniających pustkę, otrzymujących nową odsłonę, rzeźbę pełną popękań, ale jakże prawdziwą, wyłaniającą się zza kotary nieprzychylnego czasu, wydobywając się świetliście spod warstwy zapomnienia. Życia powracającego na kartkach pierwszego tomu rozpoczynającego kolejną wędrówkę w świat najbliższy memu sercu, w świat Pisarza, który odmienia mnie samą niezmiennie, ofiarowując najczulsze spotkania z podskórnie odczuwaną wrażliwością.
I gdy myślą wracam do poprzednich książek Radosława Romaniuka: „Dramatu religijnego Tołstoja”, która dla mnie była przeżyciem wręcz metafizycznym, a o jej bohaterze Jarosław Iwaszkiewicz notował w swoim dzienniku: Tołstoj uczył "jak żyć"  czy do portretów niezwykłych kobiet, towarzyszek życia sławnych pisarzy, które ujął w przepięknej ramie „One”, to wydaje się, że Pan Jarosław nie mógłby dzisiaj zaznać większego szczęścia wiedząc w czyich dłoniach narodziła się powtórnie historia jego życia. Odradzając się z popiołów starych zdjęć, odzyskując ostrość rysów i przysłuchując się jak jego serce odmierza, na nowo, każdą sekundę wyślizgując się z objęć śmierci. Stając się nieśmiertelnym, wiecznym zapisem istnienia. 
Znakomita książka! Piszę z rozmysłem "książka", ponieważ - nie tracąc nic z walorów naukowych - jest to dzieło "do czytania", przykuwające uwagę czytelnika, pasjonujące w lekturze. Daje się ono czytać na kilka sposobów: jak życiorys artysty, jako prolegomena do dziejów polskiej inteligencji i jako zarys historii polskiej literatury i kultury w okresie dwudziestolecia międzywojennego. (...) Poszczególne tematy i motywy tej opowieści kreśli autor z niesłychaną dbałością o szczegóły, które czerpie z rozmaitych i wielorakich źródeł, nieraz z nieznanych lub trudno dostępnych tekstów archiwalnych. Jego erudycja jest imponująca! Umie przy tym zachować delikatną równowagę pomiędzy wiernością faktom, a ich interpretacją, wielorakością danych, a przejrzystym tokiem narracji. 
Brzmi przepysznie. Dlatego uciekam, chowam się w "Innym życiu..." przechodząc na drugą stronę literackiego lustra, aby odnaleźć znajomą twarz Pana Jarosława, wziąć go pod ramię i zgubić ścieżkę powrotną pod kobiercem jesiennych liści.

Radosław Romaniuk
"Inne życie. Biografia Jarosława Iwaszkiewicza"
tom 1
wyd. Iskry, Warszawa 2012


wtorek, 2 października 2012

Patchwork

Weszłyśmy do domu. Zapaliła światło - w przedpokoju zaczynały się półki z książkami i ciągnęły się w głąb mieszkania. Zauważyła moje spojrzenie.
- To jest biblioteka mojego zmarłego męża. Czytał w pięciu językach. Tu jest masa książek o sztuce. Trzeba znaleźć godne ręce, w które można by to wszytko przekazać...
I tak czekają niezliczone książki lgnąc do rąk, samoistnie. W jakiś szczególny sposób mając umiejętność zwrócenia na siebie uwagi, na tyle, by już nie móc wyjść bez nich z księgarni, ale przygarnąć, oddać odrobiny z własnego skrywanego ciepła, pełnej akceptacji. Tej nieuchwytnej dozy urzeczenia, fascynacji.
Skusiłam się. Krótkie przekartkowanie, ukradzionych naprędce parę zdań, których już nie chce się zostawić w anonimowym bez-brzmieniu. Zachłanne wyczytywanie drobnych fragmentów, które urastają do zaczątku niezwykłych opowieści, od razu stając się cieniem naszych stóp, drepcząc cichutko szelestem kartek jeszcze ściśniętych sznurowadłami naszych tętnic wypełnionych oczekiwaniem. Kartek pragnących powietrza, oddechu, rozwinięcia łączącego w sobie wielość istnień, wydarzeń, postaci rozrzuconych na mapie historii i własnego jestestwa. Gdzieś na granicy życia i śmierci, w szczelinie przetrwania i wewnętrznej przemiany, niezgody na zapomnienie i potrzeby zgłębienia własnej przynależności.
Wzięłam do rąk. Istny wielokolorowy kalejdoskop drobnych, rozbitych szkiełek tkwiących w sercach, krążących w krwioobiegu, podrażniających wrażliwość i kaleczących, a jednocześnie składających się na rodzaj harmonijnego obrazu. Tworząc układankę z rozsypanych puzzli, gdzie każdy kawałeczek jest unikalny, odmiennie wykrojony, ale przyłożony jeden do drugiego stwarza spójną całość z widzialną i odczuwaną własną odrębnością. Nie gubiąc swojej tożsamości. To rodzaj mozaiki składającej się z drobnych kamyków, odłamków, ziarenek piasku, kamieni szlachetnych i tych całkiem pospolitych, razem dających pełnokrwisty, wyrazisty portret czasów i ludzi przesiąknięty wspomnieniami, wyznaniami wyciągniętymi z zakamarków pamięci, oderwanych spomiędzy linijek zapisanych dzienników i zdrapanych z powierzchni pożółkłych listów. Wysłuchanych i skrupulatnie notowanych, dla potomnych,  dla przyszłości.
Świadectwa istnień.
Ulicka zanurza się w świat myśli swoich bohaterów i rejestruje, jak śmierć przecina życie, przeszłość nie odstępuje teraźniejszości, a stary świat wciąż przenika do naszego. To wspaniale napisana powieść, ale też opowieść filozoficzna i głęboka analiza historyczna. Jest to patchwork, złożony z listów, dzienników, nagranych rozmów, oficjalnych pism i protokołów przesłuchań.  
Ludmiła Ulicka ujęła to wszystko w jeden krąg wzajemnych powiązań tłumacząc, rozwijając pętelki, sploty, zawiłości, sprowadzając z odległych kontynentów fragmentaryczne wydarzenia, które pod jej piórem stają się tym, co najważniejsze: wartością ludzkości. Prawdy o człowieczeństwie i jego odmiennych obliczach, niełatwych wyborach.  Za przewodnika obierając sobie Daniela Steina. Żyda, tłumacza w gestapo, późniejszego partyzanta, którego przeznaczenie wysyła do Hajfy, gdzie w habicie karmelity zakłada chrześcijańską wspólnotę przygarniającą wygnańców losu, wygnańców z własnego życia. Pokutujących za, nie tylko swoje własne, grzechy rozbitków z przeróżnych wysp historii, podejmujących najważniejsze decyzje w sprawach życia i wiary.
Sama autorka "Daniela Steina, tłumacza" wyznaje:
Nie jestem prawdziwym pisarzem, a ta książka nie jest powieścią, lecz kolażem. Nożycami wycinam kawałki z mojego własnego życia, z życia innych osób i sklejam "bez kleju" - cenzura! - "żywą opowieść na strzępach dni". 
Wytnę, i ja, kawałek z własnego, by pozwolić sobie na przeniknięcie życiem innych, naznaczonych, wybranych, wyrzutków i ułaskawionych, uczących oderwania się od cierpienia i bólu, szukających usprawiedliwienia, prawdy, zrozumienia, uliczki wiodącej do poznania siebie. W niezliczonych tomach książek, pod brązem habitu stającego się kawałkiem życiodajnej ziemi, zanurzając się w tajemnicy judaizmu, wchodząc w sferę niematerialnego bytu, szukając przymierza między ludźmi i wyrokami losu, wyglądając z ciekawością poza nasze własne getta przynależności.

Ludmiła Ulicka  Daniel Stein, Tłumacz
wyd. Świat Książki, Warszawa 2012






sobota, 29 września 2012

Chowając wspomnienia

Wjechałam do miasteczka S. Stary szyld zaskrzypiał boleśnie. Rudo-brunatne drobinki rdzy opadały wbijając się szpileczkami wspomnień pod powieki, jak ziarenka piasku przywianego znad wzburzonego morza. Ogrom nagłego chłodu, przybladłego od smutku wił się wąskimi uliczkami, okrążał blady rynek miejski szumem liści z dawno ściętej, rozłożystej wierzby. W oddali czekała wieża neogotyckiego kościoła przenikniętego zapachem kadzidła.
Przejrzystość smutku zatrzymała się przed niewielką furtką, za którą roztaczała się sylwetka starego domu. Ganek przymilkł oddalając od siebie gwar minionych dawno lat. Zniknął zapach rumianych jabłek i smak ciepłego mleka przynoszonego rankiem z pobliskiej mleczarni. Znajome huśtawki nawet nie drgnęły. Niskie kamienice wydały się przytłaczająco wysokie rzucając cień na niewielkie drzwi, przy których nieruchoma klamka już nie ugnie się pod Jej łagodną dłonią. Tą, która pierwszy raz pokazała mi wzór haftu wyszytego kordonkiem na gładkiej poszewce poduszki i poprawiała pierwsze, niezgrabne ruchy moich palców próbujących ujarzmić smukłość igły i giętkość kolorowych nici. Nad ranem już nie usłyszę drew dorzucanych do wysokich kaflowych pieców, dla podtrzymania wewnętrznego ciepła rozchodzącego się po sercu każdego, kto mógł przekroczyć próg tego rodzinnego domu. I choć z czasem kaflowe piece ustąpiły miejsca elektrycznym, to ciepło zawsze iskrzyło, było niezmiennym płomieniem wzajemnej miłości wypełniającej zakątek każdego pokoju.
Nie zdążyłam podziękować, że pozwoliła mi poczuć się cząstką swojej rodziny. Dała poczucie przynależności. Sama będąc jej siłą, tradycją i gwarancją niepodważalnych wartości. Wychowując kilka pokoleń przedszkolaków, nauczała ich nienagannych manier, poruszania się w życiu z szacunkiem dla innych. Godności. Sama pozostając jego niedościgłym wzorem. 
Przyszłą wiosną róże w jej ogrodzie już nie będą równie barwne, bo zabraknie najpiękniejszej z nich. A ja spróbuję, znowu po latach, wyhaftować na poszewce poduszki kwiat, który nigdy nie zwiędnie, chowając między jego płatkami czułość moich wspomnień  o Cioci Hani, i rodzinnym domu w miasteczku S.

niedziela, 23 września 2012

Kolorystyczna przewrotność

Odsłona nowego dnia powoli rozchyliła się łagodnym krojem profilu dodając płynności budzącemu się porankowi. Jak rozchyla się usta, by posmakować pierwszego pocałunku miłości. Wyjrzałam na nowy dzień w poszukiwaniu promyków słońca,  nie tylko tego tańczącego w baletkach w ogrodzie, z gracją unoszącą się w takt oddechu poranka spódniczką pełną zwiewnych falbanek, ale także tego rozbudzającego się w sercu, rozpromieniającego przytłumione pragnienia.
Jak ująć w dłonie nowy dzień? Wydaje się być kruchy, jeszcze niepewnie stojący na swoich drobnych stópkach próbujących odcisnąć swój ślad na kolejnej kartce kalendarza. Tej, która sfrunie łagodnie po przekroczeniu granicy północy, by ustąpić miejsca kolejnej, z nowym zapisem, nowym szyfrem liczb. Powtarzalnym, a jednocześnie przynoszącym zawsze coś nowego, dotąd niedoświadczonego. Niektóre z tych kartek chciałoby się zatrzymać na dłużej, cienką szpilką przymocować do ściany, jak rozpostarte skrzydłach umarłego motyla, jak pozostający na zawsze  ślad po starym zdjęciu, na którym rysy twarzy straciły na swojej ostrości, ale nie zaniknął dawny uśmiech. Grymas unoszący, na niteczkach zmarszczek, kąciki ust niczym łódeczkę na falach pogodnego morza. Kołyszącego się falami zmiennych nastrojów, kalecząc się  o wyboiste brzegi, rozpryskując o skaliste wzniesienia niepokonanego lub wtapiając się w złote ziarenka piasku przesiąknięte ciepłem przenikliwego spełnienia.
Prawdziwy koniec Lata. Pierwszy dzień Jesieni. Szelest spadających liści, zmieniających swoje zabarwienie, rumieniących się szczerym zawstydzeniem nad własną kolorystyczną przewrotnością. Może teraz dni będą bardziej esencjonalne, wyrazistsze, pełną paletą barw  i uczuć osiadające na szczebelkach rzęs, próbując przeniknąć pod powiekę, dnia chowającego się za drganiem firanki poruszonej chłodniejszym podmuchem wiatru.

Wiesz, nie o tym chcę mówić w złociste niedziele,
Co się dzieje na niebie (patrz z mojego okna),
Nie o tym, że śnieg pada, że nuda okropna -
A innych słów mi braknie, choć chcę mówić wiele.

Patrz - jedwabne powozy zielone i żółte
Mkną ulicą, we mnie cicho jak w kościele.
O, kiedyż tak naprawdę opowiem niedzielę:
Późne wstanie, śniadanie i chrupiącą bułkę.

O, nudo nieskończona, która jak bandaże
Owijasz wszystkie barwy, drżące w mojej głębi,
Twój powijak upału nie zgasi, choć ziębi,
I najgłębszej radości z duszy mi na zmaże.

wiersz Jarosława Iwaszkiewicza Niedziela
"Wiersze tom I - Ksiąga dnia i księga nocy"
wyd. Czytelnik, Warszawa 1977

środa, 19 września 2012

Niematematyczna stała

Ostatnie dwa tygodnie minęły mi na małej powierzchni, nadszarpniętej, wyszczerbionej, zupełnie nie w formie, wręcz w pewnej deformacji niedomagania utkwionej. Można rzecz, że te dni były istnym Mrożkowskim "dziobaniem życia”. Jakbym była zdolna uszczknąć jedynie rąbek z wszechogarniającej rzeczywistości, ziarnko po ziarenku, przełykając je bez zachłannego delektowania się przeżywaniem. I chociaż doceniam ten czas spowolnienia, wymuszonego zatrzymania, którego mi brakuje w codziennym zabieganiu, to z upływem lat coraz bardziej żal mi każdej chwili, której nie mogę pochwycić pazernie, napawając się nią bez umiaru. Tego uczucia wręcz pożądliwego rozkoszowania się każdą mijającą sekundą, żłobiącą przestrzeń mojego własnego odczuwania. 
Pora  zatem już na powrót do wystartowania w biegu długodystansowca, przynajmniej dopóki nie potknę się o kolejną niesprzyjającą okoliczność czającą się za rogiem, zdradziecko. Ale to zapewne przez przykrótkie nóżki, przykrótki wzrok niedowidzący tego, co czeka dalej niż na wyciągnięcie ręki. Może lepiej niedowidzieć?
Nowy dzień. Poranek rozprostowujący senne zagniecenia rozciągając prześcieradło jak zasłonę nieprzeniknionej tajemnicy stojącej u progu domu, by parę godzin później dojrzeć do przekształcenia się w impresjonistyczny obraz popołudnia. Nieuchwytny w swojej niewyrazistości, przeglądający się w oczach przechodniów chowających się pod rozłożystym parasolem niepogody. Spostrzegających swoje odbicie w granicach małych krążków rozkładających się powolnym, majestatycznym ruchem niczym chiński wachlarz. 
Poszarzało, przybladło.
Przyglądam się książkowym zaległościom piętrzącym się na stoliku, niczym biblijna wieża Babel. Wszak każda z nich mówi innym językiem, odmiennym dialektem, próbując wynieść czytelnika na wysokość, wystarczającą, by objąć całość jej przekazu, ponad doczesność i wszelką próżnię, by dostrzec głębię uśpioną pod ciężką oprawą, można by rzecz 'przykrywką' do tego, co w niej najwartościowsze. Moja prywatna wieża Babel. Także w aspekcie nierealności, niemożności ukończenia zaplanowanej lektury, bo zdaje się, że niemożliwym jest przeczytanie wszystkich książek kuszących swoją kreacją, tą delikatną materią literackiego jestestwa, rdzenia egzystencji w nieprzewidywalnej przyszłości mojego czytelniczego bytu. 
Książka. Pewna, bynajmniej niematematyczna stała, constans, niezmienna gwarancja swoistego ravissement. I chociaż nie każda staje się tą, kolejną-jedyną, niezapomnianą, podarowującą 'nowe życie', to każda bezbronnie przenosi na kawałek upragnionej, czytelniczej samotności. Poddając nas jej kierownictwu duchowemu. Takimi przewodnikami, niewątpliwie, stają się książki nominowane do Literackiej Nagrody NIKE. W tym roku, w finałowej siódemce znalazły się:
  • Krystyna Czerni, "Nietoperz w świątyni. Biografia Jerzego Nowosielskiego", Znak, Kraków
  • Andrzej Franaszek, "Miłosz. Biografia", Znak, Kraków
  • Filip Springer, "Miedzianka. Historia znikania", Czarne, Wołowiec
  • Małgorzata Szejnert, "Dom żółwia. Zanzibar", Znak, Kraków
  • Marek Bieńczyk, "Książka twarzy", Świat Książki, Warszawa
  • Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, "Imię i znamię", Biuro Literackie, Wrocław
  • Magdalena Tulli, "Włoskie szpilki", Nisza, Warszawa
I nie ma znaczenia, dla mnie, która z nich będzie tą jedyną, kolejną, nagrodzoną. Moje serce bije dla Andrzeja Franaszka i jego, napisanej onieśmielająco pięknie, przenikliwie, biografii Czesława Miłosza, zostawiając sobie jednocześnie kawałeczek przestrzeni dla "Książki twarzy" Marka Bieńczyka, który niedawno, melancholijnie wślizgnął się do galerii moich literackich fascination.



Nie przychodzi mi nawet do głowy, że wiem "wszystko" o życiu - jeśli mogę tak go nazwać - swojego bohatera, wydaje mi się też, że nie odczuwam chęci górowania nad nim, o której chętnie pomawia się biografów. Wiele jest jeszcze faktów, które zostaną rozjaśnione, i takich, które na zawsze pozostaną w ukryciu. Czasem nie zgadzam się z Czesławem Miłoszem, jednak bez zamiaru "osądzania" go, mając świadomość, że nic łatwiejszego niż komentować czyjeś decyzje z bezpiecznego dystansu. Zresztą najtrudniejsze wydaje mi się co innego. Łatwo odnaleźć potknięcia, jak jednak oddać geniusz?Ten moment, gdy nad niepewnością, udręką, pokusami zawisa niedosiężna nuta, linia słów? Może nie da się go opisać, można tylko odrywać na własną rękę.


Andrzej Franaszek "Miłosz. Biografia"
wyd. Znak, Kraków 2011


środa, 12 września 2012

Pod kryształowym rozedrganiem przezroczystości

Deszcz.
Zawisł kryształowym rozedrganiem przezroczystości w ogrodzie, koniuszkami rozpryskując się o gładki grzbiet tarasu i zeskakując po stopniach ku zielonemu dywanowi trawy. Koralowe owoce róży odzyskały głębszy kolor połyskując na giętkich witkach gałązek, jak paciorki rozmodlonego różańca. Mój głos dopasował się do burzowej aury schodząc o kilka oktaw niżej. Od czasu do czasu całkiem ześlizgując się z pięciolinii strun głosowych i zanikając w dudniącej ciszy, jak dudni w grubościennej studni echo odbijając się od opustoszałego dna niewypowiedzenia. Jedynie chwytając się długiej szyi żurawia potrafi wyfrunąć na skrzydłach niedosłyszanego dźwięku spełnienia.
Milczenie.
Pozwalam słowom przycichnąć, z nadzieją, że w tym wymuszonym czasie ciszy odpoczną, dojrzeją, zyskają na intensywności wymowy nim pozwolę im osiąść na ustach. Licząc, że wypełnią się różnorodnością swojego przeznaczenia, nabiorą płynności i swobody poruszania się w pośpiesznym rozpoznawaniu swojego posłannictwa i będą potrafiły znaleźć cel swojej niekończącej się wędrówki. Na ustach. Niewymownie mdłych w swojej bladości, będących jednocześnie miękkim przystankiem dla słowa, które zatrzymuje się na moment, nim odklei się zwiewnym płatkiem dopełnienia, oddalając się zarysem zrodzonej w ciszy myśli, spostrzeżenia, zwiewnej strofy przeczytanego wiersza lub prostolinijnej prozy.
Czemu z wiekiem usta tracą na swojej intensywności? Czy nazbyt wiele słów wypowiadają oddając po kropli ze swojej barwy, by zarumienić wciąż niewyraźne słowa, zamiast czasem przygryźć je wargami pozwalając na odciśnięcie się w wykrojonym kształcie ćwiartki rumianego jabłka i zyskać na soczystości, słodkim smaku pełnego rozkwitu, tchnieniu źródlanej przejrzystości.
Słowo.
Czasem zamieszkujące w prostocie, w niewymuszonej elegancji, z dystynkcją noszące bogactwo swojej skromności. Niepozornie rozrzucone w zwodniczym uporządkowaniu na białych przestrzeniach, idealnym tle dla swojej subtelności. Onieśmielające i śmiało zachęcające do poddania się jego figlarności, zalotnym skojarzeniom, dowolnemu odczytywaniu jego znaczenia. Szukające, dopowiadające, czyniące z nas jego niewprawnym twórcą, zagorzałym wskrzesicielem, wiernym słuchaczem i niepokornym interpretatorem.
Wędrowcem w przestrzeń nieprzeniknioną zachwytu, jak choćby tę autorstwa Jerzego Plutowicza, którego twórczość jest dla mnie deszczem, milczeniem, słowem.

W której z kolei przestrzeni biła studnia artezyjska,
czyżby źródło młodości, dokąd biegłem, przekraczałem

każdą linię, by ugasić pragnienie? Na skraju miasteczka,
za obłokiem, za łukiem tęczy, zawsze na skraju. W której

części doby umówiłem się z dziewczyną, niewidzialną,
ukrytą w idei? Umówiłem się na trwanie wśród zjawisk,

na słowo tworzące, okrucieństwo rdzenia słowa; na echo
kroków w uliczce, gdy zbliża się wysłannik losu; brzęk

furtki, latarnia niby potępiona dusza. Co czai się poza
słowem: czyste trwanie, czysty dotyk; trzepot skrzydełek

motyla, pyłek na dłoni? Mikrokosmos cały w cieniu
nad cienie. Poza słowem przecież czai się bestia, widmo

dzieciństwa. Co jest czystsze niż ból?

wiersz Jerzego Plutowicza Widmo
"Twórczość" nr 4, kwiecień 2011



sobota, 8 września 2012

W mianowniku niezmiennego trwania

Spróbowałam dzisiaj wystawić czubek nosa do ogrodu. Po paru dniach zamknięcia w papierowych ścianach pudełka od antybiotyku, szeleszczących płatkami od pastylek przeciwbólowych i sączących się gęstym syropem z babki lancetowatej zapragnęłam świeżości. Zapachu powoli oddalającego się lata, rudych rumieńców zbliżającej się jesieni. Chłodny poryw wiatru szybko wywiał mi te zamiary z głowy. Słońce rozpromieniające się na blaszanych listkach brzozy okazało się kusząco zdradzieckie. Schowałam się znowu w domu. Wtulona w ciepły koc snu gubię kolejne godziny. I nagle, jakby niepostrzeżenie,  nazbyt szybko, przychodzi chłód wieczoru. Ciemność wyglądająca coraz wcześniej zza regałów i ciche mruczenie śpiących spokojnie kotów. Palce z trudem odnajdują klawisze laptopa. Zdrętwiałe, może trochę jak moje uczucia, ostatnio. Skostniałe, w rękawiczkach nazbyt grubej skóry, stały się w swojej niewrażliwości boleśnie niezgrabne, jak słowa próbujące przedostać się przez obolałe gardło, dusząco suche i niewymownie podrażniające, każdą próbę wypowiedzenia buntu przeciwko dalszemu niedomaganiu.
Mam wrażenie, że świat mi się zawęził przez ostatnich kilka dni, że przenika obok mnie bez względu na to, co czuję i jak bardzo chciałabym mu towarzyszyć w tych codziennych wędrówkach po brzegach nowego dnia. On biegnie niezmiennie, ja stoję w miejscu, wytyczonym przez granice własnej bezsilności. Wtedy też budzi się we mnie melancholia, a może to po prostu wynik przebywania z samą sobą, własnymi demonami, odżywającymi tęsknotami za czymś całkiem nieokreślonym, jakby tęskniło się za jakąś brakującą cząstką samej siebie.
"Kto urodził się melancholikiem, sączy smutek z każdego wydarzenia", powiedział Freud. Jeszcze celniej ujmuje to portugalski pisarz Fernando Pessoa: "Nic które boli". Owo "nic" jest w bezpośrednim doznaniu tak suwerenne, że zdaje się trwać poza wszelką przyczyną jako czysta nieokreśloność: nie wiadomo skąd daje nie wiadomo co. "Nie wiadomo co", które nie wynika bezpośrednio z jakiegoś nieszczęścia, lecz jest nieszczęścia wszechstronnym poczuciem, doświadczeniem smutku tak uogólnionym, że zasklepiającym swe źródła, nigdy niezawartym w liczniku istnienia jako okazjonalna żałoba, zawsze w mianowniku niezmiennego trwania. 
Ataki kaszlu odrywają mnie od "Melancholii". Oczy tracą ostrość spostrzegania, litery zlewają się w czarne stróżki wiodące mnie donikąd. Na poddanie się "Melancholii" Marka Bieńczyka muszę mieć więcej siły i wyraźniejszą umiejętność widzenia. Nie mogę patrzeć na nią przez łzawą mgłę odbierającą jej przenikliwość z jaką została poddana w niewielkiej książeczce skupiającej w sobie tak niezwykłą moc przemawiania przez literacką i filozoficzną analizę jej własnego istnienia.
Wracam, wbrew sobie, do przebywania w mianowniku niezmiennego trwania w anginie, w gęstości lepkiego syropu i papierowego smaku kolejnego dnia podszytego melancholią.
" W melancholii tkwi coś niewytłumaczalnego - pisze w tym samym tonie Kierkegaard - (...) Jeśli się melancholika zapyta, co leży u podstaw jego melancholii, co go gnębi, to odpowie, że nie wie, że nie potrafi tego wyjaśnić. Odpowiedź ta jest ze wszech miar prawdziwa, albowiem z chwilą rozpoznania przyczyny melancholia mija".


fragmenty z "Melancholii" Marka Bińczyka
wyd. Świat Książki, 2012 

środa, 29 sierpnia 2012

W szczelinach między literami

Ani ja, prawdę mówiąc, niczego tak bardzo nie odczuwam, ani ja napisać tego, co nie bardzo odczuwam, też nie bardzo umiem.
Sławomir Mrożek 

Ostatnio, ilekroć biorę książkę do ręki, po jakimś czasie przychodzi mi skonstatować,  że zupełnie nie potrafię połączyć ze sobą liter w żadną myśl wyrafinowaną, a choćby nawet najbardziej prozaiczną. Niezdolna jestem nawlec na wątłą nitkę, własnego odczuwania, równo wykrojonych kształtów, które złączone razem powinny stworzyć niezapomniany majstersztyk wzornictwa literackiego. Odciśnięte na białym papierze zupełnie nie odciskają się we mnie samej, nie pozostawiają żadnego śladu, a przecież powinny być odbijającym się w źrenicach obrazami. Witrażami pochwytującymi najdrobniejsze załamanie światła przenikającego materię każdego zapisanego słowa. Tymczasem, za sprawą zwodniczego zmysłu, mój wzrok, zamiast zagłębiać się w giętkość każdej litery, jedynie prześlizguje się po ich zgrabnie wyprofilowanych sylwetkach, by zaraz zapaść się w drobne szczeliny pomiędzy nimi. W pustkę niewypełnioną drukiem.
Tutaj i ja się zatrzymuję. W niewypowiedzeniu, w przestrzeni ściśniętej między stróżkami atramentu, niezdolnej do przemówienia żadną barwą ani kształtem. W obszarze jakby niczyim. Być może pozostawionym  do własnego zagospodarowania, przygarnięcia cichością własnych refleksji, które snując się w rozproszeniu szukają miejsca dla siebie. Przestrzeni utkwionej w bezruchu, bezdźwięku. Niemej i niewidzącej.
A może jest to miejsce, gdzie osiada lekki oddech nicości, próżni twórczej pisarza, niezbędnej do wytyczenia ścieżki powrotu i jednoczesnej umiejętności powędrowania dalej. Odbicia się od doświadczanego twórczego niebytu jak od trampoliny. Wszak odbić się można tylko będąc na samym dnie, bo po wchłonięciu w siebie całej pustki pozostaje jedynie ją zapełnić. Inaczej być może nie stworzy się niczego, nie odtworzy się nawet samego siebie.
Dlatego od nowa sięgam po książkę wierząc w jej moc sprawczą wykrzesania ze mnie zdolności do czytania, do rozczytania swoistego szyfru kryjącego się w każdym zaokrągleniu, uwypukleniu liter, słowotwórczej ekwilibrystyce estetycznej. W tych  pętelkach i zagłębieniach, krótkich mysich ogonkach, zawieszonych kroplach i płaskich daszkach. W rozchylonych ustach i zamkniętych oczach dostrzegając portret odkrywanego świata, także mojego wewnętrznego, stawiając na szali równowagę uczuć głęboko zakorzenionych, rozprzestrzeniony na tak wielu płaszczyznach czytelniczego odczuwania. Przystając, w chwilach oderwania od samej siebie, w szczelinach między literami.

wtorek, 21 sierpnia 2012

O rzeczy niewymiernej

Niedługo wybije druga. Sen zgubił drogę. Nie znajdę go pod powiekami. Może rozsiadł się wygodnie w fotelach ogrodowych, które wykroiły sobie, w grubej warstwie nocy, okienka w których widać jedynie ich połyskujące bielą proste plecy. Nigdy niezmęczone. Nigdy nieprzygarbione.
W progach domu zagościła podskórnie tętniąca cisza rozpraszana jedynie rytmicznymi uderzeniami dwóch zegarów. Brzmią nierówno, ale jeden jakby w uzupełnieniu drugiego, dotykając się dźwiękami, gdzieś na granicy zbyt krótkich spotkań i jeszcze szybszych rozstań. Czy odmierzają ten sam czas? A może dwa biegnące równolegle, prześlizgujące się tak blisko siebie, że tworzą jedność. Jeden spójny czas. Ten namacalny, rzeczywisty, odczuwany. Przeszłość i przyszłość pozostawiając nieuchwytną teorią minionego i niesprecyzowaną tego, co się być może wydarzy, ale wcale nie musi.
Próbowałam dojść do sypialni. Znaleźć jakąś odrobinkę snu, choćby wczorajszego. Wszak jak pisał Hermann Hesse w swojej indyjskiej powieści "Siddhartha" we śnie, w najgłębszym śnie  człowiek dociera do rdzenia swojej istoty. Nie dotarłam. Zatrzymał mnie odgłos kapci człapiących leniwie po schodach. Zaczęłam nasłuchiwać.
Każdy mój krok zamieniał się w miękki dźwięk przysiadający na kolejnym stopniu, jak palce pianisty na klawiszach fortepianu. Będąc zapisem odchodzącej przeszłości, uchwyceniem śladu mojego chwilowego 'tu i teraz', ale pozostając zupełnie głuchym na przyszłość. Kolejnego kroku, który dopiero postawię po prostu nie słychać. Nie wiem jak zabrzmi, choć zakładam, że dokładnie tak samo jak poprzednie. Stając się jak uderzenia zegara. Monotonne i jednako brzmiące. Bez zaskoczenia, finezji, złamania nienaruszalności taktu. Każdy z nich w oderwaniu od poprzedniego i do poprzedniego łudząco podobny. Zwyczajne staccato. Wciąż tożsamo brzmiące. A jednak wchodzę i schodzę, i znowu wchodzę i schodzę po schodach nasłuchując kroku, który ma dopiero zabrzmieć. Jak wskazówka zegara wyczekuje przekroczenia magicznej granicy dźwięku. Nasłuchuję przyszłości.
Jest bezdźwięczna.
Przyszłość nie ma głosu. Dopóki nie przeistoczy się w donośną teraźniejszość, albo odejdzie cichym wspomnieniem przeszłości. A przecież to w przyszłości właśnie pokładam tak wiele nadziei. Jak zaufać czemuś czego nie widać i nie słychać?
Nie mogę przecież dreptać po tych schodach w nieskończoność, tym bardziej, że poranek i tak by ją zagłuszył swoim przebudzeniem, ziewnięciem połykającym najdrobniejszy dźwięk w przepastnej codzienności, narastającym nieznośnie pośpiechem i trudnym do ogarnięcia gwarem. Zbyt szybkim oddechem, szelestem naprędce przeglądanej gazety, której rozłożyste strony są niczym "efekt motyla". W jednym zakątku świata zatrzepocze skrzydłami, a w drugim staje się jego bezdennie brzmiącym echem. Przyszłość. Cisza wystukiwana rytmicznymi, ale również tak samo brzmiącymi uderzeniami obcasów o nierówności chodników. Swoją drogą ileż one sobą chłoną dźwięków, rozlewających się po powierzchni jakimś niepowstrzymanym strumieniem melodii, wnikając głęboko w rdzeń ziemi.
Świat zdaje się być nieustającym dźwiękiem. Brzmieniem.
Tymczasem pod koniec dnia, nim się spostrzegę, przyszłość zdąży być teraźniejszością, szybko odchodząc w przeszłość. Jak więc uchwycić przyszłość, której uchwycić nie sposób? Jak zauważyć jej przyjście? Tę wąską szczelinę nadziei nieznanego.
Kapcie nadal szurają. Zegar z wdziękiem kroi kolejny kawałeczek czasu odkładając go na odsuwający się ode mnie porcelanowy talerzyk. Trzeba wielkiej delikatności, aby go nie stłuc.

Lepiej więc może myśleć o czym innym
nie o mnie
nie o tobie
o rzeczy niewymiernej
o rzeczy nieodbitej
w szkle przejrzystej zieleni -
ona żyje dłużej
i prawidłowiej


fragment wiersza Jarosława Iwaszkiewicza
Sierpień nad rzeką
wyd. Czytelnik, Warszawa 1977



wtorek, 14 sierpnia 2012

Pastylka przeciwbólowa

Wszyscy mam jakąś szufladę, w której trzymamy  swoje sekrety, niektóre są schowane bardzo głęboko. A jeden leży w oddzielnej szufladzie, której nigdy nie otwieramy.
Zapach porannej kawy posłodzony kilkoma dniami urlopu nadaje jej wyjątkowy smak. Delektowanie się niespiesznym czasem, w spowolnieniu, jakby wbrew niezmienności z jaką czas wystukiwany jest przez stary zegar na ścianie. Zdejmuję pomarszczoną warstwę cienkiego kożucha odsłaniając tym gładką powierzchnię mlecznej kawy. Gdyby tak można było z siebie zdjąć wszelkie zagniecenia, wyprostować zmarszczki, siateczkę poplątanych myśli, odpocząć od nich, od siebie samej, wyjść z wąskiego korytarza zawężonych ostatnio ścian egzystencji, by rozłożyć szeroko ramiona i objąć nimi, jakiś zakątek aksamitnej samotności.
Obejmuję książkę i jedną z takich historii, która rozczula, budzi czułość, do której chce się przytulić, być blisko postaci wpisanych między kartki. Uszczknąć z odrobiny ich niespiesznego uczucia, tkanego powolnością zdarzeń, rzadkością spotkań, swoistym smakowanie dojrzałości, bez młodzieńczego pośpiechu i niecierpliwości.
Miłość potrzebuje powietrza i ciszy. Mamy ciszę, ale nie mamy powietrza. Abram przestał rozwodzić się nad tym, jaki jest stary i że nie ma sensu spotykania się raz, najwyżej dwa razy w roku. Już nie mówi, że w każdej chwili może umrzeć. Myślę, że teraz martwi go tylko, że nie jest pewien, czy możemy zostać kochankami. Że przegapiliśmy ten moment. Mnie przestało to martwić; wcześniej czy później staniemy naprzeciwko siebie nadzy. Tego też musimy spróbować. Chętnie poczekam.
Mnie samej trudno było poczekać, aż książka zastuka do moich drzwi. Nie wychodziła z mojej głowy od kiedy przeczytałam o niej na blogu Remka Grzeli. Oczarowuje od pierwszego z nią spotkania. Otula aksamitem, delikatnością, jaka otacza dwoje ludzi zatrzymanych w czasie, w promieniach gorącego słońca prześlizgującego się po rozgrzanej posadzce hotelowego tarasu w Izraelu.
Ona - żyjąca pomiędzy książkami i szkicami swoich obrazów i On, z  jego teraźniejszą przeszłością. Przechadzający się między alejkami Paryża, w deszczu szemrzących słów, ale i powietrzu ciszy. Jest się tak daleko od nich, a jednocześnie tak blisko.
Deszcz za oknem drepcze po parapetach. Ja drepczę za nimi. Za Abramem.
Abram jest piękny. Abram jest stary. Abram jest normalny. Próbuje dogrzebać się do jego przeszłości, by znaleźć tam odrobinę szaleństwa, ekstazy, namiętności, melancholii, rozpaczy. Nie jest to łatwe.
Chciałoby się wyciągnąć dłonie, by poczuć pod palcami jego wysokie czoło pozbawione zmarszczek, naciągniętą skórę, której nie pozwala nawet na najdrobniejsze rozluźnienie, jakby w obawie, że sam się wtedy rozsypie na drobinki skrywanych wspomnień. Mocne brwi osłaniające bystrość jego spojrzenia, łagodny profil,  wyraźnie zarysowane wargi  i zaciśnięte usta, które tak wielu słów nie chcą wypowiedzieć, zamykając je w milczeniu. Tak niewiele dopowiadając do "Opowieści dla Abrama", które Ona postanawia snuć dla Niego, składając w całość  tę część jego samego, którą zachowywał tylko dla siebie. Jakby bojąc się obnażenia. Nagości własnej przeszłości.
- Abram, nie bój się - mówię. Im mniej wiem, tym łatwiej byłoby o tobie pisać. Nie rozumiesz?  Ale ja nie będę pisać. Jest już tyle książek o mnie, o tobie, o Mani. O nas wszystkich.
Nieśmiertelnych. Abram i ja przeżyliśmy. To stwarza swoistą, wzajemną czułość, która jest czymś oczywistym, nie trzeba nic mówić.
Z każdą kolejną kartką, bezimienność narratorki sprawia, że mogę się wprosić do jej życia. Dostaję od niej urlop od samej siebie. Z ulgą biorę na siebie jej sześćdziesiąt lat doświadczeń i staję się kobietą oddającą się czytaniu książek i przeżywaniu swojej dojrzałości, byciem tylko dla siebie samej, dopóki nie poznam Abrama. Dopóki nie przylgę do jego nieskazitelnie skrojonego garnituru, z czasem próbując odnaleźć pod tym gładkim materiałem splątane losy tego, który przeżył samego siebie, ze świadomością życia z piętnem Holokaustu, wpisanego w jego spowolniony wiekiem krwioobieg.
Trudno mi się rozstawać z Abramem, pragnąc chwil, w których go odnajduję po omacku między niedopowiedzianymi słowami, poznając fragmentarycznie, po drobnych kawałeczkach sklejanych z dwóch życiorysów: obecnego i przeszłego, zakreślonych wydarzeniami minionej historii. I wracam do siebie samej, jedynie wtedy, kiedy ustępuję Jej miejsca, oddaję im strefę intymności, którą mają tylko dla siebie. Kiedy dotykają swoich ciał nieporadnie, a jednocześnie z tak wielką delikatnością, z jaką dotyka się zaschniętych ran. Schowani przed światłem świata, tylko dla siebie, w ciemności rozbijanej jedynie przyspieszonymi oddechami i drżeniem dotykających się dłoni. I tylko czasami patrzę na swoje ręce i odkrywam, że mimo pieszczot Abrama wyglądają staro.
Ale może to Abram młodnieje, dzięki niej. Dawanej mu na nowo przeszłości, jej scenariuszowi na jego życie, pozwalając mu cofnąć czas, dostrzec wielkość człowieka w padole ludzkości czasu wojny, znowu poczuć się młodym i silnym, choćby w bezsilności dokonywanych wyborów. W jakiś sposób oddalając od niego starość i śmierć, ale też i od siebie, bo odkąd poznałam Abrama, odkładałam śmierć do następnego spotkania. Przy życiu trzymał mnie na odległość bardzo stary mężczyzna. Niczym Bóg.
"Opowieści dla Abrama" Janiny Katz to książka wyjątkowa. Książka ciszy i powietrza.
Z oknem już ciemno. Ostatni łyk kawy już zimny.
Biorę głęboki oddech.
Marzę o powrocie do czasu, gdy tylko jedna książka zawierała porcję prawdy, porcję piękna i porcję pocieszenia na każdą porę roku.  Taka książka mogłaby być pastylką przeciwbólową, w sensie fizycznym i psychicznym. Wiem, że istnieje.
To "Opowieści dla Abrama". Moja pastylka przeciwbólowa.


fragmeny z "Opowieści dla Abrama" Janiny Katz
wyd. Czarna Owca, Warszawa 2010



nie Paryż, ale uliczka Wiednia... 

sobota, 11 sierpnia 2012

Przyśnić sen

Patrzę na kształt dłoni, które codziennie rano zmywają z mojej twarzy senne rozedrganie niepotrafiące, swojej imaginacji, umiejscowić w budzącej się rzeczywistości. Pozostając po drugiej stronie nocnej kliszy. Przyglądam się źrenicom, które ukrywają się także w czyichś oczach, których na co dzień nie widzę. Zamiast nieskazitelnego błękitu jest ciemny kolor ziemi. Palcem rysuję swój profil na zaparowanym lustrze. Wydaje się znajomy. Niczym wycięty z jałowego papieru. Ostre kontury bez barw. Potrzebuję kolorowego tła by zaistnieć. Odciskając ślady palców próbuję poczuć znajomy dotyk. Niczego nie czuję. Powinnam. Może choć trochę.
Ostatnio czuję się jedynie negatywem, odbiciem czyjejś w moim życiu nieobecnej obecności. Mocno ściągam gumką ciemne kosmyki włosów. Powinny być przesypującym się przez palce pszenicznym złotem.
Próbuję dociec skąd tak naprawdę przyszłam, gdzie jest prawdziwy początek mnie samej. Wrócić tam, gdzie w swojej własnej połowie przynależę. Wychowana na obcym kawałku danej mi ziemi odczuwam ją jako swoją własną, a przecież w pełni nie jest przynależną do mnie. Darowaną jedynie. A może aż tyle. Dzisiaj smakuję gorycz źródła własnego jestestwa. Chwilowy powrót do utraconego początku stał się utratą równowagi. Wydawało się, że mam siłę, by to udźwignąć. Ugięłam się.
Zasypianie w poczuciu rozdwojonej przynależności i jednoczesnego odrzucenia.
Jak nigdy czuję się niewygodnie we własnej skórze. Próbuję ją zdzierać z siebie kawałek po kawałku szukając tętniącej prawdy na podszewce własnego życia. Tyle fastryg, na siłę poskładanych, niepasujących do siebie fragmentów. Kiedyś to dopasowywanie bolało. Wrastanie w inną ziemię, żyzną, wymagającą, ale dającą stabilność i poczucie bezpieczeństwa nie obyło się bez łez, buntu i odczuwania inności.
Dzisiaj wydaje się mieć słodki smak pełnej akceptacji. A jednak ciągły jej głód.
Od miesiąca budzę się kamieniem. Zimnym. Tak niewiele było potrzeba. Odrobiny ciepła, by nim przeniknąć i zatrzymać w sobie na dłużej. Deszcz za oknem zmywa złudzenia. Próbuję odnaleźć zabrane zabawki. Pusty domek dla lalek. Łamią się malutkie drzwi. Framuga stara i słaba. Ustawiam poprzewracane mebelki. Parę porwanych szmatek owijam wokół nadgarstków, aby nie czuć przyspieszonego tętna.
Ukojenie przynosi sen.
Jak go przyśnić? Znika w szczelinach okien niepewności przebudzenia.

sobota, 21 lipca 2012

W zagięciach kartek

Piątkowy wieczór oparł się zmęczony o fotel, chowając zagniecenia z całego tygodnia pod miękkość wełnianego koca. Spracowane dłonie wtulił pod grubą warstwą oliwkowego kremu. Gaszę mikroskopijne rozproszenie przyglądające mu się przenikliwie spod pochylonego klosza jednonogiej lampki.
Otwieram "Dziennik" Sławomira Mrożka rozmyślając o chwilach, kiedy moje słowa tylko czekają, aby umościć się wygodnie na kartce, pragnąc wyślizgnąć się z ograniczającego kokona myśli i wybrzmieć w takt osiadających na bieli liter. Niby łaskoczą, podrażniają podniebienie, a kiedy już im pozwolić utkać własną historię, nie potrafią udźwignąć tego, co chciały sobą wyrazić. Rozkruszają się na drobinki czarnego pyłu, nic nie znaczącego, ot, takie ślady po rozlanym mleku.
Kiedy myślimy, wiemy, o co nam chodzi, kiedy mówimy, kiedy już powiemy, zostajemy trochę rozczarowani - notował sam Sławomir Mrożek w swoim "Dzienniku".
Jakże przykrym jest pozwolenie na zapisanie tego rozczarowania. Lepiej było pozwolić się im utopić w niewypowiedzeniu niż zostawić po sobie piętno niepotrzebnej bytności. Trudno. Może innym razem będę potrafiła ułożyć je w zgrabniejszą formę, architektoniczną konstrukcję zdań, które uniosą coś więcej niż ciężko osiadające elementy słowotwórcze. 
Tymczasem noc minęła bez słów. W głuchej ciemności ścielącej się nieprzeniknionym welonem ponad dachami zapadniętych w bezruchu domostw.
Obudziłam się dotykając dłońmi powierzchni słonecznego poranka. Palce wtopiły się w ciepły rumieniec na poduszce. Zasłona lekko poruszana delikatnymi podmuchami wiatru współistniała z oddechem budzącego się dnia. Spokój. Cisza. Przysiadła na parapecie, jak kot który udaje posążek sfinksa. Ściągnęłam z oparcia krzesła sukienkę w rozkwitłe maki. Brzuchate winogrona w purpurowych koszulkach wylegiwały się leniwie na półmisku. Pozbawione pestek były wadliwie idealne. Nic w nich nie było do rozgryzienia. Nazbyt oczywiste i smakowite. Mięta ukwieciła wierzchołek giętkiej gałązki blado-liliowymi puszkami. Dzień zapowiadał się barwnie, jak na moją skromną paletę kolorów weekendowych.
Zabieganie mijającego tygodnia roztapia się niczym masło na ciepłej grzance. Kawa na tarasie w otulinie waniliowego smaku. Chłodno. Rozchylone kielichy malw kuszą mgiełką rozbielonych płatków, niczym spódniczki baletnic. Szpaki odlatując strzepują ze skrzydeł łyk słodkiego nektaru poranka. U stóp lawenda roztacza czułe pragnienie wybrania się do Toskanii. Zbyt łatwe skojarzenie wręcz boli, jak rana na wypalonym ognisku po wygasłych marzeniach. Ostatnio nawet do nich nie mam siły. Snuć, rozwijać je  niczym drogę nie do przebycia, zbyt odlegle rozrysowaną na mapie nieosiągalności. Kolejna, nieudolna próba zmierzenia się ze sztuką kartografii. Jeszcze tyle muszę się nauczyć.
Utknęłam w zagięciach kartek próbując nanieść, choćby szkic, najbliższych dwóch dni, wypełniając je po gładko obrysowane brzegi nocy. Odczuwaniem, zapachem, smakiem  naiwnej wiary w nieulotność doznań, nieprzemijalność uczuć. Zaszeleściło. Opasły tom wspomnień ledwo mieści się w dłoniach. Niełatwo unieść taką różnorodność emocji, uczuć. Tyle warstw, zapisków, notatek, uchwyconych spojrzeń na siebie samego, na ten nieprzenikniony byt w pisarstwie spostrzegany jako udręka i błogosławieństwo zarazem. Niepokora. Bunt. Wrażliwość obserwacji. Ironia. Szyderstwo. Tęsknota. Intuicja. Gruba podszewka uczuć, których nie potrafię w sobie pomieścić, ułożyć w zgodną całość. Targają mną zmienne uczucia. Aura Mrożka. Nieprzewidywalna. Pełna słońca, deszczu, gradu, ciemnych chmur i śnieżnobiałych obłoków. Intryguje. Kusi. Złości. Rozczula. To jak ciągłe wchodzenie pod drabinie, stąpając szczebelek po szczebelku i kiedy już mam wrażenie, że stopa stoi bezpiecznie, nagle się zsuwa. Jak jednak chwiejna ta równowaga.
Znowu od początku. Wspinaczka. Zresztą nie tylko, bo drążenie tunelu tożsamości Sławomira Mrożka odbywa się na tak wielu poziomach, tak wielu płaszczyznach przynależności do siebie, sztuki, świata, swojego pisarstwa. Podglądam jak stawia każdą literę, słowo. Zamaszyście. Szybko. Zawadiacko. Leniwie. Mogłoby się zdawać, że czasami łapie swoje myśli naprędce od niechcenia, tworzy z nich poplątane włóczki, by za moment nitka po nitce, jakże precyzyjnie tkac z nich wielobarwność stron swojego życia, garnitur ze wszystkich dni, miesięcy. Chwilami cierpkie. Jak zielone winogrona pełne drobnych pestek. Najprzyjemniej móc je rozgryzać. Jak rozgryźć Sławomira Mrożka?
Rozmaicie. Jak porażenie ośrodka centralnego nerwów. Czuję się aż w nerwach najbardziej peryferyjnych.

fragmenty z I tomu
Sławomir Mrożek "Dziennik 1962-1969"
wyd. Wydawnictwo Literackie, 2010