Nie podkrada się konfitury z róży

Otwieram okno wycinając ramą kawałek zewnętrznego świata, który wpada do pokoju gęstością wilgotnego od deszczu powietrza. Obraz wyrwany z nienaruszalności miasta, niezmiennego w swoim architektonicznym pięknie, jak fragment ołtarza Wita Stwosza, wycinek z witraży Józefa Mehoffera czy niebiańskiego sklepienia kościoła Franciszkanów. Leży na podłodze w swojej doskonałości naruszając obojętność niewyszukanego wystroju hotelowego pokoju.
Stoję nieruchomo próbując wtopić się w wieczorną atmosferę przesączoną turystycznym gwarem, wybrzmiałym odgłosem hejnału z wieży mariackiej, owijającego jej spadzisty dach z czterech stron świata. Poddaję się powolnemu rytmowi przemykającemu podziemiami miasta i rozsiadającemu się leniwie na ławeczkach wzdłuż Plant. Franciszkańską przejechał ostatni dzisiaj tramwaj gubiąc odgłos dzwonków w progach kościoła Dominikanów.  Bezdomni zawijają w poranną gazetę kolejny łyk goryczy. Krzykliwe tytuły już dawno straciły na swojej aktualności.
Zawieszam wzrok w oknie naprzeciwko. Jego rozświetlone wnętrze, zamknięte w granicach wyznaczonych poszarzałą framugą, kusi spojrzenie wnikające nieproszoną ciekawością w prywatny obszar skryty za firankami kwiatów i wzorzystych tkanin stających się żywymi polichromiami, o zmroku zyskującymi umiejętność poruszania się cieniem odbijającym się w księżycowej poświacie i świetle ulicznych latarni. Staruszka w długiej koszuli nocnej drepcze po gęsto zastawionym meblami pokoju. Ciasno tam i tłoczno, jakby całe pokolenia krzeseł, komód, kredensów i szafeczek zebrały się na rodzinnej naradzie wokół ciężkiego stołu niepewnie już stojącego w centrum niewielkiego pomieszczenia. Szklanka w plecionym koszyku. Fajansowy talerzyk w drobne kwiatki, a może tylko w okruszki po obwarzanku z makiem. Łyżeczka ostała z wojennej zawieruchy, osierocona po finezyjnie zdobionym serwisie jest niemym świadkiem dawnej świetności tego miejsca. Odgłos dorożki znikającej za rogiem kamienicy wnosi coś z mistycznego doświadczenia cofnięcia się czasu odbierającego możliwość przekazania skradzionych, przed chwilą, spostrzeżeń słowem. Pozostaną obrazem pod powieką oka. Staruszka staje w oknie naprzeciwko. Zawstydzenie dostrzeżenia intymności czyjegoś świata odwraca mój wzrok w stronę obcego pokoju hotelowego.
Nie powinno się wnosić własnych wyobrażeń w progi czyjegoś domu. Między ściany utraconych kolorów i przetartych chodników z zakopiańskim motywem. Przestawiać mebli robionych na zamówienie przez zaprzyjaźnionego stolarza, ścierać kurzu z długoramiennych kandelabrów, odstawiać kubka z niedopitą kawą na stary, kuchenny blat ani rozpościerać na wytartych deskach podłogi wyblakłego dywanu pozbawionego dawnej miękkości. Nie podkrada się z kredensu konfitury z dzikiej róży. Nie budzi się postaci ze starych zdjęć spoglądających nieruchomo wzrokiem pełnym niedowierzania nad zmieniającą się płynnością ruchów staruszki. Nie ceruje się dziur w poszewkach poduszek. Pozwala im się oddychać, wypuszczać zbierane w podszewce niepokoje nadchodzącej nocy i  oczekiwania na nadzieję nowego poranka.
Zamykam okno na nie swój świat. W obcym pokoju hotelowym zapachniało konfiturą z dzikiej róży.



W małym mieszkaniu na osi przeciągu

Zapewne ktoś jednak rozmyśla o tym, czym jest dobro,
Nawet wtedy gdy jest późno, żeby się pomylić -
Czy to wszystko było możliwe, nawet miłość, nawet
Całkowita samotność, ale dla kogoś innego, w innym życiu,
Nie tu, w tym małym mieszkaniu na osi przeciągu.

Surowość poranka przydaje rumieńców resztkom ciasta z pigwą. Rozkrawam ostatni kawałek nadziei na mniejsze porcje. Będzie można delektować się nią dłużej. Nim słońce schowa się w purpurze zmierzającej na kraniec ciemności. Pójdę jego śladem zwiedzona światłem rozproszenia osiadającego na kosmykach myśli wplecionych w słomkowy kapelusz wiosny. Ptaki wtórować będą dzwonom dalekiego kościoła rozbijającego czas na pojedyncze nuty rozmodlonych pacierzy. W nich słyszę siebie, a dzień w jutrzence niewinności wniknie pod skórę Twojego spojrzenia.
W kącikach warg spierzchniętych uśmiechem kołysać się będą jutrzejsze krople łez złapane ostatnim tchnieniem w krągłość przepalonej żarówki. Ślad po rozpalającej nieobecności. Pozostaniesz zawiniątkiem rozsypanych wierszy. Słowa szpulką nierozwiniętej wstążki na drodze tułaczej udręki, pęcherzykiem powietrza w ciężkiej glinie. Oddałeś obrazy swoich dni na własność innym w ostatnim pulsie tętna. 
Surowość poranka przydaje rumieńców resztkom ciasta z pigwą. Rozkrawam ostatni kawałek Twoich wierszy na mniejsze porcje. Wersety w ziarenkach goryczy i nienasycenia. Będę mogła delektować się nimi dłużej.

Aby przeżyć ten wiersz, muszę milczeć,
Sławy i nędzy rym wciąż odnajdując
Mówić znowu to, co mówiłem zawsze -
Walczyć o życie tym, o co życie nie dba
Nie dla osób liczących swej profesji
Zyski i straty, w nadziei wieczystej
Dzierżawy gruntu, który wystarczy na grób.

Jeśli chcesz, by wiersz przeżył ciebie, mów.

.


fragmenty wierszy Macieja Niemca
z tomiku "Stan nasycenia"
wyd. Zeszyty Literackie, seria poetycka 

Myśl to forma odczuwania

Dopiero niedawno, kiedy zwrócono mi na to uwagę, zdałam sobie sprawę, jak często w mojej eseistyce i prozie pojawiają się te same tematy i jak często wyrażam te same sądy czy zaprzeczenia. Gdy odkryłam, jak bardzo jednorodna jest moja myśl, niemal się przeraziłam.

Znowu w drodze. Jednorodna trasa. Niezmiennie wiodąca po tym samym odcinku przestrzeni nakreślonej położeniem miast. Obrazy te same, tylko nowe spojrzenie i mnogość wymawianych słów. Różnorodność ich pochodzenia wypełniająca szczelnie przestrzeń ciasnego przedziału. Jakby wszystkie musiały się spotkać w tym właśnie miejscu, z tak dokuczliwą intensywnością, aż im samym duszno. Jedne, zatem, uciekają przez szczelinę niedomkniętych drzwi, inne osiadają ciężko na klawiaturach pospiesznie otwieranych laptopów, skrywają się między wydatnymi kształtami walizek i w zagnieceniach toreb podróżnych. W tym zawężonym, fragmentarycznym obszarze podróży, wycinku drogi, przywołują odległe od siebie szerokości geograficzne rzeźbione mocnym akcentem, prowadzone miękką melodią i rytmem przerywanym nowymi słowami pojawiającym się w przedziale. Ostatnie z nich przychodzą zasapane i zmęczone, ciągnąc się jeszcze wąskim korytarzem niczym przyciężki bagaż, by osiąść w ostatnim wolnym fotelu.
Zazdroszczę ciszy, która została na peronie. 
Przenika drżeniem. Pociąg rusza sprawiając, że słowa wirują niczym fusy w szklance. Łączą się, prześcigają, przyglądają sobie, rozbijają o zakurzone lustro okna zadziwionego zwinnością ich ruchów. Pojawiają tak szybko, jakby w obawie, że umknie, jedynie im przypisany, moment narodzenia i stracą na ważności wszystkie ocalone za ich pomocą emocje. Uspakaja je dopiero monotonny sen i znużenie. Zatrzaskują się w bezdźwięcznym unieruchomieniu wąskich warg. Zatrzymując w pół-geście, niedokończonym znaczeniu swojego istnienia. Ich milczenie staje się jednakie. Nic ich już nie różni: kolor skóry, kształt czy pochodzenie. Niezdolne do wypowiedzenia własnego 'ja" tracą na swojej odmienności. Stają się niczym posągi bez wyrazu kruszące się wraz z każdym ciężkim oddechem uśpionych pasażerów.
Milczenie. Mgliste, bezkształtne i pozbawione umiejętności pobudzania zmysłów, przywoływania barw i zatrzymywania obrazów. Pozbawione smaku. Wyjałowione, a przecież to w nim rodzi się myśl, forma odczuwania potrafiąca wyrazić smutek, zamyślenie, oddalenie. Odczuwanie siebie.
W moim odczuciu jednak prawda wiąże się z milczeniem, z refleksją, z praktyką pisarską. Mowa nie jest skarbnicą prawdy lecz bladą i prowizoryczną wersją pisania.

Czytam słowa zapisane. Naznaczone chorobą. Oswajaniem strachu i przemijalnością daną każdemu. Ujęte w myśli skupione wobec wojny z własną słabością i ułomnością świata. Zamknięte w sztuce fotografii i zatrzymywanych na kliszy zmiennościach czasu i ludzkiego ciała, ale i sztuce zachowywania dystansu do własnych doświadczeń. Naznaczone dążeniem do wykształcenia własnych, uniwersalnych wartości, jednorodnej różnorodności poglądów, w ciągłym głodzie wiedzy i doskonaleniu warsztatu pisarskiego.
Jednym z najtrudniejszych wyzwań pisarskich jest to, że trzeba w izolacji prowadzić rozmowę z samą sobą, co jest zupełnie nienaturalne (...) Cudownie byłoby zacząć od początku bez jarzma wykonanej dotychczas pracy. 

"Myśl to forma odczuwania". Wersja pisana rozważaniem o prostocie prozy i zagęszczonym stylu poezji. Szukaniem metafory w literaturze i w życiu. W prostocie dźwigania odpowiedzialności za siebie i czegoś znacznie więcej.
Powiedziałeś, że literaturze zawdzięczamy wszystko, czym jesteśmy i czym byliśmy. Jeśli znikną książki, zniknie historia, znikną ludzie (...) Książki to nie tylko prosta suma naszych marzeń, nasza pamięć. Dają nam także możliwość wykraczania poza samych siebie. Niektórzy ludzie uznają czytanie wyłącznie za rodzaj ucieczki - ucieczki od "prawdziwego" świata codzienności do domeny wyobraźni, uniwersum książek. Książki są czymś znacznie więcej. To sposób na osiągnięcie pełni człowieczeństwa.

"Myśl to forma odczuwania.
Susan Sontag w rozmowie z Jonathanem Cottem"
Wydawnictwo Karakter, Kraków 2014




Eseje i jesienie

"Lektura" nie jest może najszczęśliwszym dla takiego patrzenia słowem, nie byłby też nim "ogląd", ponieważ oba zakładają pewien chłód obserwacji, podczas gdy będziemy tu na gorącym terenie, gdzie błyski obrazów uderzają w nas głęboko, w samo sedno. I gdzie trwa nadal poczucie, że, choć upadły dawne, dziecięce iluzje, bez doznania idealności niczego się w życiu nie dotknie.

Jabłko Olgi. Stopy Dawida. Wygnanie z raju i biblijny pomazaniec. Smak dojrzałego lata na podniebieniu i czekanie na kolejny krok czekający przy łóżku. Gest. Resztka woli życia witającego się ze światem. Wachlarz wspomnień i budzących je skojarzeń, postaci i literackich zauroczeń. Melancholii, jakże obecnej. Wciąż obecnej. Rozpalającej ukryte w cieniu obrazy i twarze na odwrocie staromodnych lusterek, w krótkich chwilach osiadających na dnie filiżanki pachnącej miętą.
Dobre wróżki i stare drzewo uschnięte w samotności. Klisze ulotnej lekkomyślności rozwijane w kolejnych esejach niczym arrasy haftowane wzorzystymi motywami własnych doświadczeń. Spostrzeżeń układanych w miniaturach zapomnianych piosenek, filmowych kadrów i starych map okolic Paryża. Śladami stóp Prousta, śladami jego czasu rozkrawanego na cząstki owocu przesyconego pragnieniem opowiedzenia codzienności widzianej z balkonu zawieszonego nad plastrem asfaltu połyskującego od deszczu i usypanego drobinkami piaszczystej plaży, brzegami sięgającej spokojnego snu.
Alegorie i koklusz. Żółta ściana ciągłego dążenia do perfekcji i nanoszenia ciągłych poprawek. W literaturze. W malarstwie. W tołstojowskiej ucieczce ku nowym pomysłom i kierunkom. W poszukiwaniu gatunków i utrwalaniu własnego stylu. W porzuceniu własnego zauroczenia przeszłością pozostawioną przez Iwaszkiewiczowskiego Wiktora, w jednym kroku oswobodzenia. Smak i zachwyt czyli "Jabłko Olgi, stopy Dawida. Eseje i jesienie" Marka Bieńczyka.

Nie całkiem powieść; nie całkiem baśń; ta dwoistość realistyczno-magiczna wydaje się dziś przed wszystkim trafną definicją prozy melancholijnej - która nie ma czystości gatunkowej i która wprowadza dwoisty, komplementarny i kontrolujący siebie równoważący własne odchylenia ruch odrealniania rzeczywistości i dorealniania nierzeczywistości.


"Jabłko Olgi, stopy Dawida" Marek Bieńczyk
wyd. Wielka Litera, 2015



Przy zaciśniętych zębach, zmrużonych powiekach

Wegetowanie przy zaciśniętych zębach, zmrużonych powiekach, to jak zejście na samo dno studni życia, by poczuć pod stopami pustkę. A jednak wciąż pragnąć zamknąć cząstkę siebie w samotnej próżni, jak utrwala się przemijalność w zimnym kadrze obiektywu. W linijce zapisywanej krzywizny krzyku, kwadracie gładkiej posadzki przeszywanej dudnieniem kroków. Próbując oderwać się od paraliżującego bólu w rozpaczliwej bezsilności.

Nasze sny są również także niedoskonałe:
budzimy się z nich. To naj[gorsze?] [dalej urwany fragment]
                                                    Zgodziłbym się nawet na nieśmiertelność,
gdyby przebiegała we śnie. Przerywanym tylko na jedną sekundę,
aby nagle otworzyć oczy szeroko w ciemność, i szepnąć bezgłośnie:
jak ciepło, jak cicho, jak błogo i znów je zamknąć zatrzasnąć
powieki,
na nową senną wieczność.

Aleksander Wat. Przejmujące wołanie o przebaczenie za zbrodnię śmierci. Lista skreśleń. Lista dokumentów. Kolejny zatrzymany siłą dzień zamknięty w czterech ścianach odrętwienia. Chodzenia po omacku, po obrzeżach celi, której granice wyznaczał kolejny wysiłek ręki i bóle uszczuplone. Gotowe. Przepisane. W zaułkach jedynie chwilowej ciszy i ukojenia świadomie dążącego do wyrwania się ku wolności. Poza własne niedołężne ciało. Poza własną niemoc. Poza nie swoją rozpacz. 
Ostatni zeszyt. Ostatnie zdania. Ostatnie życzenia. Testament pragnień na potem. Przenikliwy świadek zmagań z cierpieniem ciała i czekaniem na dobrą noc. Poruszający wyraz miłości.

(...) Nasza 
jedność była tak jednością, że
nie może przestać być, kiedy
mnie nie będzie. Pamiętaj o tym
i nie rozpaczaj, tylko nie rozpaczaj,
żeby tę jedność naszą, żeby nasze
wspólne istnienie w tej jedności
nie udręczać (...)



Aleksander Wat "Ostatni zeszyt"
128 Zeszyty Literackie, zima 2014




Postać i słowo

Wyprowadził swoje obolałe, od niewygodnego snu, plecy, ramiona i stopy na grafitową szarość balkonu. Patrzył jak pierwsze promienie wiosennego słońca wygrzewają się na parapecie uchylonego okna. Odwrócić twarz ku słońca, to jak przytulić policzek do rozgrzanego kafla starego pieca, w dzieciństwie stojącego w rogu niewielkiego pokoju. Jakby ustawiono go tam za nieposłuszeństwo, karę za dawanie złudnego ciepła prześlizgującego się do domu szczelinami wypaczonych okien, rozsiadającego się wygodnie na niskich taboretach, ustawionych dla zmęczonych wchodzeniem wciąż pod górę stóp, rozświetlającego przykurzone szczeliny między przytulonymi do siebie, wypłowiałą gęstością, zasłon i przywołującego do życia postaci z pociemniałych portretów. 
"Widzieć jaśniej w zachwyceniu" pisał Marcel Proust. Słowa nie mają wstydu. Stają w swojej nagości przed każdym kto je wypowiada. Tylko ich kształt zmienia się w zależności od charakteru pisma, który je rysuje. Znaczenie pozostaje takie samo, nie do naruszenia mimo różnej intensywności naciskania tuszu na papier.
Z coraz większą rozwagą je wypowiadał. Coraz rzadziej je zapisywał. Bał się ich stałości, umiejętności przechodzenia z pokolenia na pokolenie niosąc bagaż jakim zostają obarczone we wspomnieniach i niemożliwej do spełnienia przyszłości. Każde z nich już wypowiedziane i zapisane po stokroć, częściej, a mimo to wciąż przywoływane. Układane na nowo, w dowolnym szyku i kolejności, nadając nowy sens czyjemuś istnieniu.
Chciał być słowem. Niezmiennym. Przywoływanym. Komuś potrzebnym. Stałym w życiu kogoś kto spogląda w lustro pod koniec więdnącego piękna, dopijającego ostatni łyk kawy, chwytającego ostatni skrawek pogniecionego życia. By uśpić strach przed jutrem.
Zamknął drzwi niewielkiego balkonu zabierając na swoich barkach złudność wiosennego ciepła zawijając go w pergamin niekończącej się przypowieści. Cień ciężkich zasłon pochłonął echo, zagłuszonych ulicznym gwarem, słów wytłaczając we włóknistej strukturze nowe wzory splotów. Zasłonił okno, by móc je odczytać.

Do widzenia. Do jutra.

Nigdy umarłym nie wzbraniałem odejść,
oszołomiony ich pewnością celu,
tak rychłym ich zadomowieniem w śmierci,
ich, wbrew opinii, racją. Tylko ty,
ty wracasz; muskasz mnie dotykiem, przy mnie
krzątasz się, szukasz, o co by potrącić,
by dźwięk cię zdradził. Nie odbieraj tego,
co długo sobie przyswajałem. Słusznie;
nie warto tęsknić za tym, co wzruszało.
Tego tu nie ma; w nas się przeistacza;
odbitym światłem odrzucamy w głąb,
z bytu we wnętrze, to co poznajemy (...).

Zdarza się cisza. Niemożliwa do wypełnienia żadnym dźwiękiem, dotykiem spojrzenia ani zapachem. Cisza niedoznanych zmysłów. Zatrzymanych nagle gestów. Cieni prześlizgujących się przez szczelinę niedomkniętych drzwi szafy wypełnionej ciemnością porzuconych sukienek lub po krawędzi kartek niedoczytanych książek. Obecność iluzoryczna. W ciszy intymnej pustki rozpoznawana po pozostałych przyzwyczajeniach skulonych w zawiniątkach wspomnień. Przedmiotach niezmiennie trwających na swoich miejscach. W próżni przepalonej żarówki, pęku zaschniętych długopisów, wycinkach pożółkłych gazet, ostatnim wierszu, przepoconej odchodzeniem pościeli. Nienaruszalnych jak pamięć o nieobecnych. 
Zdarza się słowo. Zdolne do przywołania życia, jak dźwięk wykrzyknika rozdzielający ‘nie’ od ‘obecność”. Miejsce graniczne między niezgodą na odejście i utuleniem nieobecności w słowie. W rozmowie wskrzeszającej istnienie. Zatrzymane w kadrze filmu, nieodwołanym spektaklu teatralnym, strachu przed nieuniknionym samobójstwem, ostatnich wakacjach. W wyprasowanych koszulach, które już nie poczują ciepła czyjejś skóry pozostając jedynie zimnym płótnem odbijającym się w lustrze rekonstruowanych fragmentów z życia. 

(...) Nie wstydź się spotkań z umarłymi, z tymi
innymi, co wytrwali aż do końca.
(Cóż mamy nazwać końcem?) Wymień z nimi
spojrzenie - jak przystojność każe - w ciszy
i nie miej obaw, iż żałoba nasza
obciąża cię w ich oczach ostentacją.
Nie dla nas wielkie słowa z czasów, w których
dzieje widoczne były jak na dłoni.
Gdzież nam do zwycięstw? Przetrwać, oto wszystko.

Krystyna Janda o Edwardzie Kłosińskim. Paula Sawicka o Marku Edelmanie. Leszek Sankowski o Teresie Torańskiej. Alicja Kapuścińska o Ryszardzie Kapuścińskim. Joanna Sobolewska-Pyz. Maria Iwaszkiewicz o Bogdanie Wojdowskim. Krystyna Cierniak-Morgenstern o Januszu „Kubie” Morgensternie. Ruta Wermuth-Burak. Zuzanna Janin o Marii Anto. Julia Hartwig.
Ponowne spotkanie. Chwila uchwycona w wąskich przesmykach wzruszeń. Drżeniu ściszonego głosu. Oddalającym się zamyśleniu. Oswajanie śmierci zamkniętej w muszli zdławionego bólem szumu rozstania. Na cienkiej linii oddalającego się horyzontu łączącego opustoszały kawałek ziemi ze skrawkiem nieba. Poświaty niegaszonej lampy w oknie. Obecności przysiadającej na pustym krześle. Miejscu na przejmującą, osobistą rozmowę. Próbę sportretowania przetrwania, z uwierającymi grudkami ziemi między ściśniętymi palcami. Wyblakłym śladzie po przynależności do kogoś. Subtelnie. W kruchości spotkania z utraconą obecnością, lepkości ciemności spowijającej powieki. Zdarza się cisza.
Remigiusz Grzela  dla Agaty Kabat. W cieniu jej niegasnącej obecności.

Taką bym chciał zachować cię w pamięci
jak w głębi lustra, w której się schroniłaś
przed wszystkim. (...)
Stań w świetle świecy. Nie jest dla mnie straszny
widok umarłych. Kiedy się zjawiają,
jakież jak inne rzeczy mają prawo,
żeby zabawić chwilę w naszych oczach.
Stań tu; przez chwilę pomilczymy razem.

Remigiusz Grzela "Obecność. Rozmowy"
książka dedykowana Agacie Kabat
wyd. Babel, Warszawa 2015

oraz fragmenty "Requiem - Pamięci przyjaciółki" 
Rainer Maria Rilke z tomiku "Osamotniony na szczytach serca"
w tłumaczeniu Adama Pomorskiego, wyd. Świat Książki



Proszę nie przychodź więcej w snach

Proszę, nie przychodź więcej w snach. Oswojoną codzienność rozbijasz na miliony zapomnianych gestów.
Z szufelki wysypują się resztki przebrzmiałego echa dudniąc jak deszcz spadających litery z nazw niezamieszkanych miasteczek na przekrzywionych drogowskazach.
Sady posmutniały na bezdrożach. Rozkrawane jabłko, wypełnione zapachem późnego lata, pozostawia na talerzyku ciemne pestki zapomnianego już smaku. Tasiemki rumianej skórki serpentynami więdną bez Twojego oddechu, a smutek rozciągnął się na wycieraczce do jutra.
Cedzę słowa przez gęste sploty zardzewiałego sitka. Tekst istnieje tylko wtedy, kiedy można go przeczytać. Czytam coraz mniej. Obejmuje mnie czas, którego coraz mniej. Rozsypane litery alfabetu zamiatam pod chodnik zadeptywany pospiesznymi krokami przechodniów z wczorajszego dnia. Zostaną zdjęciami na niewywołanym filmie zamkniętym w ciele przestarzałego aparatu.
Szpulki wyblakłych nici, linijki połamane z matematyczną dokładnością, pagórki zaschniętej farby, śmieszny pierścionek z odpustu i tomik nienapisanych wierszy. Profil książki bez tytułu. Flakonik perfum przesiąknięty zapachem farby drukarskiej i ciemna klisza na dnie tekturowego pudełka zaklejonego szarą taśmą.
Proszę, nie przychodź więcej w snach. Oswojoną codzienność rozbijasz na miliony zapomnianych gestów.


Nikt inny tak tobie nie powie

35. rocznica śmierci Jarosława Iwaszkiewicza

Tymczasem to, co uważał za swoją słabość, z czasem okazało się siłą jego twórczości. Właśnie owa staroświeckość, to, że nie podążał za swoim czasem (prócz kilku prób socrealistycznych) i był "niedopasowany". Był wierny swojemu odczuwaniu świata. "To chyba i cała wada mojego pisarstwa, wszystko tam odczute, a nic nie pomyślane". Nikt tak jak Iwaszkiewicz nie opisał i nie odczuł zagadki śmierci. (...)
Iwaszkiewicz w Dziennikach obsesyjnie żegnał się z przeszłością. Powtarzał swoje pytanie z dzieciństwa: "I to wszystko?", które jest znakiem nienasycenia życiem. Ale też nie wierzy, żeby coś jeszcze było przed nim. Przyszłości nie widział. Widział tylko fiasko wspaniale zapowiadającej się drogi. Tymczasem pod sam koniec życia, niedługo przed śmiercią w 1980 roku, powstały najpiękniejsze wiersze, jakie kiedykolwiek napisał do tomu Mapa pogody i Muzyka wieczorem. W tych strofach jest i niewygoda starości, i czułość dla minionych ludzi i przedmiotów, i żal, że nikogo się już nie obchodzi. I świadomość, że "świat będzie tak sam. Beze mnie". I jest też poczucie, że mówił o poezji (w prozie również) własnym i zupełnie wyjątkowym głosem. "Ty - nie zostawiaj mnie tutaj samego/ Gdy odlatują gwiazdy i bogowie/ Posłuchaj słowa prostego mojego/ Bo już nikt inny tak tobie nie powie".

fragment "Nikt inny tak tobie nie powie" 
autorstwa Justyny Sobolewskiej
z książki "Spotkać Iwaszkiewicza. Nie-biografia"
pod redakcją Anny Król


Szukając stałego punktu

Znalazłam się w takim punkcie życia, gdy pragnęłam osiągnąć jasność. 
Wszystko wydawało mi się takie niejasne od samego początku, od najdawniejszych wspomnień z dzieciństwa...

Drepcze. W podążaniu za tęsknotą. Za jej sentymentalnym cieniem odzianym w żółty płaszcz wypatrywany w ciasnych wagonikach paryskiego metra. W głuchych kamienicach śpiących na obrzeżach miasta. Idzie za nią. W zagadkowych półcieniach wspomnień rozwiązujących się niczym wstążki na warkoczach plecionych niepewnymi palcami matki. W rytmie zasłyszanej piosenki z dzieciństwa powracającej zafałszowanym refrenem. Szukając jej stóp. Obecności oderwanej niczym płat skóry z kory drzewa. W nienazwanych własnych o niej wyobrażeniach. Z bólem wypatrując twarzy, bliskiej jej pamięci, odtwarzanej we fragmentaryczności powiązanych z nią pragnień, chowanych jak postrzępione brzegi w mankiecie przetartej marynarki. 
Idzie. Ścieżką wzdłuż zapalających się pytań o zmroku spowijającym mglistą przeszłość, niezarysowaną wyraźnie przyszłość miejsc spotykanych w poszukiwaniu własnej tożsamości. Niespiesznie. W niezgodzie na zgubienie chwyconego się obrazu mogącego zaprowadzić ją do źródła własnej przynależności. „Perełka”. Nie będąca niczyim pragnieniem. Narodzona z obcego ciała. W płaczu porzucenia. 

- Trzeba znaleźć stały punkt, by życie przestało być takim ciągłym unoszeniem się... (...) Kiedy już znajdziemy ten stały punkt, wszystko pójdzie lepiej (...)

Szukała. Przygaszona w trudzie wędrówki, za podobizną matki noszoną z niewzruszeniem przez nieznajomą kobietę, próbuje zdefiniować siebie samą. Staje się pretekstem do odnajdywania dawno utraconej bliskości w strzępach wspomnień, w pudełku pamiątek, do którego zagląda się jak do pudełka po ciastkach szukając ostatnich okruszków rozsypujących się w placach pozostałością znajomego niegdyś smaku. Sama składająca się z drobinek porozbijanych w lustrzanych odbiciach minionego czasu niemożliwych do ułożenia w całość, zanurza się w chłodnym spojrzeniu przygarniętej do siebie samotności, zapiskach między kartkami odziedziczonego kalendarzyka, starej fotografii i w zimnych porankach złudzenia przeciągającego się aż do spowalniającego bieg godzin popołudnia. Zamieszkując ciemne korytarze przeszłości, pokonując piętra klatek schodowych pełnych okrucieństwa porzucenia potykała się o nieporadność własnych kroków wracających do czasów dzieciństwa. Zamknięta w szklanej klatce wspomnień.
"Perełka" Patricka Modiano. Opowieść o poszukiwaniu prawdy o sobie. Przydymiona niedopowiedzeniem, zanurzona w poszukiwaniu tożsamości. Spokojna, powolna jak uchylanie okna wiosną owiniętą gęstą, poranną mgłą łagodzącą ostrość płyt chodnikowych. Ścieżek do samej siebie rozsypanych jak paryskie dzielnice na mapie miasta.

Na dworze usiadłam na ławce przy ulicy biegnącej wzdłuż ogrodu botanicznego. Nie wiedziałam, na co tam czekam (...) Dziwne myśli chodziły mi po głowie, tak niejasne, że musiałam czekać dziesięć lat, aż się wykrystalizują i zdołam je sformułować.



"Perełka" Patrick Modiano
wyd. Sonia Draga, Katowice 2014








Zakończenie, ale i początek

Filiżanka samotnie odstawiona zanurzyła się w smaku niedopitej herbaty, miękkiej, jakby niedospanej, a może to tylko moje podniebienie staje się coraz mniej wrażliwe. Zgrubiałe. Wodą próbuję zmyć resztki snu osadzające się płytkim oddechem na szybie szczelnie zamkniętej kabiny. Obserwuję przyklejające się przezroczyste obrazy mijającego tygodnia, miesięcy, lat. Z końcem stycznia minęło ich dziewięć. Czas się postarzał, przygarbił i zyskał więcej siwych nitek w spotach myśli coraz trudniej odnajdujących swoje kształty w pozostawianych tutaj sylabach i dźwiękach słów. Pod coraz grubszą warstwą niedopowiedzenia chowam niemożliwe do zamazania niezgrabności i niewybaczalną powtarzalność w wydłużających się przerwach naturalnie przychodzącej kiedyś systematyczności. Niezdolne do zatrzymania zmiany próbuję wciąż utrzymać w dłoniach, palcami wskazując pojedyncze litery, niczym kamienie do układania kolejnych ścieżek. Wychodzą wyboiści i często mało wygodnie dla zmęczonych stóp spacerowiczów. Wciąż się uczę sztuki układania.
Tymczasem wracam z sentymentem do początków, ale też późniejszych wątków, które pozwoliły mi przybliżyć się do innych przestrzeni zamkniętych na małym ekranie pod różnymi adresami. Nade wszystko grona spotkanych osób, dla mnie wyjątkowych, jak to, co sami tworzą i kim są. W moim życiu tworząc wyjątkowy witraż odmiennych barw, kształtów i nasycenia wrażliwością. Witraż doskonały, nie do zastąpienia innym i istotny w każdym najdrobniejszym załamaniu światła przeglądającego się w moich oczach. W doskonałej mozaice różnorodności.
Dziewięć. W numerologii ostatnia z liczb pojedynczych. Zakończenie, ale i początek. Jak w "Domu z witrażem" Żanny Słoniowskiej, gdzie historia kraju przeplata się z historią życia jej mieszkańców, będąc dla nich końcem, ale i początkiem. Nierozerwalnie połączonych ze sobą jak kolorowe szybki artystycznego dzieła zdobiącego wnętrze starej, lwowskiej kamienicy.

Ten witraż jest alegorią wspinaczki życiowej. Towarzyszy każdemu, kto wchodzi lub schodzi po krętych schodach. 

Krętych jak los Ukrainy dążącej, zupełnie jak i dzisiaj, do prawa decydowania o sobie samej, tak, jak decyduje się o własnym życiu, wyborach dróg, które mają poprowadzić do spełnienia marzeń, do realizacji swoich pasji i pragnień, w poczuciu wolności. Ocalając od zniszczenia pamięć, ślad po kuli, czarne fortepiany, fasady starych kamienic i odpadających balkonów, domy dla lalek, błękit nieba i naręcza złotych słoneczników.

Kiwnęłam żarliwie na potwierdzenie tej prawdy czując równocześnie, jak rozpięta agrafka, która ześlizgnęła się z kołnierza mojej kurtki i przeniknęła przez tkaninę swetra, wbija mi się w skórę gdzieś w okolicy żeber (...)
Tamtej zimy z całą pewnością wyszło na jaw, że miasto zmęczyło się wielowiekowym rośnięciem w górę i zaczyna proces osuwania w dół, niczym niepowstrzymana lawina, ciągnąca za sobą przerobione na miazgę wypukłości terenu, pomieszane z z kamieniami i bryłami ziemi. Nie było wiadomo, czy w ślad za balkonami nie pójdą na przykład dachy, a za nimi całe domy, drogi i ludzie, których żywioł wymiecie stąd gdzie indziej, w nie wiadomo przez kogo wskazane miejsce.

Zakończenie, ale i początek. Za każdy z nich dziękuję Wszystkim, którzy chcą je dzielić ze mną, w tej wąskiej przestrzeni literackich wyborów i fragmentaryczności zachowanej tutaj codzienności.

"Dom z witrażem" Żanna Słoniowska
wyd. Znak litera nova, Kraków 2015








W trzyminutowym kadrze niemego filmu

Kilka dni urlopu. Jak zestaw hotelowych kosmetyków, jednorazowego użytku, ustawionych na marmurowym blacie pod lustrem w obcej przestrzeni łazienki. To w niej zmywamy kurz mijającego dnia, ślady cudzych dłoni odciśniętych w naszych, oddech nieznajomego przechodnia, resztki tuszu z rzęs, grudki pudru spomiędzy zmarszczek, które nie chcą zniknąć wraz z kolejną warstwą wody i pozostają niezmywalnym śladem czasu noszonego w sobie. Nagość staje się pierwszym imieniem. Zostawia mnie samą ze sobą. Bazą do mającego przyjść, po urlopie, kolejnego, zwykłego jutra tworzonego z prostych gestów, powtarzalności porannych czynności i przywdziewaniu grymasu, który pomoże wejść w nowy dzień pod warstwą kremu ochronnego i wyostrzonego makijażem spojrzenia. Wtedy też imię przybierze innego znaczenia. W zaparowanej łazience powoli znikać będzie ślad mojej obecności w zawieszonym oddechu niedospania, niezgrabnie porzuconym ręczniku na drzwiach od kabiny prysznicowej, niedokręconym pudełku z sypkim pudrem drobinkami przykrywającym wszelkie niedoskonałości poranka.  Porzucona za sobą senność przekraczać już będzie próg rześkiego przebudzenia utrwalanego kolejnym łykiem dopijanej kawy. Zapachem perfum osiadających pośpiesznie na bladej skórze nadgarstka, by tak przyodziana odnajdywać siłę, w sobie, do pokonywania drobnych załamań w zabieganej codzienności i niezdarnych potknięć o cień chwilowego zmęczenia.
Tymczasem urlop. Otwieram pudełko przysłane mi kiedyś z bezpiecznej odległości. Dla mnie wciąż pokonywanej z nieufnością. Czarna kaseta wsuwa się w wąski otwór odtwarzacza, który za moment dotknie jej duszy i bezuczuciowo wyświetli jej zawartość na ekranie telewizora. Dojrzałam by ją obejrzeć. Dreszcz ciekawości i niepokoju pojawia się wraz z pierwszym obrazem postaci drobnej dziewczynki biegnącej po drewnianym pomoście. Nie znam tego miejsca. Nie potrafię odnaleźć go w zaszłości własnej pamięci. Ruchomy czarno-biały obraz wyraźnie zaciera rysy twarzy, której powoli nadaję imię. Litera po literze długiego wyrazu trudnego do wymówienia, kiedyś, przez obcokrajowców. Ona tego jeszcze nie wie. Nie wie, kim kiedyś będzie ani dokąd prowadzi pomost pod jej małymi stopami. Woda bezszelestnie otula horyzont, jak krótkie loki jej spojrzenie na mnie. Nie widzi tego, co przed nią oddalone i jeszcze nienazwane. Przyglądamy się sobie nawzajem. Z zaciekawieniem. Ze współczuciem. Ja utraconej niewinności dzieciństwa, ona zmagań z samą sobą jakie na nią nieodwołalnie czekają. Stoimy razem na pomoście póki ona z uśmiechem się nie odwróci i nie pobiegnie dalej. Chciałabym móc ją ostrzec, ale i powiedzieć o szczęściu. Słowa rozbijają się o szklaną ścianę ekranu.
Za trzy minuty scena się powtórzy, a ja wciąż będę bezradna. Niezdolna do dotarcia do niej słowem. Do usłyszenia siebie. Zostaję sama ze sobą. W trzyminutowym kadrze niemego filmu.

"Piszę te słowa w Londynie"

Obrazy. Ujęte w ramy. Nieruchomo spoglądające z muzealnych ścian. Nieme, a jednocześnie mówiące tak wiele, pozostając obszarem także do naszej własnej interpretacji. I obrazy niczym nieograniczone. Przemieszczające się wraz z nami. Kryjące się za rogiem ulicy, w kąciku naszego oka, w migawce znikającego zachodu słońca lub sennie przejeżdżającego autobusu. 
Inne trasy. Pokonywane pieszo, mimo londyńskiego chłodu i deszczu, albo metrem sunąc podziemnymi korytarzami miasta. I inne trasy. Muzealnych wystaw, różnych jak artystyczne upodobania. Wszystko zamknięte w dniach i godzinach swoistego dziennika spisywanego w odstępach czasu nakreślanego wizytami w galeriach i w gościnnych progach mieszkania Gabora. W ważności każdej mijającej sekundy.
Okiem się widzi, ale także, w sposób zamierzony lub bezwiednie, wyraża siebie. Bogactwo języka daje tu pojęcie o możliwościach tej ekspresji - pisała w swojej książce, "Inne obrazy. Oko, widzenie, sztuka. Od Albertiego do Duchampa", prof. Maria Poprzęcka.
Wojciech Karpiński przy każdym obrazie Londynu pozostawia cząstkę samego siebie ilustrując ją z gracją dobieranych słów. Wyraża siebie i swoją wrażliwość, umiejętnością widzenia dotykając materii malarskiego płótna niemal w każdym jego ukrytym splocie. Pod warstwą farby, w jej zagłębieniach, załamaniach światła, półcieniach i wyrazistości kolorów. Sam pozostaje w ich tle, w cieniu sklepień muzealnych budynków rozsianych na indywidualnie kreślonej mapie kolejnych spacerów. W rozmowach z Gaborem, a może nade wszystko umiejętności słuchania jego poglądów na życie, w każdej jego sferze. Może dlatego, ze skrupulatnością, Autor notuje nawet godzinę spotkania, uwypuklając ważność tych wspólnie spędzanych chwil.

Sobota, 1 marca 2003
Z Gaborem jestem umówiony na kolację o 19.30 (...) Gabor dał gęstą węgierską zupę i gulasz. Rozmowa do pierwszej. Znów widział źródło zagrożenia dzisiejszej kultury w chęci ujęcia w słowa wszystkiego. Nic nie pozostaje. Wszystko zanika. Stąd kłopoty z tożsamością, z poczuciem własnej wartości.

To swoiste doprecyzowanie czasu wypełnionego rozmową, wychodzącą poza ramy tuzinkowych pogawędek przy filiżance afternoon tea, staje się istotne i dla nas, czytelników, skupionych nad kolejną kartką książki, sącząc każdy nowo widziany fragment podróży ujęty w obrazach i słowach. Same zaś "Obrazy Londynu" stają się także obrazem Gabora. Postaci, która będzie zamieszkiwać już nie tylko swoje ciasne mieszkanie wypełnione książkami, nie tylko pamięć i wspomnienia Autora, ale i nasze własne doświadczenie wyniesione ze wsłuchiwania się w jego sposób widzenia sztuki wplecionej w życie.
Z wdzięcznością wchodzę w ten londyński rytm idąc śladami Autora. Mijamy razem kawiarnie, przeglądamy poranne gazety i doniesienia o wystawach wartych zobaczenia i zauważamy drobne zmiany w rozwieszeniu obrazów na wystawach już nam znanych. Nasze kroki się stapiają z wieczorną mgłą, cienie pochylonych późną porą sylwetek suną za nami niczym spojrzenie znużonego swoją pracą strażnika muzeum. Dla niego obcowanie ze sztuką stało się być może codziennością. Nie ma ochoty na kolejne spotkanie z Tycjanem ani by schwytać na moment spojrzenie Moneta zza ściany deszczu. Zawsze może to zrobić dnia następnego, a może kolejnego nienaznaczonego żadną datą ani godziną. Męczeństwa świętego Maurycego. Wychodzimy zostawiając za sobą zamykające się drzwi kolejnej londyńskiej galerii. Księgarnie. Przystanki autobusowe. Opustoszałe stoliki w restauracjach, filiżanki pozostawione na wczorajszej gazecie jak z obrazu Józefa Czapskiego. On też obecny. Nieodzowny w tych wędrówkach, jak jego umiejętność widzenia. "Wystarczy patrzeć naprawdę patrzeć oczami bez przyjętej hierarchii (góry piękne - szmaty brzydkie), żeby en voyageant autour de ma chambre człowiek mógł przeżywać to, czego inni nie mogą dojrzeć, kręcąc się naokoło jak wiewiórki". Wytężam wzrok i słuch. Na obrazy. Na słowa. Porzucam przyjęte hierarchie. 

O Bonnardzie powiedziano, że nie malował świata, ale malował nasz proces postrzegania (...) Sam o sobie powiedział, że chciałby przedstawić na płótnie wrażenie, jakie się ma, gdy nagle wchodzi się do pomieszczenia. Powiedział też, że sztuka jest zatrzymywaniem czasu".

"Obrazy Londynu" Wojciecha Karpińskiego malują nasz proces postrzegania, a jego umiejętność widzenia sztuki zatrzymuje czas, byśmy mogli go lepiej dostrzec i przeżyć. Wpatrywać się w obrazy, by rozumieć więcej.

Piątek, 19 września 2008
Obudziłem się o 10.50, dość napięty, myślę z niepokojem o moich planach pisarskich, nie tyle o ich braku (bo jak najbardziej są) czy małej realności, ile o ich rozległym rozłożeniu w czasie. Łączy się to z wyjazdami, które są mi potrzebne, także do pisania. Wynika wyraźnie, że do stycznia zaległościami się nie zajmę. Na pewno jednak pobyt londyński dobrze mi zrobił. I doceniam wspaniałe warunki, jakie mam u Gabora, także dzięki możliwości kontaktu z jego niezwykła osobowością.


Wojciech Karpiński "Obrazy Londynu"
wyd. Fundacja Zeszytów Literackich, Warszawa 2014



Nie umiem tego inaczej powiedzieć

(...) Nie jestem pewien, ale pamiętam, jak tylko raz po nią wyszedłem. I rzeczywiście padało. Mogłem mieć siedem lat. Poszedłem do kwiaciarni. A w drodze na przystanek papier, w który był zapakowany kwiat, kompletnie przemókł i przykleił się do niego. Nie wiedziałem, co robić. (...) I dramat. Za nic nie chciałem dać go jej w tym stanie, w tej postaci. Zacząłem ściągać ten cholerny papier. Nie chciał odejść w całości. Rwał się cały czas. Pokaleczyłem się o szpilki i kolce. Ludzie na przystanku patrzyli na mnie. Wstydziłem się, że widzą, że coś źle robię. Schowałem się za przystankiem. Zmokłem. Było mi naprawdę źle (...) W końcu w niemocy szarpnąłem z całej siły za ten papier. Oderwał się i spadł na ziemię razem z kwiatem. Pamiętam jak powoli leciał. W ręku została mi sama łodyga.

Ta scena mogłaby posłużyć za kwintesencję wszystkiego, co chciałabym napisać o tej książce, bo jakże opakować w słowa to, co w niezdarności wyrażeń mogłoby zniszczyć istotę historii Daniela. Zniszczyć to odczuwane podskórnie „Reisefieber”. Niepokój przed podróżą, nade wszystko w głąb samego siebie, ale może i po trosze przed podróżą w swoje dalsze życie, które bywa kwiatem zawiniętym w przemoknięty od deszczu papier. Dużej zręczności wymagając od siebie, aby odwijając go nie pokaleczyć rąk szpilkami, by w dłoni nie została jedynie łodyga pozbawiona tego, co w istocie samego życia najważniejsze. Międzyludzkich relacji. Rodzinnych więzi jakże często skomplikowanych i obrośniętych bluszczem zaniedbania, bo wymagających pracy, by móc je utrzymać, bo dopiero po latach okazują się ulotne i nie do nadrobienia. Jak niemożliwe jest zawrócenie czasu przywołując wspomnienia wydarzeń nawet po wielokroć. Szukając utraconej osoby we wspomnieniach innych. Między kałużami, w ciemnych taksówkach, w pęknięciach na suficie stających się własnością wspomnień z dzieciństwa. W rozchodzących się w przeciwnych kierunkach uczuciach, w niepewność, w smaku herbaty i milczących budkach telefonicznych. Szukaniu szansy na rozumienie.

Wydaje mi się (...) że zastanawianie się, jaka była naprawdę, nie ma sensu. Nikt tego nie wie. Ani pan, ani ja, ani nawet Astrid. Dlatego myślę, że ważne jest ta Astrid, którą pan pamięta. Nie umiem tego inaczej powiedzieć.

Pozostajemy zatem tacy, jakich nas zapamiętają inni, nawet jeśli to tylko jakiś kawałek na samych, niewielka część znacznie większej złożoności. Taką dla Daniela miała pozostać Astrid. Jego matka. Obrazami z pamięci. Dawnymi wydarzeniami, notatkami do "nowoczesnej powieści" powstającej z natrętnym trudem, jak próby Daniela złożenia w całość ostatnich lat Astrid. Z kartki noszącej zapis ostatnich zdań, cienia stojącego na krawędzi istnienia, krzyku przerażonego dziecka i szpitalnych korytarzy. W niewidzącym spojrzeniu psychoterapeutki. W niepamiętanej cyfrze z numeru telefonu. W odosobnieniu. We własnym natręctwie i próbach nie zauważania siebie w lustrach i nie myślenia w pierwszej osobie. Szukał matki, by odnaleźć siebie. Składał w całość jej życie, aby ułożyć swoje. Zbierał jego fragmenty jak brzęczące monety do puszki, jak niekończące się spojrzenia na zegarek które mogłyby na chwilę zatrzymać czas między dwoma wskazówkami albo przyjrzeć się uważniej każdej mijającej właśnie chwili. W potrzasku własnych domysłów.

Zastanawia się, co wtedy czuł. Nie wie i już się chyba nie dowie, bo nikt poza nim nie może tego wiedzieć. Nie da rady wyciągnąć tego z siebie.

"Reisefieber" debiut literacki Mikołaja Łozińskiego. Dla mnie, po przeczytaniu "Książki", potwierdzenie szlachetności jego prozy z wyczuciem szkicującej historie, pozwalającej czytelnikowi składać je z zebranych fragmentów. Proza wyważona i subtelna. Spokojnie płynąca na tarczy zegarka, tykająca rytmem podróży w siebie.

W końcu w niemocy szarpnąłem z całej siły za ten papier. Oderwał się i spadł na ziemię razem z kwiatem. Pamiętam jak powoli leciał. W ręku została mi sama łodyga.
- Jaki to był kwiat?
Zdziwiło go to pytanie. Jakby myślała, że kiedyś może go gdzieś zobaczy. I pozna.


"Reisefieber" Mikołaj Łoziński
wyd. Wydawnictwo Literackie, 2011

Dwanaście zauroczeń

Wszystkim, którzy towarzyszyli mi w tej przestrzeni
w mijającym roku, życzę aby Nowy 2015 Rok przyniósł 
Wiele Mądrych Książek
 Spełnienia, choćby, Jednego Marzenia
Dni Wartych Zapamiętania!

Za moje czytelnicze zauroczenia w rok 2014
dziękuję jej Autorom.i Wydawcom.
Oby 2015 był równie zachwycający.


Spis przedmiotów

Moja mama wyjmowała z teczki klucze, które po sobie zostawił. Leżały w pękach, w zatłuszczonych torbach foliowych po mleku. Niektóre były lepkie, zardzewiałe lub połamane. Setki kluczy.
Pod naskórkiem naszych własnych przyzwyczajeń mieszkają cienie naszych przodków. Dziedzictwo płynące w wąskich żyłach nawyków i niewytłumaczalnych tęsknot otrzymywanych w spadku od wcześniejszych pokoleń. Rytuałów codzienności trzymających nas na wodzy rodzinnych więzi często rozpościerających się w zakamarkach różnie nakreślonych szerokości geograficznych. Czasu zatrzaśniętego w wąskich szufladach, które zdają się niemożliwe do wysunięcia z objęć pamięci niechętnej jakimkolwiek powrotom, czy to w obrazie czy choćby w słowie zatrzymującym się między wargami z trudem odnajdującymi smak minionych chwil. Chwil, które odeszły wraz z czyjąś sylwetką, twarzą będącą odbiciem pragnienia ujrzenia nieobecnych, zapisem rozmowy, śladem dłoni na słuchawce telefonu, a każda z tych prostych czynności przywoływanych ze wspomnień staje się w pewien sposób rytuałem pamięci.
Dzwoni do babci codziennie o ósmej, po dzienniku wieczornym. Zapytać, co słychać, opowiedzieć, co u niego, przeczytać swój nowy felieton muzyczny. Rozmawiają o artykułach, programach telewizyjnych i audycjach radiowych, których słuchali tego dnia. 
Książka”. Telefon. Maszynka do włosów. Syczący ekspres do kawy ze zbyt skomplikowaną instrukcją obsługi, gdy życie w swojej obsłudze nie wydaje się wiele prostsze, zeszyt z rysunkiem, zgrzyt klucza otwierającego drzwi do mieszkania, w którym już nikt nie zamieszka. Obrączki. Głosy, proszące o swoje miejsce w kolejnym rozdziale. Śmierć i strach przed nią. Listy bez kopert. Niewyrzucone śmieci. Znaki naznaczone świadomością zmieniającego się życia i czasów. Spis przedmiotów. Dowodów czyjegoś istnienia, i powiązań z teraźniejszością, odtwarzanych niczym na celuloidzie starego filmu. Powoli. Klatka po klatce zatrzymując zanikające z każdym dniem kolory i kontury wypełniającego się czasu. Wydarzenia nieubłaganej historii wnikającej przez próg wielu domów zmuszonych do podejmowania decyzji o własnej przynależności. Rozstania i powroty obserwowane zza okularowych szkieł, które niczego nie korygują, ale przybliżają oddalone wydarzenia, nadają im wyraźniejszych kształtów, uwypuklają to, co zanika we wklęsłych zakamarkach przeszłości.
Mnie nie ma jeszcze na świecie, jest mój starszy brat, na tylnym siedzeniu. Nie przerywa rozmowy o nowym felietonie muzycznym dziadka. Nie krzyczy, żeby wyprzedzać. Liczy mijane drzewa, słupki, ludzi, samochody. Wszystko, co da się policzyć.
Rodzina. Pisana z czułością. Składana z fragmentów uchwyconych w ramy okna, z którego obserwujemy wyrywek pewnej rzeczywistości. Żywy obraz ulotności wspomnień zatrzymany na moment w źrenicach przenikliwego obserwatora próbującego dostrzec w nim też siebie samego. Cząstkę całej układanki. Kolekcji przedmiotów.
Babcia dopiero teraz poczuła, jak bardzo zrobiło się zimno. I zamknęła okno.



"Książka" Mikołaj Łoziński
wyd. Wydawnictwo Literackie 2011
Paszport "Polityki" 2011



Mapa

Z niepełną i rozpadającą się na iskrzące się na śniegu
Drobiny światła wiedzą wchodziłem na szczyt zbocza
Tam gdzie mogłem przejść. Mapa, nie dość, że stara
Ale i wilgotna po nocy w małym zimnie zimowej chaty
W której zatrzymałem się na noc we własnym cieple
Zamarzła znowu i pękała nierównymi liniami innych tras.
Droga była prosta, jak zwykle, lecz teren bardzo nierówny.

Maciej Niemiec
fragment wiersza Mapa z tomiku "Geranium"

Na czas Świąt Bożego Narodzenia ciepła i jasności.
Na każdy dzień Nowego Roku odnajdywania właściwej drogi.
Swojej mapy.



Na granicy nieistnienia

Podróż to również spotkanie z cudzym punktem widzenia, który chociaż nie do przyjęcia, nie może być skwitowany pogardliwym wzruszeniem ramion.
Joanna Ugniewska "Podróżować, pisać" wyd. Zeszyty Literackie

Szła za nim drobnymi kroczkami. Pochylona nad własną pogardą dla siebie. Deszcz słowików padał pod jej stopami dławiąc się bólem śmiertelnych. Spijając krople ludzkich łez z bezskrzydłych brzegów życia. Dreptała niezdolna spojrzeć na siebie. Zgarbiona i cicha niczym skała na którą nie miała sił się wdrapać palcami wbijając się w niemoc istnienia. Kalecząc wszystkie próby pokonania niezgrabnego cienia za jej plecami. Bezkształtnych myśli oplatających jej ramiona w bezruchu. Niczym posąg stworzony na własne życzenie. 
Paraliż odczuć i wzruszeń szedł po kładce aż na drugą stronę rdzenia strun zwiniętych w supełki na końcach jej chudych palców. Zatrzymała pozory oddychania światem. Lekko unosząca się pierś była jedynie niewyraźnym dowodem na przełykanie kolejnej porcji pokory. Pragnienia składały się niczym stara harmonijka ułożona z wyrwanej kartki zbyt ściśle zagniecionej by choć jedna wykaligrafowana misternie litera mogła się zagnieździć między warstwami papieru. Poczucie kruchości rozsypywało się drobinkami piasku na brzegu jej wąskich warg. Dreptała za nim pospiesznie tak pozbawiona siebie, że prawie przezroczysta. Ns granicy nieistnienia. Pod pergaminem bladej skóry chowając ostatni rumieniec zawstydzenia. Drzwi windy przecięły krótkie nitki łączące ją z ciszą mojego zamyślenia. Zamknięta w klatce narzucanych tradycji ukłoniła się nisko. Sobie samej.



Musiałam jej powiedzieć, że wszystko wiem

Zaskrzypiały stopnie starych schodów. Spróchniałe deski miały coraz większy problem z udźwignięciem każdego, kolejnego kroku swoich mieszkańców zamkniętych za bezimiennymi drzwiami przedwojennej kamienicy. Tabliczki z ich nazwiskami stały się niewidoczne, pozostając jedynie śladem ich ciągłej, wielopokoleniowej obecności między sąsiadującymi obok siebie ścianami wchłaniającymi słowa i dźwięki odbijające się od kandelabrów i niezerwanych kartek z kalendarza. Dni okaleczonych czasem, gdzie popękania wypełniły się grubą warstwą kurzu i ciężkiego powietrza przenikającego przez szczeliny niedomkniętych okien. Szumem wydarzeń niemożliwych do zapomnienia, wnikających ostrością wyraźnych kształtów w miękką tkankę codzienności.
Przygarbiony chłopak zmywał posadzkę na niewielkim, wewnętrznym podwórku. Inny wycierał poręcz jakby chciał zetrzeć z niej każdy pozostawiony odcisk dłoni, uchwyt palców szukających zaczepienia w teraźniejszości. Patrząc na nich odnosiło się wrażenie, że każdy z nich zmywając minioną przed momentem chwilę wchłania ją w siebie, pochylając się coraz bardziej od ciężaru cudzych doświadczeń stających się w jakiś szczególny sposób ich własnymi choć w innym czasie doświadczanych, w innej chwili. Chwila obecna nie ma perspektywy i zawsze jest mgłą, w której trzeba szukać drogi po omacku. Dopiero po wszystkim, kiedy mgła opadła, każdy mógł sobie przypomnieć, że ta chwila, od której wszystko się zaczęło, miła już w sobie ciemny punkcik, mały jak pierwsza plamka zgnilizny, która potem rosła i rosła, aż rozwinęło się z niej to, co w końcu wszyscy mogli zobaczyć gołym okiem.
Zobaczyć siebie. Od zarania. Od początku. Wychodząc spod ograniczającej swobodę ruchów podszewki dzieciństwa. Lecz jeśli spojrzeć przez lupę, okaże się, że ten początek ginie w kłębowisku wątków, w którym zagnieździła się tamta chwila. Żeby do niego dotrzeć, szarpie się za te wątki, próbuje wyciągnąć swój, uwolnić go i oddzielić o innych, i to okazuje się niemożliwe, i tylko supłów jest przez to coraz więcej.
A jednak zdobywa się na próbę rozsupłania, oddzielenia od siebie wbijających się w skórę nitek włóczki, by dotrzeć do źródła siebie i zrozumieć tych, którzy owinęli ją sznurkami pokrewieństwa, próbami narzucania własnych schematów i norm zachowań. Zatem wchodzi. Po skrzypiących schodach własnego życia. Cierpkich wspomnieniach dorastania w tkance oplatających ją tajemnic, traum najbliższych i rodzinnych niedopowiedzeń. Zmagając się sama ze sobą i otoczeniem, które wierzyć jej nie potrafiło, bo zamknięte było w swoich małych światach realności powojennej Polski. Drepcze zatem zgrabnie omijając niezagojone rany, zachowując ostrożność w relacjach z innymi. Musiałam zachować ostrożność. Przedtem, jeśli zdarzało mi się kimś zachwycić, to tylko potajemnie. Nie obciążałam swoim zachwytem innych ludzi, którzy nie wiedzieliby może, co z nim zrobić, to znaczy - jak się od niego uwolnić. Powściągliwość, do której wdrożyła mnie matka, wydawała mi się gwarancją bezpieczeństwa.
Magdalena Tulli, choć szczerze to wciąż z tą właśnie dozą pięknie brzmiącej powściągliwości pisze o sobie, dzięki czemu bez zbędnej wiwisekcji wnika w sferę własnych wspomnień, przenika między światami, między porami roku, między różnymi warstwami skóry pod którą się chowała, a teraz pod którą znajduje różne oblicza samej siebie. Z twarzami esesmanów, znajomością z przyjacielem-listem z lasu, niemiecko brzmiącym nazwiskiem szkolnej koleżanki, włoskimi impresjami ojca, silną osobowością ciotki i cierpkim dystansem matki w tle. Z całym bagażem rodzinnych i historycznych obciążeń idzie lekko po cienkiej tafli lodowiska, by przy najdrobniejszym ociepleniu nie poczuć pod stopami pustki, gruntu usuwającego się spod stóp. By zachować równowagę między odczuciami dziewczynki i dojrzałością kobiety piszącej swoje nazwisko pewnie i z pełnym zrozumieniem swojej tożsamości. Nie da się wszak zamalować swojego dziedzictwa białą farbą, nie da się go przykryć jak czarnego koloru butów od łyżew otrzymanych po starszym bracie ciotecznym. Użycie białej farby odsłoniło coś z moich spraw, zamiast zasłonić coś innego. 
Magdalena Tulli niczego na przykrywa, nie pociąga warstwą milczenia czy niedopowiedzenia. "Szum" jej powieści przywołuje prawdziwą ostrość i różnorodność doświadczeń, w oczach innych postaci zaludniających jej przestrzeń jeszcze wnikliwiej przygląda się sobie, spisując swoje spostrzeżenia z czułością i zrozumieniem. Spisuje szum, osobistej rozmowy z matką. Jej własnej drogi do siebie.
Trudno się rozmawia ze zmarłymi. Rzeczy, które najbardziej mnie pochłaniają, dla nich są nudziarstwem. Ich obojętność mnie onieśmiela. Nie mam pojęcia, co może ich ciekawić. To wynika z różnicy doświadczeń. Mają ze sobą coś takiego co w nich wszystko zmienia (...) 
Musiałam dać jej znać, że ktoś mi opowiedział, jak to było, kiedy wróciła do Łodzi po wojnie. Byłam pewna, że to tam, w tym wielkim mieszkaniu, uległa nieuchwytnej przemocy litościwych spojrzeń, uwierzyła w wyższość milczenia, w zwycięską siłę chłodu. Dlatego pozwoliła, żeby rozwinęła się w niej twardość serca, jakiej życie naprawdę od nikogo nie wymaga. Wymaga trudów ponad siły, wymaga ryzyka ponad rozsądek, ale akurat tego nie, nigdy. Musiałam jej powiedzieć, że wszystko wiem. I jeśli coś mam jej za złe, to tylko to, że ugięła się i opuściła samą siebie.

Magdalena Tulli "Szum"
wyd. Znak, Kraków 2014


Już tyle przeszłam

Nauczyć się samotności
tego co obok mnie
Dzielić ją tak jak gospodarz
dzieli chleb po trudzie zasiewów
Dźwigać jego niepokój o przyszłe plony
Skruszyć milczenie kamienia
Rozplątać języki drzewom
Postawić dom na ruchomych piaskach
a gramatykę miłości zbudować
na nieznanych odmianach czasu
który nadejdzie... więcej nie pragnę
(Irena Conti, z tomu "Cztery pory pieśni nieustających. Wiersze włoskie)

W ciągłym zabieganiu coraz chłodniejszych dni budzących się posiwiałym rankiem nad niewyspanymi powiekami zmęczenia. Próbuję się zbudzić. Pod kołdrą niedośnionych marzeń i nierozwikłanych trosk poprzedniego dnia. Przykrótki czas kuli się z każdym dniem coraz bardziej jak źle skrojona marynarka, a może całkiem odwrotnie. Marynarka zbyt duża, pod fałdami której można ukryć wszystkie swoje niedociągnięcia, popękania. Wielość tożsamości. Schować. Jak w słowach. Nawet przed sobą samą. Ubrana i przebrana jednocześnie. Irena. Może całe życie było dla niej za duże, niedopasowane, nie skrojone na miarę jej możliwości udźwignięcia go, jakby ktoś chciał jej tą marynarką dodać lat, powagi, odwagi do podejmowania dorosłych decyzji. 
Czy w jakimś sensie nie przestajemy być sobą kiedy ubrani jesteśmy w coś, co do nas nie pasuje, a my się do tego ubrania dopasowujemy, aby nie czuć się aż nazbyt niekomfortowo? Ona się przystosowała w czasie wojny do nazbyt dużej marynarki. Wyszła poza zapisany przez los kadr własnego życia. Zachodząca cieniem w źrenicach coraz częściej zamykających się już oczu przeszłości.
Irena. Szukam jej. Próbuję dopasować do siebie kawałeczki i skrawki obrazów, które kiedyś pokochałam w delikatności słów, które już nie wybrzmią na kartkach książki, a które wpisały się w każdy oddech i moją myśl o Irenie.
Nie lubię zdjęć. Moje fotografie to moje wiersze. Słowa są pojemniejsze od fotografii. W Montedoro spakowałam te wszystkie pamiątki z przeszłości w wielkie kufry i wyniosłam do piwnicy. Żadnych albumów dziadków, żadnych zakurzonych zdjęć. Wiesz, Juruś. Taką scenę pamiętam. Carlo, mój mąż golił głowę prawie na łyso. W każdą sobotę rano szedł do łazienki i przed dużym lustrem golił głowę maszynką. Tylko z tyłu sobie nie radził. Zrozumiałe. Wołał mnie wtedy. Prosił, żebym mu pomogła. Więc on stał nagi w łazience, przed wielkim lustrem. Ja naga wchodziłam do niego i kończyłam golenie. Przytulałam się wtedy do niego. Miał na ramionach te ścięte króciutkie włoski, a ja się do niego przytulałam. Patrzyłam w lustro i to było jak fotografia. To mnie po prostu wzruszało. Było piękne. Była w tym intymność, bliskość, szczerość. Nie umiem tego określić. Było w tym coś czystego. Za każdym razem myślałam: a gdyby tak zrobić zdjęcie. Ale nigdy nie zrobiłam. Żadna fotografia nie oddałaby tego, co czułam. A tak, do dzisiaj mam w sobie. Do dzisiaj wracam pamięcią i naprawdę się wzruszam.
Do dzisiaj to ja mam w sobie ten obraz Ireny. Taką ją pokochałam, choć dzisiaj oceniam tę miłość jako jedną z najtrudniejszych, ale i nieuniknionych. Otwieram kolejną kartkę. List. Zapis wypowiedzi. Dokument. Ślad w gruzach archiwów. Ruiny miasta i powoli ruiny jej samej. Jakby z każdą niszczoną kamienicą ginęła ona sama. Znikała w pustych ramach wypalonych okien. Fragmenty Ireny, spalające się w warstwach popiołu powolnego zacierania pamięci o sobie samej. W ciemności opustoszałych piwnic i niegasnącego ognia zniszczenia. Kolejna kartka książki na której rozsypuje się na drobne obrazki wspomnień, w niknących śladach stóp odchodzących w wojenną ciemność i w kliszach nielicznych zdjęć. A jednak nieugięta i niepokonana przez wojnę. Pokonać ją może jedynie ona sama. Sama sobie stając się po trosze wrogiem zapomnienia, zamazania siebie.
Złoszczę się, że tak trudno ją uchwycić w całość. Odbija się w życiu, wyborach, losach innych. W zaklejonych kopertach szeptów. Na nowo tworzy siebie. Z gruzów i zniszczenia. 
Podniosła się. Stanęła naprzeciw świata i siebie samej całkiem inna. Spoglądająca innym oczami, jakby jej źrenice zmieniły barwę dostrzegania. Tak wiele kolorów wyblakło, by mogła przywdziewać kolejne tożsamości. Skrywając swoje prawdziwe oblicze jak pod maskami z weneckiego karnawału. Festiwalu jej własnego, nowo pisanego życia pełnego zmienności. Irena. Trzy kobiety. Trzy życia. Jedna twarz.

Lubię mój pejzaż
ale wyprowadzam się z niego
często i bez żalu
Żadnych szaf
żadnych półek
zostają na miejscu
zabieram tylko gołe ściany pamięci
pod najpewniejszy dach jutra

Każdy z nas, by się samemu dookreślić potrzebuje poznać swoją tożsamość. Szuka, by móc odpowiedzieć sobie samemu na pytanie: kim i po co jestem? Znalezienie odpowiedzi na te pytania mogą okazać się trudne, a określenie swoje tożsamości rozpocząć życie jakby od nowa. Jednak czymże staje się świadome odrzucenie swojej tożsamości jak nie pustką, którą trzeba czymś zapełnić. Choćby nowym „ja”, wykreowanym, pokolorowanym, nazwanym innym imieniem - by na gołych ścianach pamięci napisać Irena Conti, po mężach Waniewicz i Di Mauro. Zaistnieć na nowo. Bez niechcianego nadmiaru pamięci. Szukając nowej drogi. Wchodząc w ciężkie ramy porzucenia swojego odbicia z drugiej strony lustra. Już nigdy nie być ubraną w nagość, ale jak pisał do niej w jednym ze swoich listów Romek, trzymając się cienia. Cienia, które zmieniało się w zależności od tego jak pada światło, jaka była pora dnia czy pora roku, dla niej samej. Zmieniający się, choć wciąż przynależny do tej samej osoby. Miała prawo w końcu sterować swoim życiem sama, nie wedle narzuconych jej losów historii i oczekiwań innych, ale może całkiem temu wszystkiemu wbrew. Płacąc najwyższą z cen - nieumiejętność porozumienia się z własną córką, Janką, której nie dane było odnaleźć swojego miejsce pod najpewniejszym dachem jutra matki. W poczuciu swoistego osierocenia i odrzucenia.
Ale Irena to także pokolenie tych, których już zostało niewielu. W  jakiejś przewrotności losu i przewrotności samej Ireny, dzięki jej tajemnicom, Remigiusz Grzela dociera i zachowuje dla potomnych tak wiele innych istnień. Tych, którzy już odeszli i odchodzą. Jej samej pozwalając wyjść z cienia, a "Wybór Ireny" staje się pomnikiem dla Tamtego pokolenia. Przemówili, nawet jeśli coraz więcej spraw się zlewa, zaciera, traci ostrość formy. To jest także Ich głos, może całkiem ostatni. I to jest też wybór Ireny. Jej wybór zamazania siebie dzięki któremu pokazała nam tych, którzy byli cząstką jej życia i jej zapomnienia.
"Wybór Ireny” Remigiusza Grzeli to jedna z najważniejszych książek. Głos i świadectwo. Portret i pejzaż Ireny - Kobiety. Poetki. Matki. W zbyt dużej marynarce. Zbyt dużym życiu. Zbyt dużym domu. 

Przejście
Nie chcę przejść przez ten most.
Mówi: Już tyle przeszłam.
Wiedzę ją we śnie. Jak żywą.
Matka. Na starość dziewczynka.
Idzie na przekór siebie.
Na życzenie dziecka.
Przez miłość. Przez ból serca.
Na sam koniec mostu.
"Wybór Ireny" Remigiusz Grzela
wyd. PWN, Warszawa 2014

Z całego serca dziękuję Remkowi Grzeli
za zgodę na opublikowanie fragmentu o Irenie Conti, 
który nie ukazał się w powieści "Złodzieje koni", 
a który był jego pierwszą próbą opowiedzenia o Irenie.  

wiersze Ireny Conti
oraz wiersz Janiny Katz "Przejście" z tomiku"Pisane po polsku"
wyd. Austeria, Kraków Budapeszt 2008








Staram się

Czyjeś spojrzenie uchwycone w oknie pociągu mijającego się z moim. Firanka rzęs niezdolna przysłonić świata. Lampki w wagonie restauracyjnym oświetlające samotne stoliki. Nazwa stacji, której już jutro nie będę mogła sobie przypomnieć, ani miejsca jej położenie w sunącej jakby poza mną przestrzeni geograficznej. Punkt na mapie podróży nieoznaczony żadnym uczuciem ani skojarzeniem zniknie z mojej pamięci na zawsze. Staram się mimo wszystko nie zgubić w pustym przedziale pociągu wnikającego pomiędzy kotary coraz wcześniej przychodzącego zmroku. Nie zgubić słów wypatrywanych zmęczonym, późną porą, wzrokiem. 
- Przepraszamy za 25 minut spóźnienia - wydobywa się ochrypłym głosem z małego nadajnika.  Już nie liczę długości nieplanowanych postojów, światła latarek pojawiających się w ciemności, jakby poruszały się całkiem samodzielnie po przeciwległych torach rozkrawając na kawałki gęstość mroku. 
W mroku można ukryć wszystko, jak pod metaforą. W lesie.  Dopóki nie zechce się wyjść naprzeciw siebie samej w uchylonych drzwiach do wielości własnej tożsamości Językowej. Kulturowej. Jak Magdalena Tulli. W wyborach przynależności. Polskiej. Włoskiej. Żydowskiej. Pomiędzy. Pomiędzy to jest dobre dla mnie miejsce. Czasem mi się wydaje, że jestem pomiędzy wszystkim. "Jeśli jest pomiędzy, to zdradzi" - myślą sobie ludzie ubrani w tożsamość. Powiedzieć, że jestem pomiędzy tym wszystkim, ale w Europie, to dla nich jakbym wydała na siebie wyrok śmierci cywilnej, wykluczenia ze wspólnoty. (...) Nie wiedzieć, kim się jest, to część ludzkiego doświadczenia, przynajmniej tak samo dobra jak ta jego cześć, która wie. To, do czego możemy dojść, jakoś łączy się z tym, do czego dochodzą inni. Być może razem wiemy coś więcej niż każdy w pojedynkę. To nie znaczy, że razem wiemy to samo.
Pociąg wie, dokąd podąża. Ja będąc na trzy godziny jego cząstką poddaję się temu starając się poskładać tę cząstkę samej siebie, która została za mną, w Krakowie i tę, która czeka na mnie w Warszawie. Też jestem pomiędzy. Ale to moje pomiędzy trwa zaledwie chwilę. Sto osiemdziesiąt minut. To chwila, w dobie całego życia, nawet jeśli dodamy do niej dwadzieścia pięć minut spóźnienia. Spóźnię się trochę do samej siebie, tej która po przekroczeniu progu pociągu nazwie się swoim imieniem i nazwiskiem kreślonym codziennością, obowiązkami i ostatnio nadmiarem pochłaniającej pracy zawodowej, zostawiając za sobą tę utkaną z przynależności do powolnego oddechu krakowskiej aury odnajdywania siebie.
Przekroczyłam próg. Wróciłam. Znowu jestem. I rodzi się znowu to niepokojące poczucie braku. Czego mi brak? Chciałabym móc powtórzyć za Magdaleną Tulli:
Teraz niczego, chyba tylko nieśmiertelności. Życie wydaje mi się takie fajne. Chciałabym mieć je na zawsze, ale trzeba je będzie oddać. Mówi się, że gdybyśmy byli nieśmiertelni, nie bylibyśmy szczęśliwi. Może to tak jest z tym lisem Ezopa, co się pocieszał, że winogrona są kwaśne. Ale z drugiej strony, gdybyśmy dostali nieśmiertelność, zrobiłoby się strasznie ciasno. Miałabym się tłoczyć w moim pokoju z dwudziestką innych ludzi? Coś za coś Tak, pocieszam się, że winogrona są kwaśne.
Staram się.

Gorąco polecam!

"Staram się. Rozmowa Justyny Dąbrowskiej z Magdaleną Tulli"
na łamach 127 numeru "Zeszytów Literackich", jesień 2014

Dwie szyby

Czasami życie wydaje się przestrzenią zamkniętą szczelnie pomiędzy dwiema szybami. Przychodzi szamotać się między nimi ze skulonymi skrzydłami, niczym owad bez imienia. Jeden z milionów, podobny do innych w każdej swojej ułomności i zupełnie niepodobny w swojej niewidocznej dla nikogo odrębności. Szeroko otwartymi oczami wypatrując swojego odbicia za horyzontem ciekawości dla tego, co nieuchwytne i nieosiągalne. Żywiąc się jedynie własnym oddechem i słuchając brzęczącej ciszy samotności. Kropel łez spływających po szybie niczym poranna rosa zostawiająca ślady zbyt małych stóp, by pokonać dystans do oddalającego się cienia własnego istnienia. Drepcząc w miejscu odnajdując znajomy rytm kroków, niezmienności życia duszącego się w próżni codzienności, gdzie blask księżyca jednym rogiem podnosi koniuszek spuszczonej kotary niepoznanej tożsamości jutra. Dwie szyby stanowiące nieprzekraczalną granicę bytu ograniczeń. Nieodłącznych niczym zaciśnięte gardło w przedsionku przemokniętej jesieni zanurzonej w wąskich rowkach czarnej płyty. Zniekształcenie muzycznego obrazu dźwięków w membranie zatopionej cieszy, niczym owad w kawałku bursztynu wyrzuconego przez kaprys losu na nieznajomy brzeg prześwietlonej kliszy chwilowego złudzenia. Pod parasolem smutnego uśmiechu chowającego w kącikach resztki goryczy niespełnionych pragnień ułożonych na dnie łupiny od orzecha. W rozecie ponad sklepieniem pękniętego nieba. Twarzy o dwóch profilach przylegających do siebie.
Dwie szyby. Passe-partout dla niedopełnionego wciąż życia.

Polecany post

Tak czyta się tylko raz

Najbliższy jest mi jednak Wojtek Karpiński tym, że jak mało kto dzisiaj  zachował zdolność podziwu i przyswajania sobie tego,  co p...