Która coś wie o twojej śmierci

Rada na dobrą miłość: nie kochaj 
dalekiej, lecz tę, która jest blisko.
Solidny dom zbudujesz tylko
z kamienia z okolicy
zahartowanego zimnem, wypalonego słońcem.
Weź tę o złocistej aurze
wokół ciemnej źrenicy, która coś wie
o twojej śmierci.


Jehuda Amichai, Rada na dobrą miłość


Oczarowała mnie. Uzależniła od Abrama. Od swojej prozy.
Odeszła. Został żal.

"Abram siedzi nieruchomo. Ukrywa przede mną wszystko, co o sobie wie: kim jest, kim był. Lecz jego wąskie wargi zdradzają czułość, która jest jak ów moment, kiedy słońce znika za ratuszem podobnym do domku dla lalek i nad placem zalega ulotna cisza, nim ludzie zaczną napływać tu tłumnie, by zjeść kolację - ta czułość może być skierowana tylko do mnie; jeden kącik ust, nieco uniesiony w górę, leciutko drży. Myślę o tym, jak daleką drogę przeszliśmy razem. Abram uzależnił się ode mnie, od moich opowieści, od naszego czekania na siebie."

Pani Janino. Dziękuję z całego serca.
Janina Katz
2 marca 1939 – 18 października 2013

"Opowieści dla Abrama"
http://malgosia-india.blogspot.com/2012/08/pastylka-przeciwbolowa.html

W cielesności jesieni

W porannym szronie jesień wplata się siwymi nitkami we włosy, wiatrem podszyty płaszcz ciągnie się sennie niczym cień bez twarzy szurając smutkiem opadłych liści po nierównościach przygarbionych ulic i tylko rudości w ogrodzie przydają nowej aurze rumieńców. Oczy jednak jakby tych barw nie dostrzegały z pełną ostrością ich intensywności, ale zmiękczały ich nasycenie filtrem zmęczenia i nazbyt wcześnie doświadczonego przebudzenia. Krople deszczu spłukują ze schodów rozbite kawałeczki wczorajszego dnia, niczym krople niedopitej kawy spływające po krawędzi wypuszczonego przez niezgrabne palce porcelanowego spodeczka. Wschody i zachody słońca niepostrzeżenie zmieniają nasycenie szarości odbijającej się smutkiem przydrożnych kałuż rozlanych paletą gęstej, ziemistej farby. Przecieram szkła okularów w poszukiwaniu ostrości spostrzegania, wyrazistości kształtów, cielesności mijającej chwili.
Koncert fortepianowy nr 21, Wolfganga Amadeusza Mozarta, drepcze stópkami nut na cienkich nitkach pięciolinii. Zdają się wyglądać niczym przemoczone wróble usadowione na siatce ogrodzenia dużymi oczkami wpatrzonej w soczystą czerwień oplatającego ją bluszczu. Deszcz kroplami łez zawiesza drżenie przezroczystych pereł na koniuszkach rzęs. Doświadczanie nadchodzącej jesieni, doświadczenie zmian zachodzących nie tylko w pogodzie, ale i w aurze własnego jestestwa. Cielesności zmian nieuniknionych w swojej naturze, w dogmacie nieuchronnego przemijania. 
Może właśnie w powłoce jesiennych mgieł, rozpostartych nisko ponad powierzchnią przysypiającej ziemi, w okryciu chowającej coraz bardziej nagie gałązki przydrożnych krzewów, cielesność jest tak namacalnie wyczuwalna w każdym najdrobniejszym jej zagnieceniu, nagle pojawiającej fałdzie przekwitłej chwili, w niemożności zatrzymania doświadczania zmian aż nazbyt widocznych „gołym” okiem, w smętnym okryciu nagości prawdy,  zauważanych zniekształceń wyczuwanych opuszkami palców, jak rzeźbiarz wyczuwający coraz to nowo powstające zmiany w kawałku gładkiego drewna. 
W przeciwieństwie do wszystkich innych rzeczy ciało jest tym, od czego nie mogę się oddalić. To rzecz, która nigdy mnie nie opuszcza i z którą nigdy się nie rozstaję.
Ciało, to duchowe noszone w sobie, być może nazbyt czasem wrażliwe i skłonne do zranienia, otrzymujące u samego swojego zarania, to drugie, stające się jego fizycznym obleczeniem. Pudełko w pudełku. Nierozerwalność odwiecznej przynależności. Może dlatego, co ukryte zdaje się zawsze znacznie ciekawsze dla filozofów, niż to, co w nazbyt widocznej oczywistości jest tajemnicy przyodzieniem, fasadą jakże często pozornie niedorównującej swojemu wnętrzu, a czasem całkiem na odwrót.
Ciało w ciele. Próbuję dotrzeć do nich obu w obecności Michela Henry'ego. Jego fenomenologii ciała, cielesności słowa, filozofii cielesności w kontekstach rozpostartych na różnych krańcach jej przynależności do nas samych, ale i do samego życia, bo życie objawia się bezpośrednio w żywej cielesności, której istotę stanowią samopobudzające się impresje. W ten sposób to sfera impresyjna staje się punktem centralnym filozofii Henry'ego, a więc doznawanie w szerokim znaczeniu tego terminu. Doznajemy wrażeń, takich jak ciepło, zimno, gładka powierzchnia stołu, doznajemy też bólu czy rozkoszy, ale także samych siebie (...) Tym, co na gruncie tej koncepcji objawia się w sposób źródłowy, jest życie. Życie okazuje się więc w tej perspektywie samoobiawieniem żywej cielesności, stanowiąc źródło nawet dla bycia (...) To cielesność jest żywa i to dzięki niej nawiązujemy jakiekolwiek relacje z czymkolwiek i z kimkolwiek.
Fenomenologia Michela Henry'ego. Miłość z zamkniętymi oczami. Zmysł dotyku. Doznanie. "W pomieszczeniu, w którym mglisty promyk walczył z poruszającym się cieniem, ponownie zapanowała cisza, nagle tak przepełniona niepokojem, że wydawało mi się, iż właśnie odchodząca noc zabiera ze sobą ostatnie strzępy nadziei. (...) Zrozumiałem, że nasze spotkanie dobiegło końca i schyliłem się, by się pożegnać. Ale dłoń ponownie spoczęła na moim ramieniu, niemal nieodczuwalnie prowadząc mnie przez labirynt korytarzy, po których gospodarz przemieszczał się prawie bezgłośnie z taką łatwością, że zdawało się, iż widzi w ciemności wszystkie tajemnicze przejścia". Bezgłośnie przechodzę labiryntem korytarzy wąsko ciągnących się między długimi linijkami zapisanych myśli. "Filozofowanie z zamkniętymi oczami".
Michel Henry pisał powieści, by wyrażać w formie innej niż filozoficzna swoją filozofię i jej główną kategorię, którą jest życie.


Przegląd Filozoficzno-Literacki nr 3, 2012
"Michel Henry"
wyd. Universitas Varsoviensis

"Filozofowanie z zamkniętymi oczami"
Monika Murawska
wyd. Monografie - Fundacja na Rzecz Nauki Polskiej, Wrocław 2011



Postać i Puste Listy

Przetarł dłonią zaparowane lustro odbijające w sobie widok obojętnie pobladłych ścian małej łazienki. Wydawał się sam sobie równie bezbarwny. Uchylił okno wpuszczając do pomieszczenia warstwę wieczornego chłodu. Poczuł jak jesień w zalążku rozsypywała się kryształowym deszczem stukając rytmicznie o pochylony parapet. Jego równa pochyła. Życie zbiegało z górki, a jemu jakby było coraz trudniej podążać za własnymi krokami. Zdawało mu się, że z każdym uderzeniem serca rozsypuje się na różne drobinki, sekundy własnego rozedrgania, które chowały się w szczelinach jego niezmiennie tykającej codzienności. Nie sposób było je wyłuskać z wąskich tunelików przykurzonej rzeczywistości, z coraz bardziej zawężających się zagłębień jego relacji z ludźmi pozostającymi jedynie śladem przecinających się niteczek na jego dłoni. Komu jeszcze może uścisnąć swoją dłoń, coraz bardziej drżącą i niezdolną do utrzymania przy sobie kogokolwiek? 
Spojrzał w lustro. Chyba zgubił wątek własnych myśli. Gubił mnogość wątków, którymi kiedyś oplatał końcówki palców, by ich nigdy nie wypuścić, tymczasem one z upływem czasu poprzecierały się niczym cienkie włókna w starej, wełnianej rękawiczce.
Zamknął za sobą drzwi, wydającego mu się nagle zbyt małym, pomieszczenia. Podszedł do sekretarzyka. Mała szufladka zaskrzypiała trudem uchylenia przed światem chowanych w sobie szeptów. Wyjął pożółkłe koperty zaklejone warstwą milczenia. Opatrzone znaczkiem niemówiącym niczego szczególnego, jak niczym szczególnym się nie wyróżniał napisany odręcznie adres. Bez nadawcy. Nożykiem w kształcie półksiężyca rozciął pierwszą, zamkniętą kopertę. Nie wysypało się ani jedno słowo. Choćby od niechcenia postawiona kropka niczym gwiazdka z nieba. Położył przed sobą niezapisaną kartkę. Zapalił lampkę jakby nie dowierzając własnym oczom. Biało. Gładko. Jakby zeszłoroczny śnieg zamarzł warstwą wiecznego lodu na cienkiej fakturze arkuszu. Wiedział, że z niego nic nie wyczyta, chociaż mówiła sobą tak wiele.
Listy. Wysyłane do niego. Regularnie, czasem wręcz przeciwnie, w całkowitej dowolności czasu, adresowane emocjami, koniecznością zaznaczenia własnej obecności. Jakby tymi wysyłanymi do siebie samego pustymi kartkami chciał zaznaczyć swoje istnienie.
Kiedyś już tak czynił. Pierwszy raz kiedy był dzieckiem. Nie rozumiał dlaczego do niego nikt nie pisze. Listy przychodziły tylko do matki, z daleka, pachniały zawsze morzem, odległą tajemnicą, czasem stając się ciężkie i przezroczyste jak jej łzy. Odklejała dla niego znaczki, a on układał je starannie do starego pudełka, niczym elementy układanki, którą miał złożyć dopiero po wielu latach.
- Pisz sam do siebie. Nauczysz się ładnie pisać, nauczysz się płynnie czytać. Pisz do siebie – powiedziała mu kiedyś zamykając na kluczyk kolejne listy z miejsca zbyt odległego, by go mógł dostrzec ze swojego małego stołeczka stojącego przy starym piecu, tak gorącym jak jego pragnienie otrzymania pierwszej koperty zaadresowanej tylko do niego.
Pierwszy wysłany do siebie list był pustą kartką. Nie wiedział, co ma do siebie napisać. Włożył biały arkusz papieru starannie składając go w połowie i wsuwając do szarej koperty. Do dzisiaj pamięta trzepotanie serca, kiedy listonosz przyniósł pierwszą, zaadresowną do niego kopertę. Sama możliwość jej otwarcia ważniejszą stała się od nieobecnej treści na kartce.  Potem zaczął do siebie pisać. Najważniesze listy przyszło mu jednak pisać wiele lat później. Podpisywał imionami tych, o których wiedział, że pozostali jedynie bezdźwięczym echem przeszłości. On odczytywał je na głos nadając im nowego brzmienia, przywracając do życia biciem serca, wysłowionego zaciśniętymi od bólu wargami. Kiedy oswoił rzeczywistość, tylko w chwilach ogromnej samotności zdarzało mu się nadać pustą kartę do siebie samego. Jakby chciał udowodnić sobie samemu, że wciąż oddycha, że wciąż żyje, wyciągając z dna ciemnej skrzynki cienką kopertę z niezapisaną kartka papieru. Jego nadzieja na wypełnienie nowej przestrzeń. Szansa na zapełnienie przetartych dziur w wełnianych rękawiczkach.

Niemy spektakl trwania

Litery zawsze zdawały mi się filigranowymi figurkami pięknie ukształtowanymi, których misterność formy trzeba ująć z delikatnością, by się nie rozsypały gęstymi kroplami zniszczonego istnienia, i poustawiać w możliwie płynnie brzmiącym wierszu myśli. Tymczasem, ostatnio zdają się pustką, próżnią zawieszonego milczenia, wydmuszką, w której nie sposób znaleźć czegokolwiek, poza ładnie wykaligrafowanym zarysem niewyrażalności siebie samej. 
Nic do powiedzenia.
Nic do nazwania własnym słowami, które wymykają się cichaczem o zmierzchu obumarłego oddechu, niczym skradzione przez srokę błyskotki zdające się cennymi w blasku dnia. Jakże złudnie. Tracąc na swojej atrakcyjności w zagnieceniach czarnego aksamitu nocy.
Strach niewyrażalności drży między głuchymi ścianami milczenia. Palce straciły na lekkości dotykając liter usadowionych w rzędach czarnych kwadracików klawiszy, jak na widowni nieczynnego od dawna teatru. A przecież każda ma sobie przypisane miejsce, zawsze to samo, i zdawać by się mogło, że nawet z oczami zamkniętymi na wszelką zmienność można je odnaleźć, bez trudu, wystukując rytm dobrze znany. Dowolnie wydłużając interwał między dźwiękami płytko osadzonymi na klawiaturze uwypukleń naznaczonych miękkim dotykiem opuszków palców. Teraz jednak zdają się jedynie ciężko opadającą, głuchą kurtyną wybrzmienia. 
Przebrzmiałym. Niemym spektaklem trwania.
Szukałam podszeptu w łagodności mazurskich jezior kręgami utonięć widząc opadające słowa niezdolne do zatrzymania się na starym pomoście, niezdarnie starającym się połączyć z przeciwległym brzegiem ulotnych myśli. Próbowałam ukołysać swoją tęsknotę za ich wyraźnie wykrojonym kształtem w krągłościach przycumowanych łódek kołyszących się lekko w rozlanych na wodzie złocieniach zachodzącego słońca. Chowały się jednak za horyzontem niedościgłym dla moich dłoni rysujących smużką cienia nieosiągalność własnego pragnienia.
Wciąż wychodzę mu na przeciw. Mój niemy spektakl trwania.
A jednak…

Kiedy nie ma nic do powiedzenia, chodzi jednak o to, żeby cokolwiek tu zapisać, dla dyscypliny i porządku. Nic takiego, ale całe życie się składa z niczego takiego.

Sławomir Mrożek
"Dziennik - tom 1, 1962-1969"



Pisanie jako zjawisko odkupiające życie

"Dziennik, tom 1, 1962-1969"

Wracając do pisania: mimo wszystko coś było romantycznego (i jest) w moim do niego podejściu. Właśnie pisanie nie tyle ma być aktywnością, ile wydarzeniem. Od razu powiem: czym pisanie staje się w trakcie pisania, to już jest jego rzecz, chodzi o jego początek, o frontalne zaatakowanie problemu, o myślenie o nim przed i podczas jego procesu. Pisanie wciąż, na dnie, miało być wspaniałym kwiatem na bagnie mojego życia, zjawiskiem tajemniczym i spontanicznym, odkupiającym moje życie. Oddzielającym więc, mimo wszystko, od życia.

Sławomir Mrożek
1930-2013

Supełek zgubionego oddechu

Zapisać mijający dzień można najprędzej wieczorem, lepiej nazajutrz, pełniej po paru tygodniach, najdoskonalej - w pełnym splendorze zmyślenia i prawdy - po latach, notował w "Dzienniku" Jerzy Pilch, a mnie przychodzi pokusić się o ryzykowne stwierdzenie, że z perspektywy czasu, w nieuchwytnym i nienamacalnym oddaleniu, większość zdarzeń zdawać się może zmyśleniem z krztyną prawdy, utrwalonym w rdzeniu białej kartki, w grubych warstwach stopionego wosku wyglądającego niczym fałdy powieki niedowidzącego starca. Samokształtujące się w przemijaniu, gaszące istotę własnego istnienia w świetle dygoczącego z przejęcia płomienia rozpraszającego światło zmiękczające ostrość widzenia fragmentaryczności zdarzeń, oddalającego od spostrzeżenia zmian w rysach twarzy odnajdywanej w zamglonym zwierciadle porysowanego lustra. I zdawać się może, że zanikając od wewnątrz, splot za splotem cienkiego knota nasączonego pragnieniem życia, w tym powolnym odkładaniu się niezgrabnie wyglądających warstw przemijania, świeca otrzymuje dar życia tylko dla siebie samej. Nikomu już nie przyświecając, nie rozświetlając mroku i wyczesywanych z moich włosów drobinek przeżytych epizodów codzienności.
Zmywam z oczu obrazy utkwione między rzęsami, dostrzegając przemijanie urody dnia więdnącego jak niezdolny do rozwinięcia się pączek róży. Ostry rogalik księżyca, wyglądając zza szczeliny granatu nieba, odlicza ostatnie tchnienie światła przysiadłego na wierzchołkach moich palców próbujących wyczuć w ciemności zarys granicy opadającej kartki z kalendarza. Odsłonięcie tajemnicy. Na wysokości ust krople atramentu próbują spić z warg ciszę zawieszonego niewypowiedzenia. Słowa nieporadnie wydrążają zarys swojego znaczenia w gęstej ciemności schodzącego na mroczną ziemię zmierzchu. Pora zapisywania. Nie ona zdaje się jednak istotną, ale możność ponownego zaistnienia zdarzeń uchwyconych w procesie zapisywania. W sklepieniu ciążących wrażeń wydających się nazbyt błahymi wobec przerwanych nagle snów wyniesionych ponad racjonalną doczesność. Zalążków marzeń kiełkujących spomiędzy ścisłych splotów bawełnianych włókien poszewki.
Zaciśnięty supełek zgubionego oddechu. Kropla na końcu zapisanego mijania. 

BÓL, Z KARTEK DO NOTOWANIA,
ośnieżony, zasypany śniegiem;

w luce kalendarza
kołysze go, kołysze go
nowe narodzone
nic.

* * *
NIECZYTELNOŚĆ tego
świata. Wszystko dwoiste.

Twarde zegary
przyznają rację godzinie rozpadu,
ochryple.

Ty zakleszczony najgłębiej siebie,
wydobywasz się z siebie
na zawsze.

wiersze Paula Celana z tomu "Psalm i inne wiersze"
wyd. Biblioteka Poetycka Wydawnictwa a5
pod redakcją Ryszarda Krynickiego




Genesh w Kalkucie

W zakurzonych skrzyniach drobne kamienie
sprzed milionów lat, kości dinozaurów,
szkielety myszy, ledwie opisane,
żółw bez głowy i kołnierza,
jego pancerz wygląda jak kocioł,
w którym na ulicy bieda gotuje się
na otwartym ogniu.
Pachnie jak w szkole w Berlinie,
gdy nie wiedziało się, jaki sens
ma oglądanie kości, krzemienie, toporne grzebienie,
którym ewolucja czesała się
bez powodzenia. Tutaj, w muzeum w Kalkucie,
staje się dla mnie jasne, że to nasze kości
prażą się w skrzyniach. W rogu
gruby bóg z głową słonia,
śmiejąc sie, mówi do swojego telefonu:
Nie należymy do nikogo. Już nawet nie do samych siebie.

 Muzeum Narodowe w Kalkucie
Michael Krüger 
122 Zeszyty Literackie, lato 2013


Zawahał się na progu nowy dzień

(...) i piszę ci o wszystkim, co myślę i co czuję, to dla mnie konieczność.

Zawahał się na progu nowy dzień. I mnie nie było spieszno progu nowego dnia przekraczać. Nie wiem nawet, które za nas bardziej będące niepewnym tego, co budziło się jeszcze nieśmiało wraz z pierwszymi promieniami słońca, świergotem bezimiennych ptaków przysiadających na ogrodzeniu i dreptaniem szpaków we frakach urządzających sobie śniadanie na trawie. Drżenie niepokoju. Niczym poruszona w oknie firanka frywolnie poddająca się objęciom delikatnego powiewu rześkiego powietrza. Drżenie niepewności. Kiedy dłoń nieruchomieje nad powierzchnią czystej kartki czekającej na odciśnięcie się pierwszego słowa, jak stopy na równiutkim dywanie piasku nieporuszonym ruchem fali żadnego z miliona ziarenek.
Akt pisania, obsesyjnie przywiązany do stylistycznej doskonałości, do precyzji zdania i trafności wyrazu. I podobnie jak autor "Madame Bovary", bez wahania deklaruję, iż "celem jest styl". To wypatrywanie frazy doskonałej albo raczej jej obłąkańcze niemal wyobrażenie (...)
W filozoficznych rozważaniach, w poszukiwaniach sensu własnej egzystencji, pisanie spostrzegając jako ratunek i terapię, swoiste uleczenie własnych słabości i zwątpień. I nie sposób oderwać swojego spojrzenia przenikającego fragmenty „Dziennika intymnego” Henri Frederica Amiela czy dostrzegającego z okna pragnienia „Pani Bouvary” Flauberta. Przychodzi włóczyć się zapisując spostrzeżenia jak Rousseau czy Chateaubraind, próbując określić literacką przynależność między Północą i Południem, wybierając kierunek geograficzny wedle wyznaczonych granic przez Madame de Stael, przenikając wraz z Senancourem listowne zmagania „Obermana”, który pisarzem pragnie zostać, ale przede wszystkim po to, by zagadać pojękującą w nim smętnie depresję, by słowami zasypać otwierającą się pod jego stopami przepaść szaleństwa. W końcu ramy obrazów zapełniając zapisem myśli jak Delacroix, z porażają świadomością ulotności tego wszystkiego, co nie zostało utrwalone kroplami atramentu na kartce, gdzie  odnajduje się za zaułkiem każdego akapitu tragiczne zmagania ze własną nieporadnością, co sprawia, że tym bardziej nie sposób nie zawahać się nad sensem tego, co na co dzień staramy się zapisać własnym życiem topionym w grząskim potoku słów.
Jakże wtedy trudno zamknąć oczy, odwrócić wzrok już na zawsze naznaczony „Melancholijnym spojrzeniem” Piotra Śniedziewskiego, podczas gdy, spojrzenie to potrafi przekształcić się w przeraźliwą doczesność w odniesieniu do metafizycznego doświadczania egzystencji, ale  i realizowaniu się w twórczej powinności przez dziewiętnastowiecznych bohaterów literatury, pisarzy, malarzy i filozofów, dla których pisanie stało się potwierdzenie własnego istnienia i koniecznością zachowania swoich myśli w piśmie będącym schronieniem, "marzycielską medytacją", ale i efektem przepracowania swoich porażek, duchowej pustki, ale i oswojenia nieuchronnego nadejścia śmierci. Milczenia. Za nim kryjącego się końca niezapisanych na czas słów i wygaśnięcia na zawsze zamglonego spojrzenia jak na płótnach Turnera. Tego, które odbijało się w zmąconym zwierciadle i tego, które ujrzało świat takim, jakim go sobie chcieli wyobrazić, spostrzegając przez otwarte okno pragnienia wydobycia się w ograniczeń własnego istnienia przepełnionego bolesną pustką, "chorobą" życia., kiedy zdarzało mi się, rzadko, ale parokrotnie, zapomnieć, że jestem na ziemi jak cień, który się przechadza, ale niczego nie może posiąść.
"Melancholijne spojrzenie" Piotra Śniedziewskiego to zachwycający zbiór szkiców poświęconych dziewiętnastowiecznej melancholii w sztuce, a każdy z tych dziewięciu szkiców pod piórem autora stając się namiętnym spojrzeniem na akt pisania, w oczach czytelnika stając się wejrzeniem w siebie.
Zawahał się na progu nowy dzień. Dla tej niewielkich rozmiarów, ale gęstych prozą, książeczki nie zawahałam się zatracić w melancholijnym spojrzeniu, a może nawet nie zawahałabym się go dla niej utracić.

Piotr Śniedziewski "Melancholijne spojrzenie"
wyd. Universitas, Kraków 2011





Echo ptasich ulic

Nie mogłam nie pokusić się, aby zarzucić narzuconą sobie przerwę w notatkach i wrócić wcześniej. Wszystko za sprawą szczególnej książki. Zatem.
Puk… puk…
Przyznaję też, że okrutnie zatęskniłam za Wami i za tym odrębnym kawałkiem mojego świata już w momencie jego porzucenia, koniecznego i dotkliwego zarazem, bo przyznaję, że końcówkami palców w tym pisaniu jestem zanurzona już nierozerwalnie, jak wieczne pióro w atramencie, tylko mi przyszło jakby całkiem w nim utonąć. Same słowa na jakiś czas odpłynęły gubiąc nurt i znikając we własnych bezkresnych odmętach niewypowiedzenia. Wszystko przez wykrzywione maszkarony, które z taką łatwością wyłaniały się zza życiowych arkad, by przeglądać się w lustrze moich zawężonych źrenic.
Żywiąc się tęsknotą, próbując wyczuć tętno w zakrzepłych żyłach chciałam otworzyć dłonie zamykające moje myśli w malutkiej przestrzeni, do której sama nie miałam dostępu. Były jednak zbyt mocno zaciśnięte wykrzywiając sens i znaczenie swojego istnienia, okaleczając w bezsłowności wyrażenia siebie, a pisać można tylko przy pełnym otwarciu duszy. Bez ograniczeń perspektywy widzenia, w prawdziwości odczuwania, bez zniekształceń pojawiających się w przymkniętych i obolałych oczach. Tymczasem ja utknęłam w ściśniętej pustce, potykając się o własne słowa rozrzucone w bezładzie.

W bezsilności złamanego drzewa zawierzyłam
omdlałym wierszom w modlitwie zaciśniętym
niczym ust zakneblowaniem bolesnych doznań
niewysłowienia rozdartego na wpół słowa
w krzyku oddalającym od prawdy rzeczywistej.
W niespokojności jedynie obraz
przesuniętą perspektywą Braque’a
w bezdźwięczności połamanego zegara
przepastną pustką zmarszczek szyderczych
wskazówkami zaciera twarze bez profilu.
Oślepiona wzrokiem zza horyzontu szukając
myśli nielotnych zwojem ogłuszenia splecionych
maszkaron duszących pod skórą zdartych złudzeń
przepala rdzeniem istnienia skulonego w nieistnieniu.
Złączenie przygaszonego przeżywania uniosło
ciężkie pustkowie bezgranicznego obumarcia
dłonią zagubioną pod mapą zagniecenia
wierzchołkami połamanych gałązek rozbijając słońce.
W ciemności sklepiona w podszewce podniebienia
bezgraniczność osamotnionego przywiązania
rozbłyskując tchnieniem ostatnim szukałam siebie.

Z radością w sercu jaka towarzyszy powrotom do miejsca wytęsknionego, upragnionego poczucia pod palcami gładkości i radości pisania, spotykania się pod daszkami liter, huśtając się na pętelkach ze stopami oderwanymi od ziemi, spróbowałam ogarnąć rozgardiasz słów. Próbowałam pozbierać w sobie rozsypane włóczki skłębionych myśli, namacalne dowody przygasłego tchnienia, posprzątać porozrzucane litery i wrócić do rytmu notowania zdarzeń, zauroczeń i tych wszystkich malutkich mgnień codzienności, czasem tak trudnych do zamknięcia w kształcie słowa, bo zatrzymujących się w wewnętrznej warstwie oddechu, pozostając jedynie cieniem skrzydeł odlatujących ptaków, jak znikające kręgi na powierzchni wody zanurzonej w grubej szyi podwórkowej studni. Stając się echem.
Echem stały się wspomnienia zawężające świat, kurczące go do rozmiaru zdławionego krzyku. Trzeba je było otulić w aksamit szeptu, wypowiedzieć w łagodnej zgodzie z ich naturą, wtopić w miniony czas, jak wtapiają się postacie uchwycone na zdjęciach przenikając warstwę fotograficznego papieru, same stające się papierowymi, przezroczystymi, pozbawionymi grymasów i ostrych rysów twarzy. A jednak wciąż milcząco obecne na kliszy naszej pamięci kurczowo ściskanej w dłoni, jak ściska się kolorowe szkiełko wierząc w jego magiczną moc odmieniania rzeczywistości, przywracania bogactwa koloru szarym cieniom i źródła dźwięku echu. Ono jednak stale mu się wymykało i ginęło między drzewami. Ruszał za nim w pościg, ale echo tym bardziej nie chciało wyjść mu na spotkanie. Łudził się, że może chociaż przywoła je krzykiem, ale wtedy słyszał tylko odbicie własnego głosu, który szamotał się wśród listowia, jakby nie dawał rady zamilknąć. 
I podczas, gdy Jakub gonił za echem, Piotr zdołał go ujarzmić w miękkiej frazie melodyjnego zadumania, czyniąc go cieniem o wielości zabarwień, jakby od-szarzył to, co zdawać się mogło tylko przyblakłym wspomnieniem na ruinach zapomnianej tradycji. Sprawił, że cienie przygarbionych bezimiennych istnień stały się wielobarwnymi ptakami na ulicy jego prozy. To jest właśnie uliczka Piotra Pazińskiego, to jego przystanek w biegu, to jego pensjonat pełen obrządków, obecności i nieobecności czasu, w jego rozwidleniu, rozwarstwieniu, kulturowym zróżnicowaniu i przynależności. Tam, gdzie każde słowo staje się kamykiem, a wszystkie, zebrane między okładki "Ptasich ulic", tworzą szlak wędrówki. Wędrówki przez życie i śmierć, pomiędzy odłamkami potłuczonych filiżanek wyschniętej nadziei, tworząc drogę do miejsc cichych i takich, gdzie ledwo dosłyszalny głos odbija się echem od murów żydowskich cmentarzy, powolnie sunących konduktów, skrytych pod kurzem antykwariatów, zardzewiałych szyldów i zwojów milczących manuskryptów, od ruin miasta i jego podziemnych oddechów, od powierzchni zapisanego papieru.
Jeśli żałował, to wyrzucanych kartek, jakby z każdym zmiętym kawałkiem papieru ginął nie tylko kawałek Warszawy, ale także czyjeś imię, a wraz z nim człowiek. 
Piotr Paziński w jakiś szczególny sposób ocala. Kawałek Warszawy, czyjeś imię, a wraz z nim człowieka, symbol społeczności, ocala przeszłość, gdzie nie drepcze się w miejscu lecz wchodzi w coraz to nową uliczkę, poznaje jej zaułki, załamanie światła na obdrapanych tynkach kamienic, potykając się o "rzeczywistość wyniszczoną", na obrzeżach gnającej codzienności dotykając prawdy, odnajdując zaginioną "odnogę czasu". Dokonuje zasklepienia czasu.
„Ptasie ulice”, najnowsza książka Piotra Pazińskiego oczarowuje, zaklina i otwiera ciszę skrytą we wsiąkniętej ziemi tożsamości. Narracją prowadzoną niespiesznie zanurza nas w miękkość powolnie snutych opowieści, wyostrza wyobraźnię, operuje głosem niczym w słuchowisku, gdzie istotą jest słowo, wibracja, jakiś nerw prozy w nurcie zatrzymania fragmentaryczności oderwanych od siebie, ale i tworzących całość historii, jakby ukazujących drugą stronę cienia, ścierając kurz z przymkniętych powiek, przysłuchując się zamykającym kręgom życia pod niebieską opaską nieba.
Labirynt alejek otwierał przed nim coraz to nowe przejścia, a Jakub spostrzegł nagle, że oprócz lwów i jeleni ma wokół siebie otwarte szafy biblioteczne z rzędami książek upakowanych ciasno na kamiennych półkach. Mógł dotykać ich chłodnych grzbietów wystawionych ku przechodniowi i tu i ówdzie pokrytych pajęczyną szarego mchu, odczytywać z nich tytuły powieści i uczonych traktatów. Sięgnął po pierwszą z brzegu i poczuł zetlałą fakturę piaskowca.

Piotr Paziński "Ptasie ulice"
wyd. Nisza, Warszawa 2013







Dzieje moich poszukiwań prawdy

Kochani, na jakiś czas zawieszam prowadzenie bloga.
Mam nadzieję wrócić jesienią z nowymi siłami i niezachwiana wiarą w moc słowa pisanego, by móc dalej pozostawiać, na tym skrawku mojego świata, ślad moich poszukiwań prawdy w sztuce, w życiu i w sobie samej.
Tymczasem wszystkim Wam pięknie dziękuję za Waszą dotychczasową tutaj obecność i wyjątkową wrażliwość, którą mnie obdarowywaliście. 
Na czas tej przerwy zostawiam słowa osoby niezłomnej, dla tysiąca i jednego powodu bliskiej memu sercu:

Człowiek poszukujący prawdy winien być skromniejszy od pyłu zaścielającego ziemię. Życie potrafi skruszyć proch pod jego stopami na najdrobniejszy pyłek, lecz poszukiwacz prawdy sam winien być tak skromny, że nawet ów pył jest w stanie go skruszyć. Tylko wtedy i dopiero wtedy dostrzeże on prawdę.

Mohandas Karamchand "Mahatma" Gandhi
"Autobiografia. Dzieje moich poszukiwań prawdy"
wyd. Axis Mundi, 2013



Postać i nowalijki

Próbował delektować się wstającym z uśpienia życiem natury, skąpanej w zielonościach. - Na wiosnę każdy dzień smakuje nowalijkami – pomyślał spoglądając na purpurowe brzuszki rzodkiewek. Nie pamiętał kiedy je kupił. Nie zapisał tego. Na pewno pamięta, że na poduszce coraz dłużej pozostaje ślad zaspanego policzka, a w powietrzu unosi zapach mleka z miodem. Ptaki od rana przepłukują gardła kropelkami skradzionymi z nocnej mgły. Spojrzał na swoje dłonie. Wyglądają na staruszeńkie, obdarzone niejedną wiosną już przebrzmiałą między wierzchołkami niezgrabnych palców próbujących uchwycić szklankę w metalowym koszyku splecionych pnączy.
Jak być lepiej przygotowanym na kolejny stary dzień? Rozejrzał się po sypialni w poszukiwaniu młodości. Może została na dnie niewyśnionego snu, a może pozostała zdradliwie utkwiona w zagnieceniach prześcieradła, w rogach wykrochmalonych poszewek. - Gdzie jest wczorajszy ‘ja”? – wyszeptał do nikogo. Woda nie zmywa zmarszczek. Przetarł lustro. Nic się nie zmienia. Za oknem nieśmiałe promienie słońca prześlizgują się po skali ciepła. Jak utrzymać temperaturę uczuć wobec życia. Odnosił wrażenie, że ostatnio zdecydowanie spada. Może to i dobrze, już nie będzie nawiązywało się między nimi nic mocniejszego. Takiego uzależnienia obawiał się zawsze, uzależnienia od codziennego oddechu, nawet najbardziej płytkiego, ale wyczekiwanego w podszyciu porannego przebudzenia. Był moment, że jego zażyłość z życiem obierała nazbyt szybkiego tempa. Zachłanności, do której on sam jeszcze nie dojrzał. Potrzebował więcej czasu na oswojenie się z żywiołem wiecznych odejść i powrotów. Zbyt rychło następujących po sobie porach dnia i nocy. Ileż razy przewracał się próbując nadążyć za tą zmiennością, pragnąc sprostać oczekiwaniom pokładanym w jego wątłym przystosowaniu do napotykanych nieprzewidywalności losu.
Otworzył szeroko okno. Kolejny oddech. Jak długo jeszcze może mu ufać? Prowadził z życiem swoistą grę, ono i on, wystawiając siebie na największe próby, poddając w wątpliwość uzasadnienie własnego istnienia, istnienia czegokolwiek. Tak często za nim nie nadążał. Za życiem, za oddechem, a przecież z każdym dniem coraz trudniej było mu istnieć bez tego zatracania się w podążaniu do kolejnego z nim spotkania. Niewysłowionej między nimi rozmowy.
Teraz to nawet wysokie schody stawały się dla niego, z każdym dniem, coraz większym wyzwaniem. Codziennie pokonywane stopnie, do wtajemniczenia i zgłębienia własnej wytrzymałości, determinacji w osiąganiu kolejnego celu, a ostatnio stał się on szalenie prozaiczny, drzwi mieszkania na trzecim piętrze starej kamienicy. Do windy nie wsiadał przenigdy. Nie potrafił zmierzyć się z dźwiękiem zatrzaskiwania się metalowych drzwiczek i tego nienaturalnego zniewolenia niewielką przestrzenią. Oderwania od ziemi. Nie umiał odnaleźć się w swoistej próżni wąskiej kabiny nad którą nie miał kontroli. Odnosił wrażenie,  że funkcjonowała jakby niezależnie od niego, uzależniając się tylko na krótki moment jednego przycisku. Potem żyła swoim życiem, a on utkwiony w niej, bezsilny w razie jakiejkolwiek awarii. Zbyt dużo usterek w jego życiu już zaistniało, trudnych do naprawienia. Nie miał ochoty na dobrowolne skazywanie siebie na ewentualność pojawienia się kolejnej.
Ona raz utknęła w windzie. A tyle razy prosił ją by sama nie wsiadała. Jej krzyk przeszył mury do szpiku kości leżących w milczeniu pod ziemią. Ale ona wolała jeździć windą. Jeszcze długo po wojnie wyjście z mieszkania było dla mniej walką z własnymi stopami. Wciąż zdawało jej się, że chodzi po ludzkich szczątkach śpiących w bezimiennym zapomnieniu pod miastem. Winda ją odrywała od własnych wspomnień. Potrafiła jeździć nią bez żadnego uzasadnienia. Godzinami. W końcu stłukła szklane drzwiczki za kratami nie mogąc unieść dłużej kruchości świata, za którym się wciąż chowała.
Pokroił rzodkiewki w plasterki i ułożył na okrągłej kromce kajzerki, która wyglądała jak kolorowy kapelusz noszony na wiosnę. Pamiętał, że nie miała umiaru w przymierzaniu kapeluszy. Z większym umiarem, ale wytrwale, przymierzała się do własnej zagłady.
Szczypta soli. Smak nowalijki. Jakże uderzająca jest intensywność odrodzenia się natury. Czy jest jej cząstką?


"Patrzę nie okiem, ale poprzez oko"

Może świat został przez Pana Boga po to stworzony, żeby odbijał się w nieskończonej liczbie oczu istot żywych, albo, co bardziej prawdopodobne, w nieskończonej liczbie ludzkich świadomości.
Czesław Miłosz 

Patrzę w przepojone zadumaniem oczy mojego sentymentalnie usposobionego Pierrota, o przejmującej bladości cery, jakby pokrytej warstwą bielutkiej krepiny naciągniętej na delikatność rysów. Towarzyszy mi niezmiennie, od lat moich nastoletnich, mimo zmieniających się adresów na kopertach i kolorów tła na ścianach. On niezmienny. Jeden z tych wizerunków, który pozostanie ze mną już na zawsze, bo mimo cichości w jakiej jest zatopiony, jednym spojrzeniem, wyraża tak wiele. Smutkiem przejmującego zamyślenia. Takie oczy z pewnością spostrzegają więcej, spoglądają głębiej. Tyle lat ze mną. Dobrze, że zachowa swoją zdolność w wiecznym milczeniu. Mam wrażenie, że jedno wypowiedziane na głos słowo, dźwięk odzwierciedlający dotkliwość zatrzymanych na źrenicy oka obrazów zburzyłoby misterność poukładanych płatków pobladłej róży na jego drobno wykrojonych ustach.
Pierrot i ja. To jedna z tych zażyłości, która opiera się na milczeniu, może na słowach zaledwie kilku, przysłowiowo wypowiedzianych do obrazu, kiedy sama przyjmowałam formę postaci spoglądającej na mnie z cienkiego płótna wyobraźni. Jak pożądliwie pragnęłam, wtedy, usłyszeć dźwięk choćby najkrótszej sylab, ujrzeć najdrobniejsze drgnięcie długich rzęs, wciąż mokrych od nieruchomych łez. Oczy Pierrota.
Oczy moje. Ostatnio, nieco załzawione od przemęczenia, przewlekłości skrycie rozwijającej się choroby i leczących je kropli, poczuły intensywniejszą pożądliwość widzenia. Nabrały jeszcze większego apetytu na uchwycenie we fragmentarycznym kadrze stop-klatki z życia wyciętej. Ta istota procesu, który towarzyszy mi od urodzenia, nabrała jeszcze istotniejszego znaczenia, unaoczniając jak ważne jest patrzeć dwojgiem oczu, przenikliwie, na najbardziej nawet powierzchowną przestrzeń wielowymiarowego świata. Próbując dotrzeć do podszycia, delikatnej materii spostrzegawczości opartej na instynktowym dostrzeganiu niewidzialnego. Dojrzeć do prawdziwej świadomości widzenia. Obracania obrazów.
"Oko - pisze Redon - jest niezbędne, aby wchłonąć elementy, które karmią naszą duszę, i jeśli ktoś nie rozwinął w pewnej mierze zdolności widzenia, widzenia właściwego, widzenia prawdziwego, jego inteligencja będzie niepełna. Widzieć to spontanicznie chwytać związki między rzeczami".
Słowa Odilona Redona przyoblekają się w wyrazistość znaczeń, w pełne poczucie nasycania siebie wielowątkowością sztuki, w domniemanym przewidzeniu prawdy znikającej pod powieką wyobraźni.
Znaleźć własne odbicie w oczach świata, w wypukłości cylindrycznej soczewki dostrzegając uwydatniające się "Inne obrazy" powstające pomiędzy zracjonalizowanym ostrowidztwem a niedowidzeniem. Nieostre, niejasne, niepewne. Obraz za szybą, w którym odbija się świat otaczający i my sami - ich widzowie. Obraz za mgłą, w którym kształty są trudno rozpoznawalne i niemal nic nie widać. Obraz, który niedoskonała pamięć rysuje pod powiekami. I pomieszanie obrazów zrodzonych z winy ułomności naszej mnemotechniki, z domysłów, ze skojarzeń. 
Te "Inne obrazy" dostrzegła i opisała Maria Poprzęcka w nagrodzonym zbiorze swoich esejów, które przedzierają się przez moje niedowidzenie, wdzierają w strukturę oka poddającego się finezji formy, płynności stylu i bogactwu rozważań nad rolą patrzenia, jako drogi do prawdy o sztuce. Kolejna dawka kropli w oczach, chwila oderwania od jakiegokolwiek wysiłku, by za chwilę z całą zachłannością zatopić się w rozważaniach o obrazach skłaniających do innego na nie spojrzenia. Podążenia za mnogością myśli skupionych w rozciągniętych warstwach malarskiej farby i artystycznej inwencji, aby uzyskać zdolność pozostania na dnie oka widza spoglądającego na obraz, zdobywającego umiejętność rozróżniania płaszczyzn barw, subtelności konturów i zespolenia przenikających się domysłów. Dotarcia do krawędzi niepostrzegalnego świata utrwalonego pomiędzy ścisłymi splotami włókien płótna nasączonego twórczym natchnieniem. Dorastania do "aktywnego widzenia", widzenia uruchamiającego świadomość wyobraźni, percepcję zmysłowej interpretacji przekazu i wykształcenia w sobie wrażliwości na akt, na czyn, powoływania dzieła malarskiego do jego indywidualnego, odrębnego życia, ożywienia między tęczówkami oczu, nawet za cenę zaburzenia dotychczasowego "porządku widzialności". Zmieniającego torowość naszego myślenia o sztuce, poddającego obróbce materię naszego spostrzegania, dokonując swoistego studium nad odkrywaniem własnego pojmowania artystycznych zamysłów twórców, doznać zjawiska swoistego "ucieleśnienia się obrazu, zawierzając Wolfgangowi Welschowi, że to sztuka właśnie jest modelem do opisu rzeczywistości.
Obrazy nie istniałyby bez naszego spojrzenia, bez niego byłyby one czymś innym lub w ogóle niczym. Wyposażone są wszakże w ów osobisty sens, który wyłącznie my sami możemy im nadać.
Jak wiele par oczu, tak wiele obrazów w ich najliczniejszych odsłonach. Zindywidualizowanych, ujętych w ramach naszej własnej interpretacji, uwypuklającej wieloznaczność działa, które nie miałoby racji bytu bez tych niewielkich zwierciadeł duszy, w których znajdują swoje odbicie. Może czasem zniekształcone, odmiennie mieniące się przygasłymi półcieniami albo wyostrzone nadmiernie dostrzeganą intensywnością barw, na granicy tego, co rzeczywiste i tego, co jest doświadczalne jedynie za pomocą zmysłu proporcji, wedle własnego poczucia estetyki opartej na osobistej wrażliwości i wykształconej umiejętności patrzenia nie tylko oczami, ale także poprzez oczy. Tak, by widziany obraz mógł przeniknąć do rdzenia naszego spostrzegania, nie zatrzymując się jedynie na powierzchni oka, nie utknąwszy między wygiętymi szczebelkami rzęs, ale docierając do soczewki uaktywniającej zdolność odwróconego widzenia obrazu.
Tylko co, jest wtedy tym obrazem rzeczywistym?

"Inne obrazy" Maria Poprzęcka
wyd. słowo / obraz terytoria, Gdańsk 2008
Nagroda Literacka Gdynia w kategorii: Esej




Zazgrzytał kluczyk. Zaskrzypiały drzwiczki.

Zazgrzytał niewielki kluczyk w drżącej dłoni. Zaskrzypiały stare drzwiczki. Zmierzch wślizguje się przez dziurkę od klucza. Nieodczuwalny przeciąg rozwiewa bezimienne twarze garstką popiołu. Tykanie zegara zdaje się rozbrzmiewać uderzeniem zatrzymanego nagle serca, gdzie spotykające się w uścisku wskazówki stają się miejscem granicznym dla przenikania się obszarów czasu. Zatrzymałam przemijanie chwili na jasnej tarczy przenikliwości. Cofnęłam czas, we własnej wyobraźni, pozwalając zapłonąć świecom świadectwa na dnie ciemności skrytej we wnętrzu rozedrganego zegara Dziadka Bolka.
Ile bezbarwnych kropli łez przepływających między wychudłymi palcami szukającymi okruszka chleba, ile wyszeptanych, w trwodze, słów modlitwy znalazło swoje schronienie, na dnie zegara, skrywając się przed upadkiem człowieczeństwa, z dala od otwartych okien burzonego kiedyś porządku świata.
W moim domu nie ma dzisiaj okien. W moim domu nie ma dzisiaj drzwi. Jest tylko ta przeszklona przestrzeń w drzwiczkach starego zegara. Szczelina przez którą wydobywa się głos sumienia stukiem starej maszyny do szycia zamilkłej w odrętwieniu bezużytecznego istnienia, odgłosem kamieni przeciskających się przez wąski przełyk niemego łkania. Ciemnych odłamków przynależności kaleczących do bólu podniebienie własnej egzystencji. Szeptu niewysłowionego w bezdźwięcznym turkocie wozów znikających za horyzontem nieistnienia. Istnień stopionych warstwą wosku wygasłej świecy. Porwanych strzępków utraconego życia. Zdeformowanego bytu przypisanego dożywotnio do własnych korzeni zapuszczonych w cudzej ziemi. Nierozdzielności pokoleń zespolonych, niczym naczynia połączone, w tajemnicy niecichnącej, między kartkami milczących pamiętników, w popękanych szkiełkach niedowidzących okularów i zardzewiałych szyldach, zanurzonych w niebycie sklepików, złamanych ramionach wygasłych menor niezdolnych do wyciągnięcia się w żałosnym lamencie upraszając niezaznanej łaski.
Jak spojrzeć w głąb niezmiennie bijącego możnowładcy czasu nie dotykając zaschniętych ran, zasklepionych śladów obecności kulturowego współistnienia?
Jak dotknąć pociemniałych znaków, obumarłych źrenic w których chciałabym się przejrzeć, by odnaleźć cząstkę samej siebie?
Szukam światła w ciemności. Delikatnie przesuwam palcem po warstwie znieruchomiałego kurzu próbując poruszyć zaginiony kawałek świata, przywrócić do życia fragmentaryczność przynależności. Pozostawić ciepły dotyk dłoni poruszającej martwość zaginionych istnień. Obudzić zwiędłe kwiatki w wypalonej żarówce zawieszonej na cienkim sznureczku z paciorków rozsypanych słów spadających z rozbujanej karuzeli unoszącej się ponad nietykalnym płomieniem palących zdarzeń. Poczuć smak chałki zanurzonej w przydrożnej kałuży rozlanej goryczy.
Wstawiam zapaloną świeczkę, by rozjaśnić ciemne wnętrza tykającego swoim rytmem wiekowego zegara.
Wróciło życie. Zatoczony krąg nieuchronności przemieniającego czasu.

We wszystkich pasjach

We wszystkich pasjach - muzycznych, poetyckich, teatralnych, filmowych - Chrystus schodzi na ziemię. Dosłownie. Jest ludzki, żywy, na wyciągnięcie ręki. Jakby chciał, żebyśmy Go dotknęli jak Tomasz po zmartwychwstaniu...
Tomasz Cyz
"Pasja 20, 21. Powroty Chrystusa", Warszawa 2013
wyd. Zeszyty Literackie


Dzisiaj, wciąż jeszcze, w zanurzeniu refleksji,
próby poskładania wewnętrznych rozedrgań,
spieszę z życzeniami

Wiary dającej siłę na wyjście z ciemnych zaułków codzienności
Wiary w drugiego człowieka
Wspaniałych wrażeń w odbiorze piękna otaczającego świata  
Podziwu dla dzieł, które zostały nam dane i tych, które tworzy człowiek 
W sercach ciepła, wbrew aurze za oknem
Wiosny wdzięcznej jak z nut Vivaldiego
Nadziei na niegasnącą światłość
Niegasnącej pasji, w każdej dziedzinie życia
Rozpromienionych Świąt Wielkiej Nocy!




Przednówek

Jestem ostatnio jak ten spodeczek, który wyślizgnął się wczoraj z mojej dłoni i roztrzaskał na kawałki w zderzeniu z chłodem kuchennej posadzki. Trochę rozbita, niespójna, jakby każda nienazwana cząsteczka mnie samej podążała w innym kierunku pozostawiając za sobą pustkę niewypełnioną żadną szlachetną myślą. Myśli zupełnie się zresztą rozproszyły, przymarzły warstwą oszronienia na wargach, które nie potrafią wyrazić uczuć nawet drobnym grymasem. Są zupełnie nieme, blade, jak wypłowiałe blaszki po utracie głębi purpurowej barwy nasycenia. Może to właśnie jakiś stan nienasyconego pragnienia uchwycenia niewyrażonej warstwy siebie, która rozkruszyła się niczym cienka warstwa lodu na wyschniętym jeziorze nieprzeniknionej otchłani maluczkiego bytu. Jakbym stała na rozstaju własnej drogi, przed koniecznością dokonania Kierkegaardowskiego wyboru egzystencjalnego: albo uczynić wszystko aby przestać istnieć, co samo w sobie jest niemożliwe, bo przecież istnieję; albo uczynić wszystko by całą uwagę skupić na tym, że właśnie istnieję. Co jednak uczynić kiedy utknie się między jednym a drugim 'albo"?
"Człowiek, który przestaje siebie wyrażać, wpada w czarną dziurę, zanika jego język, choruje na samotność” przeczytałam fragment wypowiedzi Agnieszka Wolny-Hamkało na blogu Remka Grzeli.
Może w tym tkwi źdźbło odrętwienia. Nieumiejętność wyrażenia siebie. Chociaż zapewne czynię to całkiem nieświadomie w najdrobniejszym ruchu o poranku, czynie nagłym i spontanicznym poganianym przez codzienność. A jednak mam poczucie przejmującej pustki, jakby była we mnie jakaś zupełnie wyjałowiona grudka ziemi, na której nic nie jest w stanie unieść się ponad powierzchnię szarej przeciętności.
Pragnienie. Dotknąć opuszkami palców skrawka błękitnego nieba. Poczuć nieprzynależność do ciężaru skutej lodem ziemi. Zawisnąć w objęciu beztroski na promieniach słońca, jak na dziecięcej huśtawce, kiedy oderwanie stóp, od ziarenek piasku, zdawało się tak łatwym do osiągnięcia. Tymczasem. Przednówek. Swoisty post duchowy. Próba czerpania z wyczerpanych zapasów energii.
Przedwiosenne błądzenie.
„Jak błądzić skutecznie?”- pytam sobie za prof. Zbigniewem Mikołejko, który w długiej rozmowie z Dorotą Kowalską wiedzie czytelnika przez przestrzenie snów obłaskawiających cierpienie, będących wolnością, poprzez fragmentaryczność obrazów i rozległość otaczającej nas rzeczywistości. Skleja kawałeczki wyobrażeń, wyostrza rysy światopoglądów, zszywa blizny dzieciństwa, jak zszywa się rozerwane ubranko na szmacianej lalce.
Świat dziś rozbił się nam na kawałki, ale całe szczęście mamy profesora Zbigniewa Mikołajkę, który potrafi na powrót go posklejać i pokazać, co mają wspólnego sny, obrazy dawnych mistrzów, skandynawskie kryminały i Facebook z naszymi dzisiejszymi niepokojami, nadziejami i lękami. Mikołejko to specjalista od rozbrajania oczywistości, zadawania niewygodnych pytań zarówno w sprawach ziemi, jak i nieba (oraz piekła). Nie ma dziś takich wielu.
Niełatwa lektura, targająca wielością skrajnych odczuć, z jednej strony prostująca zawiłość myśli, a z drugiej jakże zwinnie i zgrabnie potrafiąca je zasupłać w niemożności odczytania do końca każdego słowa spod ciężaru którego próbuję się chwilami wyczołgać, by spojrzeć sobie w twarz. Jeszcze długo pobłądzę między kartkami zapisanej rozmowy, by móc objąć choćby kawałeczek z jej rozległych horyzontów widzenia świata. Z tego filozoficzno-egzystencjalnego patchworka, w którym odnoszę wrażenie, że i sam Profesor skleja także nadszarpnięte fragmenty samego siebie, sprawiając, że rozmowa staje się swoistym wyznaniem.
W Panu jest więcej miłości czy nienawiści?
W tej chwili najwięcej jest we mnie smutku, żalu, związanego zresztą z różnymi rzeczami i historiami, które przydarzyły mi się w życiu. Smutku, który czyni mnie coraz bardziej bezradnym.
Chociaż głód miłości, bardzo często niezaspokojony, był we mnie zawsze potworny. Miałem, mam, niewyobrażalną potrzebę bliskości z innymi, bo przecież o nią w gruncie rzeczy chodzi, jeśli mówimy o miłości czy przyjaźni. I z góry było wiadomo, że ten głód nie może zostać zaspokojony, bo jest nadmierny.

Tymczasem, ja, z nadmiarem wrażeń i niesfornie rozwichrzonych impulsów kłębiących się w kącikach własnej niemożliwości wyrażenia siebie pobłądzę jeszcze, z uczuciem niedosytu, ścieżkami, których końca zapewne moje małe stopy nigdy nie dosięgną, zostając w niezgrabnym przednówku do świata rozkwitłych myśli. 

fragmenty z książki "Jak błądzić skutecznie.
prof. Zbigniew Mikołejko w rozmowie z Dorotą Kowalską"
wyd. ISKRY, biblioteka Gazety Wyborczej, 2013



Kosmos w filiżance

Wyłuskuję ostatnio wolne chwile ze zręcznością żonglera, by żadnej z nich nie upuścić, nie zgubić w łódeczkach odpływających na falach przypływających w mnogości spraw niespójnie ze sobą powiązanych i zapętlających się, gdy tylko dopuścić do najdrobniejszej niedbałości ruchów. Błogosławiąc zatem bliskość Stawiska pomknęłam w niedzielne marcowe popołudnie rozpromienione wydarzeniami, które miały mieć miejsce w progach Domu Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów. Dawno tam nie goszcząc, z tym większą przyjemnością wjechałam na posesję długą lipową aleją aż do stóp domu wypełnionego wspomnieniami, szelestem niezliczonych książek, ujętego w ramach nietuzinkowych obrazów, które zdają się czasami wymykać wszelkim ograniczeniom sprawiając, że dom ożywa przycichłym echem wydarzeń wnoszonych wraz z wejściem niezwykłych gości jakże często odwiedzających ten niezwykły zakątek kultury na przestrzeni niezatartego, stopami współczesnych, czasu.
Jeszcze krótki spacer do kapliczki schowanej pośród drzew, by zasiąść w oczekiwaniu na wieczór mający wypełnić się muzyką i słowem. W 33. rocznicę śmierci Jarosława Iwaszkiewicza poświęcony, jakże symbolicznie, jego biografii. Wielu aspektom „Innego życia” rozpostartego w przeróżnych strefach geograficznych, ale nade wszystko sferach uczuciowych, przynależności do świata, ludzi, twórczości i emocji czerpanych z każdego przeżywania nowego dnia.
Pieśni Lutosławskiego w wykonaniu Anny Radziejewskiej, przy akompaniamencie fortepianowym Mariusza Rutkowskiego, mnie samą przyprawiły o dreszcze sentymentalnego rozrzewnienia przywołując z pamięci, między innymi, kołysanki kiedyś śpiewanych mi przez moją Babcię. A toż na otarcie łez dzieciństwa, a toż na oczu spokojne zamknięcie w czułości snu. I też takim niemalże snem, pewną tajemną nieprzenikliwością stała się druga część wieczoru będąca spotkaniem wokół „Innego życia” Radosława Romaniuka goszczącego w Stawisku wraz z prof. Zbigniewem Mikołejko.
Kosmos w filiżance. Przeżycie doszczętnie realistyczne, a z jakże uchwytną nutą metafizyki unoszącej się ponad rozmową tkaną z subtelności odniesień, filozoficznych rozważań, rozciągającą się jakby w doczesność niedokończonego wiecznie tematu życia Jarosława Iwaszkiewicza, będącego zawsze początkiem poznania bytu tak esencjonalnie związanego z wnikliwym, w pełni doznawanym jestestwa, ciałem i umysłem, tworzącym własnoręczny zapis własnej biografii przetykanej pomiędzy kartami swojej twórczości. Tworząc swoistą autobiografię, ukrytą w opowiadaniach przeniknionych podskórnymi i bardzo realnie doświadczanymi wydarzeniami. Niedosłowną. Dotykającą doczesności będącej przyczynkiem do przekształcenia w niekończącą się opowieść o sobie samym pod maskami zręcznie naszkicowanymi ręką Pisarza, a odgadniętymi dla czytelników przez Radosława Romaniuka. I mało co mogło umknąć uwadze z wczorajszej fascynującej rozmowy, wielowarstwowej, budującej się samoistnie z każdym słowem, rzuconym choćby jako dopełnienie, wypełnienie szczeliny chwilowego prześwitu w gęstym splocie tematu, gdyby nie przebudzona z zimowego snu mała muszką nieuchwytna dla rąk nawet tak wprawnego badacza filozofii jak prof. Zbigniew Mikołejko, który jednym gestem, choć mam wrażenie że mówił do nas całym sobą, mnie samej odebrał umiejętność oddychania, pozostawiając w nieruchomym zachwycie oniemiałej duszy, umysłu nazbyt małego dla objęcia istnego uniwersum słów, które chciałoby się zatrzymać na nieblednącej taśmie zapamiętania. Możliwość wysłuchania profesora była doświadczeniem metafizycznym, pozamaterialnym,  które jednocześnie chciałoby się w najdrobniejszych kawałeczku utrwalić w przeżywaniu własnej skromnej doczesności. 
I kiedy wciąż błądziłam, nieskutecznie próbując przeniknąć ogrom Iwaszkiewiczowskiej, nieobejmowalnej zwykłymi ramami pojmowania, przestrzeni  ujętej w filozoficzno-egzystencjalnym kontekście prof. Mikołejki, przemknął jeszcze cień Arthura Rimbaud nasycając swoją obecnością jakże gęstą od przeróżnych zapętleń atmosferę, uświadamiając, że "ja to ktoś inny", we wciąż niezbadanych fragmentach ciemnych obszarów skrytych głęboko pod skórą. Z wyznaniem jego artystycznego credo, że tylko poprzez doświadczanie materii także tych bolesnych zdarzeń, skomplikowanych relacji, najtrudniejszych uczuć, bólu straty i zasmakowania niespełnienia, dotyka się samoświadomości istnienia, doznaje dopełnienia i spełnienia wyzwalającego w artyście pokłady twórcze. Swoistego zespolenia życia ze sztuką.
Jeszcze dzisiaj filiżanka drży w moich dłoniach, kiedy myślami wracam do wczorajszego spotkania na Stawisku, a wargami próbuję nieśmiało upić, choćby łyczek, z Iwaszkiewiczowskiego kosmosu, by zatrzymać, jak najdłużej, jego smak na podniebieniu.

Oto czekamy na Ciebie w staroświeckim hallu przedpółwiekowej Anglii: kominek płonie czerwonym odblaskiem i oświeca nasze skupione twarze.

Oto bór świerkowy, pokrywający strom zbocza gór, objął nas swoim ramieniem: spójrz na nas.

Oto żółto-jedwabne pagody chińskie falują czerwonymi deseniami (Tsi-fu-la pali wonności na lakowej tacy): trzymamy się mocno za ręce, myśląc o Tobie.

Oto u stóp niebosiężnego muru, otaczającego zamek czarodzieja, czynimy podkop: chcemy ujrzeć drzwi, wiodące do jednego tylko wejścia.

Arturze.

Modlitwa do Artura Rimbaud Jarosława Iwaszkiewicza
"Proza poetycka", wyd. Czytelnik, 1958


W bursztynie zawisło powietrze

Najpierw urzekł mnie swoją "Melancholią" prowadząc zaułkami rozpostartej nostalgii, tęsknoty za nieuchwytną sferą nienazwanego pragnienia, utraconego na zawsze, gdzieś w zaświatach idyllicznego niedoświadczania, nie do końca uświadomionej straty, istoty rzeczy nieucieleśnionej, a jednocześnie tak sensualnej w całym jej podskórnym odczuwaniu. Zatem trudno oprzeć się wrażeniu, że każde z nim spotkanie niesie w sobie nutę nieprzeciętności, sam zresztą przyznając:
Mam na imię tak jak na okładce, ładne imię, międzynarodowe, i cesarz był taki, dobry pisarz, smutny, i ewangelista, jeden z czterech, to już nieźle (...) 
Marek. Imię przywierające do pobladłych warg. Brzmi dumnie i wojowniczo. Może też i on na swój sposób, nie mocując się wcale, „wojuje” ze zbyt łatwą literaturą słowa, swoją twórczością dając doświadczenie prozy tętniącej wyrafinowaniem, wymykającej się stylistycznym kanonon i dającej doświadczyć swoistego uczucia egzystencjalnego połączenia ze słowem figlarnie wyodrębniającym się spośród nagiej tuzinkowości. Delektowanie się prozą Marka Bieńczyka to jak łyk doskonałego, wytrawnego wina, które swój smak zawdzięcza urodzajnej ziemi, hojnemu słońcu, delikatnemu powiewowi południowego wiatru i przychylności niekapryśnego lata. Jeden łyk, w którym próbuje się odnaleźć skryte w nim drobinki składające się na bogaty, intrygujący smak długo pozostający na podniebieniu mgiełką rozkosznego wspomnienia. To zetknięcie się z narracją niezwykle plastyczną, giętką, układającą się pod zwinnymi palcami pożądania podporządkowania sobie formy i stylu, a może w całkowitej lekkości talentu iskrzącego samoistnie, bez przymusu. Cokolwiek by nie było motorem działania pisarza, efekt jest znakomitym zmierzeniem się dla czytelnika z prozą wręcz zmysłową, cielesną. Jakby sam proces pisania był celem nadrzędnym, fizyczną potrzebą jak oddychanie, a przecież nie brakuje w tym wszystkim dystansu, pobłażania dla własnej doskonałej niedoskonałości i figlarnego spoglądania na zakłopotanego, zwinnością myśli, czytelnika niezdolnego odmówić słowom:
(...) muszę was prosić, no, nie przesadzajmy, że muszę was błagać, abyście nie rzucali jeszcze tej powieści w kąt, pod telewizor, albo nie podpierali nią krzywego stołu w waszym prostym życiu, bo póki do was mówię, mam się świetnie, a potem może być gorzej, po gazetkę nie będzie mi się chciało rano do kiosku skoczyć, ptaszkom okruszków na parapet podrzucić, siedzieć będę z głową opartą na pięści i w przedmioty nieruchomo się wpatrywać, te, co zachowały się cało. Więc zostańcie jeszcze ze mną, a ja obiecuje was dużo łez, w końcu mnie także coś od świata różni.
Uległam. Chociaż współczesne książki o miłości budzą przeważnie moją nieufność i obawę przed banalnością. Zawierzyłam. Przeniosłam się na "Terminal" Marka Bieńczyka, w zaludnioną przestrzeń przybywających i opuszczających port życia pasażerów, port chwilowych wzruszeń, czasowej przynależności do czyichś rąk, czyjeś twarzy.

A gdzie twoja twarz? Ty nie masz już twarzy
Twarz twoja jest tam gdzie mi się zamarzy
Tam gdzie dłonie me budują lotnisko
Do czułości stąd coraz bliżej blisko (...)

Szukałam zatem twarzy do siebie przynależnych, odbicia profilu w zwężonych źrenicach oczu branych za nieczynne latarnie, jego twarzy może najbardziej, jednocześnie samą siebie skazując na nieuchronność rozstania, doznawania powracającego motywu straty niemożliwego do zatrzymania stanu posiadania, które w rękach pisarza przekłada się na obcowanie z żywym słowem podlegającym przekształceniom, splotom skojarzeń przenikającym się filozoficznym odniesieniem do prozaicznej codzienności. Wiodę zatem żywot poniekąd obok fabuły, która zdaje się jedynie tłem dla procesu pisania, dla pewnej zachłanności tworzenia, gry słownej która przenikając na drugą stronę płótna tworzy pewien obraz, nieco jednak jakby będący poza ramą samych wydarzeń. Niedosłowność spotkania, przypadkowość toczących się wypadków pewnej znajomości, może płonnej nadziei na miłość spełnioną, to jedynie podkład do wyrafinowanego brnięcia w układ pragnień lub całkowitej wobec nich obojętności.
Dałam się pochłonąć wszystkożernym słowom Marka Bieńczyka z rozkoszą trawionego robaczka niezdolnego do rozwinięcia motylich skrzydeł, które uniosłyby mnie ponad przeciętność własnej umiejętności niewysłowienia podziw dla prozy tak ponętnie absorbującej swoją gęstością.
Aha, jeszcze jedno. Knocha prawoskrętna na piasku perłową dmie pieśń. Znak wodny na lilii osiadł liściu, w bursztynie zawisło powietrze.




Odwracalność słów

Słowa stały się nielotne, jak to pięknie nazwał niedawno Remek Grzela na swoim blogu „bezskrzydłe”. Ciężko opadają na kartkę gęstą kroplą tonąc w strukturze nieprzezroczystości bieli, pozostawiając jedynie szarą powierzchowność nienazwanych wrażeń. Niezdolne do uniesienia swojego przesłania. Niewymownie martwe i nieme. Może przemarznięte jak zimowe poranki budzące się czasami tak przejmująco znieruchomiałe od chłodu, że nawet otwarcie oczu grozi rozkruszeniem dopiero co powstającego dnia. Poświaty. Przygasłej jasności widzenia tego, co jeszcze śpi w zalążku późniejszego rozkwitu.
Jak poskładać połamane konary przydrożnego uchwycenia przemykającej chwili schowanej w podstępnej prozie codzienności? Próbuję.
Gonię nie oglądając się wstecz. Biegnę za cieniem czasu, który znika tuż za rogiem uliczki zakręconej ostrym łukiem przecinającym sznurowadła, nazbyt mocno ściśnięte wokół stóp potykających się o najdrobniejsze nierówności. Niezgrabność nieuchwyconego czasu szyderczo śmieje się wprost w wypatrujące go oczy. Może dlatego ostatnio mój wzrok stracił na swej ostrości pod nazbyt ciężką przysłoną zmęczenia. Mniej zauważam. Z ciągle załzawionym obrazem rzeczywistości nie odnajduję wyrazistości spostrzegania realności świata. Okulary zaś, jedynie, uwidaczniają kolejne rysy wyżłobione wokół ciągle przymrużanych oczu. Zagniecenia myśli. Przyglądam się zniekształceniom odbijającym się w krzywym zwierciadle zdarzeń. Biegnę zostawiając za sobą nieumiejętność oceny sytuacji, nadwątlone relacje i gorycz nadużycia mojej naiwnej wiary w nienaruszalność zwyczajnej przyjaźni.
Bagaż doświadczeń uwypuklony na plecach wznosi się garbem niepoprawnej naiwności. Marna ze mnie uczennica życia. Uciekam. Chowam przed zranieniem, choć wiem, że całkiem nie zdołam. Zapełniam najmniejsze szczeliny pustki, z dozą nieustępliwej przekory, dopisując w kalendarzu kolejne przystanki, gdzie chciałabym przystanąć, schować się pod zadaszeniem, choćby chwilowego zachwytu. Życiodajnej refleksji, która poruszy przemarznięte emocje utkwione w lodowej bryle nienaruszalnego wzruszenia. Próbuję się ogrzać na wykładzie Uniwersytetu Otwartego UW. Po trzech semestrach płomiennego oczekiwania na zebranie się grupki zainteresowanej kulturowo-egzystencjalną interpretacją literatury, musiałam dokonać zmiany. Apetyt na temat tak ogromny, jak tort bezowy z truskawkami, ale gdzież szukać truskawek w środku zimy. Chętnych zbyt mało, a ja wiedziona niezaspokojonym głodem zapisałam się, w zamian, na kolejną odsłonę wykładów o kontrowersyjnych postaciach literatury polskiej i obcej.
Pierwsze spotkanie. Charles Pierre Baudelaire. Salka na wydziale geografii staje się miejscem nowej podróży, kartograficznym zapisem literackich dokonań i życiowych poczynań nieprzeciętnej osobowości artystycznej bohemy Paryża.

Miasto, które pochłania tajemnice bytów poszczególnych
I przetwarza je we własną: miasto bez tajemnic, zrobione z tajemnic.
Miasto Sorbony, na której studiował nieomal każdy (oprócz niego);
W którym podobno jest wzór wszelkich miast, nawet Rzymu;
Słodycz cieni platanów i gorzka kawa w czerwcu, gdy
Cukier krąży w żyłach rozgrzanych wiedzą nastolatek tak samo

Jak w wapnie mądrych starców, na placu del al Sorbonne, piąta
I szósta dzielnica, quel flop! - wszystkim brak ojca albo matki
I to niekiedy ich łączy; si non - samotne kobiety w środku nocy
Przesyłają komunikaty alfabetem Morse'a przez ściany; miasto
Wielu mostów; miasto, które przeklinał Verlaine, Rimbaud, Norwid,
de Nerval, Słowacki, Mickiewicz, Eluard, Miłosz, Hłasko, Rilke,
Villon, Baudelaire (...)

W poczuciu samotności i matczynego odrzucenia tułam się za Baudelaire'em po ciemnych zaułkach miasta, gdzie młody poeta szuka ukojenia bólu zranienia w ramionach kobiet nazbyt lekkich obyczajów. W ukochaniu sztuczności porzuca wszelką naturalność, stwarzając własny wizerunek, obraz, któremu mogliby się przyglądać inni, w podziwie dla jego odmienności, gdy tymczasem cień jego matki snuje się za nim zniekształcając jego relacje z innymi kobietami. Nierozerwalna nić emocjonalna staje się dla niego swoistym zniewoleniem, a jednocześnie wiecznie poszukiwanym pragnieniem, w życiu i w poezji, skrywając się w wypaczeniach, brzydocie i wszelakich przerysowaniach postaw, zachowań, obrazów znajdujących odzwierciedlenie w jego wierszach. Skazany na wiekuistą samotność.
Po wykładzie, zmierzch rozświetlonego latarniami Krakowskiego Przedmieścia wydał się nieskazitelnie piękny. Nienaruszalny. Niemożliwy do jakiegokolwiek zniekształcenia. Charles Pierre Baudelaire. Odwracalność

Aniele pełen chwały, czy możesz znać ten lęk,
Winę, wstyd, płacz, umieranie,
Niejasny koszmar tych okrutnych nocy
Które ściskają serce tak, jak mnie się papier?
Aniele pełen chwały, czy możesz znać ten lęk?
(...)
Aniele pełen piękna, czy już poznałeś starość,
Strach starzenia się, nieznośny zamęt
Czytania tajemnic skrywanych poświęceń
W oczach, z których moje się nie wycofały?
Aniele pełen piękna, czy już poznałeś starość?


fragment wiersza Macieja Niemca Te Dwadzieścia Dwa Lata
oraz przekład jego autorstwa wiersza Charles'a Baudelaire'a Odwracalność
z tomiku Serii Poetyckiej Zeszytów Literackich "Stan Nasycenia"

Wielkie biografie mają swój własny rytm

Powędruję przez owo morze samotności, a pazie błękitnoocy
i pazinie poniosą swój długi, ciężki tren z żółtego aksamitu, pachnący łubinem.

On poniósł. Uniósł. Ponad doczesność. Przywołując postać Jarosława Iwaszkiewicza ponownie do życia. Innego życia. Może też po trochę dlatego, że zapełniającego się teraz uczuciami czytelników, bijącego nie jednym sercem, ale sercami wieloma, tych, którzy ujmują między palcami cienką kartkę papieru, jak płótno malarza przesiąknięte kwintesencją życia.
Zwykła karta, zdawać by się mogło, ale gdy spojrzeć na nią z boku, na jej brzeg wyraźnie wycięty prostą krawędzią wytyczającą granicę słowa, wydaje się być wąziuteńką szczeliną, przestrzenią skupiającą w sobie uczucia wzajemnego przenikania się myśli między pisarzem a czytelnikiem. Czasami przypominając spacer po cienkiej linie zawieszonej ponad płaszczyzną odczuwania, a może budowania wyobrażenia o sobie nawzajem. I to życie, które się rozsypuje na malutkie kawałeczki, na impresje, na dygresje, coś jak kalejdoskop bez symetrii nagle staje się spójną całością, uskładaną z maestrią mozaiką kolorowych szkiełek tworzących wielobarwną kompozycję zmieniającą się w zależności od tego jak pada światło naszego spostrzegania subtelności niełatwego splotu marzeń, pragnień, oczekiwań i dopełniających je rozczarowań, goryczy, morza samotności. Istne panoptikum, które dzięki finezji i talentowi biografa staje się przejmującym obrazem nietuzinkowego życia, zazębiającej się turbiny wydarzeń, które następując po sobie łączą się tworząc dzieło życia. Biografię. Jedną z najważniejszych.

Powiedziałeś mi, Pawle, że takiego życia,
Nie zniósłbyś ani chwili. Ale ja mam inne,
Które jak ciężka rzeka, skryta pod sklepieniem,
Przemyka się szerokim, choć ciężkim korytem
Ukryta - kwitnie wszakże co wiosna białymi
Kwiatami, które pachną i powoli więdną,
Słońca nie wiedzę może - ale też tym bardziej
Pełne są znaczeń trudnych, których nie wyrażę.
Nad tym życiem - to wszystko, co widzisz i ludzie
Widzą - jest tylko cieniem, złudzeniem budowy.


"Inne życie", skryte pod sklepieniem pierwszego tomu biografii Jarosława Iwaszkiewicza, zawdzięczamy Radosławowi Romaniukowi i choć zapewne trudno nie zgodzić się z Markiem Radziwonem, który w biografii politycznej "Pisarz po katastrofie" notował: Ktokolwiek pisze o Jarosławie Iwaszkiewiczu, musi mieć poczucie, że mimo wysiłków nie zdoła całkowicie poznać tej niezwykłej osobowości, odnoszę wrażenie, że Radosława Romaniuk poznał ją, może jak nikt inny. Podszedł do Jarosława Iwaszkiewicza tak blisko, jak tylko było można zbliżyć się do ogromu wrażliwości wyrytej w historii literatury polskiej, tej ciężkiej rzeki niełatwych relacji wahających się na skali temperatury uczuć, wielości emocji i potęgi artystycznego spełnienia. Poznał na tyle, choć zapewne wciąż jeszcze poznaje, na ile pozwoliły mu nie tylko dokumenty, listy, wspomnienia, dzienniki czy przepastne archiwa, ale na ile pozwolił mu sam Pisarz. Bliskość ich wzajemnej relacji. Bez niej, być może, nie byłoby "Innego życia". Bez tego, dla nich obu, spotkania w szczelinie kartki. Spotkania tak ważnego, tak ucieleśnionego w twórczym dopełnieniu, że jego znaczące znamię dostrzegli także: Instytut Książki i zespół miesięcznika "Nowe Książki" przyznając Nagrodę "Nowych Książek" za rok 2012 Radosławowi Romaniukowi, którą autor odbierze 19 lutego, jakże symbolicznie, w przeddzień urodzin Pisarza. To jak słodycz dojrzałej poziomki rozgniecionej na ustach próbujących wyrazić słowami niewysłowiony smak wtajemniczenia.
Adam Zagajewskiej w swojej książce "Poeta rozmawia z filozofem" pisał o biografach: Różnią się od innych pisarzy tym, że w zasadzie nie chcą wcale dokończyć swych dzieł. Niby śpieszą się, niby chcą dotrzymać terminu wydawniczego, przesuwanego z roku na rok ku rozpaczy redaktorów wydawnictwa, niby widzimy ich w archiwach i później gabinetach, jak całymi dniami pracują na powoli rosnącym tekstem, ale - z drugiej strony - drąży ich zarazem obawa, że czegoś nie znajdą; nie odnajdą ważnego listu, nie dotrą do ostatniego żyjącego świadka i ich opasła książka, owoc tylu lat, rezultat tylu trudów i wyrzeczeń, już po roku przestanie być definitywną biografią.
Tymczasem ja czekać będę niezmiennie urzeczona, wypatrując na półkach księgarń drugiego tomu biografii, kolejnej odsłony "Innego życia", przyjmując z pokorą wiernego czytelnika nieograniczone przestrzenie czasu, bo przecież wielkie biografie mają swój własny rytm, rosną niemal tak powoli, jak rosło życie ich bohatera.


fragmenty:
wiersz Jarosława Iwaszkiewicza
Inne życie z I tomu wierszy, wyd. Czytelnik, 1977
Prozy poetyckiej Łubin, wyd. Czytelnik, 1958
biografii politycznej Marka Radziwona "Pisarz po katastrofie"
wyd. W.A.B., 2010
książki Adama Zagajewskiego "Poeta rozmawia z filozofem"
wyd. Zeszyty Literackie, 2007

Ucieleśnienie wspomnienia w formie plastycznej

Czas się nie zatrzymuje, nawet gdyby chciało się przytwierdzić wskazówki zegara sznureczkami do dowolnie wybranej sekundy, i tak nie da się ujarzmić. Nieposkromiony wymyka się ludzkiej woli i gna przed siebie nie oglądając się wstecz. Mam wrażenie, że nawet zarys mojej sylwetki, przemykający po szybie mijanych wystaw sklepowych, rozsypuje się na drobinki zabiegania i zbytniego pośpiechu jaki ostatnio stał się moim nieodzownym towarzyszem, czekającym tuż za rogiem. Podejrzewam nawet, że noc całą skulony na ganku, ogrzewając się jedynie sztucznym światłem lampek, oczekuje uchylenia drzwi, by przylgnąć do mnie nie pytając o zgodę. Na dzień cały. Póki mrok nie stanie się mu nazbyt strasznym i zdecyduje się wyślizgnąć, przez dziurkę od klucza, niczym jedna z wielu postaci na obrazach Marca Chagalla. Wyciągnięta ze snu jawa, stająca się półprzezroczystą mgłą wijącą ponad dachami rosyjskich wiosek zamieszkiwanych przez chasydzką społeczność, skrywająca się w tlącym nieśmiało świetle zapalonych świec, w rozmodleniu piątkowych zmierzchów, dająca o sobie znać w cichym syczeniu samowara. Rozprzestrzeniona. Rozedrgana. Pozostawiając mnie na czas niezmąconego snu czekającego w miękkiej podszewce poduszki kusząco nadstawiającej swoje gładkie policzki. W niedomkniętej kopercie chowając szkice wyobrażeń, które być może pod zamkniętymi powiekami staną się celuloidową taśmą przysłaniającą granicę między realnością i tym, co tak realnie nieuchwytne.
Nieuchwytność. Może to w obrazach Chagalla tak bardzo mnie zachwyca. W pozorach całkiem zwyczajnych obrazów kryje się tajemnica, nieprzenikniona wrażliwość, własny język malarski Chagalla dotykający podniebienia egzystencji uniesionej lekko ponad doczesnością, w poszukiwaniu własnej rzeczywistości którą nosił w swoim wnętrzu i starał się zobiektywizować jedynie za pomocą środków malarskich, w kontraście kolorów wyznaczających jego granicę między odtworzeniem i stworzeniem obrazu widzianego jego oczami, korzeniami silnie wrośniętymi w rosyjską prowincję przywodzącą na myśl wspomnienia z dzieciństwa. Ulotny dym przeszłości porzuconej dla malarstwa, dla artystycznej samorealizacji wymykającej się wszelkim ramom teorii zbytnio obciążającej lekkość malarskiej swobody, twórczej zadumy i poetyckiego widzenia prozy życia. Barwami, zachwianiem proporcji nawiązując do symboliki bizantyjskiej.
Marc Chagall. Jeden z artystów, który kiedyś wdarł się w moją duszę wręcz z rewolucyjną siłą, burząc moje ukochanie proporcji, klasycznego pojmowania kanonu piękna wyrażonego nienagannością formy, pozbawiając mnie nieufności wobec artystycznej awangardy. Mój rewolucjonista. Uwiódł mnie zmuszając do wysiłku dostrzeżenia zachwytu w zniekształceniu, dozie abstrakcji i krztynie groteski. W symbolice ukrytej pod warstwą rozmytych barw, złudnie przydających wrażenie niewyrazistości, bo wyrazistość znaczenia symbolu u Chagalla tkwi w rdzeniu jego malarstwa, w doświadczaniu życia.
Tajemnica tkwi być może w samej naturze jego sztuki, która wykorzystuje doświadczenie wspomnień. Prawdziwe malarstwo jest życiem, i być może życie jest malarstwem (...) Wizualna logika, która od tej pory układa formy, posłuszna jest innym prawom niż te, jakie rządzą przestrzenią euklidesową. Żaden wektor geometryczny nie określa przestrzeni, a jej plastyczność pozwala rysunkowi na to, by znalazł dla siebie wyraz w całej giętkości i spontaniczności.
Nie bez znaczenia jest fakt, iż malarstwo Chagalla prowokuje krytyka czy historyka do wykorzystania terminów muzycznych. Postaci i motywy postrzegane są jako liczne dźwięczne przedmioty, kolory to rytm, a linie - melodie; metafora ta dobrze pasuje do malarstwa, ponieważ tak jak ono akcentuje pojęcie czasu.
Czas się nie zatrzymuje, ale ja zatrzymałam się w czasie, w malarstwie jednego z moich ulubionych artystów przedstawionych w albumie "Marc Chagall". 
"Książka ta poświęcona jest wczesnemu okresowi twórczości jednego z najwybitniejszych malarzy XX wieku - urodzonemu w Rosji Marcowi Chagallowi (...) Reprodukowane tu prace malarskie i graficzne Marca Chagalla pokazują nie tylko skalę talentu artysty, ale także nieistniejący już świat wschodnioeuropejskich żydowskich miasteczek". 
"Marc Chagall" Mikhail Guerman i Sylvie Forestier
wyd. Confidential Concepts, USA
polskie tłumaczenie: 2006 Firma Księgarska Jacek i Krzysztof Olesiejuk
tekst polski opracował: Dariusz Konstantynów



Na skórze nieprzeniknionego

Na skórze stóp rozproszenie dnia osiadło drobinkami zmęczenia. Spod ronda zataczającego krąg splatających się zdarzeń, ponad niedowidzącym wzrokiem horyzontu, wyglądam kolejnego przebudzenia. Wschodu słońca zarzucającego rozpromienioną sieć cieniutkich zmarszczek rozciągających się wokół mrużących się oczu, niczym siatkę w którą chciałoby się złapać kadry spadające z czarnych skrzydeł oddalającej się nocy.
Frywolność rozleniwionego uśmiechu złudnie przypomina papierową łódeczkę sunącą po gładkości niewypowiedzianych słów, po przyćmionej tafli uspokajającego się morza, zatapiając się w dopełnieniach przygasających wrażeń, układanych na dnie pudełeczka jak  układa się papierki od cukierków, wciąż przesycone słodkim smakiem zatrzymanym na podniebieniu kolejnego dnia. Uchwycenie chwil wznieconych pragnień, oczekiwań odnajdywanych za rogiem przeznaczenia.
Pocztówki z życia wysyłane na adres losu, bardziej lub mniej, przychylnego do odczytania listy marzeń. Codzienności prześlizgującej się pomiędzy uderzeniami zegara i klawiszy starej maszyny do pisania. Za okiennicami zbyt pospiesznie przewijającej się taśmy niezmiennego zatrzymania, w niemożności oderwania się od ciężkiej grudki ziemi trzymanej w zaciśniętej dłoni.  
Gasną żarówki wypełnione płatkami przebarwionych poranków. Przezroczystość rysunku kreślonego niepewnę ręką. Wełniany koc rozłożony na dachu niedościgłych wierzchołków otacza chłodem niespełnienia. Brodzę po kostki w snach nieprzyśnionych, dusząc się gęstością niewypowiedzianych słów. W oknie trzepocze firanka motylich skrzydeł. Przedwczesne przebudzenie.

Ale to otwiera coś innego. Wiem, chcesz powiedzieć,
Chyba to chcesz powiedzieć, Sylvio d' O., że
W żadnym języku świata nie ma już nic do powiedzenia.
(Ale jeszcze trzeba będzie próbować tłumaczyć,
nie tylko sny, i mówić o rzeczach, których nie było
nam żal, zapomnianych już wtedy, w ich czasie).
(...)
Może dopiero około pięćdziesiątki
Własne ciało zaczyna być porównaniem
Do pewnej ciągłości, czy zdołam znów w nim zasnąć -
Myśli na progu wielkiej liczby niepotrzebnych myśli,
Zszywa je jasnowidząca maszyna do szycia, singer
Mojej babci; - lub może zaczyna być
Czymś w rodzaju domu, który się odnajduje
Za późno, żeby w nim zamieszkać
Jeszcze raz od początku.

fragmenty wiersza Macieja Niemca
A później umrzeć na zawał w nowojorskiej  taskówce...
z tomiku "Stan nasycenia"
wyd. Seria Poetycka "Zeszytów Literackich", 2012

Polecany post

Tak czyta się tylko raz

Najbliższy jest mi jednak Wojtek Karpiński tym, że jak mało kto dzisiaj  zachował zdolność podziwu i przyswajania sobie tego,  co p...