Ucieleśnienie wspomnienia w formie plastycznej

Czas się nie zatrzymuje, nawet gdyby chciało się przytwierdzić wskazówki zegara sznureczkami do dowolnie wybranej sekundy, i tak nie da się ujarzmić. Nieposkromiony wymyka się ludzkiej woli i gna przed siebie nie oglądając się wstecz. Mam wrażenie, że nawet zarys mojej sylwetki, przemykający po szybie mijanych wystaw sklepowych, rozsypuje się na drobinki zabiegania i zbytniego pośpiechu jaki ostatnio stał się moim nieodzownym towarzyszem, czekającym tuż za rogiem. Podejrzewam nawet, że noc całą skulony na ganku, ogrzewając się jedynie sztucznym światłem lampek, oczekuje uchylenia drzwi, by przylgnąć do mnie nie pytając o zgodę. Na dzień cały. Póki mrok nie stanie się mu nazbyt strasznym i zdecyduje się wyślizgnąć, przez dziurkę od klucza, niczym jedna z wielu postaci na obrazach Marca Chagalla. Wyciągnięta ze snu jawa, stająca się półprzezroczystą mgłą wijącą ponad dachami rosyjskich wiosek zamieszkiwanych przez chasydzką społeczność, skrywająca się w tlącym nieśmiało świetle zapalonych świec, w rozmodleniu piątkowych zmierzchów, dająca o sobie znać w cichym syczeniu samowara. Rozprzestrzeniona. Rozedrgana. Pozostawiając mnie na czas niezmąconego snu czekającego w miękkiej podszewce poduszki kusząco nadstawiającej swoje gładkie policzki. W niedomkniętej kopercie chowając szkice wyobrażeń, które być może pod zamkniętymi powiekami staną się celuloidową taśmą przysłaniającą granicę między realnością i tym, co tak realnie nieuchwytne.
Nieuchwytność. Może to w obrazach Chagalla tak bardzo mnie zachwyca. W pozorach całkiem zwyczajnych obrazów kryje się tajemnica, nieprzenikniona wrażliwość, własny język malarski Chagalla dotykający podniebienia egzystencji uniesionej lekko ponad doczesnością, w poszukiwaniu własnej rzeczywistości którą nosił w swoim wnętrzu i starał się zobiektywizować jedynie za pomocą środków malarskich, w kontraście kolorów wyznaczających jego granicę między odtworzeniem i stworzeniem obrazu widzianego jego oczami, korzeniami silnie wrośniętymi w rosyjską prowincję przywodzącą na myśl wspomnienia z dzieciństwa. Ulotny dym przeszłości porzuconej dla malarstwa, dla artystycznej samorealizacji wymykającej się wszelkim ramom teorii zbytnio obciążającej lekkość malarskiej swobody, twórczej zadumy i poetyckiego widzenia prozy życia. Barwami, zachwianiem proporcji nawiązując do symboliki bizantyjskiej.
Marc Chagall. Jeden z artystów, który kiedyś wdarł się w moją duszę wręcz z rewolucyjną siłą, burząc moje ukochanie proporcji, klasycznego pojmowania kanonu piękna wyrażonego nienagannością formy, pozbawiając mnie nieufności wobec artystycznej awangardy. Mój rewolucjonista. Uwiódł mnie zmuszając do wysiłku dostrzeżenia zachwytu w zniekształceniu, dozie abstrakcji i krztynie groteski. W symbolice ukrytej pod warstwą rozmytych barw, złudnie przydających wrażenie niewyrazistości, bo wyrazistość znaczenia symbolu u Chagalla tkwi w rdzeniu jego malarstwa, w doświadczaniu życia.
Tajemnica tkwi być może w samej naturze jego sztuki, która wykorzystuje doświadczenie wspomnień. Prawdziwe malarstwo jest życiem, i być może życie jest malarstwem (...) Wizualna logika, która od tej pory układa formy, posłuszna jest innym prawom niż te, jakie rządzą przestrzenią euklidesową. Żaden wektor geometryczny nie określa przestrzeni, a jej plastyczność pozwala rysunkowi na to, by znalazł dla siebie wyraz w całej giętkości i spontaniczności.
Nie bez znaczenia jest fakt, iż malarstwo Chagalla prowokuje krytyka czy historyka do wykorzystania terminów muzycznych. Postaci i motywy postrzegane są jako liczne dźwięczne przedmioty, kolory to rytm, a linie - melodie; metafora ta dobrze pasuje do malarstwa, ponieważ tak jak ono akcentuje pojęcie czasu.
Czas się nie zatrzymuje, ale ja zatrzymałam się w czasie, w malarstwie jednego z moich ulubionych artystów przedstawionych w albumie "Marc Chagall". 
"Książka ta poświęcona jest wczesnemu okresowi twórczości jednego z najwybitniejszych malarzy XX wieku - urodzonemu w Rosji Marcowi Chagallowi (...) Reprodukowane tu prace malarskie i graficzne Marca Chagalla pokazują nie tylko skalę talentu artysty, ale także nieistniejący już świat wschodnioeuropejskich żydowskich miasteczek". 
"Marc Chagall" Mikhail Guerman i Sylvie Forestier
wyd. Confidential Concepts, USA
polskie tłumaczenie: 2006 Firma Księgarska Jacek i Krzysztof Olesiejuk
tekst polski opracował: Dariusz Konstantynów



Na skórze nieprzeniknionego

Na skórze stóp rozproszenie dnia osiadło drobinkami zmęczenia. Spod ronda zataczającego krąg splatających się zdarzeń, ponad niedowidzącym wzrokiem horyzontu, wyglądam kolejnego przebudzenia. Wschodu słońca zarzucającego rozpromienioną sieć cieniutkich zmarszczek rozciągających się wokół mrużących się oczu, niczym siatkę w którą chciałoby się złapać kadry spadające z czarnych skrzydeł oddalającej się nocy.
Frywolność rozleniwionego uśmiechu złudnie przypomina papierową łódeczkę sunącą po gładkości niewypowiedzianych słów, po przyćmionej tafli uspokajającego się morza, zatapiając się w dopełnieniach przygasających wrażeń, układanych na dnie pudełeczka jak  układa się papierki od cukierków, wciąż przesycone słodkim smakiem zatrzymanym na podniebieniu kolejnego dnia. Uchwycenie chwil wznieconych pragnień, oczekiwań odnajdywanych za rogiem przeznaczenia.
Pocztówki z życia wysyłane na adres losu, bardziej lub mniej, przychylnego do odczytania listy marzeń. Codzienności prześlizgującej się pomiędzy uderzeniami zegara i klawiszy starej maszyny do pisania. Za okiennicami zbyt pospiesznie przewijającej się taśmy niezmiennego zatrzymania, w niemożności oderwania się od ciężkiej grudki ziemi trzymanej w zaciśniętej dłoni.  
Gasną żarówki wypełnione płatkami przebarwionych poranków. Przezroczystość rysunku kreślonego niepewnę ręką. Wełniany koc rozłożony na dachu niedościgłych wierzchołków otacza chłodem niespełnienia. Brodzę po kostki w snach nieprzyśnionych, dusząc się gęstością niewypowiedzianych słów. W oknie trzepocze firanka motylich skrzydeł. Przedwczesne przebudzenie.

Ale to otwiera coś innego. Wiem, chcesz powiedzieć,
Chyba to chcesz powiedzieć, Sylvio d' O., że
W żadnym języku świata nie ma już nic do powiedzenia.
(Ale jeszcze trzeba będzie próbować tłumaczyć,
nie tylko sny, i mówić o rzeczach, których nie było
nam żal, zapomnianych już wtedy, w ich czasie).
(...)
Może dopiero około pięćdziesiątki
Własne ciało zaczyna być porównaniem
Do pewnej ciągłości, czy zdołam znów w nim zasnąć -
Myśli na progu wielkiej liczby niepotrzebnych myśli,
Zszywa je jasnowidząca maszyna do szycia, singer
Mojej babci; - lub może zaczyna być
Czymś w rodzaju domu, który się odnajduje
Za późno, żeby w nim zamieszkać
Jeszcze raz od początku.

fragmenty wiersza Macieja Niemca
A później umrzeć na zawał w nowojorskiej  taskówce...
z tomiku "Stan nasycenia"
wyd. Seria Poetycka "Zeszytów Literackich", 2012

Stan nasycenia

Czytałem niczego nie rozumiejąc
zamiast liter widziałem twarze
ta twarz chorej czy pielęgniarki
po co rozróżniać kiedy wszystko boli
Odrywałem się i czytałem znowu


Kolejny dzień.
Roztopił się jak płatki śniegu opadające na ciepłą dłoń wyciągniętą w zachwycie nad filigranowymi rozgwiazdami spadającymi spod rzęs nieba. Zniknął w wieczornym tchnieniu przysiadającego na schodach zmroku, rzucającego cień przemijania na zegar skazujący na wyrok unicestwienia, dopiero co, stworzony ułamek czasu. Zasępienie skuliło się w sobie nie chcąc rozwijać swojego zasmucenia. Przysiadłam obok niego. Na kolorowych paciorkach bransoletki próbowałam policzyć dni, które owijały się wokół moich dłoni, wśród literowych składanek, mniej lub bardziej do siebie przylegających, niczym wycięte kawałki puzzli dopasowywane do siebie, skrupulatnie, w nadziei na otrzymanie spójnego obrazu. Siedem lat, niepoliczalna ilość słów, a jeszcze więcej myśli, których nie udało mi się uformować w żaden symbol, znak swoistej przynależności, a zatem zagubionych w bezkresie niezapisanego ulotnienia. Rozwichrzonych zmiennością porannego niedospania. 
Kolejny rozdział.
Przeprowadzka. Fragment mojej przynależności otwartej w nowej przestrzeni. Na nowo próbujący zaistnieć. Zadomowić się, poczuć wygodnie, by z całą szczodrością i szczerością uczuć móc witać przybywających z różnych stron, czasami tej samej książki, a innym razem spomiędzy okładek całkiem odrębnej bajki. Bogactwo różnorodności. Przenikliwość odmiennego widzenia. Oczekiwane, przeze mnie, spotkania między giętkością słów.
Siedem lat. Swoisty symbol dopełnienia. Krzew gorejący siedmioramiennym uniesieniem pragnienia zachwytu. Przygasły ostatnio.
Stan nasycenia. Niezaznany. Przyszedł w wierszach, które ostatnio przylgnęły do mnie wzniecając głód pragnienia, otwierając wrota do nieprzeniknionej poetyckiej wrażliwości. Przynosząc stan rozdrażnienia, kiedy nie sposób dotknąć rdzenia uczuć. Potykam się o własną niezgrabność ogromu oczekiwań złożonych pomiędzy okładki niewielkiego tomiku poezji. Wchłaniam każdą linijkę przełamaną westchnieniem, bólem poszukiwania, krótką przerwą akapitu zatrzymaną na wierzchołkach przejmującego milczenia ukrytego w krzyku utraconej równowagi. Swoiste uwięzienie w bezpiecznym braku stabilności, w poczuciu przebywania na wygnaniu, w przygaszonym świetle przepalonej żarówki, w półcieniu porzuconej przynależności do adresu, miejsca, zbyt wąskich drzwi, niekształtnego fotela i przykrótkiego biurka. Bezdomność.
Móc dostrzec otwarte okno.
Do bezgranicznego przebywania w twórczej inspiracji Poety. W porzuceniu nazbyt prostego zrozumienia, zbyt łatwego czytania. Wciąż za bardzo na powierzchni. Zapętlam się i z poczuciem słodkiego wysiłku próbuję dotrzeć do istoty przesłania.

Tekst jako ból, choroba jako codzienność,
Nawet kot może być chory i może oczekiwać
Uzdrowienia. Tekst jako lekarstwo na codzienność,
Kot jako codzienność, która nie jest chorobą,
Czytanie jako otwieranie przestrzeni - 

Kolejny wpis.
Czytanie codzienności. Wyszukiwanie, choćby najdrobniejszych zarodków olśnienia. Bezcenne.
Dziękuję, Wszystkim dzięki, którym od siedmiu lat czerpię pokłady pokrzepienia, jakie zawdzięczam temu, w całości przecież błahemu pisaniu (F. Kafka) i z możliwości dzielenia się swoimi przeżyciami. Jesteście wyjątkową cząstką przestrzeni przynależącej do mojego świata, pozwalając mi odnajdywać coraz to nowe twarze w każdej literze.
Nową twarzą, widzialną, namacalną pod zmarzniętymi opuszkami palców stał się też niedawno Poeta, dla mnie odnaleziony, rysujący nowe ścieżki odczuwania, szkicujący mapy własnego bytu wpośród  nieprzynależnej do nikogo cząstki, samego siebie. W natchnionej poezji. Maciej Niemiec.
Zanurzenie w przenikliwej przestrzeni, w której rozpaczliwie próbuję zasmakować stanu nasycenia.

Co wymówione oddala się, zmierza do nieistnienia, jedynego
Królestwa trwania. Mowa zabrudzona spostrzeganiem wdziera się,
Gdzie panował święty ład nicości - bezbłędny, bez pamięci.
Ławkę, na której nie siedzieliśmy, mija się obojętnie. Bez wspomnień
Nie ma miłości. Pozostaje żal, i piękno.

fragmenty wiersza Tekst
z tomiku "Stan nasycenia" Macieja Niemca
seria poetycka Zeszytów Literackich, Warszawa 2012


Postać i warstwa marcepanu

Znowu próbuję go objąć. Wygłodniała widoku jego przejmujących ciemnych oczu spoglądających zawsze spod gęstej linii brwi będących rodzajem ochrony przed najdrobniejszymi pyłkami, które mogłyby doprowadzić do podrażnienia oczu. Załzawienia. Miał wszak pozostawać wyschniętą pustynią.
Wyglądałam jego pochylonej sylwetki i dostojnie, a zarazem frywolnie trzepoczącej muchy, uchwyconej czystości bieli kołnierzyka, starającej się unieść ciężar skryty w wyrzeźbionych łódeczkach jego ust na swoich wyprostowanych skrzydłach. Niezdolna.
Ja również nauczyłam się ustępować. Zjawia się tylko, kiedy sam tego pragnie. Nigdy nie daje się pochwycić siłą, choćby nawet wytęsknienia, przygarnąć mocą moich bezwładnych, wobec niego, dłoni które nie potrafią go wyczuć, w żadnej formie, pod palcami. Ani wystukać rytmicznego bicia jego serca, ani wyczuć miarowego tętna skrywającego się pod coraz twardszą skórą narosłych doświadczeń.
Przyglądam mu się uważnie ciągle szukając niedostrzeżonych fragmentów jego samego. Jest wciąż mapą pełną tajemnic zagłębionych w wyżłobieniach życia, szczelinach niedościgłego ukrycia przed wszelką zmiennością przyzwyczajeń, które stały się dla niego swoistymi tablicami Mojżeszowymi. Nienaruszalnymi jak on sam, w swoim upartym niedostrzeganiu iskierek przychylności iskrzących między popielatymi rzęsami przysłaniającymi mu odmienność barw zatopionych w jego codzienności.
A zdawać by się mogło, że o tej porze świat wydawać mu się może okraszony chrupiącą warstwą zmrożonego marcepanu,  wyglądającego o poranku nad wyraz zjawiskowo, a on sam, otulony po czubek zaczerwienionego nosa, stara się pochwycić kilka promyków słońca ześlizgujących się z gracją po przygarbionej rączce laski rozkruszającej zaśnieżone ścieżki niczym warstwę słodkiej bezy pękającej delikatnie, kiedy próbuje  znaleźć równowagę w głębokich zaspach białego puchu. 
To nie wina śniegu. Z każdym dniem coraz bardziej zdawał sobie sprawę, że traci umiejętność sprawnego poruszania się, traci stabilność kolejno stawianego kroku. Jest jak ta ławeczka u jej grobu chwiejąca się na słabych nóżkach, których nigdy nie pozwolił naprawić. Chciał czuć tę niepewność, chwiejność każdego dnia bez niej, pielęgnując pamięć o niej na równi z bólem straty, dotykając najgłębszego pęknięcia na jego Mojżeszowej tablicy, niezmienności braku jej obecności.
Zachwiał się u progu nowego dnia. Wyciągam swoją dłoń. Nie chce jej ująć. Odchodzi. Wciąż, dla mnie niezmiennie, odchodzi ode mnie w cienie i załamania światła, gdzie tak trudno go dostrzec. Zamykam oczy. Chce przejść na drugą stronę ulicy. Samochód przedziera się przez drżenie zatrzymanego nagle, powolnego kroku. Szlam. Błoto pośniegowe rozpryskując się pod kołami przykleja się do szarości jego starego płaszcza niczym poszarpane łaty. Staje się niczym płótno malarza wchłaniając najdrobniejszą kroplę farby, sztucznych barwników podrażniających jego skórę. Budzi się znajomość uczucia. Ileż razy czuł się obrzucony, słowami których  nigdy nie udało się do końca zmyć, zdrapać z powierzchni boleśnie odczuwanego człowieczeństwa, bo wsiąkających w samą strukturę jego jestestwa. Nie do wybarwienia. Nasłuchując dźwięków świata odnosi wrażenie, że wciąż niewiele się zmieniło. On też. Prometeuszowe dzieło. Z gliny i łez.
Przechodzi na drugą stronę. Siada przy niewielkim stoliku w pobliskiej kawiarence. Zamawia kawałek marcepanowego tortu. Pochłania widok nieskazitelnej, gładkiej warstwy marcepanowej polewy. Bez popękań. Nienaruszalnej.
Wychodzi zostawiając nietknięty kawałek.

Z doskonałą słodyczą niepodległej samotności wśród tłumu

28 lipca 2011 roku, swój post "Cokolwiek sobie przywłaszczam" zaczynałam od słów:
Czuję się jak paproch, jak mikroskopijna grudka pyłu, której dane było przysiąść na krawędzi wyrwanej kartki, na granicy światów pozostających wciąż nieprzebytymi. Nigdy nie przeniknę tych warstw, bo najdrobniejszy powiew strąci mnie z tej krawędzi, zawieszając w pustej przestrzeni. W niebycie, w całkowitej próżni, bo jednego życia mało, by doszczętnie wsiąknąć w kartki nie czując pod stopami namacalnego dna, ale co najwyżej potykając o zbyt wysokie progi, które zachciało mi się przekroczyć. A ja chciałabym móc być kroplą tuszu na choćby jednej z kartek jego dziennika, zagiętym nieopacznie rogiem papieru, kropką postawioną od niechcenia, przecinkiem rozdzielającym zdanie, by mogło zgrabnie potoczyć się dalej. Nazbyt prostolinijnym wykrzyknikiem, podczas gdy on pozostanie na zawsze przepięknie wyprofilowanym znakiem zapytania zawieszonym nad moją, niewiele wciąż pojmującą, głową. Zostało zatem jedynie pomarzyć, by być choć źdźbłem myśli zakorzeniającym się w kolejnych warstwach książki, "ogonkiem" dnia i przebudzeniem nocy, końcówką pędzla sunącego bezszelestnie po płótnie zostawiając smugę jego postaci, zarys szczupłej sylwetki (...).

To było moje pierwsze, poruszające mój malutki kawałek ograniczonego świata, spotkanie z Józefem Czapskim. Przywłaszczenie. Niezdolna byłam oderwać się od "Wyrwanych stron" swobodnie wfruwających przez okno mojego pokoju wnikając w przestrzeń którą oddychałam, stając się łykiem życiodajnego powietrza, niezbędnym elementem moich literackich poszukiwań. Otworzyło moje oczy, poruszyło wrażliwość wciąż nieudolnie się przebudzającą. Prawdziwe przebudzenie.
"Wyrwane strony" leżą na moim biurku obok "Dzienników" Jarosława Iwaszkiewicza i "Chwil oderwanych" Konstantego A. Jeleńskiego. Muszą być na wyciągnięcie ręki, dla wewnętrznej równowagi, dla szukania odpowiedzi na wielość codziennych pytań, własnych ułomności i trudów pokonywania słabości czyhających za rogiem poranka. Siła czerpana ze słów.

"Czwartek, 25 III, ranek (z kajetu Marzec 1976)
Wystarczy dotknąć w sobie jakiegoś punktu ważkiego i zrobić krok w głąb świadomości, i zaraz każda książka, po którą sięgasz, zdaje ci się, że porusza tę samą dziedzinę problemów, i daje ci jeszcze i jeszcze cytaty, strzałki ku  d a l e j."

"Sobota, 16 XIII (z kajetu Październik 1978 - styczeń 1979)
To odbudowywanie co ranek świata, który dzień przed tym utraciłeś całkowicie na to, żeby znowu ten świat w sobie zgubić (z własnej winy?), ale to jest wciąż to samo, ta wina jest zmieszana z samym życiem, z ludźmi, z samym wyjściem w ludzi. Stąd przecież bierzesz również potrzebną pożywkę (...)
Jednak pamiętać, że powinien być we mnie jeden cel dominujący, te chwile powrotu do życia przez łaskę, próbować unieść w sobie i ochronić wśród tłumu ten płomyk "z doskonałą słodyczą niepodległej samotności wśród tłumu" (...)
Może trzeba by jeszcze zacząć pisać najprościej, najbliżej zasadniczego wątku - de quoi s'agit-il. Ale właśnie de quoi, o co mi chodziło, o przekazanie tej siły szczęśliwego wzruszenia, które dać może słowo pisane - literatura"

fragment z "Wyrwanych stron" Józefa Czapskiego
wyd. Fundacja Zeszytów Literackich, Warszawa 2010


Dzisiaj, 12 stycznia roku 2013, przypada 20. rocznica śmierci Józefa Czapskiego - malarza, rysownika, pisarza, eseisty, krytyka.
Urodził się w 1896 w Pradze, zmarł w 1993 w Maisons-Laffitte, we Francji.







W wełnianych skarpetkach

W wełnianych skarpetkach i piżamie w kratkę stanęłam wczesnym, niedzielnym porankiem na granicy Warszawy oddzielonej ode mnie przeźroczystością budzącej się wyobraźni. Włączyłam radio. Swoją drogą czemu flanelowe koszule mają zawsze przydługie rękawy? Przyłożyłam dłoń, by poczuć pod palcami chłód zmienności i ciepło głosów poruszających tętno łagodnie unoszących się siateczek głośników. Schowałam dłonie w zbyt długich rękawach, by ogrzać zziębnietę przedwczesną, jak na niedzielę, porę pobudki, ale jakże mogłabym wtulać się w poduszkę podszytą snami wiedząc, że za chwilę mogę wyjść na spacer po zaspanym jeszcze mieście w nietuzinkowym towarzystwie jakie nigdy nie mogłoby stać się jawą. A jednak stać się nią mógło w ten szczególny poranek.
Nim wybiła siódma dziesięć, na starym zegarze, spojrzałam na czystą kartkę w nowiutkim kalendarzu. Parę dni temu z dużą dozą nieufności przekroczyłam próg ‘nowego’, jakbym nie była pewna czy to, co pod stopami wyczuwalne będzie stabilnością czy tylko cienką warstwą gotową pokryć się za moment mozaiką popękań, mnie samą łapiąc w siatkę nieprzychylnych zdarzeń. W ferworze rozbłyskujących na niebie jaskrawych fajerwerków podskórnie wyczuwałam dreszcze niepewności - co przede mną. Niepewnie stawiałam kroki na progu nowego roku. A może były to tylko dreszcze zapowiadające nadejście grypy, która właśnie rozkwitła przykrótkim oddechem?
W dopiero co miniony, niedzielny poranek, najważniejszym było jednak udanie się na spacer. Szuflada w ciężkim kredensie odsunęła się i wymknęła się z niej miękka włóczka powiązań Jarosława Iwaszkiewicza z Warszawą. Chwytałam nitkę po niteczce rozwijających się historii opowiadanych przez Radosława Romaniuka na falach "Radia dla Ciebie", w audycji "Historie z szuflady - Warszawa Jarosława Iwaszkiewicza" prowadzone przez prof. Wojciecha Marczyka. Szuflada przepastnie wciągająca w swoje wnętrze. Pozostało tylko w nią wniknąć, by nagle każda ulica, zaułek schowany na czarno-białych zdjęciach o lekko pozaginanych rogach prostował się dumnie odzyskując swoją świetność, rozbrzmiewając słowami autora biografii Pisarza. Spokojne dźwięki osiadające delikatnym wybrzmieniem fortepianu rozsypywały obrazy pod moim stopami miękko drepczącymi w wełnianych skarpetach śladami Jarosława Iwaszkiewicza i Radosława Romaniuka. Zaglądałam do kufra pełnego książek, rękopisów, wierszy napisanych na Ukrainie, stawałam nieśmiało w drzwiach "Pikadora" przyglądając się młodym poetom formującym atmosferę zasiadającą przy małych kawiarnianych stolikach w oparach dowcipu, śmiechu i błyskotliwości. Wyglądając jednak nade wszystko twarzy pełnej nieśmiałości, wyróżniającej się niewyróżnianiem w tłumie warszawskiej bohemy literackiej. Ktoś raptownie zatrzasnął drzwi kawiarni, a ja pozostając poza przestrzenią słów próbowałam zatrzymać znajomy profil kreśląc go nieporadnie na zaparowanej szybie okna. Ulica Nowy Świat nr 57.
Zbierałam ulotność drobiazgów: teatralne afisze, ogłoszenia o pokoju do wynajęcia, o pracy w redakcji, stosy zeszytów pełne zapisków z udzielanych korepetycji, notatki o wydatkach - wszystko, co układało się w obraz obecności Jarosława Iwaszkiewicza w Warszawie. Jego ślady szukania w niej własnego miejsca, emigranta z Ukrainy. Zapisywania w niej siebie, zapisywania siebie w literaturze, by poznać, zrozumieć, wyrazić (...), bo właśnie moc zatrzymywania chwil i nadawania im trwałości - walka z przemijaniem - jest największym zadaniem artysty. Starałem się je urzeczywistniać. W tych ułamkach, próbach i bezkształtnych czasami bryłach, chciałem je zachować i oddać "tobie, mój bracie".
Oddał, jakimż bogactwem swojego spostrzegania i nadawanie trwałości zmieniającemu się czasowi.
Sama zaś nie spostrzegłam nawet kiedy minęła niecała godzina i trzeba było się rozstać. Pozostaje tylko nadzieja, że na kolejną taką audycję i spacer, tak jak na drugi tom biografii Jarosława Iwaszkiewicza autorstwa Radosława Romaniuka, nie przyjdzie czekać lat zbyt wielu.

Tymczasem rok 2013 został ogłoszony Rokiem Juliana Tuwima i to jego słowa niech zabrzmią w nowej notatce zapisanej w nowym roku.
Ja zaś zabieram moją rozgorączkowaną grypę chowając stopy w wełnianych skarpetkach. Dobranoc.

Rozrosła się wspaniale wola mej twórczości.
Jest mi, jak glina palcom artysty, uległa,
Choć mocna, choć potężna, choć jak granit legła
W mej duszy, obcej żalom hamletycznej czczości.

Uznałem życie wszędzie. A w sobie uznałem,
Że jeszcze kiedyś wszystko, com posiadł, odrzucę...
Pójdę - ogromnym smutkiem może się zasmucę,
A może się i szczęściem zachłysnę wspaniałem.

wiersz Duma Juliana Tuwima
zasięgnięty z książki Piotra Matywieckiego
"Twarz Tuwima", wyd. W.A.B, Warszawa 2007

oraz fragment z przedmowy Jarosława Iwaszkiewicza
do Wierszy zebranych, rok wyd. 1968

Pozwól mi zacząć od nowa

W "Książce moich wspomnień" Jarosław Iwaszkiewicz notował:
Przemijają, przemijają, przemijają te obrazy ziemi w głowie, pozostawiając zapach po sobie i zamęt jakiś. Barwna mgła przed oczami nie rozwiewa się, wszystko się miesza, wszystko staje jednym. I raptem z bogactwa obrazów i myśli, z bogactwa spotkanych twarzy i uściśniętych rąk rodzi się zadziwiająca myśl: radość z tego, co się przeżyło.
I wdzięczność zarazem: wdzięczność dla ziemi, która otoczyła mnie taką krasą, wdzięczność dla ludzi, którzy mnie lubili, kochali lub nienawidzili - ale z których każdy wzbogacił choć o jedną cząstkę moje wzrastające człowieczeństwo.
Tym, którzy w tym roku wzbogacili choć o jedną cząstkę moje wzrastające człowieczeństwo z całego serca dziękuję. Za wzruszenia, emocje, niteczki łączące mnie z literackimi zakochaniami, za autorską wrażliwość i przenikliwość która stała się moim udziałem.
I kiedy stary rok odchodzi, chowa się za rogiem doświadczania, wyglądam nowego, wyciągam dłonie głodne kolejnych spotkań, słowami poetyckiego rozmodlenia, Philip'a Levine'a, prosząc:

Pozwól mi zacząć od nowa jako pyłek
kurzu schwytany przez nocne wiatry
wiejące w głąb morza. Pozwól mi zacząć,
tym razem wiedząc, że świat to
słona woda i ciemne chmury, że zgrzyta
i wzdycha całą noc, a świt nadchodzi
powoli i niczego nie zmienia. Pozwól
mi wrócić na ląd po życiu, które wiodło
donikąd.

fragment wiersza Philip'a Levine'a
Pozwól mi zacząć od nowa
120 Zeszyty Literackie
wyd. Fundacja Zeszytów Literackich, Warszawa 2012


Tymczasem żegnając ten odchodzący, wyznaję: literacko był wyjątkowo zachwycający
dzięki tym spośród wielu książek, które stały się ważnym, dla mnie, spotkaniem.
Ale też żaden rok, mój czytelniczy, także 2012 nie istniałby w pełni bez
"Zeszytów Literackich" ofiarowujących cudownie spełnione podróże w świat poezji,
prozy i te w aspekcie stricte geograficznym.
W 30. rocznicę powołania ZL, najpiękniej dziękuję, że są.

Zaś w Nowym Roku życzę Wszystkim 
"bogactwa spotkanych twarzy 
i uściśniętych rąk", 
ludzi którzy wzbogacać będą nas  swoją pasją i twórczością,
pozwolą wciąż na nowo odnajdywać cząsteczki samych siebie, 
doświadczyć niemożliwego,
zapisać zachwyty dźwiękami muzyki,
zacząć od nowa.






Słów kwitnących jak sad

Daj mi słowo, słowo niezwykłe, 
co jutro zakwitnie jak sad, tak jak sad.
W sercu schowam, przejść wtedy mogę
przez ogień i wodę, bo wiem, że je mam.
fragment wiersza Jonasza Kofty
"Daj mi słowo"

Przyszło wieczorem. 
Schowane w cichym skrzypieniu drzwiczek skrzynki pocztowej.
Niespodziewanie. Na gładkiej płytce wpisane w rowki utrwalenia. W swojej najdoskonalszej formie i dźwięku. Przeradzając się w bicie drugiego serca we mnie samej. Serce, źródło mojego życia i mego myślenia. Rytmiczne, spokojne, idealnie wykrojone z wrażliwości Poety. Oplecione ciepłem barwy wypowiadającego go Głosu, na gładkich liniach spotkania nuty z obietnicą idealnego wybrzmienia autorskiej interpretacji. Najprawdziwszego wyrazu spełnienia, na czułej granicy zetknięcia się osoby Twórcy i Odtwórcy własnego dzieła. Zanurzenie w tajemnicy.
Przyszło wieczorem.
Niespodziewanie. Oddalając ode mnie troski codzienności. Wyciszając zakamarki mojego, tegorocznego, wewnętrznego poranienia. Stając się ukojeniem i uleczeniem bolączek nazbyt krótkiego oddechu. Podarunek, dla mnie, tak niezwykły jak jego Nadawcy. Zadatek szczęścia.

W ten czas niezwykły, czas oczekiwania na Jasność i na przyjście Nowego, życzę aby przyszło do każdego. W życzeniach. W spojrzeniu. W geście.
Słowo.
Jakiego pragnie się najbardziej.
króciutkie cytaty z wierszy
Jarosława Iwaszkiewicza


Wszystkim zaglądającym w tę skromną przestrzeń
odnalezienia w ten szczególny czas
Słów kwitnących jak sad
Rozświetlonego ducha Świąt

Dotknięcia tajemnicy
Wszelkiej cudowności!





Rozmowa. Czasem jedyna możliwa

W końcu pisanie to prowadzenie dialogu. Rozmowa. Czasem jedyna możliwa.
Jedyną możliwą się staje dzięki niemu. Jego zapisom dialogów, rozmów, spotkań. Jakby sam oswobadzał czyjeś słowa dając im wolność rozwijania się niteczkami pamięci ze szpulki życia. Tymi nitkami, które zrgabnie potrafi uchwycić w dłonie, jakby tkał czyjeś istnienie od początku, zespalając ze sobą fragmenty i wyrywki z przeszłości, zachowując przy tym delikatność z jaką tworzy się najcenniejsze gobeliny. Ma przy tym niezwykły dar wtapiania się w dusze swoich rozmówców, docierania do prawdy i piękna, czasem poprzez sprawy bolesne, w których podskórnie wyczuwa jakaś przenikliwie wzruszającą historię i niezwykłość czyjejś osobowości. Dla mnie, każdy prowadzony przez niego wywiad nabiera zawsze głębszego znaczenia przekształcając się w wymianę myśli, przywołanie wspomnień, rysowanie wydarzeń od nowa, obrysowując czyjś profil wyraźniejszą linią, jednocześnie naznaczając granicę taktu i wyrozumiałości dla zachowania przestrzeni nieprzekraczalnej dla nikogo.
Jego rozmowy zdają się być, przy całej swojej subtelności, wielopłaszczyznowe, dogłębne, przenikliwe, a przy tym rozpięte między nim, jego rozmówcą i samym czytelnikiem, który staję się częścią tych niezwykłych spotkań. Niejednokrotnie zresztą przyłapywałam siebie na tym, że pytanie skierowane do bohatera rozmowy jakby było pośrednio skierowane do mnie samej. Nagle zadawałam sobie pytanie, którego być może nigdy nie odważyłabym się postawić sama przed sobą. W ten sposób Remigiusz Grzela daje swojemu czytelnikowi namiastkę wolności, rodzaj wyswobodzenia się z własnej przeszłości i wspomnień, chcianego zapomnienia wciśniętego w najciemniejsze zakamarki własnego przeżywania, nawlekania niteczek na szpulkę swojego życia. Mnie oswabadzał od siebie samej, chociaż wiem, że  jeszcze tak wiele sznureczków mam oplecionych wokół nadgarstków i stóp, które pozwalają tylko na ograniczone poruszanie się po pewnej przestrzeni, też przecież ogrodzonej moim poczuciem przynależności do tej niewielkie szpulki. Tyle jeszcze tam zapętleń i supełków, których jednak nie chcę zrywać, przecinać, chcę pozwolić im się przetrzeć samoistnieć, rozsupłać, pozwolić sobie samej dojrzeć do wolności współistniejącej we mnie i ze mną.
Dlatego biegłam wczoraj przedzierając się przez szklistą szybę mrozu, by ująć w swoich dłoniach losy kobiety niezwykłych i wolnych. Silnych i kruchych. Jak wyznaje sam Remigiusz Grzela we wstępie do swojej książki "Wolne":  Dla mnie to bohaterki. Kobiety, które chciałem poznać; które wygrały swoje życie (...) Przez lata nagrywałem bohaterki tej książki, nie wiedząc często, czy te rozmowy gdzieś opublikuję. Po prostu interesowały mnie ich biografie. Albo życiowy przełom.
Dla mnie życiowym przełomem jest każde spotkanie z Remkiem Grzelą i bohaterami jego rozmów, bo każdorazowo jest to, także przysłuchiwanie się ich rozmowom o przełomie w życiu każdego z nich. Rozmowa. Czasem jedyna możliwa.
"Wolne" to dwanaście rozmów z kobietami, które wybrały podróż do wolności. Ich wolność jest darem, ale i bywa gorzką koniecznością. To opowieść o kobietach, których siła wydaje się niewyczerpana, i u których determinacja jest właściwie grupą krwi.
To książka o wolności i ucieczce od niej.

To słowo
Dopuścić do tego?
Myśleć o tym nadal?
Czy zająć się byle czym
byleby się pozbyć tej pokusy
patrzenia dalej i dalej?
Myślę że lubią jeszcze coś więcej poza nielubieniem
Niepogodzeni?
A może zawsze zadowoleni?
Niech padnie wreszcie to słowo: pustka
Wycofać swoje zaufanie do świata?
Nie, nic nie zapomniałam

"Wolne rozmawia Remigiusz Grzela"
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, seria z różą
Warszawa, 2012

oraz wiersz Julii Hartwig To słowo


Marionetki

Klamka ugina się lekko pod ciężarem nowego dnia stojącego na progu ciekawości świata. Wychodzę naprzeciw jutrzence otulonej woalem oczekującego na mnie rozpoznania. Nieśmiało nadstawiam, blady niedospaniem, policzek, by poczuć mroźny pocałunek rumieniący się budzącym zawstydzeniem nagich gałązek róży. Cisza w ogrodzie jakby przeczyła jego własnemu istnieniu. Myślami buduję, minutę po minucie, most zwodzący mnie w kolejne niezrealizowane zamierzenia wybijane rytmicznym zabieganiem. Pod skórą wyczuwam jak niedopełnienie rzeźbi bezkształtną pustkę w gęstej materii codzienności, a rozkruszenie układa się bezbarwnym witrażem wypełnionym drobinkami z resztek  marzeń, mgliście rozpływających się pomiędzy konturami nierealnych wyobrażeń. Próbuje je uchwycić palcami, ale zaraz ganię swoją pyszną próżność na próżno poszukującą spełnienia zbytnio wygórowanych ambicji jakże nisko zakorzenionych w szarej rzeczywistości utkwionej między pęknięciami przetartych chodników, usłanych dywanem z niezliczonych ucieczek od prozy życia. Spojrzeniem przygarniam sylwetkę pochylonego cienia przyglądającego się sobie w witrynie sklepu sprzedającego złudzenia. Wśród nieporadnie rozrzuconych zabawek próbującego odnaleźć swoją prawdziwą twarz, ale spostrzegającego jedynie klauna uśmiechającego się szyderczym grymasem pęknięcia wijącego się ostrą stróżką na gładkiej tafli szyby. W niedomkniętej szafie wypełnionej postrzępionymi pragnieniami marionetki zwijają podcięte sznureczki odwiecznych ograniczeń. Szukam tytułu bezimiennej bajki, gdy tymczasem słowa splątują się w nierozerwalne supełki koralików nawleczonych na uczucia nieporadności. Zawieszam je w otwartym oknie, aby swoim bezdźwiękiem przywoływały mnie do porządku ułożonego na dnie przysypiającej przypadkowości skojarzeń. Marionetki.

Tchnienie wiejskiej melancholii

W pociemniałych oczach okien świat zawęża się do srebrzystego profilu księżyca zawieszonego niczym ludowa, papierowa wycinanka, w ciemnostalowym tle nocy. Niczym ozdoba choinkowa kołysząca się na nieuchwytnej niteczce marzenia, by uszczknąć choćby z rąbka jedwabistości nieba. Tymczasem aksamit mgieł nisko nad ziemią prześlizguje się niczym porzucony przedwcześnie welon zagubionej rusałki, zwiewnie przysłaniając ostrość spostrzegania przydymionego siwizną świata. Powiew jesiennej nostalgii wkradł się przez dziurkę od klucza otwierającego otchłanie niepokornej melancholii, która uśpiona w gładkiej kołysce fajansowej filiżanki tonie z utęsknienia za odrobiną słonecznego rozkruszenia, osiadającego świetlistym promieniem ponad przedwczesnym zarysem ciężkiego zmierzchu.
W poszukiwaniu posmaku słodkości. Ukrytego w bezowych płatkach pachnących konfiturą z dzikiej róży, w ziarenkach kakao nonszalancko rozsypanych na blacie mahoniowego stołu stabilnie wspartego o doświadczenia kulinarne wciąż nieporadnych rąk. Pomiędzy obwolutami książek kucharskich zamkniętych w sobie z zawstydzenia.
Koci cień wygina się zgrabnie na grzebiecie przygarbionego fotela, w którym rozsiadło się rozleniwienie rozciągając się aż po same koniuszki wełnianych skarpetek dźwigających ciężar mijającego dnia utkwionego w cienkich zagnieceniach na stopach szukających śladów wiodących do kłębka włóczki owiniętego nierozerwalnymi wstążkami nienaruszalności upływającego czasu.
W pociemniałych oczach okien świat zawęża się do srebrzystych rozgwiazd świecących niczym przydrożne, smukłe lampiony wycięte z ciemnostalowego tła nocy.

Popatrz, jak żałośnie prędko
ściemniała zorza wieczorna:
tuż za miedzą niedaleką
rżyska - niczego nie dojrzeć.

Pomroka nocy jesiennej
szeroką równiną biegnie;
tylko na czerwieni ciemnej
zachodu - sylwetka wierzby.

I już serce udręczone
niejasnego smutku pełne,
czy, że tak odległy nocleg
czy, że w polu wokół ciemno?

Oto jesień tu nadchodzi,
przybiega dobrze znajomym
tchnieniem wiejskiej melancholii,
odludnej pustki stepowej.


*** wiersz Iwana Bunina
z tomiku "Liryka rosyjska - antologia, 1880-2005"
przełożył Krzysztof Krejckant-Ożarski
wyd. Anagram, Warszawa 2007

Ty się zjawiasz wciąż na nowo

Ty się zjawiasz wciąż na nowo,
wpadasz, gadasz to i owo.
Znów, jak żywy, w drzwiach mych progu,
tak stoisz jakbyś był prawdziwy...


Podśpiewuję sobie za Dorotą Miśkiewicz spoglądając na, stojące na moim biurku, zdjęcie Pana Jarosława, z całym uwielbieniem dla niego jakie we mnie drzemie i pojawia się nieśmiałym uśmiechem w kącikach ust. Myślę o  Jego, wyczekiwanych przeze mnie niecierpliwie, powrotach, momentach kiedy pojawiał się w kolejnych literackich odsłonach w progach mojego domu, znów, jak żywy, tu i teraz, a przecież jednocześnie zamieszkując ze mną od tak wielu lat. Jego listy pełne zwiewnych zapisów pochwyconej chwili, dzienniki tak dogłębnie sięgające rdzenia jego człowieczeństwa i literackiej przynależności, dookreślające go jako człowieka i jako artystę, tomiki przenikliwej poezji osiadającej na rzęsach wzruszenia i tomy gęstej prozy wsiąkającej w podskórnie odczytywaną prawdę o jego własnym życiu. Nie przypuszczałam, wtedy, przed laty, że ze mną pozostanie wtapiając się w moją codzienność tak szczelnie, kiedy pierwszy raz otworzyłam przed nim drzwi do samej siebie.
Otwieram wciąż. Szeroko.
Ze spodeczka spogląda na mnie ciemne oczko mocnej kawy. Czy lubił ją bardzo słodką i czy ziarnka cukru przenosiły go wspomnieniami do Kalnika, poruszając w nim tkliwość lat dziecinnych?  Czy dodawał mleko, a może preferował esencjonalne espresso?
Przyznaję. Oddycham jego życiem, ostatnio grzesznie zachłannie, sycąc się każdym rozdziałem jego biografii. Szukając zarysu jego sylwetki na starych zdjęciach, wodząc palcem po linijkach jego egzystencji i próbując wyczuć pod palcami tętno jego przynależności do literackiego, i nie tylko, świata. Także tej nierozłączności przeżywanych uczuć, wielości spotykanych na jego drodze osobowości i piękna, które potrafił dostrzec i zapisać poetyckim uniesieniem.
Tymczasem on sam wciąż mnie oplata, swoją obecnością, a mnie jakże łatwo poddać się tym nierozerwalnym więzom dobrowolnie.
I tak jak urzekł mnie, być może po prostu mój Jarosław Iwaszkiewicz, bo wyczytany moją własną zdolnością lub niezdolnością wczytywania się między linijki jego zapisów i wypatrzony moimi, może nie najbardziej bystrymi, oczami, tak też urzekła mnie i wciąż urzeka, z każdą sczytywaną drobiazgowo stroną, biografia autora „Oktostychów” pióra Radosława Romaniuka.
Jego spokojna narracja, taktowna, w tle schowana czujna obecność przy Pisarzu, pełna zrozumienia i próby bezbolesnego dotarcia do prawdy o życiu nieprzeciętnym, rozpostartym między odległymi brzegami życiowej i twórczej identyfikacji, jak również zbudowanego na emocjonalnym stosunku do świata i ludzi, pozwala przekraczać niejeden próg istnienia, które budowało się drobnymi krokami na rozległej przestrzeni czasu.
Sam Jarosław Iwaszkiewicz notował po latach: "To poszukiwanie ludzkiego echa w drugim człowieku, tak imperatywne w epoce wczesnej młodości i prowadzące tak nieuchronnie do rozczarowań. To ciągłe przymierzanie się do innych indywidualności, to ciągłe oczekiwanie jakiegoś tajemniczego dopasowania i ciągłe rozczarowanie, i niemożność żadnej wspólnoty myślowej, nabrzmiewania nadziei i goryczy każdorazowego rozczarowania [...]"
„Inne życie. Biografia Jarosława Iwaszkiewicza” nie ma w sobie nic z brutalnej dociekliwości, co czyni ją szlachetnie się wyróżniającą, godną poświęcenia jej szczególnej atencji, wykradania chwil z zapracowanej codzienności. Dla niej warto wygłuszyć jednostajne tykanie zegara, powstrzymać rytmiczny ruch wskazówek, pokusić się o zatrzymanie zmienności pór roku. Jest przejrzystym poszukiwaniem prawdy, prostowaniem zagnieceń sprawionych czasem, niezrozumieniem, pomówieniem nierzadko. Jest oczyszczającym źródłem poznania, uwypuklającym kwintesencję wielu życiowych wyborów, zapętlających się różnorodnie relacji Jarosława Iwaszkiewicza z otoczeniem. Radosław Romaniuk stał się może najczulszym antykwariuszem oddającym się delikatnemu, ale jednocześnie dokładnemu i pracochłonnemu procesowi ścieranie patyny ze szlachetnego naczynia wypełnionego życiodajnym, słodko-gorzkim napojem doświadczania. Czyni przy tym, to tak, by nie uszczknąć z niego ani kropli, by nie zgubić smaku, proporcji, nie zatrzeć istoty całokształtu składającego się na wielkość i niezwykłość Jarosława Iwaszkiewicza. Zgrabnie docierając do cienkiej warstwy wrażliwości i zdolności do wielopłaszczyznowego przeżywania każdego dnia i korzystania ze wszystkich jego możliwych łask i upokorzeń, delektując się zachwytem i doświadczając grzechu, w odczuwaniu bólu i upojenia, przez jednego z najwybitniejszych twórców w historii literatury polskiej XX wieku.
Dzięki kształtnej rekonstrukcji życia Jarosława Iwaszkiewicza, tego swoistego „odbudowywania Istnienia” od samiutkich podstaw, od zagłębionych w ukraińskiej ziemi korzeni, poprzez dorastanie i dochodzenie do literackiej samoświadomości, Radosław Romaniuk pozwala nam samym, czytelnikom, dotrzeć do rozumienia czym było niełatwe życie na przełomie wieków, zmaganie się z niedostatkiem, przedwczesną utratą ojca, pragnieniem artystycznego spełnienia i doświadczania pierwszych uniesień, zasmakowania pragnienia bliskości drugiego człowieka. Przeżywania. Pozwolono nam podejść jakże blisko Pisarza,  a to czyni „Inne życie” innym życiem i dla nas samych, życiem splecionym z biografii Jarosława Iwaszkiewicza, ale także i tych kawałeczków życia samego biografa, który oddał cząstkę swojego jestestwa dla ukazania jakże przenikliwego portretu autora "Serenite". Dostajemy więc możliwość czerpania z obecności ich obu, między okładkami "Innego życia. Biografii Jarosława Iwaszkiewicza".
Wracam. Spoglądam na pozostające jeszcze, nietknięte moim niezaspokojonym wciąż wzrokiem, kartki z życia Pana Jarosława. Gdzieś za kolejnym akapitem powoli rysuje się cień coraz bliższego rozstania.

Ja, jak zwykle, cię poproszę:
jeszcze chwilę ze mną posiedź,
do niedzieli albo dłużej,
najdłużej jak tylko możliwe!


Radosław Romaniuk
"Inne życie. Biografia Jarosława Iwaszkiewicza"
tom I - wyd. Iskry, 2012

oraz fragmenty piosenki Doroty Miśkiewicz
Jakbyś był prawdziwy

Nieudolne reminiscencje

Przekroczenie progu nieznajomego miasta ma w sobie coś z tajemnicy otwierania nowej książki, z zaciekawienia, cóż kryje się pod piękną okładką odrestaurowanych kamienic, w zgrabnie wyrzeźbionych posągach spoglądających z wysokich wieżyczek późnogotyckiego ratusza, alegorycznych freskach rozścielonych na sklepieniach sal uniwersyteckich i we wtopionych, w architekturę miasta, kościołów ozdobionych koronką detali owalnych, romańskich portali. 
Oswajałam Wrocław. Poszukując szczypty ekscytującego poznania, rozczytania miasta na poszczególne wersy, rozdziały, akapity. Nasłuchując nutowego zapisu jego rytmu w rozedrganych dźwiękach kryjących się w dzielnicy czterech kultur, wypatrując śladów malutkich stópek bajkowych krasnali przysiadających w zaułkach miasta i uśpionej historii oplatającej bujnym bluszczem nagrobki na starym cmentarzu żydowskim. Moje wrocławskie reminiscencje. Zupełnie nie chcące się skleić w zgrabną całość. Dlatego z pokorą przyjmuję nieposłuszeństwo słów rozsypujących się drobnym piaskiem rozdrażnienia nad niemocą uchwycenia choćby jednego ziarnka, które mogłoby utworzyć miękką plażę rozłożystych obrazów, które wciąż noszę pod powiekami.
Z czasem jednak wszystko się ulatnia, przenikając przez poranną mgłę, stając się odzwierciedleniem mojego pragnienia zniknięcia przed światem, zatopienia się w niewidzialności, ukrycia się przed wyboistością ścieżek wijących się pod nogami, liśćmi przyklejającymi się do podeszwy i szemrzącymi przemijaniem. Opancerzenia się przed zmiennością, choćby aury za oknem, wślizgującej się przejmującą wilgocią do domu.
Zamknęłam szczelnie okna, wtuliłam w ramiona domowego ciepła, stopy zanurzyłam w wełniane skarpety, a dłonie naznaczone przemijaniem ukryłam pod grubą warstwą kremu. Wsłuchując się w pomrukiwania kotów i przyglądając się tańczącym ognikom w kominku,  zamiast słów nie potrafiących unieść moich obrazów, zastawiam kilka ujęć, by mogły przemówić same za siebie.














Listopad w walizce

Listopad w walizce.
Ledwo zdołam ją rozpakować, ująć jej z ciężaru pokonanych odległości, a już  za parę dni przychodzi ponownie układać na jej przepastnym dnie ciepły sweter, szalik, stos papierów i aparat fotograficzny - cichy świadek moich niedalekich wojaży utrwalający pamięć mijanych miejsc, spostrzeganych w oka mgnieniu, w pośpiechu,  miedzy jednym a drugim spotkaniem służbowym, w skradzionych odstępach spowalnianego na chwilę kroku.  W tych niemierzalnych odcinkach zatrzymania, zawieszenia stopy nad powierzchnią, na której za moment odcisnę ślad własnej bytności, jednocześnie jakby przysłaniając czyjąś, przede mną, tutaj obecność. Może jednak wszyscy budujemy, w ten sposób, niewidzialną wieżę istnień całkiem sobie obcych, nie wiedzących o sobie nawzajem, a tworzących jakąś trwałą egzystencję miasta, choćby na najmniejszej jego powierzchni, na której uda nam się na moment przystanąć, pozostawić  oddech spostrzeżonej w zachwycie architektonicznej perełki, a może ujrzanego nie najpiękniejszego świadka minionej historii, dowodu na obecność pomarszczonego już czasu oznaczającego swoje powolne odejście w zmarszczkach starych kamienic. A może zamkniętego na kłódkę bijącego serca przymocowanego nierozerwalnym węzłem przynależności do jednego z mostów łączących odległe brzegi tego samego trwania.
Książka, rękawiczki, plan miasta tętniący cienkimi żyłkami ulic rozpostartych w różnorodnych kierunkach, oplatający gwarny rynek serpentyną nazwanych, wielobarwnych wstążek splatających się w tajemnicę miejsca, której uda się być może doświadczyć. 
Zatem znowu przyspieszam. Sznurując poranki na nierówne pętelki kokardek. Udając się śladami wrocławskich krasnali śpiących w bramach, podtrzymujących zatrzymaną rzeczywistość, będących nieruchomym dowodem na obecność bajki w życiu. Byle zdążyć ją dostrzec, spostrzec w drobince zbyt pośpiesznej codzienności. 
Mój listopad w walizce.

Słyszysz?

Wyślizngęło się moje serce, mnie samej, i pełne drżenia, ujęte w jego dłoniach skruplatnie odnotowujących kolejny kawałek życia, otrzymuje dar innego rytmu, odmiennego brzmienia, bardziej melodyjnego, lekkiego, sprawiając, że dzięki temu ponownie przestaję przynależeć jedynie do siebie, dobrowolnie oddając się rytmice spisanych przez niego słów. Oddając je biografii Jarosława Iwaszkiewicza, która przesycona swoistą sensualnością, dźwiękiem ułożonych na pięciolinii fragmentów życia jest partyturą doskonałego współbrzmienia wszystkich płaszczyzn przeżywania. Między wzorzystym wachlarzem złożonych kartek słychać rodzący się oddech przeznaczenia, westchnienie zachwytu, rysuje się każde zagłębienie w dłoni Pisarza stające się wyrytymi liniami naznaczenia, zapisem literackiej powinności, która nadejdzie w najpiękniejszym rozkwicie talentu i wrażliwości na piękno świata, piękno drugiego człowieka w jego najdrobniejszych zagnieceniach, doskonałej formie wyrzeźbionego ciała, błyskotliwości umysłu, delikatności subtelnego dotyku spełnienia, lub całkowitego od niego oddalenia. Pozostając w głodzie niedosytu.
"Inne życie Jarosława Iwaszkiewicza" to jak rozdzielanie posklejanych deszczem opadłych liści. Nasycenie. Mieszanie barw, które przy najdrobniejszej przesadzie mogłyby się wydać nadmiarem boleśnie dosłownym. Tymczasem idąc obok czyjegoś istnienia pragnie się umiaru, może nawet niedosytu rodzącego łaknienie. Pragnienie. Na życie samo w sobie. I takiego łaknienia smakuje się na każdej kartce zapisanego, przez Radosława Romaniuka, jestestwa Jarosława Iwaszkiewicza poszukującego siebie w twórczości, w sztuce, w spełnieniu.
Dzisiaj stojąc u grobu Pana Jarosława, rozpalając niegasnący płomyk mojej dla niego admiracji, wierzyłam głęboko,  że  wciąż jest. W skrzydełkach jesiennych liści leżących na płycie, w drżeniu chłodnego popołudniowego powietrza, niespójnych ścieżkach cmentarnych zatartych stopami powracającej pamięci i bladości sylwetki malutkiej kapliczki.
Słyszysz?
Gdzieś pod gładką płytą nagrobną jest zastygłe serce, poruszające się pod każdym naszym oddechem, przychylnym spojrzeniem, przeniknięciem tomiku wierszy, zachłyśnięciem gęstością prozy. Śladem ciepłej dłoni odciśniętej na zimnej krawędzi życia i śmierci.

Złożyły się w ornament śliczne eglantyny,
Osypały je lekko drobniutkie brylantyny.
W cieniu mojej samotnej jodłowej gontyny
Przyszła radość poranku grać mi sarabandy.

A ty, na tle różanym przejrzystej aurory,
Na srebrnym szczycie wieży jak na brzegu kruży,
Przez ręce sypiąc kwiatów cieliste kolory,
Zrywając liść po liściu ze stulistnej róży,

- Słyszysz?

                               * * *

Milczenia położywszy na naszych skarbach dłonie,
Idziemy, zasłuchani w zmrokowy wody ton.

Jak kwiaty, pochylając ku skroniom swoje skronie,
Jak drzewa, gdy je żółci jesieni smutny dzwon.

Jesienne słońce gaśnie, pustkowe złocąc łęgi.
Il neige (jak u Samaina, wiesz?) d'adorables paleurs...

Westchnienie, z lekka mącąc fal ołowiane kręgi,
Rozbija się przy brzegu w arpendżiach sol-mineur.

wiersze Jarosława Iwaszkiewicza
Aubada oraz Przechadzka sentymentalna
Oktostychy, Wiersze - tom I
wyd. Czytelnik, Warszawa 1977

Miasto żyjące w słowach

Miasta żyjące w słowach rozrastają się we wszystkich płaszczyznach
i we wszystkich kierunkach.
Ewa Zamorska-Przyłuska
"Przewodnik Literacki po Krakowie", wyd. WAM, 2010

Próbuję poskładać się z wewnętrznego rozedrgania, nieskładnego rozproszenia myśli, by przywołać choćby fragment siebie samej, by spojrzeć na swoją twarz, której ostatnio nawet nie mam czasu się przyjrzeć. Nie wiem nawet czy jeszcze prawdziwie bym ją rozpoznała. Czas wciąż odmienia.
Kraków zaś ma niezmiennych twarzy, pięknych tak wiele. Sam rozpostarty między tożsamością obecną i tą przeszłą, szemrzący strumieniem przywoływanych wspomnień, odtwarzanych z pokruszonych strzępków zdjęć, zamieszkując od nowa bezbarwne kamienice z wijącymi się schodami do własnej przynależności, skulony w długich szyjach bezdźwięcznych rynien i wyglądający zza otwierających się coraz szerzej okiennic.
Zaskrzypiało. Pora się obudzić.
Grzesznie zachłystuję się wczesnym porankiem jeszcze wtulonym w gęstą kołdrę ciężko opadającej mgły, by z każdym łykiem kawy, minutą mijaną, w jeszcze sennie oddychających uliczkach odnajdywać wyłaniające się promyki słońca ześlizgujące się po smukłych wieżyczkach kościołów. Stukot bryczek jadących na krakowski rynek wystukiwać będzie rytm budzącego się powoli dnia, który z czasem zamieniać się będzie w tętent wielości spraw do załatwienia, spotkań szeleszczących mnogością tematów i smakiem bajglowych piegusków.
Zwiewna firanka w oknie uchyla wnętrza Kamienicy Hipolitów. Wyimaginowana partyjka brydża przy dębowym, rzeźbionym stoliku rozbudza żyłkę niebezpiecznego hazardu, zapach wytrawnego cygara i łyk popołudniowej herbaty z porcelanowej filiżanki, na której pączki róż rozwijają się wraz z kolejnym dźwiękiem grawerowanym ostrzem starego patefonu, przenosi w inny wymiar. Fortepian uchyla swoje melodyjne wnętrze przysłaniając skromnie skłonność do muzycznego uniesienia. Zasłaniam purpurową kotarę mieszczańskiego życia, które rozsiadło się w miękkich fotelach rzucając nonszalancko kapelusz z upiętymi weń kwiatami i przeglądając „Nowości Ilustrowane”, nie zważając na upływający czas odmierzany bogatą kolekcją zegarków, zatrzymując się nieruchomo w zgrabnie wyprofilowanych, fajansowych figurkach baletnic.
Kwiaciarki plotą wianki.
Niedaleko już czekają Szołajscy z bogatą kolekcją dzieł sztuki. Zachwycających obrazów Malczewskiego spoglądającego z autoportretów, pobladłymi twarzami widzianymi oczami Boznańskiej, szykownie wyeksponowanymi sukniami z delikatnej koronki, profilami przygarbionych rzeźb, porami roku Hofmana. Obecność pośród nich Józefa Pankiewicza sprawia, że chowam się za plecami Józefa Czapskiego. Byłby mi teraz najdoskonalszym przewodnikiem tłumacząc światy ujęte w grube ramy twórczej wrażliwości i gęstości barw, które czasem tak trudno mi przeniknąć, by dotrzeć do ich sedna, do jądra ich pochodzenia.
Pyszny kogel-mogel z truskawkami. Cymes.
Zmieniam płaszczyznę i kierunek.
Drepczę w stronę Kazimierza i Podgórza. Moje stopy próbują odnaleźć ślady, do których mogłaby się dopasować. Dokładnego obrysowania, wyprofilowanego zagłębienia. Dźwięki klezmerskiej muzyki przysiadają czarnymi jaskółkami nut na brzegach talerzyków pełnych słodkości. Jednak, jednocześnie niemal namacalnie wyczuwa się pod stopami najdrobniejsze nierówności stające się stróżkami deszczu, kiedyś stanowiąc korytarze dla łez pozostających niezauważalnymi kryształkami wypełniającymi szczeliny bezwzględnego niewzruszenia. Plac Bohaterów Getta. Krzesła na których nikt nie przysiada. Wyprostowane. Dumne. Niezłomne. Aptekarskie flakoniki wypełnione żywą materią człowieczeństwa, o którego istnieniu zapomina się przekraczając progi Muzeum Pomorska, gdzie ściany krzyczą rozpaczą, pękają rozdarciem cielesnego bólu. Podziemne cele niezłomności. Schodziłam tam nie będąc pewna własnych sił, wychodziłam kryjąc wzruszenie pod przymkniętymi powiekami, zabierając ze sobą wyryte na ścianach słowa modlitw, tęsknot, gasnących istnień historii.
Jeszcze ostatnie spojrzenie. Zza rozrzedzającej się mgły Kraków żegna mnie rozpromieniony i jasny, przetykając złote nitki między drzewami oplatającymi wciąż gwarne Planty. Stukot odjeżdżającego pociągu wystukuje moje niegasnące, nostalgiczne pragnienie pozostania na dłużej.
Znowu obiecuję sobie, że następnym razem.... nucąc za Markiem Grechutą...

... Kraków (...) 
patrzy na mnie jakby wiedział, że
wracam po to by
choć na kilka chwil zamknąć oczy i móc uwierzyć,
że
widzę cię tak wiem
nie zrobię więcej zdjęć tak wiem
nie będę prosił lecz tak wiem
to przecież żaden grzech tak wiem


Co pod słowami leży niewyrażone

Mam wrażenie, że życie prześlizguje się między mną a moim cieniem rozsypującym się w szare drobinki pod wpływem zbytniego pośpiechu, osiadając warstwą kurzu na czubkach zmęczonych pantofli. Dzień kojarzy mi się z pospiesznym ich zakładaniem i zrzucaniem w progach domu zanurzającego się we wszechogarniającym przyprószeniu nadchodzącego wieczoru. Ciastko czekoladowe.
Miękkość kapci spawalnia rozbiegane stopy, wycisza swoim ciepłem i poczuciem komfortu u schyłku znikającej jasności. Przytrzymuję jej odejście światłem zapalonych lamp, stłumionych pod krągłymi kształtami słonecznych kloszy, szumem zmywarki w kuchni, której zdaje się, że może pójść w konkury z falami przysypiającego morza codzienności, rozbijając się o kanciasty brzeg zanikającego dnia, w nienaganności złożonego w kostkę prania. Późnym wieczorem zaś, kiedy nawet okulary opadają niczym ciężkie powieki próbuję jeszcze wtulić się w szerokie objęcia Jarosława Iwaszkiewicza. Czytam malutkie kawałeczki wzięte z jego życia, smakując każde zdanie jak Iwaszkiewiczowską poziomkę, przygryzając na wargach do pierwszego smaku kropli, ujętego między opuszkami palców, słowa. Poczuciu gęstej faktury druku skroplonego na białym obrusie nieskazitelnie intrygującego jestestwa, czającego się w zagnieceniach mojego niedospania. Warto nie spać, nie śnić nawet, wyjść poza obszar prozy codzienności, by podążać wijącymi się wąskimi ścieżkami kryształowych ziarenek cukru, w ukołysaniu dziecięcych pragnień i w pierwszych dźwiękach muzyki Chopina. Zadumać się w cieniu przedwcześnie zmarłego ojca małego Jarosława.
"Musiał ze swoimi zdolnościami, marzeniami, pragnieniami zamknąć się. Czytał dużo, trochę pisał, pracował cicho" - pisał Jarosław Iwaszkiewicz o jego życiu. "To wszystko. To przecie nic nadzwyczajnego. Prawda? Oczywiście. Nic nadzwyczajnego. Tak sobie. Życie jak życie. Gwiazdy takie same. W nocy spacer. Żaby w stawie rechotały. Ale nie, nie; jednak to jakieś bardzo smutne. [...] Ja jestem stary sentymentalista, [...] mi się ocieka serce na myśl o tym cmentarzu".
Brzoza w ogrodzie uderza delikatnie srebrnymi blaszkami liści.
Koniuszek księżyca zahacza o rąbek kartki przerzucając ją zawadiacko. Swoim idealnie wykrojonym profilem zalotnie wygląda sponad wierzchołków choinek śpiących w pobliskim lesie. Odkładając książkę na stolik spoglądam jeszcze na dedykację wpisaną przez autora biografii. Sny się potrafią przyśnić nawet na jawie.
Tymczasem przede mną niedługo pakowanie torby i dwudniowy wyjazd do Krakowa. Znowu w stronę niedawno porzuconego za szczytami gór Podhala.  Zamykam oczy, by przywołać niedawne obrazy.
Wstająca z dolin mgła drobnym obłoczkiem (jedynym) przemknęła po zatartym zboczu i unosząc się ku górze, przeszła niedaleko ode mnie. "Będzie jutro deszcz" - pomyślałem powierzchnią duszy, słowami, czując jednocześnie, jak zawieram braterstwo nierozerwalne z tym, co pod słowami leży niewyrażone i nigdy nie dostanie się na powierzchnię, podobne do utajonej żyły drogocennego metalu.


fragment z "Innego życia. Biografii Jarosława Iwaszkiewicza"
autorstwa Radosława Romaniuka
oraz fragment Noclegu w górach z "Podróży do Polski"
Jarosława Iwaszkiewicza


Inne życie

Dopiero co, z radości, mogłam rozprostować palce trzymane mocno za Andrzeja Franaszka i spisaną przez niego biografię Czesława Miłosza, która otrzymała Literacką Nagrodę NIKE od czytelników. Ciesząc się również z nagrody głównej przyznanej za "Książkę twarzy" Markowi Bieńczykowi. A teraz już mogę wziąć do rąk kolejną biografię, kolejne oblicze i jedną z najbardziej intrygujących ‘twarzy’ literackiego rdzenia, kwintesencji, sensu moich czytelniczych zauroczeń.
I choć jeszcze przed chwilą miałam przed oczami, tuż za szybą okna, Tatry i poranny powiew podhalańskiego powietrza, zostawiałam Zakopane i rozświetlone jesiennym słońcem szczyty niewzruszonego trwania, myśląc jedynie o zbliżającym się dniu, kiedy jedna z najbardziej oczekiwanych przeze mnie książek będzie na wyciągnięcie ręki. I mam tylko cichą nadzieję, że mi wybaczy jej autor, iż ośmielę się, w najbliższym czasie, stać się jego obejmującymi dłońmi, wzrokiem przenikliwie spoglądającym zza okularów. Oddechem osiadającym blisko warg, tak by poczuć smak, a jednocześnie nie zatracić się w zbyt zachłannym pochwytywaniu każdego, zapisanego przez niego słowa, ale oddać się jego powolnemu delektowaniu. By przeistoczyć się w cień i poranną mgłę, tylko po to, by podążać krok w krok po śladach jego stóp i móc zamieszkać w przestrzeni, którą sam przeniknął. Przekroczyć próg "Innego życia. Biografii Jarosława Iwaszkiewicza" wtulając się we fragmenty nietuzinkowego życiorysu, stając się zapewne i cieniem samej siebie, bo jak zawsze nie będę miała siły na najkrótsze nawet rozstanie z Panem Jarosławem. Z jego życiem skrupulatnie poskładanym z odkurzonych kawałeczków, fragmentów prawdziwych oblicz, chociażby chwilowych, wypełniających pustkę, otrzymujących nową odsłonę, rzeźbę pełną popękań, ale jakże prawdziwą, wyłaniającą się zza kotary nieprzychylnego czasu, wydobywając się świetliście spod warstwy zapomnienia. Życia powracającego na kartkach pierwszego tomu rozpoczynającego kolejną wędrówkę w świat najbliższy memu sercu, w świat Pisarza, który odmienia mnie samą niezmiennie, ofiarowując najczulsze spotkania z podskórnie odczuwaną wrażliwością.
I gdy myślą wracam do poprzednich książek Radosława Romaniuka: „Dramatu religijnego Tołstoja”, która dla mnie była przeżyciem wręcz metafizycznym, a o jej bohaterze Jarosław Iwaszkiewicz notował w swoim dzienniku: Tołstoj uczył "jak żyć"  czy do portretów niezwykłych kobiet, towarzyszek życia sławnych pisarzy, które ujął w przepięknej ramie „One”, to wydaje się, że Pan Jarosław nie mógłby dzisiaj zaznać większego szczęścia wiedząc w czyich dłoniach narodziła się powtórnie historia jego życia. Odradzając się z popiołów starych zdjęć, odzyskując ostrość rysów i przysłuchując się jak jego serce odmierza, na nowo, każdą sekundę wyślizgując się z objęć śmierci. Stając się nieśmiertelnym, wiecznym zapisem istnienia. 
Znakomita książka! Piszę z rozmysłem "książka", ponieważ - nie tracąc nic z walorów naukowych - jest to dzieło "do czytania", przykuwające uwagę czytelnika, pasjonujące w lekturze. Daje się ono czytać na kilka sposobów: jak życiorys artysty, jako prolegomena do dziejów polskiej inteligencji i jako zarys historii polskiej literatury i kultury w okresie dwudziestolecia międzywojennego. (...) Poszczególne tematy i motywy tej opowieści kreśli autor z niesłychaną dbałością o szczegóły, które czerpie z rozmaitych i wielorakich źródeł, nieraz z nieznanych lub trudno dostępnych tekstów archiwalnych. Jego erudycja jest imponująca! Umie przy tym zachować delikatną równowagę pomiędzy wiernością faktom, a ich interpretacją, wielorakością danych, a przejrzystym tokiem narracji. 
Brzmi przepysznie. Dlatego uciekam, chowam się w "Innym życiu..." przechodząc na drugą stronę literackiego lustra, aby odnaleźć znajomą twarz Pana Jarosława, wziąć go pod ramię i zgubić ścieżkę powrotną pod kobiercem jesiennych liści.

Radosław Romaniuk
"Inne życie. Biografia Jarosława Iwaszkiewicza"
tom 1
wyd. Iskry, Warszawa 2012


Patchwork

Weszłyśmy do domu. Zapaliła światło - w przedpokoju zaczynały się półki z książkami i ciągnęły się w głąb mieszkania. Zauważyła moje spojrzenie.
- To jest biblioteka mojego zmarłego męża. Czytał w pięciu językach. Tu jest masa książek o sztuce. Trzeba znaleźć godne ręce, w które można by to wszytko przekazać...
I tak czekają niezliczone książki lgnąc do rąk, samoistnie. W jakiś szczególny sposób mając umiejętność zwrócenia na siebie uwagi, na tyle, by już nie móc wyjść bez nich z księgarni, ale przygarnąć, oddać odrobiny z własnego skrywanego ciepła, pełnej akceptacji. Tej nieuchwytnej dozy urzeczenia, fascynacji.
Skusiłam się. Krótkie przekartkowanie, ukradzionych naprędce parę zdań, których już nie chce się zostawić w anonimowym bez-brzmieniu. Zachłanne wyczytywanie drobnych fragmentów, które urastają do zaczątku niezwykłych opowieści, od razu stając się cieniem naszych stóp, drepcząc cichutko szelestem kartek jeszcze ściśniętych sznurowadłami naszych tętnic wypełnionych oczekiwaniem. Kartek pragnących powietrza, oddechu, rozwinięcia łączącego w sobie wielość istnień, wydarzeń, postaci rozrzuconych na mapie historii i własnego jestestwa. Gdzieś na granicy życia i śmierci, w szczelinie przetrwania i wewnętrznej przemiany, niezgody na zapomnienie i potrzeby zgłębienia własnej przynależności.
Wzięłam do rąk. Istny wielokolorowy kalejdoskop drobnych, rozbitych szkiełek tkwiących w sercach, krążących w krwioobiegu, podrażniających wrażliwość i kaleczących, a jednocześnie składających się na rodzaj harmonijnego obrazu. Tworząc układankę z rozsypanych puzzli, gdzie każdy kawałeczek jest unikalny, odmiennie wykrojony, ale przyłożony jeden do drugiego stwarza spójną całość z widzialną i odczuwaną własną odrębnością. Nie gubiąc swojej tożsamości. To rodzaj mozaiki składającej się z drobnych kamyków, odłamków, ziarenek piasku, kamieni szlachetnych i tych całkiem pospolitych, razem dających pełnokrwisty, wyrazisty portret czasów i ludzi przesiąknięty wspomnieniami, wyznaniami wyciągniętymi z zakamarków pamięci, oderwanych spomiędzy linijek zapisanych dzienników i zdrapanych z powierzchni pożółkłych listów. Wysłuchanych i skrupulatnie notowanych, dla potomnych,  dla przyszłości.
Świadectwa istnień.
Ulicka zanurza się w świat myśli swoich bohaterów i rejestruje, jak śmierć przecina życie, przeszłość nie odstępuje teraźniejszości, a stary świat wciąż przenika do naszego. To wspaniale napisana powieść, ale też opowieść filozoficzna i głęboka analiza historyczna. Jest to patchwork, złożony z listów, dzienników, nagranych rozmów, oficjalnych pism i protokołów przesłuchań.  
Ludmiła Ulicka ujęła to wszystko w jeden krąg wzajemnych powiązań tłumacząc, rozwijając pętelki, sploty, zawiłości, sprowadzając z odległych kontynentów fragmentaryczne wydarzenia, które pod jej piórem stają się tym, co najważniejsze: wartością ludzkości. Prawdy o człowieczeństwie i jego odmiennych obliczach, niełatwych wyborach.  Za przewodnika obierając sobie Daniela Steina. Żyda, tłumacza w gestapo, późniejszego partyzanta, którego przeznaczenie wysyła do Hajfy, gdzie w habicie karmelity zakłada chrześcijańską wspólnotę przygarniającą wygnańców losu, wygnańców z własnego życia. Pokutujących za, nie tylko swoje własne, grzechy rozbitków z przeróżnych wysp historii, podejmujących najważniejsze decyzje w sprawach życia i wiary.
Sama autorka "Daniela Steina, tłumacza" wyznaje:
Nie jestem prawdziwym pisarzem, a ta książka nie jest powieścią, lecz kolażem. Nożycami wycinam kawałki z mojego własnego życia, z życia innych osób i sklejam "bez kleju" - cenzura! - "żywą opowieść na strzępach dni". 
Wytnę, i ja, kawałek z własnego, by pozwolić sobie na przeniknięcie życiem innych, naznaczonych, wybranych, wyrzutków i ułaskawionych, uczących oderwania się od cierpienia i bólu, szukających usprawiedliwienia, prawdy, zrozumienia, uliczki wiodącej do poznania siebie. W niezliczonych tomach książek, pod brązem habitu stającego się kawałkiem życiodajnej ziemi, zanurzając się w tajemnicy judaizmu, wchodząc w sferę niematerialnego bytu, szukając przymierza między ludźmi i wyrokami losu, wyglądając z ciekawością poza nasze własne getta przynależności.

Ludmiła Ulicka  Daniel Stein, Tłumacz
wyd. Świat Książki, Warszawa 2012






Polecany post

Tak czyta się tylko raz

Najbliższy jest mi jednak Wojtek Karpiński tym, że jak mało kto dzisiaj  zachował zdolność podziwu i przyswajania sobie tego,  co p...