We wszystkich pasjach

We wszystkich pasjach - muzycznych, poetyckich, teatralnych, filmowych - Chrystus schodzi na ziemię. Dosłownie. Jest ludzki, żywy, na wyciągnięcie ręki. Jakby chciał, żebyśmy Go dotknęli jak Tomasz po zmartwychwstaniu...
Tomasz Cyz
"Pasja 20, 21. Powroty Chrystusa", Warszawa 2013
wyd. Zeszyty Literackie


Dzisiaj, wciąż jeszcze, w zanurzeniu refleksji,
próby poskładania wewnętrznych rozedrgań,
spieszę z życzeniami

Wiary dającej siłę na wyjście z ciemnych zaułków codzienności
Wiary w drugiego człowieka
Wspaniałych wrażeń w odbiorze piękna otaczającego świata  
Podziwu dla dzieł, które zostały nam dane i tych, które tworzy człowiek 
W sercach ciepła, wbrew aurze za oknem
Wiosny wdzięcznej jak z nut Vivaldiego
Nadziei na niegasnącą światłość
Niegasnącej pasji, w każdej dziedzinie życia
Rozpromienionych Świąt Wielkiej Nocy!




Przednówek

Jestem ostatnio jak ten spodeczek, który wyślizgnął się wczoraj z mojej dłoni i roztrzaskał na kawałki w zderzeniu z chłodem kuchennej posadzki. Trochę rozbita, niespójna, jakby każda nienazwana cząsteczka mnie samej podążała w innym kierunku pozostawiając za sobą pustkę niewypełnioną żadną szlachetną myślą. Myśli zupełnie się zresztą rozproszyły, przymarzły warstwą oszronienia na wargach, które nie potrafią wyrazić uczuć nawet drobnym grymasem. Są zupełnie nieme, blade, jak wypłowiałe blaszki po utracie głębi purpurowej barwy nasycenia. Może to właśnie jakiś stan nienasyconego pragnienia uchwycenia niewyrażonej warstwy siebie, która rozkruszyła się niczym cienka warstwa lodu na wyschniętym jeziorze nieprzeniknionej otchłani maluczkiego bytu. Jakbym stała na rozstaju własnej drogi, przed koniecznością dokonania Kierkegaardowskiego wyboru egzystencjalnego: albo uczynić wszystko aby przestać istnieć, co samo w sobie jest niemożliwe, bo przecież istnieję; albo uczynić wszystko by całą uwagę skupić na tym, że właśnie istnieję. Co jednak uczynić kiedy utknie się między jednym a drugim 'albo"?
"Człowiek, który przestaje siebie wyrażać, wpada w czarną dziurę, zanika jego język, choruje na samotność” przeczytałam fragment wypowiedzi Agnieszka Wolny-Hamkało na blogu Remka Grzeli.
Może w tym tkwi źdźbło odrętwienia. Nieumiejętność wyrażenia siebie. Chociaż zapewne czynię to całkiem nieświadomie w najdrobniejszym ruchu o poranku, czynie nagłym i spontanicznym poganianym przez codzienność. A jednak mam poczucie przejmującej pustki, jakby była we mnie jakaś zupełnie wyjałowiona grudka ziemi, na której nic nie jest w stanie unieść się ponad powierzchnię szarej przeciętności.
Pragnienie. Dotknąć opuszkami palców skrawka błękitnego nieba. Poczuć nieprzynależność do ciężaru skutej lodem ziemi. Zawisnąć w objęciu beztroski na promieniach słońca, jak na dziecięcej huśtawce, kiedy oderwanie stóp, od ziarenek piasku, zdawało się tak łatwym do osiągnięcia. Tymczasem. Przednówek. Swoisty post duchowy. Próba czerpania z wyczerpanych zapasów energii.
Przedwiosenne błądzenie.
„Jak błądzić skutecznie?”- pytam sobie za prof. Zbigniewem Mikołejko, który w długiej rozmowie z Dorotą Kowalską wiedzie czytelnika przez przestrzenie snów obłaskawiających cierpienie, będących wolnością, poprzez fragmentaryczność obrazów i rozległość otaczającej nas rzeczywistości. Skleja kawałeczki wyobrażeń, wyostrza rysy światopoglądów, zszywa blizny dzieciństwa, jak zszywa się rozerwane ubranko na szmacianej lalce.
Świat dziś rozbił się nam na kawałki, ale całe szczęście mamy profesora Zbigniewa Mikołajkę, który potrafi na powrót go posklejać i pokazać, co mają wspólnego sny, obrazy dawnych mistrzów, skandynawskie kryminały i Facebook z naszymi dzisiejszymi niepokojami, nadziejami i lękami. Mikołejko to specjalista od rozbrajania oczywistości, zadawania niewygodnych pytań zarówno w sprawach ziemi, jak i nieba (oraz piekła). Nie ma dziś takich wielu.
Niełatwa lektura, targająca wielością skrajnych odczuć, z jednej strony prostująca zawiłość myśli, a z drugiej jakże zwinnie i zgrabnie potrafiąca je zasupłać w niemożności odczytania do końca każdego słowa spod ciężaru którego próbuję się chwilami wyczołgać, by spojrzeć sobie w twarz. Jeszcze długo pobłądzę między kartkami zapisanej rozmowy, by móc objąć choćby kawałeczek z jej rozległych horyzontów widzenia świata. Z tego filozoficzno-egzystencjalnego patchworka, w którym odnoszę wrażenie, że i sam Profesor skleja także nadszarpnięte fragmenty samego siebie, sprawiając, że rozmowa staje się swoistym wyznaniem.
W Panu jest więcej miłości czy nienawiści?
W tej chwili najwięcej jest we mnie smutku, żalu, związanego zresztą z różnymi rzeczami i historiami, które przydarzyły mi się w życiu. Smutku, który czyni mnie coraz bardziej bezradnym.
Chociaż głód miłości, bardzo często niezaspokojony, był we mnie zawsze potworny. Miałem, mam, niewyobrażalną potrzebę bliskości z innymi, bo przecież o nią w gruncie rzeczy chodzi, jeśli mówimy o miłości czy przyjaźni. I z góry było wiadomo, że ten głód nie może zostać zaspokojony, bo jest nadmierny.

Tymczasem, ja, z nadmiarem wrażeń i niesfornie rozwichrzonych impulsów kłębiących się w kącikach własnej niemożliwości wyrażenia siebie pobłądzę jeszcze, z uczuciem niedosytu, ścieżkami, których końca zapewne moje małe stopy nigdy nie dosięgną, zostając w niezgrabnym przednówku do świata rozkwitłych myśli. 

fragmenty z książki "Jak błądzić skutecznie.
prof. Zbigniew Mikołejko w rozmowie z Dorotą Kowalską"
wyd. ISKRY, biblioteka Gazety Wyborczej, 2013



Kosmos w filiżance

Wyłuskuję ostatnio wolne chwile ze zręcznością żonglera, by żadnej z nich nie upuścić, nie zgubić w łódeczkach odpływających na falach przypływających w mnogości spraw niespójnie ze sobą powiązanych i zapętlających się, gdy tylko dopuścić do najdrobniejszej niedbałości ruchów. Błogosławiąc zatem bliskość Stawiska pomknęłam w niedzielne marcowe popołudnie rozpromienione wydarzeniami, które miały mieć miejsce w progach Domu Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów. Dawno tam nie goszcząc, z tym większą przyjemnością wjechałam na posesję długą lipową aleją aż do stóp domu wypełnionego wspomnieniami, szelestem niezliczonych książek, ujętego w ramach nietuzinkowych obrazów, które zdają się czasami wymykać wszelkim ograniczeniom sprawiając, że dom ożywa przycichłym echem wydarzeń wnoszonych wraz z wejściem niezwykłych gości jakże często odwiedzających ten niezwykły zakątek kultury na przestrzeni niezatartego, stopami współczesnych, czasu.
Jeszcze krótki spacer do kapliczki schowanej pośród drzew, by zasiąść w oczekiwaniu na wieczór mający wypełnić się muzyką i słowem. W 33. rocznicę śmierci Jarosława Iwaszkiewicza poświęcony, jakże symbolicznie, jego biografii. Wielu aspektom „Innego życia” rozpostartego w przeróżnych strefach geograficznych, ale nade wszystko sferach uczuciowych, przynależności do świata, ludzi, twórczości i emocji czerpanych z każdego przeżywania nowego dnia.
Pieśni Lutosławskiego w wykonaniu Anny Radziejewskiej, przy akompaniamencie fortepianowym Mariusza Rutkowskiego, mnie samą przyprawiły o dreszcze sentymentalnego rozrzewnienia przywołując z pamięci, między innymi, kołysanki kiedyś śpiewanych mi przez moją Babcię. A toż na otarcie łez dzieciństwa, a toż na oczu spokojne zamknięcie w czułości snu. I też takim niemalże snem, pewną tajemną nieprzenikliwością stała się druga część wieczoru będąca spotkaniem wokół „Innego życia” Radosława Romaniuka goszczącego w Stawisku wraz z prof. Zbigniewem Mikołejko.
Kosmos w filiżance. Przeżycie doszczętnie realistyczne, a z jakże uchwytną nutą metafizyki unoszącej się ponad rozmową tkaną z subtelności odniesień, filozoficznych rozważań, rozciągającą się jakby w doczesność niedokończonego wiecznie tematu życia Jarosława Iwaszkiewicza, będącego zawsze początkiem poznania bytu tak esencjonalnie związanego z wnikliwym, w pełni doznawanym jestestwa, ciałem i umysłem, tworzącym własnoręczny zapis własnej biografii przetykanej pomiędzy kartami swojej twórczości. Tworząc swoistą autobiografię, ukrytą w opowiadaniach przeniknionych podskórnymi i bardzo realnie doświadczanymi wydarzeniami. Niedosłowną. Dotykającą doczesności będącej przyczynkiem do przekształcenia w niekończącą się opowieść o sobie samym pod maskami zręcznie naszkicowanymi ręką Pisarza, a odgadniętymi dla czytelników przez Radosława Romaniuka. I mało co mogło umknąć uwadze z wczorajszej fascynującej rozmowy, wielowarstwowej, budującej się samoistnie z każdym słowem, rzuconym choćby jako dopełnienie, wypełnienie szczeliny chwilowego prześwitu w gęstym splocie tematu, gdyby nie przebudzona z zimowego snu mała muszką nieuchwytna dla rąk nawet tak wprawnego badacza filozofii jak prof. Zbigniew Mikołejko, który jednym gestem, choć mam wrażenie że mówił do nas całym sobą, mnie samej odebrał umiejętność oddychania, pozostawiając w nieruchomym zachwycie oniemiałej duszy, umysłu nazbyt małego dla objęcia istnego uniwersum słów, które chciałoby się zatrzymać na nieblednącej taśmie zapamiętania. Możliwość wysłuchania profesora była doświadczeniem metafizycznym, pozamaterialnym,  które jednocześnie chciałoby się w najdrobniejszych kawałeczku utrwalić w przeżywaniu własnej skromnej doczesności. 
I kiedy wciąż błądziłam, nieskutecznie próbując przeniknąć ogrom Iwaszkiewiczowskiej, nieobejmowalnej zwykłymi ramami pojmowania, przestrzeni  ujętej w filozoficzno-egzystencjalnym kontekście prof. Mikołejki, przemknął jeszcze cień Arthura Rimbaud nasycając swoją obecnością jakże gęstą od przeróżnych zapętleń atmosferę, uświadamiając, że "ja to ktoś inny", we wciąż niezbadanych fragmentach ciemnych obszarów skrytych głęboko pod skórą. Z wyznaniem jego artystycznego credo, że tylko poprzez doświadczanie materii także tych bolesnych zdarzeń, skomplikowanych relacji, najtrudniejszych uczuć, bólu straty i zasmakowania niespełnienia, dotyka się samoświadomości istnienia, doznaje dopełnienia i spełnienia wyzwalającego w artyście pokłady twórcze. Swoistego zespolenia życia ze sztuką.
Jeszcze dzisiaj filiżanka drży w moich dłoniach, kiedy myślami wracam do wczorajszego spotkania na Stawisku, a wargami próbuję nieśmiało upić, choćby łyczek, z Iwaszkiewiczowskiego kosmosu, by zatrzymać, jak najdłużej, jego smak na podniebieniu.

Oto czekamy na Ciebie w staroświeckim hallu przedpółwiekowej Anglii: kominek płonie czerwonym odblaskiem i oświeca nasze skupione twarze.

Oto bór świerkowy, pokrywający strom zbocza gór, objął nas swoim ramieniem: spójrz na nas.

Oto żółto-jedwabne pagody chińskie falują czerwonymi deseniami (Tsi-fu-la pali wonności na lakowej tacy): trzymamy się mocno za ręce, myśląc o Tobie.

Oto u stóp niebosiężnego muru, otaczającego zamek czarodzieja, czynimy podkop: chcemy ujrzeć drzwi, wiodące do jednego tylko wejścia.

Arturze.

Modlitwa do Artura Rimbaud Jarosława Iwaszkiewicza
"Proza poetycka", wyd. Czytelnik, 1958


W bursztynie zawisło powietrze

Najpierw urzekł mnie swoją "Melancholią" prowadząc zaułkami rozpostartej nostalgii, tęsknoty za nieuchwytną sferą nienazwanego pragnienia, utraconego na zawsze, gdzieś w zaświatach idyllicznego niedoświadczania, nie do końca uświadomionej straty, istoty rzeczy nieucieleśnionej, a jednocześnie tak sensualnej w całym jej podskórnym odczuwaniu. Zatem trudno oprzeć się wrażeniu, że każde z nim spotkanie niesie w sobie nutę nieprzeciętności, sam zresztą przyznając:
Mam na imię tak jak na okładce, ładne imię, międzynarodowe, i cesarz był taki, dobry pisarz, smutny, i ewangelista, jeden z czterech, to już nieźle (...) 
Marek. Imię przywierające do pobladłych warg. Brzmi dumnie i wojowniczo. Może też i on na swój sposób, nie mocując się wcale, „wojuje” ze zbyt łatwą literaturą słowa, swoją twórczością dając doświadczenie prozy tętniącej wyrafinowaniem, wymykającej się stylistycznym kanonon i dającej doświadczyć swoistego uczucia egzystencjalnego połączenia ze słowem figlarnie wyodrębniającym się spośród nagiej tuzinkowości. Delektowanie się prozą Marka Bieńczyka to jak łyk doskonałego, wytrawnego wina, które swój smak zawdzięcza urodzajnej ziemi, hojnemu słońcu, delikatnemu powiewowi południowego wiatru i przychylności niekapryśnego lata. Jeden łyk, w którym próbuje się odnaleźć skryte w nim drobinki składające się na bogaty, intrygujący smak długo pozostający na podniebieniu mgiełką rozkosznego wspomnienia. To zetknięcie się z narracją niezwykle plastyczną, giętką, układającą się pod zwinnymi palcami pożądania podporządkowania sobie formy i stylu, a może w całkowitej lekkości talentu iskrzącego samoistnie, bez przymusu. Cokolwiek by nie było motorem działania pisarza, efekt jest znakomitym zmierzeniem się dla czytelnika z prozą wręcz zmysłową, cielesną. Jakby sam proces pisania był celem nadrzędnym, fizyczną potrzebą jak oddychanie, a przecież nie brakuje w tym wszystkim dystansu, pobłażania dla własnej doskonałej niedoskonałości i figlarnego spoglądania na zakłopotanego, zwinnością myśli, czytelnika niezdolnego odmówić słowom:
(...) muszę was prosić, no, nie przesadzajmy, że muszę was błagać, abyście nie rzucali jeszcze tej powieści w kąt, pod telewizor, albo nie podpierali nią krzywego stołu w waszym prostym życiu, bo póki do was mówię, mam się świetnie, a potem może być gorzej, po gazetkę nie będzie mi się chciało rano do kiosku skoczyć, ptaszkom okruszków na parapet podrzucić, siedzieć będę z głową opartą na pięści i w przedmioty nieruchomo się wpatrywać, te, co zachowały się cało. Więc zostańcie jeszcze ze mną, a ja obiecuje was dużo łez, w końcu mnie także coś od świata różni.
Uległam. Chociaż współczesne książki o miłości budzą przeważnie moją nieufność i obawę przed banalnością. Zawierzyłam. Przeniosłam się na "Terminal" Marka Bieńczyka, w zaludnioną przestrzeń przybywających i opuszczających port życia pasażerów, port chwilowych wzruszeń, czasowej przynależności do czyichś rąk, czyjeś twarzy.

A gdzie twoja twarz? Ty nie masz już twarzy
Twarz twoja jest tam gdzie mi się zamarzy
Tam gdzie dłonie me budują lotnisko
Do czułości stąd coraz bliżej blisko (...)

Szukałam zatem twarzy do siebie przynależnych, odbicia profilu w zwężonych źrenicach oczu branych za nieczynne latarnie, jego twarzy może najbardziej, jednocześnie samą siebie skazując na nieuchronność rozstania, doznawania powracającego motywu straty niemożliwego do zatrzymania stanu posiadania, które w rękach pisarza przekłada się na obcowanie z żywym słowem podlegającym przekształceniom, splotom skojarzeń przenikającym się filozoficznym odniesieniem do prozaicznej codzienności. Wiodę zatem żywot poniekąd obok fabuły, która zdaje się jedynie tłem dla procesu pisania, dla pewnej zachłanności tworzenia, gry słownej która przenikając na drugą stronę płótna tworzy pewien obraz, nieco jednak jakby będący poza ramą samych wydarzeń. Niedosłowność spotkania, przypadkowość toczących się wypadków pewnej znajomości, może płonnej nadziei na miłość spełnioną, to jedynie podkład do wyrafinowanego brnięcia w układ pragnień lub całkowitej wobec nich obojętności.
Dałam się pochłonąć wszystkożernym słowom Marka Bieńczyka z rozkoszą trawionego robaczka niezdolnego do rozwinięcia motylich skrzydeł, które uniosłyby mnie ponad przeciętność własnej umiejętności niewysłowienia podziw dla prozy tak ponętnie absorbującej swoją gęstością.
Aha, jeszcze jedno. Knocha prawoskrętna na piasku perłową dmie pieśń. Znak wodny na lilii osiadł liściu, w bursztynie zawisło powietrze.




Odwracalność słów

Słowa stały się nielotne, jak to pięknie nazwał niedawno Remek Grzela na swoim blogu „bezskrzydłe”. Ciężko opadają na kartkę gęstą kroplą tonąc w strukturze nieprzezroczystości bieli, pozostawiając jedynie szarą powierzchowność nienazwanych wrażeń. Niezdolne do uniesienia swojego przesłania. Niewymownie martwe i nieme. Może przemarznięte jak zimowe poranki budzące się czasami tak przejmująco znieruchomiałe od chłodu, że nawet otwarcie oczu grozi rozkruszeniem dopiero co powstającego dnia. Poświaty. Przygasłej jasności widzenia tego, co jeszcze śpi w zalążku późniejszego rozkwitu.
Jak poskładać połamane konary przydrożnego uchwycenia przemykającej chwili schowanej w podstępnej prozie codzienności? Próbuję.
Gonię nie oglądając się wstecz. Biegnę za cieniem czasu, który znika tuż za rogiem uliczki zakręconej ostrym łukiem przecinającym sznurowadła, nazbyt mocno ściśnięte wokół stóp potykających się o najdrobniejsze nierówności. Niezgrabność nieuchwyconego czasu szyderczo śmieje się wprost w wypatrujące go oczy. Może dlatego ostatnio mój wzrok stracił na swej ostrości pod nazbyt ciężką przysłoną zmęczenia. Mniej zauważam. Z ciągle załzawionym obrazem rzeczywistości nie odnajduję wyrazistości spostrzegania realności świata. Okulary zaś, jedynie, uwidaczniają kolejne rysy wyżłobione wokół ciągle przymrużanych oczu. Zagniecenia myśli. Przyglądam się zniekształceniom odbijającym się w krzywym zwierciadle zdarzeń. Biegnę zostawiając za sobą nieumiejętność oceny sytuacji, nadwątlone relacje i gorycz nadużycia mojej naiwnej wiary w nienaruszalność zwyczajnej przyjaźni.
Bagaż doświadczeń uwypuklony na plecach wznosi się garbem niepoprawnej naiwności. Marna ze mnie uczennica życia. Uciekam. Chowam przed zranieniem, choć wiem, że całkiem nie zdołam. Zapełniam najmniejsze szczeliny pustki, z dozą nieustępliwej przekory, dopisując w kalendarzu kolejne przystanki, gdzie chciałabym przystanąć, schować się pod zadaszeniem, choćby chwilowego zachwytu. Życiodajnej refleksji, która poruszy przemarznięte emocje utkwione w lodowej bryle nienaruszalnego wzruszenia. Próbuję się ogrzać na wykładzie Uniwersytetu Otwartego UW. Po trzech semestrach płomiennego oczekiwania na zebranie się grupki zainteresowanej kulturowo-egzystencjalną interpretacją literatury, musiałam dokonać zmiany. Apetyt na temat tak ogromny, jak tort bezowy z truskawkami, ale gdzież szukać truskawek w środku zimy. Chętnych zbyt mało, a ja wiedziona niezaspokojonym głodem zapisałam się, w zamian, na kolejną odsłonę wykładów o kontrowersyjnych postaciach literatury polskiej i obcej.
Pierwsze spotkanie. Charles Pierre Baudelaire. Salka na wydziale geografii staje się miejscem nowej podróży, kartograficznym zapisem literackich dokonań i życiowych poczynań nieprzeciętnej osobowości artystycznej bohemy Paryża.

Miasto, które pochłania tajemnice bytów poszczególnych
I przetwarza je we własną: miasto bez tajemnic, zrobione z tajemnic.
Miasto Sorbony, na której studiował nieomal każdy (oprócz niego);
W którym podobno jest wzór wszelkich miast, nawet Rzymu;
Słodycz cieni platanów i gorzka kawa w czerwcu, gdy
Cukier krąży w żyłach rozgrzanych wiedzą nastolatek tak samo

Jak w wapnie mądrych starców, na placu del al Sorbonne, piąta
I szósta dzielnica, quel flop! - wszystkim brak ojca albo matki
I to niekiedy ich łączy; si non - samotne kobiety w środku nocy
Przesyłają komunikaty alfabetem Morse'a przez ściany; miasto
Wielu mostów; miasto, które przeklinał Verlaine, Rimbaud, Norwid,
de Nerval, Słowacki, Mickiewicz, Eluard, Miłosz, Hłasko, Rilke,
Villon, Baudelaire (...)

W poczuciu samotności i matczynego odrzucenia tułam się za Baudelaire'em po ciemnych zaułkach miasta, gdzie młody poeta szuka ukojenia bólu zranienia w ramionach kobiet nazbyt lekkich obyczajów. W ukochaniu sztuczności porzuca wszelką naturalność, stwarzając własny wizerunek, obraz, któremu mogliby się przyglądać inni, w podziwie dla jego odmienności, gdy tymczasem cień jego matki snuje się za nim zniekształcając jego relacje z innymi kobietami. Nierozerwalna nić emocjonalna staje się dla niego swoistym zniewoleniem, a jednocześnie wiecznie poszukiwanym pragnieniem, w życiu i w poezji, skrywając się w wypaczeniach, brzydocie i wszelakich przerysowaniach postaw, zachowań, obrazów znajdujących odzwierciedlenie w jego wierszach. Skazany na wiekuistą samotność.
Po wykładzie, zmierzch rozświetlonego latarniami Krakowskiego Przedmieścia wydał się nieskazitelnie piękny. Nienaruszalny. Niemożliwy do jakiegokolwiek zniekształcenia. Charles Pierre Baudelaire. Odwracalność

Aniele pełen chwały, czy możesz znać ten lęk,
Winę, wstyd, płacz, umieranie,
Niejasny koszmar tych okrutnych nocy
Które ściskają serce tak, jak mnie się papier?
Aniele pełen chwały, czy możesz znać ten lęk?
(...)
Aniele pełen piękna, czy już poznałeś starość,
Strach starzenia się, nieznośny zamęt
Czytania tajemnic skrywanych poświęceń
W oczach, z których moje się nie wycofały?
Aniele pełen piękna, czy już poznałeś starość?


fragment wiersza Macieja Niemca Te Dwadzieścia Dwa Lata
oraz przekład jego autorstwa wiersza Charles'a Baudelaire'a Odwracalność
z tomiku Serii Poetyckiej Zeszytów Literackich "Stan Nasycenia"

Wielkie biografie mają swój własny rytm

Powędruję przez owo morze samotności, a pazie błękitnoocy
i pazinie poniosą swój długi, ciężki tren z żółtego aksamitu, pachnący łubinem.

On poniósł. Uniósł. Ponad doczesność. Przywołując postać Jarosława Iwaszkiewicza ponownie do życia. Innego życia. Może też po trochę dlatego, że zapełniającego się teraz uczuciami czytelników, bijącego nie jednym sercem, ale sercami wieloma, tych, którzy ujmują między palcami cienką kartkę papieru, jak płótno malarza przesiąknięte kwintesencją życia.
Zwykła karta, zdawać by się mogło, ale gdy spojrzeć na nią z boku, na jej brzeg wyraźnie wycięty prostą krawędzią wytyczającą granicę słowa, wydaje się być wąziuteńką szczeliną, przestrzenią skupiającą w sobie uczucia wzajemnego przenikania się myśli między pisarzem a czytelnikiem. Czasami przypominając spacer po cienkiej linie zawieszonej ponad płaszczyzną odczuwania, a może budowania wyobrażenia o sobie nawzajem. I to życie, które się rozsypuje na malutkie kawałeczki, na impresje, na dygresje, coś jak kalejdoskop bez symetrii nagle staje się spójną całością, uskładaną z maestrią mozaiką kolorowych szkiełek tworzących wielobarwną kompozycję zmieniającą się w zależności od tego jak pada światło naszego spostrzegania subtelności niełatwego splotu marzeń, pragnień, oczekiwań i dopełniających je rozczarowań, goryczy, morza samotności. Istne panoptikum, które dzięki finezji i talentowi biografa staje się przejmującym obrazem nietuzinkowego życia, zazębiającej się turbiny wydarzeń, które następując po sobie łączą się tworząc dzieło życia. Biografię. Jedną z najważniejszych.

Powiedziałeś mi, Pawle, że takiego życia,
Nie zniósłbyś ani chwili. Ale ja mam inne,
Które jak ciężka rzeka, skryta pod sklepieniem,
Przemyka się szerokim, choć ciężkim korytem
Ukryta - kwitnie wszakże co wiosna białymi
Kwiatami, które pachną i powoli więdną,
Słońca nie wiedzę może - ale też tym bardziej
Pełne są znaczeń trudnych, których nie wyrażę.
Nad tym życiem - to wszystko, co widzisz i ludzie
Widzą - jest tylko cieniem, złudzeniem budowy.


"Inne życie", skryte pod sklepieniem pierwszego tomu biografii Jarosława Iwaszkiewicza, zawdzięczamy Radosławowi Romaniukowi i choć zapewne trudno nie zgodzić się z Markiem Radziwonem, który w biografii politycznej "Pisarz po katastrofie" notował: Ktokolwiek pisze o Jarosławie Iwaszkiewiczu, musi mieć poczucie, że mimo wysiłków nie zdoła całkowicie poznać tej niezwykłej osobowości, odnoszę wrażenie, że Radosława Romaniuk poznał ją, może jak nikt inny. Podszedł do Jarosława Iwaszkiewicza tak blisko, jak tylko było można zbliżyć się do ogromu wrażliwości wyrytej w historii literatury polskiej, tej ciężkiej rzeki niełatwych relacji wahających się na skali temperatury uczuć, wielości emocji i potęgi artystycznego spełnienia. Poznał na tyle, choć zapewne wciąż jeszcze poznaje, na ile pozwoliły mu nie tylko dokumenty, listy, wspomnienia, dzienniki czy przepastne archiwa, ale na ile pozwolił mu sam Pisarz. Bliskość ich wzajemnej relacji. Bez niej, być może, nie byłoby "Innego życia". Bez tego, dla nich obu, spotkania w szczelinie kartki. Spotkania tak ważnego, tak ucieleśnionego w twórczym dopełnieniu, że jego znaczące znamię dostrzegli także: Instytut Książki i zespół miesięcznika "Nowe Książki" przyznając Nagrodę "Nowych Książek" za rok 2012 Radosławowi Romaniukowi, którą autor odbierze 19 lutego, jakże symbolicznie, w przeddzień urodzin Pisarza. To jak słodycz dojrzałej poziomki rozgniecionej na ustach próbujących wyrazić słowami niewysłowiony smak wtajemniczenia.
Adam Zagajewskiej w swojej książce "Poeta rozmawia z filozofem" pisał o biografach: Różnią się od innych pisarzy tym, że w zasadzie nie chcą wcale dokończyć swych dzieł. Niby śpieszą się, niby chcą dotrzymać terminu wydawniczego, przesuwanego z roku na rok ku rozpaczy redaktorów wydawnictwa, niby widzimy ich w archiwach i później gabinetach, jak całymi dniami pracują na powoli rosnącym tekstem, ale - z drugiej strony - drąży ich zarazem obawa, że czegoś nie znajdą; nie odnajdą ważnego listu, nie dotrą do ostatniego żyjącego świadka i ich opasła książka, owoc tylu lat, rezultat tylu trudów i wyrzeczeń, już po roku przestanie być definitywną biografią.
Tymczasem ja czekać będę niezmiennie urzeczona, wypatrując na półkach księgarń drugiego tomu biografii, kolejnej odsłony "Innego życia", przyjmując z pokorą wiernego czytelnika nieograniczone przestrzenie czasu, bo przecież wielkie biografie mają swój własny rytm, rosną niemal tak powoli, jak rosło życie ich bohatera.


fragmenty:
wiersz Jarosława Iwaszkiewicza
Inne życie z I tomu wierszy, wyd. Czytelnik, 1977
Prozy poetyckiej Łubin, wyd. Czytelnik, 1958
biografii politycznej Marka Radziwona "Pisarz po katastrofie"
wyd. W.A.B., 2010
książki Adama Zagajewskiego "Poeta rozmawia z filozofem"
wyd. Zeszyty Literackie, 2007

Ucieleśnienie wspomnienia w formie plastycznej

Czas się nie zatrzymuje, nawet gdyby chciało się przytwierdzić wskazówki zegara sznureczkami do dowolnie wybranej sekundy, i tak nie da się ujarzmić. Nieposkromiony wymyka się ludzkiej woli i gna przed siebie nie oglądając się wstecz. Mam wrażenie, że nawet zarys mojej sylwetki, przemykający po szybie mijanych wystaw sklepowych, rozsypuje się na drobinki zabiegania i zbytniego pośpiechu jaki ostatnio stał się moim nieodzownym towarzyszem, czekającym tuż za rogiem. Podejrzewam nawet, że noc całą skulony na ganku, ogrzewając się jedynie sztucznym światłem lampek, oczekuje uchylenia drzwi, by przylgnąć do mnie nie pytając o zgodę. Na dzień cały. Póki mrok nie stanie się mu nazbyt strasznym i zdecyduje się wyślizgnąć, przez dziurkę od klucza, niczym jedna z wielu postaci na obrazach Marca Chagalla. Wyciągnięta ze snu jawa, stająca się półprzezroczystą mgłą wijącą ponad dachami rosyjskich wiosek zamieszkiwanych przez chasydzką społeczność, skrywająca się w tlącym nieśmiało świetle zapalonych świec, w rozmodleniu piątkowych zmierzchów, dająca o sobie znać w cichym syczeniu samowara. Rozprzestrzeniona. Rozedrgana. Pozostawiając mnie na czas niezmąconego snu czekającego w miękkiej podszewce poduszki kusząco nadstawiającej swoje gładkie policzki. W niedomkniętej kopercie chowając szkice wyobrażeń, które być może pod zamkniętymi powiekami staną się celuloidową taśmą przysłaniającą granicę między realnością i tym, co tak realnie nieuchwytne.
Nieuchwytność. Może to w obrazach Chagalla tak bardzo mnie zachwyca. W pozorach całkiem zwyczajnych obrazów kryje się tajemnica, nieprzenikniona wrażliwość, własny język malarski Chagalla dotykający podniebienia egzystencji uniesionej lekko ponad doczesnością, w poszukiwaniu własnej rzeczywistości którą nosił w swoim wnętrzu i starał się zobiektywizować jedynie za pomocą środków malarskich, w kontraście kolorów wyznaczających jego granicę między odtworzeniem i stworzeniem obrazu widzianego jego oczami, korzeniami silnie wrośniętymi w rosyjską prowincję przywodzącą na myśl wspomnienia z dzieciństwa. Ulotny dym przeszłości porzuconej dla malarstwa, dla artystycznej samorealizacji wymykającej się wszelkim ramom teorii zbytnio obciążającej lekkość malarskiej swobody, twórczej zadumy i poetyckiego widzenia prozy życia. Barwami, zachwianiem proporcji nawiązując do symboliki bizantyjskiej.
Marc Chagall. Jeden z artystów, który kiedyś wdarł się w moją duszę wręcz z rewolucyjną siłą, burząc moje ukochanie proporcji, klasycznego pojmowania kanonu piękna wyrażonego nienagannością formy, pozbawiając mnie nieufności wobec artystycznej awangardy. Mój rewolucjonista. Uwiódł mnie zmuszając do wysiłku dostrzeżenia zachwytu w zniekształceniu, dozie abstrakcji i krztynie groteski. W symbolice ukrytej pod warstwą rozmytych barw, złudnie przydających wrażenie niewyrazistości, bo wyrazistość znaczenia symbolu u Chagalla tkwi w rdzeniu jego malarstwa, w doświadczaniu życia.
Tajemnica tkwi być może w samej naturze jego sztuki, która wykorzystuje doświadczenie wspomnień. Prawdziwe malarstwo jest życiem, i być może życie jest malarstwem (...) Wizualna logika, która od tej pory układa formy, posłuszna jest innym prawom niż te, jakie rządzą przestrzenią euklidesową. Żaden wektor geometryczny nie określa przestrzeni, a jej plastyczność pozwala rysunkowi na to, by znalazł dla siebie wyraz w całej giętkości i spontaniczności.
Nie bez znaczenia jest fakt, iż malarstwo Chagalla prowokuje krytyka czy historyka do wykorzystania terminów muzycznych. Postaci i motywy postrzegane są jako liczne dźwięczne przedmioty, kolory to rytm, a linie - melodie; metafora ta dobrze pasuje do malarstwa, ponieważ tak jak ono akcentuje pojęcie czasu.
Czas się nie zatrzymuje, ale ja zatrzymałam się w czasie, w malarstwie jednego z moich ulubionych artystów przedstawionych w albumie "Marc Chagall". 
"Książka ta poświęcona jest wczesnemu okresowi twórczości jednego z najwybitniejszych malarzy XX wieku - urodzonemu w Rosji Marcowi Chagallowi (...) Reprodukowane tu prace malarskie i graficzne Marca Chagalla pokazują nie tylko skalę talentu artysty, ale także nieistniejący już świat wschodnioeuropejskich żydowskich miasteczek". 
"Marc Chagall" Mikhail Guerman i Sylvie Forestier
wyd. Confidential Concepts, USA
polskie tłumaczenie: 2006 Firma Księgarska Jacek i Krzysztof Olesiejuk
tekst polski opracował: Dariusz Konstantynów



Na skórze nieprzeniknionego

Na skórze stóp rozproszenie dnia osiadło drobinkami zmęczenia. Spod ronda zataczającego krąg splatających się zdarzeń, ponad niedowidzącym wzrokiem horyzontu, wyglądam kolejnego przebudzenia. Wschodu słońca zarzucającego rozpromienioną sieć cieniutkich zmarszczek rozciągających się wokół mrużących się oczu, niczym siatkę w którą chciałoby się złapać kadry spadające z czarnych skrzydeł oddalającej się nocy.
Frywolność rozleniwionego uśmiechu złudnie przypomina papierową łódeczkę sunącą po gładkości niewypowiedzianych słów, po przyćmionej tafli uspokajającego się morza, zatapiając się w dopełnieniach przygasających wrażeń, układanych na dnie pudełeczka jak  układa się papierki od cukierków, wciąż przesycone słodkim smakiem zatrzymanym na podniebieniu kolejnego dnia. Uchwycenie chwil wznieconych pragnień, oczekiwań odnajdywanych za rogiem przeznaczenia.
Pocztówki z życia wysyłane na adres losu, bardziej lub mniej, przychylnego do odczytania listy marzeń. Codzienności prześlizgującej się pomiędzy uderzeniami zegara i klawiszy starej maszyny do pisania. Za okiennicami zbyt pospiesznie przewijającej się taśmy niezmiennego zatrzymania, w niemożności oderwania się od ciężkiej grudki ziemi trzymanej w zaciśniętej dłoni.  
Gasną żarówki wypełnione płatkami przebarwionych poranków. Przezroczystość rysunku kreślonego niepewnę ręką. Wełniany koc rozłożony na dachu niedościgłych wierzchołków otacza chłodem niespełnienia. Brodzę po kostki w snach nieprzyśnionych, dusząc się gęstością niewypowiedzianych słów. W oknie trzepocze firanka motylich skrzydeł. Przedwczesne przebudzenie.

Ale to otwiera coś innego. Wiem, chcesz powiedzieć,
Chyba to chcesz powiedzieć, Sylvio d' O., że
W żadnym języku świata nie ma już nic do powiedzenia.
(Ale jeszcze trzeba będzie próbować tłumaczyć,
nie tylko sny, i mówić o rzeczach, których nie było
nam żal, zapomnianych już wtedy, w ich czasie).
(...)
Może dopiero około pięćdziesiątki
Własne ciało zaczyna być porównaniem
Do pewnej ciągłości, czy zdołam znów w nim zasnąć -
Myśli na progu wielkiej liczby niepotrzebnych myśli,
Zszywa je jasnowidząca maszyna do szycia, singer
Mojej babci; - lub może zaczyna być
Czymś w rodzaju domu, który się odnajduje
Za późno, żeby w nim zamieszkać
Jeszcze raz od początku.

fragmenty wiersza Macieja Niemca
A później umrzeć na zawał w nowojorskiej  taskówce...
z tomiku "Stan nasycenia"
wyd. Seria Poetycka "Zeszytów Literackich", 2012

Stan nasycenia

Czytałem niczego nie rozumiejąc
zamiast liter widziałem twarze
ta twarz chorej czy pielęgniarki
po co rozróżniać kiedy wszystko boli
Odrywałem się i czytałem znowu


Kolejny dzień.
Roztopił się jak płatki śniegu opadające na ciepłą dłoń wyciągniętą w zachwycie nad filigranowymi rozgwiazdami spadającymi spod rzęs nieba. Zniknął w wieczornym tchnieniu przysiadającego na schodach zmroku, rzucającego cień przemijania na zegar skazujący na wyrok unicestwienia, dopiero co, stworzony ułamek czasu. Zasępienie skuliło się w sobie nie chcąc rozwijać swojego zasmucenia. Przysiadłam obok niego. Na kolorowych paciorkach bransoletki próbowałam policzyć dni, które owijały się wokół moich dłoni, wśród literowych składanek, mniej lub bardziej do siebie przylegających, niczym wycięte kawałki puzzli dopasowywane do siebie, skrupulatnie, w nadziei na otrzymanie spójnego obrazu. Siedem lat, niepoliczalna ilość słów, a jeszcze więcej myśli, których nie udało mi się uformować w żaden symbol, znak swoistej przynależności, a zatem zagubionych w bezkresie niezapisanego ulotnienia. Rozwichrzonych zmiennością porannego niedospania. 
Kolejny rozdział.
Przeprowadzka. Fragment mojej przynależności otwartej w nowej przestrzeni. Na nowo próbujący zaistnieć. Zadomowić się, poczuć wygodnie, by z całą szczodrością i szczerością uczuć móc witać przybywających z różnych stron, czasami tej samej książki, a innym razem spomiędzy okładek całkiem odrębnej bajki. Bogactwo różnorodności. Przenikliwość odmiennego widzenia. Oczekiwane, przeze mnie, spotkania między giętkością słów.
Siedem lat. Swoisty symbol dopełnienia. Krzew gorejący siedmioramiennym uniesieniem pragnienia zachwytu. Przygasły ostatnio.
Stan nasycenia. Niezaznany. Przyszedł w wierszach, które ostatnio przylgnęły do mnie wzniecając głód pragnienia, otwierając wrota do nieprzeniknionej poetyckiej wrażliwości. Przynosząc stan rozdrażnienia, kiedy nie sposób dotknąć rdzenia uczuć. Potykam się o własną niezgrabność ogromu oczekiwań złożonych pomiędzy okładki niewielkiego tomiku poezji. Wchłaniam każdą linijkę przełamaną westchnieniem, bólem poszukiwania, krótką przerwą akapitu zatrzymaną na wierzchołkach przejmującego milczenia ukrytego w krzyku utraconej równowagi. Swoiste uwięzienie w bezpiecznym braku stabilności, w poczuciu przebywania na wygnaniu, w przygaszonym świetle przepalonej żarówki, w półcieniu porzuconej przynależności do adresu, miejsca, zbyt wąskich drzwi, niekształtnego fotela i przykrótkiego biurka. Bezdomność.
Móc dostrzec otwarte okno.
Do bezgranicznego przebywania w twórczej inspiracji Poety. W porzuceniu nazbyt prostego zrozumienia, zbyt łatwego czytania. Wciąż za bardzo na powierzchni. Zapętlam się i z poczuciem słodkiego wysiłku próbuję dotrzeć do istoty przesłania.

Tekst jako ból, choroba jako codzienność,
Nawet kot może być chory i może oczekiwać
Uzdrowienia. Tekst jako lekarstwo na codzienność,
Kot jako codzienność, która nie jest chorobą,
Czytanie jako otwieranie przestrzeni - 

Kolejny wpis.
Czytanie codzienności. Wyszukiwanie, choćby najdrobniejszych zarodków olśnienia. Bezcenne.
Dziękuję, Wszystkim dzięki, którym od siedmiu lat czerpię pokłady pokrzepienia, jakie zawdzięczam temu, w całości przecież błahemu pisaniu (F. Kafka) i z możliwości dzielenia się swoimi przeżyciami. Jesteście wyjątkową cząstką przestrzeni przynależącej do mojego świata, pozwalając mi odnajdywać coraz to nowe twarze w każdej literze.
Nową twarzą, widzialną, namacalną pod zmarzniętymi opuszkami palców stał się też niedawno Poeta, dla mnie odnaleziony, rysujący nowe ścieżki odczuwania, szkicujący mapy własnego bytu wpośród  nieprzynależnej do nikogo cząstki, samego siebie. W natchnionej poezji. Maciej Niemiec.
Zanurzenie w przenikliwej przestrzeni, w której rozpaczliwie próbuję zasmakować stanu nasycenia.

Co wymówione oddala się, zmierza do nieistnienia, jedynego
Królestwa trwania. Mowa zabrudzona spostrzeganiem wdziera się,
Gdzie panował święty ład nicości - bezbłędny, bez pamięci.
Ławkę, na której nie siedzieliśmy, mija się obojętnie. Bez wspomnień
Nie ma miłości. Pozostaje żal, i piękno.

fragmenty wiersza Tekst
z tomiku "Stan nasycenia" Macieja Niemca
seria poetycka Zeszytów Literackich, Warszawa 2012


Postać i warstwa marcepanu

Znowu próbuję go objąć. Wygłodniała widoku jego przejmujących ciemnych oczu spoglądających zawsze spod gęstej linii brwi będących rodzajem ochrony przed najdrobniejszymi pyłkami, które mogłyby doprowadzić do podrażnienia oczu. Załzawienia. Miał wszak pozostawać wyschniętą pustynią.
Wyglądałam jego pochylonej sylwetki i dostojnie, a zarazem frywolnie trzepoczącej muchy, uchwyconej czystości bieli kołnierzyka, starającej się unieść ciężar skryty w wyrzeźbionych łódeczkach jego ust na swoich wyprostowanych skrzydłach. Niezdolna.
Ja również nauczyłam się ustępować. Zjawia się tylko, kiedy sam tego pragnie. Nigdy nie daje się pochwycić siłą, choćby nawet wytęsknienia, przygarnąć mocą moich bezwładnych, wobec niego, dłoni które nie potrafią go wyczuć, w żadnej formie, pod palcami. Ani wystukać rytmicznego bicia jego serca, ani wyczuć miarowego tętna skrywającego się pod coraz twardszą skórą narosłych doświadczeń.
Przyglądam mu się uważnie ciągle szukając niedostrzeżonych fragmentów jego samego. Jest wciąż mapą pełną tajemnic zagłębionych w wyżłobieniach życia, szczelinach niedościgłego ukrycia przed wszelką zmiennością przyzwyczajeń, które stały się dla niego swoistymi tablicami Mojżeszowymi. Nienaruszalnymi jak on sam, w swoim upartym niedostrzeganiu iskierek przychylności iskrzących między popielatymi rzęsami przysłaniającymi mu odmienność barw zatopionych w jego codzienności.
A zdawać by się mogło, że o tej porze świat wydawać mu się może okraszony chrupiącą warstwą zmrożonego marcepanu,  wyglądającego o poranku nad wyraz zjawiskowo, a on sam, otulony po czubek zaczerwienionego nosa, stara się pochwycić kilka promyków słońca ześlizgujących się z gracją po przygarbionej rączce laski rozkruszającej zaśnieżone ścieżki niczym warstwę słodkiej bezy pękającej delikatnie, kiedy próbuje  znaleźć równowagę w głębokich zaspach białego puchu. 
To nie wina śniegu. Z każdym dniem coraz bardziej zdawał sobie sprawę, że traci umiejętność sprawnego poruszania się, traci stabilność kolejno stawianego kroku. Jest jak ta ławeczka u jej grobu chwiejąca się na słabych nóżkach, których nigdy nie pozwolił naprawić. Chciał czuć tę niepewność, chwiejność każdego dnia bez niej, pielęgnując pamięć o niej na równi z bólem straty, dotykając najgłębszego pęknięcia na jego Mojżeszowej tablicy, niezmienności braku jej obecności.
Zachwiał się u progu nowego dnia. Wyciągam swoją dłoń. Nie chce jej ująć. Odchodzi. Wciąż, dla mnie niezmiennie, odchodzi ode mnie w cienie i załamania światła, gdzie tak trudno go dostrzec. Zamykam oczy. Chce przejść na drugą stronę ulicy. Samochód przedziera się przez drżenie zatrzymanego nagle, powolnego kroku. Szlam. Błoto pośniegowe rozpryskując się pod kołami przykleja się do szarości jego starego płaszcza niczym poszarpane łaty. Staje się niczym płótno malarza wchłaniając najdrobniejszą kroplę farby, sztucznych barwników podrażniających jego skórę. Budzi się znajomość uczucia. Ileż razy czuł się obrzucony, słowami których  nigdy nie udało się do końca zmyć, zdrapać z powierzchni boleśnie odczuwanego człowieczeństwa, bo wsiąkających w samą strukturę jego jestestwa. Nie do wybarwienia. Nasłuchując dźwięków świata odnosi wrażenie, że wciąż niewiele się zmieniło. On też. Prometeuszowe dzieło. Z gliny i łez.
Przechodzi na drugą stronę. Siada przy niewielkim stoliku w pobliskiej kawiarence. Zamawia kawałek marcepanowego tortu. Pochłania widok nieskazitelnej, gładkiej warstwy marcepanowej polewy. Bez popękań. Nienaruszalnej.
Wychodzi zostawiając nietknięty kawałek.

Z doskonałą słodyczą niepodległej samotności wśród tłumu

28 lipca 2011 roku, swój post "Cokolwiek sobie przywłaszczam" zaczynałam od słów:
Czuję się jak paproch, jak mikroskopijna grudka pyłu, której dane było przysiąść na krawędzi wyrwanej kartki, na granicy światów pozostających wciąż nieprzebytymi. Nigdy nie przeniknę tych warstw, bo najdrobniejszy powiew strąci mnie z tej krawędzi, zawieszając w pustej przestrzeni. W niebycie, w całkowitej próżni, bo jednego życia mało, by doszczętnie wsiąknąć w kartki nie czując pod stopami namacalnego dna, ale co najwyżej potykając o zbyt wysokie progi, które zachciało mi się przekroczyć. A ja chciałabym móc być kroplą tuszu na choćby jednej z kartek jego dziennika, zagiętym nieopacznie rogiem papieru, kropką postawioną od niechcenia, przecinkiem rozdzielającym zdanie, by mogło zgrabnie potoczyć się dalej. Nazbyt prostolinijnym wykrzyknikiem, podczas gdy on pozostanie na zawsze przepięknie wyprofilowanym znakiem zapytania zawieszonym nad moją, niewiele wciąż pojmującą, głową. Zostało zatem jedynie pomarzyć, by być choć źdźbłem myśli zakorzeniającym się w kolejnych warstwach książki, "ogonkiem" dnia i przebudzeniem nocy, końcówką pędzla sunącego bezszelestnie po płótnie zostawiając smugę jego postaci, zarys szczupłej sylwetki (...).

To było moje pierwsze, poruszające mój malutki kawałek ograniczonego świata, spotkanie z Józefem Czapskim. Przywłaszczenie. Niezdolna byłam oderwać się od "Wyrwanych stron" swobodnie wfruwających przez okno mojego pokoju wnikając w przestrzeń którą oddychałam, stając się łykiem życiodajnego powietrza, niezbędnym elementem moich literackich poszukiwań. Otworzyło moje oczy, poruszyło wrażliwość wciąż nieudolnie się przebudzającą. Prawdziwe przebudzenie.
"Wyrwane strony" leżą na moim biurku obok "Dzienników" Jarosława Iwaszkiewicza i "Chwil oderwanych" Konstantego A. Jeleńskiego. Muszą być na wyciągnięcie ręki, dla wewnętrznej równowagi, dla szukania odpowiedzi na wielość codziennych pytań, własnych ułomności i trudów pokonywania słabości czyhających za rogiem poranka. Siła czerpana ze słów.

"Czwartek, 25 III, ranek (z kajetu Marzec 1976)
Wystarczy dotknąć w sobie jakiegoś punktu ważkiego i zrobić krok w głąb świadomości, i zaraz każda książka, po którą sięgasz, zdaje ci się, że porusza tę samą dziedzinę problemów, i daje ci jeszcze i jeszcze cytaty, strzałki ku  d a l e j."

"Sobota, 16 XIII (z kajetu Październik 1978 - styczeń 1979)
To odbudowywanie co ranek świata, który dzień przed tym utraciłeś całkowicie na to, żeby znowu ten świat w sobie zgubić (z własnej winy?), ale to jest wciąż to samo, ta wina jest zmieszana z samym życiem, z ludźmi, z samym wyjściem w ludzi. Stąd przecież bierzesz również potrzebną pożywkę (...)
Jednak pamiętać, że powinien być we mnie jeden cel dominujący, te chwile powrotu do życia przez łaskę, próbować unieść w sobie i ochronić wśród tłumu ten płomyk "z doskonałą słodyczą niepodległej samotności wśród tłumu" (...)
Może trzeba by jeszcze zacząć pisać najprościej, najbliżej zasadniczego wątku - de quoi s'agit-il. Ale właśnie de quoi, o co mi chodziło, o przekazanie tej siły szczęśliwego wzruszenia, które dać może słowo pisane - literatura"

fragment z "Wyrwanych stron" Józefa Czapskiego
wyd. Fundacja Zeszytów Literackich, Warszawa 2010


Dzisiaj, 12 stycznia roku 2013, przypada 20. rocznica śmierci Józefa Czapskiego - malarza, rysownika, pisarza, eseisty, krytyka.
Urodził się w 1896 w Pradze, zmarł w 1993 w Maisons-Laffitte, we Francji.







W wełnianych skarpetkach

W wełnianych skarpetkach i piżamie w kratkę stanęłam wczesnym, niedzielnym porankiem na granicy Warszawy oddzielonej ode mnie przeźroczystością budzącej się wyobraźni. Włączyłam radio. Swoją drogą czemu flanelowe koszule mają zawsze przydługie rękawy? Przyłożyłam dłoń, by poczuć pod palcami chłód zmienności i ciepło głosów poruszających tętno łagodnie unoszących się siateczek głośników. Schowałam dłonie w zbyt długich rękawach, by ogrzać zziębnietę przedwczesną, jak na niedzielę, porę pobudki, ale jakże mogłabym wtulać się w poduszkę podszytą snami wiedząc, że za chwilę mogę wyjść na spacer po zaspanym jeszcze mieście w nietuzinkowym towarzystwie jakie nigdy nie mogłoby stać się jawą. A jednak stać się nią mógło w ten szczególny poranek.
Nim wybiła siódma dziesięć, na starym zegarze, spojrzałam na czystą kartkę w nowiutkim kalendarzu. Parę dni temu z dużą dozą nieufności przekroczyłam próg ‘nowego’, jakbym nie była pewna czy to, co pod stopami wyczuwalne będzie stabilnością czy tylko cienką warstwą gotową pokryć się za moment mozaiką popękań, mnie samą łapiąc w siatkę nieprzychylnych zdarzeń. W ferworze rozbłyskujących na niebie jaskrawych fajerwerków podskórnie wyczuwałam dreszcze niepewności - co przede mną. Niepewnie stawiałam kroki na progu nowego roku. A może były to tylko dreszcze zapowiadające nadejście grypy, która właśnie rozkwitła przykrótkim oddechem?
W dopiero co miniony, niedzielny poranek, najważniejszym było jednak udanie się na spacer. Szuflada w ciężkim kredensie odsunęła się i wymknęła się z niej miękka włóczka powiązań Jarosława Iwaszkiewicza z Warszawą. Chwytałam nitkę po niteczce rozwijających się historii opowiadanych przez Radosława Romaniuka na falach "Radia dla Ciebie", w audycji "Historie z szuflady - Warszawa Jarosława Iwaszkiewicza" prowadzone przez prof. Wojciecha Marczyka. Szuflada przepastnie wciągająca w swoje wnętrze. Pozostało tylko w nią wniknąć, by nagle każda ulica, zaułek schowany na czarno-białych zdjęciach o lekko pozaginanych rogach prostował się dumnie odzyskując swoją świetność, rozbrzmiewając słowami autora biografii Pisarza. Spokojne dźwięki osiadające delikatnym wybrzmieniem fortepianu rozsypywały obrazy pod moim stopami miękko drepczącymi w wełnianych skarpetach śladami Jarosława Iwaszkiewicza i Radosława Romaniuka. Zaglądałam do kufra pełnego książek, rękopisów, wierszy napisanych na Ukrainie, stawałam nieśmiało w drzwiach "Pikadora" przyglądając się młodym poetom formującym atmosferę zasiadającą przy małych kawiarnianych stolikach w oparach dowcipu, śmiechu i błyskotliwości. Wyglądając jednak nade wszystko twarzy pełnej nieśmiałości, wyróżniającej się niewyróżnianiem w tłumie warszawskiej bohemy literackiej. Ktoś raptownie zatrzasnął drzwi kawiarni, a ja pozostając poza przestrzenią słów próbowałam zatrzymać znajomy profil kreśląc go nieporadnie na zaparowanej szybie okna. Ulica Nowy Świat nr 57.
Zbierałam ulotność drobiazgów: teatralne afisze, ogłoszenia o pokoju do wynajęcia, o pracy w redakcji, stosy zeszytów pełne zapisków z udzielanych korepetycji, notatki o wydatkach - wszystko, co układało się w obraz obecności Jarosława Iwaszkiewicza w Warszawie. Jego ślady szukania w niej własnego miejsca, emigranta z Ukrainy. Zapisywania w niej siebie, zapisywania siebie w literaturze, by poznać, zrozumieć, wyrazić (...), bo właśnie moc zatrzymywania chwil i nadawania im trwałości - walka z przemijaniem - jest największym zadaniem artysty. Starałem się je urzeczywistniać. W tych ułamkach, próbach i bezkształtnych czasami bryłach, chciałem je zachować i oddać "tobie, mój bracie".
Oddał, jakimż bogactwem swojego spostrzegania i nadawanie trwałości zmieniającemu się czasowi.
Sama zaś nie spostrzegłam nawet kiedy minęła niecała godzina i trzeba było się rozstać. Pozostaje tylko nadzieja, że na kolejną taką audycję i spacer, tak jak na drugi tom biografii Jarosława Iwaszkiewicza autorstwa Radosława Romaniuka, nie przyjdzie czekać lat zbyt wielu.

Tymczasem rok 2013 został ogłoszony Rokiem Juliana Tuwima i to jego słowa niech zabrzmią w nowej notatce zapisanej w nowym roku.
Ja zaś zabieram moją rozgorączkowaną grypę chowając stopy w wełnianych skarpetkach. Dobranoc.

Rozrosła się wspaniale wola mej twórczości.
Jest mi, jak glina palcom artysty, uległa,
Choć mocna, choć potężna, choć jak granit legła
W mej duszy, obcej żalom hamletycznej czczości.

Uznałem życie wszędzie. A w sobie uznałem,
Że jeszcze kiedyś wszystko, com posiadł, odrzucę...
Pójdę - ogromnym smutkiem może się zasmucę,
A może się i szczęściem zachłysnę wspaniałem.

wiersz Duma Juliana Tuwima
zasięgnięty z książki Piotra Matywieckiego
"Twarz Tuwima", wyd. W.A.B, Warszawa 2007

oraz fragment z przedmowy Jarosława Iwaszkiewicza
do Wierszy zebranych, rok wyd. 1968

Pozwól mi zacząć od nowa

W "Książce moich wspomnień" Jarosław Iwaszkiewicz notował:
Przemijają, przemijają, przemijają te obrazy ziemi w głowie, pozostawiając zapach po sobie i zamęt jakiś. Barwna mgła przed oczami nie rozwiewa się, wszystko się miesza, wszystko staje jednym. I raptem z bogactwa obrazów i myśli, z bogactwa spotkanych twarzy i uściśniętych rąk rodzi się zadziwiająca myśl: radość z tego, co się przeżyło.
I wdzięczność zarazem: wdzięczność dla ziemi, która otoczyła mnie taką krasą, wdzięczność dla ludzi, którzy mnie lubili, kochali lub nienawidzili - ale z których każdy wzbogacił choć o jedną cząstkę moje wzrastające człowieczeństwo.
Tym, którzy w tym roku wzbogacili choć o jedną cząstkę moje wzrastające człowieczeństwo z całego serca dziękuję. Za wzruszenia, emocje, niteczki łączące mnie z literackimi zakochaniami, za autorską wrażliwość i przenikliwość która stała się moim udziałem.
I kiedy stary rok odchodzi, chowa się za rogiem doświadczania, wyglądam nowego, wyciągam dłonie głodne kolejnych spotkań, słowami poetyckiego rozmodlenia, Philip'a Levine'a, prosząc:

Pozwól mi zacząć od nowa jako pyłek
kurzu schwytany przez nocne wiatry
wiejące w głąb morza. Pozwól mi zacząć,
tym razem wiedząc, że świat to
słona woda i ciemne chmury, że zgrzyta
i wzdycha całą noc, a świt nadchodzi
powoli i niczego nie zmienia. Pozwól
mi wrócić na ląd po życiu, które wiodło
donikąd.

fragment wiersza Philip'a Levine'a
Pozwól mi zacząć od nowa
120 Zeszyty Literackie
wyd. Fundacja Zeszytów Literackich, Warszawa 2012


Tymczasem żegnając ten odchodzący, wyznaję: literacko był wyjątkowo zachwycający
dzięki tym spośród wielu książek, które stały się ważnym, dla mnie, spotkaniem.
Ale też żaden rok, mój czytelniczy, także 2012 nie istniałby w pełni bez
"Zeszytów Literackich" ofiarowujących cudownie spełnione podróże w świat poezji,
prozy i te w aspekcie stricte geograficznym.
W 30. rocznicę powołania ZL, najpiękniej dziękuję, że są.

Zaś w Nowym Roku życzę Wszystkim 
"bogactwa spotkanych twarzy 
i uściśniętych rąk", 
ludzi którzy wzbogacać będą nas  swoją pasją i twórczością,
pozwolą wciąż na nowo odnajdywać cząsteczki samych siebie, 
doświadczyć niemożliwego,
zapisać zachwyty dźwiękami muzyki,
zacząć od nowa.






Słów kwitnących jak sad

Daj mi słowo, słowo niezwykłe, 
co jutro zakwitnie jak sad, tak jak sad.
W sercu schowam, przejść wtedy mogę
przez ogień i wodę, bo wiem, że je mam.
fragment wiersza Jonasza Kofty
"Daj mi słowo"

Przyszło wieczorem. 
Schowane w cichym skrzypieniu drzwiczek skrzynki pocztowej.
Niespodziewanie. Na gładkiej płytce wpisane w rowki utrwalenia. W swojej najdoskonalszej formie i dźwięku. Przeradzając się w bicie drugiego serca we mnie samej. Serce, źródło mojego życia i mego myślenia. Rytmiczne, spokojne, idealnie wykrojone z wrażliwości Poety. Oplecione ciepłem barwy wypowiadającego go Głosu, na gładkich liniach spotkania nuty z obietnicą idealnego wybrzmienia autorskiej interpretacji. Najprawdziwszego wyrazu spełnienia, na czułej granicy zetknięcia się osoby Twórcy i Odtwórcy własnego dzieła. Zanurzenie w tajemnicy.
Przyszło wieczorem.
Niespodziewanie. Oddalając ode mnie troski codzienności. Wyciszając zakamarki mojego, tegorocznego, wewnętrznego poranienia. Stając się ukojeniem i uleczeniem bolączek nazbyt krótkiego oddechu. Podarunek, dla mnie, tak niezwykły jak jego Nadawcy. Zadatek szczęścia.

W ten czas niezwykły, czas oczekiwania na Jasność i na przyjście Nowego, życzę aby przyszło do każdego. W życzeniach. W spojrzeniu. W geście.
Słowo.
Jakiego pragnie się najbardziej.
króciutkie cytaty z wierszy
Jarosława Iwaszkiewicza


Wszystkim zaglądającym w tę skromną przestrzeń
odnalezienia w ten szczególny czas
Słów kwitnących jak sad
Rozświetlonego ducha Świąt

Dotknięcia tajemnicy
Wszelkiej cudowności!





Rozmowa. Czasem jedyna możliwa

W końcu pisanie to prowadzenie dialogu. Rozmowa. Czasem jedyna możliwa.
Jedyną możliwą się staje dzięki niemu. Jego zapisom dialogów, rozmów, spotkań. Jakby sam oswobadzał czyjeś słowa dając im wolność rozwijania się niteczkami pamięci ze szpulki życia. Tymi nitkami, które zrgabnie potrafi uchwycić w dłonie, jakby tkał czyjeś istnienie od początku, zespalając ze sobą fragmenty i wyrywki z przeszłości, zachowując przy tym delikatność z jaką tworzy się najcenniejsze gobeliny. Ma przy tym niezwykły dar wtapiania się w dusze swoich rozmówców, docierania do prawdy i piękna, czasem poprzez sprawy bolesne, w których podskórnie wyczuwa jakaś przenikliwie wzruszającą historię i niezwykłość czyjejś osobowości. Dla mnie, każdy prowadzony przez niego wywiad nabiera zawsze głębszego znaczenia przekształcając się w wymianę myśli, przywołanie wspomnień, rysowanie wydarzeń od nowa, obrysowując czyjś profil wyraźniejszą linią, jednocześnie naznaczając granicę taktu i wyrozumiałości dla zachowania przestrzeni nieprzekraczalnej dla nikogo.
Jego rozmowy zdają się być, przy całej swojej subtelności, wielopłaszczyznowe, dogłębne, przenikliwe, a przy tym rozpięte między nim, jego rozmówcą i samym czytelnikiem, który staję się częścią tych niezwykłych spotkań. Niejednokrotnie zresztą przyłapywałam siebie na tym, że pytanie skierowane do bohatera rozmowy jakby było pośrednio skierowane do mnie samej. Nagle zadawałam sobie pytanie, którego być może nigdy nie odważyłabym się postawić sama przed sobą. W ten sposób Remigiusz Grzela daje swojemu czytelnikowi namiastkę wolności, rodzaj wyswobodzenia się z własnej przeszłości i wspomnień, chcianego zapomnienia wciśniętego w najciemniejsze zakamarki własnego przeżywania, nawlekania niteczek na szpulkę swojego życia. Mnie oswabadzał od siebie samej, chociaż wiem, że  jeszcze tak wiele sznureczków mam oplecionych wokół nadgarstków i stóp, które pozwalają tylko na ograniczone poruszanie się po pewnej przestrzeni, też przecież ogrodzonej moim poczuciem przynależności do tej niewielkie szpulki. Tyle jeszcze tam zapętleń i supełków, których jednak nie chcę zrywać, przecinać, chcę pozwolić im się przetrzeć samoistnieć, rozsupłać, pozwolić sobie samej dojrzeć do wolności współistniejącej we mnie i ze mną.
Dlatego biegłam wczoraj przedzierając się przez szklistą szybę mrozu, by ująć w swoich dłoniach losy kobiety niezwykłych i wolnych. Silnych i kruchych. Jak wyznaje sam Remigiusz Grzela we wstępie do swojej książki "Wolne":  Dla mnie to bohaterki. Kobiety, które chciałem poznać; które wygrały swoje życie (...) Przez lata nagrywałem bohaterki tej książki, nie wiedząc często, czy te rozmowy gdzieś opublikuję. Po prostu interesowały mnie ich biografie. Albo życiowy przełom.
Dla mnie życiowym przełomem jest każde spotkanie z Remkiem Grzelą i bohaterami jego rozmów, bo każdorazowo jest to, także przysłuchiwanie się ich rozmowom o przełomie w życiu każdego z nich. Rozmowa. Czasem jedyna możliwa.
"Wolne" to dwanaście rozmów z kobietami, które wybrały podróż do wolności. Ich wolność jest darem, ale i bywa gorzką koniecznością. To opowieść o kobietach, których siła wydaje się niewyczerpana, i u których determinacja jest właściwie grupą krwi.
To książka o wolności i ucieczce od niej.

To słowo
Dopuścić do tego?
Myśleć o tym nadal?
Czy zająć się byle czym
byleby się pozbyć tej pokusy
patrzenia dalej i dalej?
Myślę że lubią jeszcze coś więcej poza nielubieniem
Niepogodzeni?
A może zawsze zadowoleni?
Niech padnie wreszcie to słowo: pustka
Wycofać swoje zaufanie do świata?
Nie, nic nie zapomniałam

"Wolne rozmawia Remigiusz Grzela"
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, seria z różą
Warszawa, 2012

oraz wiersz Julii Hartwig To słowo


Marionetki

Klamka ugina się lekko pod ciężarem nowego dnia stojącego na progu ciekawości świata. Wychodzę naprzeciw jutrzence otulonej woalem oczekującego na mnie rozpoznania. Nieśmiało nadstawiam, blady niedospaniem, policzek, by poczuć mroźny pocałunek rumieniący się budzącym zawstydzeniem nagich gałązek róży. Cisza w ogrodzie jakby przeczyła jego własnemu istnieniu. Myślami buduję, minutę po minucie, most zwodzący mnie w kolejne niezrealizowane zamierzenia wybijane rytmicznym zabieganiem. Pod skórą wyczuwam jak niedopełnienie rzeźbi bezkształtną pustkę w gęstej materii codzienności, a rozkruszenie układa się bezbarwnym witrażem wypełnionym drobinkami z resztek  marzeń, mgliście rozpływających się pomiędzy konturami nierealnych wyobrażeń. Próbuje je uchwycić palcami, ale zaraz ganię swoją pyszną próżność na próżno poszukującą spełnienia zbytnio wygórowanych ambicji jakże nisko zakorzenionych w szarej rzeczywistości utkwionej między pęknięciami przetartych chodników, usłanych dywanem z niezliczonych ucieczek od prozy życia. Spojrzeniem przygarniam sylwetkę pochylonego cienia przyglądającego się sobie w witrynie sklepu sprzedającego złudzenia. Wśród nieporadnie rozrzuconych zabawek próbującego odnaleźć swoją prawdziwą twarz, ale spostrzegającego jedynie klauna uśmiechającego się szyderczym grymasem pęknięcia wijącego się ostrą stróżką na gładkiej tafli szyby. W niedomkniętej szafie wypełnionej postrzępionymi pragnieniami marionetki zwijają podcięte sznureczki odwiecznych ograniczeń. Szukam tytułu bezimiennej bajki, gdy tymczasem słowa splątują się w nierozerwalne supełki koralików nawleczonych na uczucia nieporadności. Zawieszam je w otwartym oknie, aby swoim bezdźwiękiem przywoływały mnie do porządku ułożonego na dnie przysypiającej przypadkowości skojarzeń. Marionetki.

Tchnienie wiejskiej melancholii

W pociemniałych oczach okien świat zawęża się do srebrzystego profilu księżyca zawieszonego niczym ludowa, papierowa wycinanka, w ciemnostalowym tle nocy. Niczym ozdoba choinkowa kołysząca się na nieuchwytnej niteczce marzenia, by uszczknąć choćby z rąbka jedwabistości nieba. Tymczasem aksamit mgieł nisko nad ziemią prześlizguje się niczym porzucony przedwcześnie welon zagubionej rusałki, zwiewnie przysłaniając ostrość spostrzegania przydymionego siwizną świata. Powiew jesiennej nostalgii wkradł się przez dziurkę od klucza otwierającego otchłanie niepokornej melancholii, która uśpiona w gładkiej kołysce fajansowej filiżanki tonie z utęsknienia za odrobiną słonecznego rozkruszenia, osiadającego świetlistym promieniem ponad przedwczesnym zarysem ciężkiego zmierzchu.
W poszukiwaniu posmaku słodkości. Ukrytego w bezowych płatkach pachnących konfiturą z dzikiej róży, w ziarenkach kakao nonszalancko rozsypanych na blacie mahoniowego stołu stabilnie wspartego o doświadczenia kulinarne wciąż nieporadnych rąk. Pomiędzy obwolutami książek kucharskich zamkniętych w sobie z zawstydzenia.
Koci cień wygina się zgrabnie na grzebiecie przygarbionego fotela, w którym rozsiadło się rozleniwienie rozciągając się aż po same koniuszki wełnianych skarpetek dźwigających ciężar mijającego dnia utkwionego w cienkich zagnieceniach na stopach szukających śladów wiodących do kłębka włóczki owiniętego nierozerwalnymi wstążkami nienaruszalności upływającego czasu.
W pociemniałych oczach okien świat zawęża się do srebrzystych rozgwiazd świecących niczym przydrożne, smukłe lampiony wycięte z ciemnostalowego tła nocy.

Popatrz, jak żałośnie prędko
ściemniała zorza wieczorna:
tuż za miedzą niedaleką
rżyska - niczego nie dojrzeć.

Pomroka nocy jesiennej
szeroką równiną biegnie;
tylko na czerwieni ciemnej
zachodu - sylwetka wierzby.

I już serce udręczone
niejasnego smutku pełne,
czy, że tak odległy nocleg
czy, że w polu wokół ciemno?

Oto jesień tu nadchodzi,
przybiega dobrze znajomym
tchnieniem wiejskiej melancholii,
odludnej pustki stepowej.


*** wiersz Iwana Bunina
z tomiku "Liryka rosyjska - antologia, 1880-2005"
przełożył Krzysztof Krejckant-Ożarski
wyd. Anagram, Warszawa 2007

Ty się zjawiasz wciąż na nowo

Ty się zjawiasz wciąż na nowo,
wpadasz, gadasz to i owo.
Znów, jak żywy, w drzwiach mych progu,
tak stoisz jakbyś był prawdziwy...


Podśpiewuję sobie za Dorotą Miśkiewicz spoglądając na, stojące na moim biurku, zdjęcie Pana Jarosława, z całym uwielbieniem dla niego jakie we mnie drzemie i pojawia się nieśmiałym uśmiechem w kącikach ust. Myślę o  Jego, wyczekiwanych przeze mnie niecierpliwie, powrotach, momentach kiedy pojawiał się w kolejnych literackich odsłonach w progach mojego domu, znów, jak żywy, tu i teraz, a przecież jednocześnie zamieszkując ze mną od tak wielu lat. Jego listy pełne zwiewnych zapisów pochwyconej chwili, dzienniki tak dogłębnie sięgające rdzenia jego człowieczeństwa i literackiej przynależności, dookreślające go jako człowieka i jako artystę, tomiki przenikliwej poezji osiadającej na rzęsach wzruszenia i tomy gęstej prozy wsiąkającej w podskórnie odczytywaną prawdę o jego własnym życiu. Nie przypuszczałam, wtedy, przed laty, że ze mną pozostanie wtapiając się w moją codzienność tak szczelnie, kiedy pierwszy raz otworzyłam przed nim drzwi do samej siebie.
Otwieram wciąż. Szeroko.
Ze spodeczka spogląda na mnie ciemne oczko mocnej kawy. Czy lubił ją bardzo słodką i czy ziarnka cukru przenosiły go wspomnieniami do Kalnika, poruszając w nim tkliwość lat dziecinnych?  Czy dodawał mleko, a może preferował esencjonalne espresso?
Przyznaję. Oddycham jego życiem, ostatnio grzesznie zachłannie, sycąc się każdym rozdziałem jego biografii. Szukając zarysu jego sylwetki na starych zdjęciach, wodząc palcem po linijkach jego egzystencji i próbując wyczuć pod palcami tętno jego przynależności do literackiego, i nie tylko, świata. Także tej nierozłączności przeżywanych uczuć, wielości spotykanych na jego drodze osobowości i piękna, które potrafił dostrzec i zapisać poetyckim uniesieniem.
Tymczasem on sam wciąż mnie oplata, swoją obecnością, a mnie jakże łatwo poddać się tym nierozerwalnym więzom dobrowolnie.
I tak jak urzekł mnie, być może po prostu mój Jarosław Iwaszkiewicz, bo wyczytany moją własną zdolnością lub niezdolnością wczytywania się między linijki jego zapisów i wypatrzony moimi, może nie najbardziej bystrymi, oczami, tak też urzekła mnie i wciąż urzeka, z każdą sczytywaną drobiazgowo stroną, biografia autora „Oktostychów” pióra Radosława Romaniuka.
Jego spokojna narracja, taktowna, w tle schowana czujna obecność przy Pisarzu, pełna zrozumienia i próby bezbolesnego dotarcia do prawdy o życiu nieprzeciętnym, rozpostartym między odległymi brzegami życiowej i twórczej identyfikacji, jak również zbudowanego na emocjonalnym stosunku do świata i ludzi, pozwala przekraczać niejeden próg istnienia, które budowało się drobnymi krokami na rozległej przestrzeni czasu.
Sam Jarosław Iwaszkiewicz notował po latach: "To poszukiwanie ludzkiego echa w drugim człowieku, tak imperatywne w epoce wczesnej młodości i prowadzące tak nieuchronnie do rozczarowań. To ciągłe przymierzanie się do innych indywidualności, to ciągłe oczekiwanie jakiegoś tajemniczego dopasowania i ciągłe rozczarowanie, i niemożność żadnej wspólnoty myślowej, nabrzmiewania nadziei i goryczy każdorazowego rozczarowania [...]"
„Inne życie. Biografia Jarosława Iwaszkiewicza” nie ma w sobie nic z brutalnej dociekliwości, co czyni ją szlachetnie się wyróżniającą, godną poświęcenia jej szczególnej atencji, wykradania chwil z zapracowanej codzienności. Dla niej warto wygłuszyć jednostajne tykanie zegara, powstrzymać rytmiczny ruch wskazówek, pokusić się o zatrzymanie zmienności pór roku. Jest przejrzystym poszukiwaniem prawdy, prostowaniem zagnieceń sprawionych czasem, niezrozumieniem, pomówieniem nierzadko. Jest oczyszczającym źródłem poznania, uwypuklającym kwintesencję wielu życiowych wyborów, zapętlających się różnorodnie relacji Jarosława Iwaszkiewicza z otoczeniem. Radosław Romaniuk stał się może najczulszym antykwariuszem oddającym się delikatnemu, ale jednocześnie dokładnemu i pracochłonnemu procesowi ścieranie patyny ze szlachetnego naczynia wypełnionego życiodajnym, słodko-gorzkim napojem doświadczania. Czyni przy tym, to tak, by nie uszczknąć z niego ani kropli, by nie zgubić smaku, proporcji, nie zatrzeć istoty całokształtu składającego się na wielkość i niezwykłość Jarosława Iwaszkiewicza. Zgrabnie docierając do cienkiej warstwy wrażliwości i zdolności do wielopłaszczyznowego przeżywania każdego dnia i korzystania ze wszystkich jego możliwych łask i upokorzeń, delektując się zachwytem i doświadczając grzechu, w odczuwaniu bólu i upojenia, przez jednego z najwybitniejszych twórców w historii literatury polskiej XX wieku.
Dzięki kształtnej rekonstrukcji życia Jarosława Iwaszkiewicza, tego swoistego „odbudowywania Istnienia” od samiutkich podstaw, od zagłębionych w ukraińskiej ziemi korzeni, poprzez dorastanie i dochodzenie do literackiej samoświadomości, Radosław Romaniuk pozwala nam samym, czytelnikom, dotrzeć do rozumienia czym było niełatwe życie na przełomie wieków, zmaganie się z niedostatkiem, przedwczesną utratą ojca, pragnieniem artystycznego spełnienia i doświadczania pierwszych uniesień, zasmakowania pragnienia bliskości drugiego człowieka. Przeżywania. Pozwolono nam podejść jakże blisko Pisarza,  a to czyni „Inne życie” innym życiem i dla nas samych, życiem splecionym z biografii Jarosława Iwaszkiewicza, ale także i tych kawałeczków życia samego biografa, który oddał cząstkę swojego jestestwa dla ukazania jakże przenikliwego portretu autora "Serenite". Dostajemy więc możliwość czerpania z obecności ich obu, między okładkami "Innego życia. Biografii Jarosława Iwaszkiewicza".
Wracam. Spoglądam na pozostające jeszcze, nietknięte moim niezaspokojonym wciąż wzrokiem, kartki z życia Pana Jarosława. Gdzieś za kolejnym akapitem powoli rysuje się cień coraz bliższego rozstania.

Ja, jak zwykle, cię poproszę:
jeszcze chwilę ze mną posiedź,
do niedzieli albo dłużej,
najdłużej jak tylko możliwe!


Radosław Romaniuk
"Inne życie. Biografia Jarosława Iwaszkiewicza"
tom I - wyd. Iskry, 2012

oraz fragmenty piosenki Doroty Miśkiewicz
Jakbyś był prawdziwy

Nieudolne reminiscencje

Przekroczenie progu nieznajomego miasta ma w sobie coś z tajemnicy otwierania nowej książki, z zaciekawienia, cóż kryje się pod piękną okładką odrestaurowanych kamienic, w zgrabnie wyrzeźbionych posągach spoglądających z wysokich wieżyczek późnogotyckiego ratusza, alegorycznych freskach rozścielonych na sklepieniach sal uniwersyteckich i we wtopionych, w architekturę miasta, kościołów ozdobionych koronką detali owalnych, romańskich portali. 
Oswajałam Wrocław. Poszukując szczypty ekscytującego poznania, rozczytania miasta na poszczególne wersy, rozdziały, akapity. Nasłuchując nutowego zapisu jego rytmu w rozedrganych dźwiękach kryjących się w dzielnicy czterech kultur, wypatrując śladów malutkich stópek bajkowych krasnali przysiadających w zaułkach miasta i uśpionej historii oplatającej bujnym bluszczem nagrobki na starym cmentarzu żydowskim. Moje wrocławskie reminiscencje. Zupełnie nie chcące się skleić w zgrabną całość. Dlatego z pokorą przyjmuję nieposłuszeństwo słów rozsypujących się drobnym piaskiem rozdrażnienia nad niemocą uchwycenia choćby jednego ziarnka, które mogłoby utworzyć miękką plażę rozłożystych obrazów, które wciąż noszę pod powiekami.
Z czasem jednak wszystko się ulatnia, przenikając przez poranną mgłę, stając się odzwierciedleniem mojego pragnienia zniknięcia przed światem, zatopienia się w niewidzialności, ukrycia się przed wyboistością ścieżek wijących się pod nogami, liśćmi przyklejającymi się do podeszwy i szemrzącymi przemijaniem. Opancerzenia się przed zmiennością, choćby aury za oknem, wślizgującej się przejmującą wilgocią do domu.
Zamknęłam szczelnie okna, wtuliłam w ramiona domowego ciepła, stopy zanurzyłam w wełniane skarpety, a dłonie naznaczone przemijaniem ukryłam pod grubą warstwą kremu. Wsłuchując się w pomrukiwania kotów i przyglądając się tańczącym ognikom w kominku,  zamiast słów nie potrafiących unieść moich obrazów, zastawiam kilka ujęć, by mogły przemówić same za siebie.














Listopad w walizce

Listopad w walizce.
Ledwo zdołam ją rozpakować, ująć jej z ciężaru pokonanych odległości, a już  za parę dni przychodzi ponownie układać na jej przepastnym dnie ciepły sweter, szalik, stos papierów i aparat fotograficzny - cichy świadek moich niedalekich wojaży utrwalający pamięć mijanych miejsc, spostrzeganych w oka mgnieniu, w pośpiechu,  miedzy jednym a drugim spotkaniem służbowym, w skradzionych odstępach spowalnianego na chwilę kroku.  W tych niemierzalnych odcinkach zatrzymania, zawieszenia stopy nad powierzchnią, na której za moment odcisnę ślad własnej bytności, jednocześnie jakby przysłaniając czyjąś, przede mną, tutaj obecność. Może jednak wszyscy budujemy, w ten sposób, niewidzialną wieżę istnień całkiem sobie obcych, nie wiedzących o sobie nawzajem, a tworzących jakąś trwałą egzystencję miasta, choćby na najmniejszej jego powierzchni, na której uda nam się na moment przystanąć, pozostawić  oddech spostrzeżonej w zachwycie architektonicznej perełki, a może ujrzanego nie najpiękniejszego świadka minionej historii, dowodu na obecność pomarszczonego już czasu oznaczającego swoje powolne odejście w zmarszczkach starych kamienic. A może zamkniętego na kłódkę bijącego serca przymocowanego nierozerwalnym węzłem przynależności do jednego z mostów łączących odległe brzegi tego samego trwania.
Książka, rękawiczki, plan miasta tętniący cienkimi żyłkami ulic rozpostartych w różnorodnych kierunkach, oplatający gwarny rynek serpentyną nazwanych, wielobarwnych wstążek splatających się w tajemnicę miejsca, której uda się być może doświadczyć. 
Zatem znowu przyspieszam. Sznurując poranki na nierówne pętelki kokardek. Udając się śladami wrocławskich krasnali śpiących w bramach, podtrzymujących zatrzymaną rzeczywistość, będących nieruchomym dowodem na obecność bajki w życiu. Byle zdążyć ją dostrzec, spostrzec w drobince zbyt pośpiesznej codzienności. 
Mój listopad w walizce.

Polecany post

Tak czyta się tylko raz

Najbliższy jest mi jednak Wojtek Karpiński tym, że jak mało kto dzisiaj  zachował zdolność podziwu i przyswajania sobie tego,  co p...