wtorek, 9 maja 2017

Miasteczko w Islandii

... naginał słowa tak, iż błyszcząc tańczyły, w jaką tylko stronę zechciał; słowa przychodziły na jego zawołanie i posłusznie i uniżenie wypełniały narzucone przez niego zdania.

Można się nimi delektować jak łykiem porannej kawy z ciepłym mlekiem, kiedy opadająca za oknem mgła ścieli się tkaniną tajemniczego westchnienia wyniesionego z zakamarków porzuconego niedawno snu. Obserwując bezradność gestów. Uporczywego patrzenia w głąb siebie na dnie nocy. Smakując białe wino i dorsza z czosnkiem. W otulinie morskiej bryzy rozcinającej warstwy ciszy, jak gitarowa solówka, w niekończącej się wieczności codziennych rytuałów powracających niczym popielata rybitwa nad islandzkie miasteczko i jej mieszkańców, w których mieszka tyle samo upadków, co i wzlotów. Sycąc się przemijalnością chwili wtulonej w każdy skrawek istnienia, gdzie wędkarskie haczyki zaczepione w wodach przeszłości utrudniają przybicie do brzegu, na którym ktoś kreśli dziesięć rzeczy dla których warto żyć.

Łódka sunie powoli, spokojnie i pewnie rozbija fale, a w ślad za nim leci fulmar, zadowolony, syty, samotny. On też jest sam. Kiedy człowiek jest taki samotny - myśli sobie - to właśnie wtedy nie jest. Bo jest częścią czegoś większego. Jest sam z niebie i oceanem, swoim połowem, melodią, ptakiem i celem. I wtedy ogarnia go jakiś spokój. Światem rządzą prawa, wcale nie tajemnicze czy mroczne, kiedy patrzy się tak z zewnątrz, wszystko w życiu staje się proste i zrozumiałe.

Prostota. Harmonia życia w małej społeczności i codzienność podszyta tajemnicami w poetyckiej otulinie bezbarwnego tiulu przychodzi znad morza rysując portret miasteczka żyjącego w rowerowym pędzie mknącego uliczkami, wybrzmiewającej chóralnym tonem wielości dźwięków. W płaczu i radości. W zwyczajnych powinnościach skrywających myśli o sobie w świecie, więzów społeczności zgromadzonej w małomiasteczkowej aurze i jednostek naznaczonych własnym losem, każdej z nich z osobna wędrującej ścieżkami przeplatającymi się pod jednym kawałkiem islandzkiego nieba. Miasteczka widzącego swoich mieszkańców kompletnymi, z noszonymi na sobie warstwami minionego czasu, które wyróżniają znajome sylwetki. Pamiętającego o przeszłości i widzącego ludzi umiejscowionych w ich małych teraźniejszościach, z cieniem bagażu poprzednich pokoleń i własnych doświadczeń powracających niczym morskie fale uderzające o strome brzegi fiordów rozbijając na drobnostki echa niewypowiadanych wspomnień smakujących owsianką i krewetkami. Mglistych, słonecznych i pachnących. Miękkich niczym świeżo zwiezione siano i surowych niczym uderzenie wiatru znad morza. 

Życie jest na zewnątrz. Czasami jej się zdaje, że je słyszy, kiedy przechodzi obok. Pojawia się jakiś dźwięk, jakieś zassanie ledwo słyszalne i wtedy wie, to mija ją życie. (...)
Życie jest na zewnątrz. Czasami je słyszy, kiedy nastawi uszu, ale robi to coraz rzadziej.

Życie. Wiedzione w zgodzie z oddechem, własną duszą. Jasnym umysłem. Współistniejąc z przyrodą. Zapełnione starymi przedmiotami wyrwanymi z kontekstu i osadzonymi w nowej rzeczywistości nadającej im nowego znaczenia, nowego miejsca. Przywracając im poczucie użyteczności i blasku popołudniowego słońca. Świadomości czasu, wydarzeń i bliskich sobie ludzi, których codzienność wytyczają syreny statków, zbierane skrupulatnie nawyki, roztargnienia mieszkające w podszewce niepamięci, obrazy zatrzymywane w framugach okien, znajome twarze w rogowych okularach, o wąskich ustach czy tych utkanych wokół siwych włosów. Ciągłe powroty.

Byłem tylko świadomością. Katrin straciłem na zawsze - ale kto by tam chciał towarzyszyć im na trudnej ścieżce wiodącej mnie przez skaliste nieużytki, głazy, kamieniste doliny, żleby i piargi wycie wichrów, przez bramę mroku? To mgła. Przychodzi znad morza i sunie wzdłuż rewy.
Człowiek idzie przez osadę, ale celem jest dom.

"Miasteczko w Islandii" Guðmundur Andri Thorssona. Uwodzi niczym "Podkrzywdzie" Andrzeja Muszyńskiego. Kameralne, tajemnicze i zanurzone w poetyckości mglistych niedopowiedzeń, miejscowych obrządków, codziennych ceremoniałów i wspomnień otulonych ciepłym kocem i smakiem wina z mniszka. Smakowitość po islandzku.

"Miasteczko w Islandii" Guðmundur Andi Thorsson
wyd.  Wielka Litera, 2016


wydawnictwo Duża Litera


czwartek, 4 maja 2017

Mechanizm wskrzeszania

"S z t u k a   m a j ą c a   z w i ą z e k   z   „P i ę k n e m” -  to  ta  jedynie,  która  utrwalając  zachwyt artysty,  pozwala   odbiorcy   (czytelnikowi,  widzowi,  słuchaczowi)   uruchomić podobny mechanizm   w s k r z e s z a n i a   w ł a s n y c h    z a c h w y t ó w. "

Konstanty Aleksander Jeleński 
(2 stycznia 1922 - 4 maja 1987)

fragment z listu do Czesława Miłosza
Czesław Miłosz / Konstanty Jeleński. Korespondencja,
wyd. Zeszyty Literackie, 2011


Alfabet rozsypał się niczym klocki domina. Próbuję pozbierać kawałki słów przełykając litery podciętych skrzydeł utkwione w krtani. W pustej przestrzeni między palcami. W opuchniętych powiekach oczu niedowidzących czarnych grudek ziemi pod paznokciami zdrapujących grubą skórę znieczulenia. Wyłaniam się powoli zachłannie chwytając oddech wiosny w małej przestrzeni ogrodu. Ciasno od nadmiaru deszczu. Witam się bezgłośnie gestem dłoni zawieszonej, niczym bezwolna marionetka, pod warstwa ciemnego sklepienia nieprzychylnego nieba. Nawlekam długie nitki siwych włosów na stare szpulki czekając na rozbudzenie pozatekstowej sfery niewysłowionego zachwytu dla najdrobniejszego, choćby, niczego ważnego. Książek odwróconych ode mnie grzbietami. Milczących w szeregu niewypowiedzenia. Odliczam monotonnie mantry na paciorkach drewnianej mali. Zapalam świeczki na chudych ramionach menory. Czekam wysłuchania pogańskiej modlitwy. Dźwięków dudniących na parapetach okien. Nasłuchuję. Wskrzeszenia własnych zachwytów. Zagłuszenia ciszy ściśle wypełniającej linijki białej kartki. Stukotu spadającej szpulki rozwijającej kolejne warstwy straconego czasu. Uczę się składać litery od nowa. Nawijać na drewniane szpulki.




niedziela, 19 marca 2017

Drugie spotkanie Macieja Miłkowskiego

Ale kiedy, po śmierci osób, po zniszczeniu rzeczy, z dawnej przeszłości nic nie istnieje, wówczas jedynie zapach i smak, wątlejsze, ale żywsze, bardziej niematerialne, trwalsze, wierniejsze, długo jeszcze, jak dusze, przypominają sobie, czekają, spodziewają się – na ruinie wszystkiego – i dźwigają niestrudzenie na swojej znikomej kropelce olbrzymią budowlę wspomnienia.
Marcel Proust "W poszukiwaniu straconego czasu. W stronę Swanna"


Smuga światła przeciska się przez szczeliny między zasłonami. Rzuca cień i rozjaśnia ciemne załamania na krawędzi słów. Strzepuję resztki spojrzeń z kartek. Grudki tuszu do rzęs które zmieniły akcenty i moc wyrazu wyrywkowo zatrzymanych zdań, jakby w półdźwięku ich wybrzmienia. Ścieram przypadkowość ich śladów. Ironicznie rysujących codzienność głęboko osadzoną w przeszłości, wydreptującej ścieżki pomiędzy opuszczonymi kamienicami, wyglądając pustymi oknami dawnych właścicieli. Mieszkaniami zamieszkanymi zbyt pospiesznie w szarówce powojennej rzeczywistości. Zmywając warstwy umownych zapisów i koniecznego do podpisania ubezpieczenia własnego sumienia. Czy można ubezpieczyć się od przeszłości przeistoczonej w popiół?
Można przecież przywłaszczać sobie cudze buty, byle nigdy w nie nie wchodząc. Wynosić szafy jeszcze pachnące czyjąś obecnością, nieprzeczytane wciąż książki, odkręcać od ścian wyschnięte zlewy. Pustynie nieobecności. W końcu przecież można przenosić i ludzi. Wyprowadzić. Wygnać. Póki żyją wyjdą nawet sami. W trumnie trzeba będzie ich przecież wynieść. Jak zatrzaśniętą walizkę. Zasuniętą niewzruszeniem koniecznego rozstania. Zamykając w niej wspomnienie pierwszego spotkania. Smaku znienawidzonych gofrów. Dotykając ostateczności.

Dotknąć kogoś, w ten czy inny sposób, to przełamać pewną barierę, to na zawsze wkroczyć w czyjś świat. To jak nacisnąć przycisk "reset", to jak przekręcić kalejdoskop, pozwalając, by wszystkie elementy ułożyły się na nowo - tak czy owak, inaczej niż poprzednio. Dotyk jest zawsze szczery. Można mówić nieszczerze, lecz trudno kogoś nieszczerze przytulić, pogłaskać czy uderzyć. Dotknąć kogoś - miłośnie czy agresywnie - to jak powiedzieć "sprawdzam" w pokerze. Coś się musi okazać. Coś się musi skończyć, coś się musi zacząć.

Nowa książka. Nowe opowiadania. Rozdziały. Wykopaliska pełne zagubionych kolorów, rozmytych w czarno-białych kadrach. Przysłonach własnej pamięci, chwytanych kojarzeń, domysłów nie zawsze prawdziwych. Krótkich przypływów wspomnień wywołanych powtarzalnością odwiedzanych miejsc, "dekoracji", słyszanych odgłosów, powracających smaków. Szukać w pamięci. Przywoływać fragmentaryczność zdarzeń dawno zapomnianych. Odkopywanych niczym plastikowe zdobycze w małych piaskownicach pozostawionych kiedyś łopatek, wiaderek. Cieni huśtawek. Cienia matki. Wydobywając wykopaliska ze zgliszczy własnej pamięci. Roztargnionych myśli chwytanych mocno niczym rączkę dziecka w drodze na wspólny spacer. Ono też kiedyś wróci do tych wyblakłych kadrów niczym do wymarłych dinozaurów.

Dinozaury wyginęły. W ten sposób przerabia się śmierć (bo poza tym śmierci nigdzie nie widać; śmierć sama jest wymarłym dinozaurem). Miłość na pszczółkach, śmierć na dinozaurach. Dziadek zmarł - jak dinozaury - może trafił go meteoryt, a może nadeszła dla niego epoka zlodowaceń. Nie wiadomo: i to jest najlepsze. W sprawie śmierci nie ma wiedzy, muszą wystarczyć hipotezy.
Za moich czasów nie było dinozaurów. Ciekawe, jak się z dziećmi przerabiało śmierć. Pewnie jednak na piecach.

Czasami na dniach tygodnia, które mogą zakończyć tydzień już w czwartek. Niecały tydzień, z perspektywy czasu mogący wydawać się pozostającym wciąż w kalendarzu czasem nadziei na nadejście piątku, kolejnej wiosny. Płonnej. Nieziszczalnej w swoim przeznaczeniu. Nieodwracalnej. Kiedy uświadamiamy sobie, że ważnym jest każdy dzień. Liczony pojedynczo. Kiedy jest jeszcze przecinkiem, średnikiem, wielokropkiem... póki w swojej zwięzłości trwania nie stanie się kropką. Niedzielą w środku tygodnia. Dla jedynych będących początkiem. Dla innych ostatecznym zakończeniem wędrówki. Piecem. Garstką popiołu. Pożegnaniem.
Szansą dla pozostających. Do przeżywania. Podejmowania kolejnej przeprowadzki. Posiadania wszystkiego lub całkiem niczego. Przeczytania Prousta. Dokonywania wyborów lub szamotania się w jej nieumiejętności, ciągnąc za sobą dziedziczne obciążenia, fatalne związki, niechcianą pamięć. Konieczność napisania kolejnej książki. Kłębek poszarpanej włóczki supełkami zaczepionych o naszą teraźniejszość, zbliżając dystans między autorem i czytelnikiem, plącząc ścieżki prawdy i literackiej fikcji wpisywanej w ustalony schemat świata, przyswajając widziane rzeczy, jakby zawsze były cząstką dawnych wydarzeń, zniekształcając wspomnienia, domalowując wyblakłą coraz bardziej pamięć. Wypełniając jej luki nowymi obrazami pełnymi nieodpowiedzianych pytań, a może tylko źle zadanych.

Trzeba się pogodzić z tym, że nic się już więcej nie odkryje (i tak wspiąłem się na wyżyny detektywistyczne, ja, twórca efemeryczny, chimeryczny, biblioteczny i teoretyczny - ja, borgesista i nabokowista). Pozostają dziesiątki pytań, a każde zasługuje na osobny podrozdział czy chociaż akapit. Tyle tylko, że ja nie zamierzam reszty życia pisać tego jednego opowiadania. A tych pytań się nawet nie da uszeregować - nie wiadomo, które są ważne, a które nie.

Drugie spotkanie. Czas pomiędzy nimi. Miejsca. Łączniki przenikające każdy rozdział, narzucający tempo opowiadań, wskazując adresy i powiązania. Podszewka międzyludzkich relacji i przywoływanych wspomnień. Tło i pierwszoplanowi bohaterzy zadający pytanie o własne istnienie, o to jak nowym pokoleniom mówić o Zagładzie. Jak w ogóle mówić dziś o Holokauście niezafałszowując pamięci, także swojej, obrastającej z każdym dniem w nowe zdarzenia i fragmentaryczność odnajdywanych przypadkiem losów swoich bliskich i osób całkiem obcych spotykanym w starych książkach na marginesach komentarzy. Jak przywoływać stracone istnienia i miejsca? 
Zawsze pozostaje drugie spotkanie.

Czuł, że wokół niego zaciska się pętla. Nie był już w stanie dłużej pracować, nie był w stanie czytać, chodzić na Miodową, mijać bramy, którą widział już tylko on jeden. W sześćdziesiątym ósmym wreszcie zdecydował się wyjechać. Sprzedał książki, sprzedał wszystko, co się dało. Kupił już nawet bilet, w końcu jednak nie wyjechał. Mieszkanie number trzynaście - to musi być na samej górze. W miejscu, gdzie upadł na chodnik, dzisiaj stoi kiosk.

"Drugie spotkanie" Maciej Miłkowski
wyd. Zeszyty Literackie, Warszawa 2017

Zeszyty Literackie

piątek, 24 lutego 2017

Klisze wspomnień

Twarze umarłych przychodzą tylko w snach.
Zamykają moje oczy bym nie ujrzała własnego zdziwienia rozwieszając klisze wspomnień plączących się w supełki niczym paciorki różańca. By wymodlić niepamięć znikającą spomiędzy plastikowych ramek po starych slajdach. Próbując zatrzymać fragment przenikającego obok czasu we framudze pustego okna. Obejmując swoimi ramionami w obraz skradzione niespiesznie spojrzenie twoich źrenic. Wypełniając pustkę przypadkowością gestów zawieszonych w rozproszonym świetle bladej pajęczyny rzucającej cień ponad horyzont wyłaniającego się świtu w ulicznym teatrze marionetek. Nasłuchując odgłosów deszczu dudniącego w szyjach zardzewiałych rynien. Dźwięków naciągniętych na stary smyczek do skrzypiec. Obmywając stopy ze śladów dawnej obecności. Nasłuchując znajomych kroków na plecionce pociemniałej wycieraczki. Oddechu zawieszonego na klamce z karteczką "nie wchodzić".
Twarze umarłych przychodzą tylko w snach.


poniedziałek, 20 lutego 2017

Czasami na Stawisku czasem na Sycylii

20 lutego 2017
123. rocznica urodzin Jarosława Iwaszkiewicza

"To właśnie w podróży jest okropne, że wszystko trwa tak krótko, iż wreszcie trudno się jest połapać, co było snem, co rzeczywistością, co jest marzeniem, a co przypomnieniem konkretnego faktu."

Powietrze tak suche, że trzeszczy jak gnieciona kartka czy zeschnięta stalówka wiecznego pióra ostatnią kroplą atramentu kreśląca słowa pozdrowienia na kolorowej pocztówce. Za oknem topniejący powoli śnieg. Tymczasem w Stawisku kolejne przystanki podróży przez skrawek ziemi rządzonej prawami natury, poddający się jej rytmowi, humorom i nastrojom przywiewanych wiatrem, pudrowanych popiołem znad Etny, mgłom owijającym sylwetkę Stromboli niczym warstwami białego welonu. Miejsca, gdzie język nie wytworzył formy czasu przyszłego, jakby tylko przeszłość i teraźniejszość stanowiły o jego tożsamości, bez patrzenia w stronę dnia jutrzejszego, być może danego przez prawa natury, być może odebranego biegiem historii spoczywającej w długich korytarzach katakumb i zaklinanej w modlitwach do Świętej Rozalii zdobiącej zakątki miast, maski samochodów, straganowe uliczki i kapliczki zamknięte za siatką przydomowych krat.

Miał rację Iwaszkiewicz - "pobożność sycylijska wydaje się nam zgiełkliwa i dziwna, po prawdzie prawie do pobożności niepodobna. Sycylia modli się osobliwie."

Trójkątna wyspa dryfująca na styku Europy i Afryki, między niebem a morzem, wersami wierszy i rozdziałami prozy, w nutach muzyki Karola Szymanowskiego i libretcie Jarosława Iwaszkiewicza do "Króla Rogera". Sycylia. Miłość i pragnienie pisarzy, podróżników. Cel podróży obrazu, który pokonuje biurokratyczne niedogodności, kolejne granice, znacząc swoją mapę pogody, zmieniając środki transportu, by osiąść w gościnnych progach hotelowego korytarza. Pisząc epilog do "Panien z Wilka", które symbolicznie, w postaci kopii portretu Anny i Jarosława Iwaszkiewicza, autorstwa Witkacego, kończą długą wędrówkę w poszukiwaniu minionego czasu i wracają do Syrakuzy.

"Pogoda nie była dobra. Ranek wstawał świeży i pachnący, ale zarazem od południa zaczynało się chmurzyć i przychodził nieznośny sycylijski wiatr, który zasypywał drobnym piaskiem domy i ogrody. Zamykałem się wtedy w swoim hotelowym pokoju, na gwałt kończyłam Panny z Wilka, a drobny piasek dostawał się przez szpary w oknie i zasypywał nawet karty mego rękopisu."

Sycylia. Gdzie powietrze tak suche, że trzeszczy jak zrywana kartka z kalendarza.

Czasem w twoim ręku czasami w moim słowie
czasami na Stawisku czasem na Sycylii
czasem na ciemnej stronie lub w jasnej połowie
czasem wszystkich oszuka najczęściej nikogo nie zmyli.


fragment wspomnień Jarosława Iwaszkiewicz
"Podróże do Włoch" oraz wiersza z tomiku "Mapa pogody"
oraz impresja ze spotkania na Stawisku z Ewą Cichocką
autorką książki "Sycylia między niebem a morzem"
wyd. Wydawnictwo Bernardinum, 2016 

Ewa Cichocka

niedziela, 5 lutego 2017

I nie wróciłeś. Marceline Loridan-Ivens

"Jeśli żałował, to wyrzucanych kartek, jakby z każdym zmiętym kawałkiem papieru 
ginął nie tylko kawałek Warszawy, ale także czyjeś imię, a wraz z nim sam człowiek"
Piotr Paziński "Ptasie ulice"


Kartka odciśnięta, po krótkiej nocy, na twarzy spływa stróżką czarnego atramentu wnikając między zaciśnięte wargi. Każdą niezagojoną raną dostając się do krwioobiegu niosąc w sobie nastrój i niepokój budzonego niewysłowienia. W wyschniętej krtani niezdolnej wypowiedzieć żadnego ze słów stając się milczeniem trudnym do przełknięcia. Oblekając w nim świt poranka aż po mrok nadchodzącej po cichu nocy zaciągającej kurtynę unoszących się drobinek, pokruszonych niczym poranny rogalik. Pierwszy łyk kawy powoli rozchyla powieki.

Zwalniam. Wtedy myślę o tobie. Widzę, ten liścik, który mi tam przekazałeś, ten skrawek wyświechtanego papieru, rozdarty z boku, prawie kwadratowy. Widzę twoje pochylone w prawo pismo i cztery czy pięć zdań, których nie pamiętam.

Przekładam kartki szukając zapomnianych słów. Na cienkiej granicy stawianego myślnika łączącego Auschwitz i Birkenau, pomostu między dwoma światami dziecka skazanego na szukanie przetrwania, sposobu na przeżycie w rzeczywistości życia nie przypominającej, wyglądając znajomej sylwetki po drugiej stronie myślnika. W oparach duszącego gazu, dymów znikających istnień, bezimiennych ciał zapadających się w wyjałowioną z człowieczeństwa ziemię pełną stosów rozerwanych ubrań, zabawek, które nie znajdą się w małych dziecięcych rączkach, monet pozbawionych dźwięku w zaszytych podszewkach, połamanych ramionach menor, butów których ślady pozostaną na zawsze wciśnięte w ziemię i warstwie prozaicznych pragnień urastających do oczekiwania na cud w świecie przepełnionym obecnością duchów. Rzeczywistości sprowadzającej człowieka do sztuki, egzemplarza, liczonego na codziennym apelu, naznaczonego numerem, ironicznie tym bardziej podkreślającego przynależność, tożsamość, której nie sposób odebrać nawet wymazując na zawsze nadane kiedyś imię.

Człowiek popadał w wewnętrzną hibernację, żeby nie umrzeć. Dobrze wiesz, że tam dusza zastygała, że przyszłość oznaczała pięć najbliższych minut, że zatracało się świadomość samego siebie (...) Nie owijałam w bawełnę, przywykłam do śmierci. Stałam się twarda jak ci starzy deportowani, którzy witali nas w Birkenau, nie siląc się na słowa dodające otuchy. Ci, którzy przeżyli nie znoszą łez innych. Bo mogliby się w nich utopić.

Nie płaczę. Czytam kolejną kartkę jak została napisana. Z dystansem. Spokojnie. Bez rozedrganych emocji, które mogłyby nie pozwolić dokończyć wypowiedzenia koniecznych do wybrzmienia słów na zawsze pozostawiając je w ciemnych barakach, na twardych deskach prycz i milczących komorach gazowych. Składają się powoli, wywlekane z odrętwiałej pamięci, wychodząc z wagonów wspomnień w długim liście do ojca stającym się świadectwem, spowiedzią, obmyciem z wydarzeń pozbawionych radości przetrwania, wciąż czując głód i powłócząc z wyczerpania nogami drepczącymi między pokojami zamku Gourdon. Szukając utraconej cząstki siebie, obecności ojca dla którego przeżyła. Pozostając przy życiu dla kilku zapomnianych z jego listu zdań, w drganiu wolności i sensie, w których mogła go odnaleźć. Ponownie się z nim spotkać wciąż w dłoni trzymając myślnik między Auschwitz i Birkenau łączący ich dwa światy.

(...) więc jeśli szperam nadal w zakamarkach pamięci, by odnaleźć kilka brakujących mi wersów, choć jestem pewna, że nigdy ich sobie nie przypomnę, to dlatego, że zrobiły sobie zakątek w mojej głowie, miejsce, w które uciekam z tym, czym nie potrafię się podzielić z innymi, z niezapisaną kartką, na której mogę jeszcze z tobą rozmawiać. Wiem, że w tych kilku słowach krył się ogrom miłości. Szukałam jej potem przez całe życie.

"I nie wróciłeś..." Marceline Loridan-Ivens
wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2016 

wyd. Prószyński i S-ka

środa, 25 stycznia 2017

Jacka Gutorowa. Życie w rozproszonym świetle.


granice mojego języka oznaczają granice mojego świata

Jakże bezbrzeżnym wydaje się być świat Jacka Gutorowa wobec którego staję obnażona w bezradności nakreślenia granic własnego podwórka. Oczy zanurzając w miękkości zarysowanych słów plastycznie kształtowanych jego palcami, nasyconych barwami wyrazów i wielością znaczeń zmniejszających kontrasty zestawionych ze sobą powtarzalności obrazów. Próbując zakorzenić się na płaszczyźnie zrozumienia roli każdego słowa. Obserwowania sceny pisania. Doświadczając innej rzeczywistości myśli, odmiennego języka, innej egzystencji i przyswajanych intencji. Próbując wyjść "poza zwykły akt czytania" w poszukiwaniu cienkiej linii łączącej znaczenie zdań, interpunkcyjnych przystanków, zatrzymań dla znalezienia równowagi w przywoływanych sekwencjach tekstów. Odmiennego światła spostrzegania i interpretacji. Wchodzenia pod warstwę druku, grubą skórą naciągniętych na kartki słów, szukając ukrytego kontekstu. Tożsamości. Przyglądając się powiązaniom w relacji pisarza do czytelnika skupionego na nasyconej lekturze świadomego obcowania z trwałością myśli intelektualnej, przemierzania wędrówki duchowej i poszukiwania sensu bytu. Gdy dociśnięty do podniebienia język zagłusza niewyartykułowany jeszcze dźwięk na pomoście budowanego w każdym akcie czytania, dialogu.

Literatura może i powinna zaistnieć jak rozmowa. To jakby korekta wcześniejszej tezy - literatura dąży do odsłonięcia obecności sensu, ale jest to możliwe wyłącznie w przestrzeni mowy i rozmowy, a zatem w przestrzeni pomiędzy pisarzem/autorem a czytelnikiem/krytykiem. (...)

Współtworząc sensy nieujawnione. Doszukując się spoczywającego, po drugiej stronie zapisu kaligraficznego, znaczenia. Szukając siebie, w podszewce sylab i ściągniętych, pętelkami cudzysłowów, myśli pochwyconych z egzystencjalnych rozważań i filozoficznych traktatów. W podejmowanym wysiłku odnajdywania. Wchodząc we wnętrze tekstu, rozcinając tkankę łączącą słowa by poczuć smak początku tworzenia, poprzekładanych wieloznacznością warstw intencji i soczystego miąższu twórczej żywicy sklejającej znaczenia i podteksty. Dostrzegając niewyrażone bezpośrednio aluzje i ukryte tonacje w rytuale czytania. W jego rytmie. Tonacji. Brzmieniu. Kierując się logiką lub intuicją, innym tempem i akcentowaniem, ale zawsze próbując nie tylko dotknąć sedna interpretacji, ile uczestniczyć we wrażliwym współtworzeniu. Szukaniu i nadawania sensu.

Uważne, krytyczne czytanie nie ma nic wspólnego z biernym przyswajaniem sobie czyichś myśli i intencji. To również nadawanie sensu. Mówiąc aforystycznym skrótem: czytając, współtworzymy. Z jednej strony odnajdujemy w sobie intencję tekstu, z drugiej zaś w samym tekście odkrywamy siebie. (...) A zatem każda zaangażowana lektura przedłuża trwanie literatury i zarazem poszerza jej sens, choćby miło to być poszerzenie minimalne.

Szesnaście esejów.
"Tekstów o charakterze ulotki odsyłającej do innych tekstów (...) wsuniętych pomiędzy inne teksty, naszytych jak aplikacja, na wpół żywych życiem dzieła, choć ono samo śni sny, zwinięte w sobie" - jak pisał Jacek Gutorow w "Księdze zakładek".

Szesnaście rozmów.
Zamyśleń. Rozważań. Analiz czujności czytania, świadomego aktu lektury będącego, jak uważał Proust, drogą do duchowego rozwoju, dostrzegania wieloznaczności tekstu. Poszerzania granic wrażliwości i literackiej wyobraźni. Powiększania przestrzeni własnego języka w obcowaniu z tekstami będącymi biografią intelektualną: Ludwiga Wittgensteina, Hansa-Georga Gadamera, Marcela Prousta, Franza Kafki czy Hannah Arendt i Martina Heideggera, Edwarda Saida, a także samego Jacka Gutorowa wpisującego się w grono przywoływanych przez niego twórców myśli i słowa.

"właśnie w tej chwili pragnę literatury gwałcącej wszystkie kanony literatury ekscesu i wykroczenia, takiej, która nie pozwoli nam zasnąć, lecz będzie drążyła nasze myśli na jawie i we śnie".

Życie w rozproszonym świetle. Eseje - Jacek Gutorow
wyd. Ossolineum,  Wrocław 2016

oraz fragment wiersza "Parataksa" Jacka Gutorowa 
z tomiku "Inne tempo" wyd. Biuro Literackie 

Życie w rozproszonym świetle. Eseje.


czwartek, 19 stycznia 2017

Ślady Ludwika Heringa

"Po Śladach tak bardzo przez Ciebie przecenionych 
(choćby dlatego, że to taki okruch) nie drukowałem i nie napisałem nic."
Z listu Ludwika Heringa do Józefa Czapskiego


Noc nawlekała przez grube oczka igieł gęste nitki dziergając z uporem kotary zsuwające się na ziemię. Zostawiające wyraźnie ślady wklęśnięcia ziemi spijającej krew z bezimiennych ran. Żywej tkanki pamięci dającej lekcję nieistnienia. Przenikania niczym ziarenka piasku między kamieniami policzków odrętwiałych od ciągłych upokorzeń. W przeszywającym nerwie życia naciągniętym do bólu pomiędzy murami getta dźwiękiem bezgłośnego jęku i klapaniem okienka na strychu. Cichym stukotem pod drewnianą podłogą. W cieniu rzeczywistości wykorzeniającej z człowieczeństwa, żałobie przywdziewanej każdego ranka spoglądającej z lustra nieruchomymi oczami.
Wiatr unosił warstwy popiołów tworząc na tle nieba rozwarte skrzydła milczących grobów i wypalonych domów. W zamilknięciu nasłuchując podejrzliwego pulsowania pod skórą wychudłych, wysuszonych słońcem dłoni. Długich palców wygiętych niczym znak zapytania, próbujących uchwycić umykający uśmiech dziecka.

Wypukłe długie powieki łatwo opadają na niepotrzebne teraz oczy. Dwie delikatne rysy wzdłuż nosa aż do ust precyzują przezroczystą twarzyczkę wyniosłym, wtajemniczonym wyrazem dojrzałego cierpienia.

Z kołysek wypadały wyblakłe bajki. Krople deszczu rdzewiały nim spoczęły w ziemi przebiwszy się niczym pociski przez cienkie gardła rynien. Skrzypiały bocznice kolejowe i wagony wypełnione stęchłym oddechem niknącej nadziei. Pogrzebanego życia i smaku kulek chleba maczanych w przydrożnym rynsztoku. Dusił smak przełykanych kartofli polanych wodą i zapach zgnilizny pochłaniającej niedopalone stopnie schodów.

W ponurych korytarzach, w gęstych cebulowych oparach, kłębiły się pod nogami umorusane bachory, coraz to nowe i nowe. Wrzeszczały chmarami na podwórzu i obsiadały rynsztoki na ulicy. Dorośli brodacze i rozmemłane kobiety mnożyły ten rozgwar wieczną nerwową bieganiną i podnieconym szwargotem. Stuletnie Żydówki tylko siedziały nieruchomo przy norach sklepików, a wieczorem, przylepione rękami do muru, szły ostrożnie - jak brzegiem wykopanego u stóp grobu.

Ślady wrośnięte w pamięć zeszły z linii frontu wyodrębniając trzy obrazy. Zilustrowane palącymi wspomnieniami i ciężarem własnych doświadczeń. Trzy opowiadania okupacyjne zanurzone w warstwie wciąż żywej niezgody na okrucieństwo pochłaniając radość podnoszącego się ze zgliszczy i wojennego absurdu życia. Obrazy malowane w zgrozie niedawnych wydarzeń, by farba nie zaschła na świeżym wciąż płótnie własnego przetrwania.
Ślady. Zieleniak. Meta. Trzy wstrząsające opowiadania Ludwika Heringa.
Na długo nie pozwalają zamknąć oczu.

"Ślady. Opowiadania" Ludwik Hering
wyd. Czarna Owca, Warszawa 2011

Opowiadania. Ślady. Zieleniak. Meta. Wydawnictwo Czarna Owca


poniedziałek, 9 stycznia 2017

Dom obu tajemnic - Józef Czapski / Ludwik Hering

Ten, który kocha, poznaje. Biedny jest, kto nie kocha.
Jak przed pogańskim wzorkiem święte hostie
niezliczone życia wydadzą mu się pospolite.
Temu tylko, kto kocha, zabłyszczy Różnorodność
i stanie mu otworem dom obu tajemnic:
tajemnicy bolesnej i tajemnicy radosnej.
Kocham cię, Błogosławiona chwila,
gdy zakochałam się w tobie.
Elsa Morante "Alibi"
tłum. Konstanty A. Jeleński
"Chwile oderwane", wyd. słowo /obraz terytoria

Długo zbierałam się na odwagę, aby napisać kilka słów, o jednej z najbardziej przejmujących korespondencji, w dokuczliwej obawie, by nie zburzyć delikatnej struktury wyznań zebranych w listach odzwierciedlających wrażliwość na sztukę i wrażliwość sztuki życia. Podskórnego drżenia uczuć. Konieczności istnienia dla siebie. W sobie nawzajem odnajdującej uzasadnienie egzystencji naznaczonej trudnymi doświadczeniami kształtującymi indywidualne widzenie świata. Przeglądając się w źrenicach oczu patrzących z daleka, choćby ich wyraz nie oddawał całkowicie zgodności charakterów i opinii, ale łączył ich nicią nierozerwalnego oddania. Splecionych w nienasyceniu obcowania ze sobą. Scalających lata rozłąki narzuconej biegiem historii. Ogromu troski o siebie i swoje talenty. Swoistości naczyń połączonych zamkniętych w ciszy trudnych do wypowiedzenia na głos pragnień. Eliksiru na własne zwątpienia, niewiarę w swoje moce twórcze. Dzieląc się jednakowoż swoimi "stanami muzycznymi". Rysunkami. Pantomimą czy baletem słowa, jak określał swoje próby literackie Ludwik Hering.

Nic – tylko jeden cieniutki ból, jakby włos zaczepiony o guzik ściągał skórę karku. - Raptem ulga - tułów zrywa strzępy ścięgien i pada przy śpiącym. - Otwarte oczy patrzą w ziemię. - - - Bezgłowy kadłub porusza się - przyklęka - wodzi palcami po podłodze - szuka - znajduje - wstaje - maca rozkrzyżowanymi ramionami po murze - szuka końcami stóp gruntu - podchodzi do pieca. (…) Przerażone oczy nawleczonej na nitkę świadomości głowy - widzą --- (...)”

Wzmacniając wiarę w sens swoich artystycznych poczynań. Podejmowanych prób tworzenia od nowa. Z ogromnym trudem z jakim jest życie zaczynać od początku Z przeszywającym lękiem zrywanych nitek więzi zbyt długiego niekiedy milczenia i nawlekania ich ponownie by załatać niewypełnione słowem przestrzenie odosobnienia.
Korespondencji przesiąkniętej nieodłączną potrzebą przemierzania własnych upodobań, kontrastów światła padającego na kawałki ziemi niosącej ciężar ich stóp i dotkliwość wojennych wspomnień. Niemierzalnej, w żadnej skali matematycznej, tęsknocie. Niewyrażalnego przeżywania oddzielnych chwil, "zmysłowej radości życia", choć rozdzielonej niezaspokojonym głodem bliskości zapisanej w epistolograficznym akcie oddania. Szczerości rozpostartej do wejrzenia duszy, z jej cieniami i choćby nikłymi rozbłyskami rozjaśniającymi mrok podwojonej samotności. Wnikliwości z jaką czytają siebie nawzajem.

Wysłałem Ci list i już chcę pisać dalej. Bo pisać mało, to jakby nic - a wtedy chciałoby się pisać ciągle. Po napisaniu mam skrupuły (głupie), że piszę o swoich ciągle sprawach i wątpliwościach, ale wiem, że te skrupuły nie mają sensu - bo naprawdę ja nie mam nikogo, któremu bym mógł pisać jak Tobie, nikogo, który by mógł mnie usłyszeć   j a k  Ty i przed którym naprawdę się nie wstydzę być taki jaki jestem bez "uróżowienia" ani bez pamfletu na siebie."

Listy Józefa Czapskiego i Ludwika Heringa to wielkie wyzwanie: czytania i patrzenia. Czułości z jaką trzeba objąć osamotnione serca i uczucia rozpostarte ponad wyznaczonymi granicami, pomostami wszelkich możliwych do nakreślenia międzyludzkich relacji, na siatce współrzędnych geograficznych naznaczonych tęsknotą i potrzebą wyglądania siebie. Szukania spełnienia w żarliwości słowa, w grudce zaschniętej farby na białym płótnie dającym możliwości samospełnienia nie tracąc gruntu, choć kurczącego i sypiącego się, pod nogami. Realizmu otaczającej rzeczywistości dostrzegającej okrucieństwo świata. Poddając się chwilom zwątpienia w sens życia, niedomaganiom fizycznym, upadkom ducha, przemęczenia, ale jednocześnie nie tracąc spostrzegania piękna, choćby w detalach czucia formy i słowa, w konieczności pracy i wysiłku będącej źródłem oddechu. Usprawiedliwienia życia.

(...) ja już mocno podstarzały, przemęczony i marny, gubiący papierki, zapominający - jednocześnie  o d e j ś ć  nie mogę - to wiara ludzi tam, może, że ich kocham, że ludzie, którzy wzajemnie ze sobą są źle czy wcale, mają od mnie zaufanie, więc jak zawsze staram się kleić, co się rozkleja. (...) Chciałbym umrzeć nieraz - bo naprawdę nieraz daje mi się, że nie mam czym żyć, czym oddychać. (...) Ale to są ułamki sekund - ale w gruncie pragnę szczęścia i życia - i świata, gdzie by nie wisiał miecz Damoklesa na głową każdego z nas, gdzie jest poczucie    c z a s u   i   p r a w a   wypełnienia tego czasu miłością i sztuką. 

Czytam. Z zapartym tchem przenikając delikatną tkankę niezwykłego oddania dwóch nietuzinkowych postaci. Prostotę ich uczuć, siłę przyjaźni i ogrom udzielanego sobie wsparcia. Miłości zbyt silnej by ją odeprzeć. Metafizycznego współodczuwania w potędze pamięci. Smaku filiżanki herbaty i paczki papierosów. W egzystencjalnych rozważaniach ukazujących siebie, w autentycznym, do bólu przeszywającym, gęstym autoportrecie artystów poszukujących spełnienia. Bliskich i odrębnych. Wiernych sobie na dnie niespokojnych snów podszytych lękiem pierwszego świtania.


A my czuliśmy, jak nas mgła tajemna spowija,
Jak pod stopę się kładzie ziemia niczyja -
Ale księżyc feluką ze srebra
Przeciął mrok, wspólną noc nam odebrał...

Anna Achmatowa
Z cyku "Stronice Taszkienckie"

Józef Czapski, Ludwik Hering
Listy 1939-1982 - tom 1
wyd. Fundacja Terytoria Książki

Listy - tom 1

Listy - tom 1