środa, 18 czerwca 2014

Postać i książka telefoniczna

Obudził go przejmujący zgrzyt tramwaju ostro skręcającego w wąską uliczkę wypełnioną boleścią świata. Cieniem rzęs chciał przyćmić budzącą się niepewność i kolejną próbę zmierzenia się z czasem zatrzaskującym się jak w pudełku wypalonych zapałek, pozbawionych nadziei na najmniejszą iskrę ożywienia. "Allumettes soufrees". 100 sztuk. Stare pudełko z paczki przysłanej kiedyś z Francji. Dzisiaj dowód na brak jakiegokolwiek płomienia mogącego rozjaśnić przytłumione światło nieprzespanej nocy pokrytej rdzą niewyraźnych iluzji.
Wciąż doszukiwał się sensu czekania na nieuchronność. Na podłodze leżał stos porozrzucanych kartek. Zagniatał w nich nieudolność do zapisania coraz trudniej przychodzących myśli zapętlających się wokół niezgrabnych palców wyglądających jak skarłowaciałe gałęzie drzew. Przyglądał się dłoniom przypominającym wypłowiałą mapę życia, z wyschniętymi korytami, niegdyś, wartko płynących rzek przyspieszonego tętna. Pagórkami wystających kości pokrytych chropowatością nieudolnych wspinaczek na szczyty nieobecnych już sił do zmagania się z nieprzewidywalną przewrotnością losu. Każde zaciśnięcie dłoni otwierało niezagojone rany rozsiane niczym nienazwane wyspy cierpienia na pergaminie jego schorowanych rąk. Spojrzał na swoją, dla niego jakby całkiem obcą, sylwetkę odbijającą się w poszarzałym lustrze drugiej strony jego własnego ja. Był jakby niepełny, jakby był tylko cząstką siebie, obecną między ciężkimi ramami zwierciadła zanurzonego w wyobraźni o sobie samym. Co rano powracał znikąd.
Na talerzyku kromka chleba bez smaku. Tytuły wczorajszej gazety wybrzmiały w jedną noc. Zostały nikomu dzisiaj niepotrzebne słowa. Sięgnął po książkę telefoniczną otwierając na przypadkowej stronie. Kwiatkowski. Kozłowski. Koziński. Krajewski. Kaczmarczyk. Kacprzak. Kozieł. Krzyżanowski. Wzrok zatrzymywał się na przypadkowych nazwiskach. Próbował do nich przypisać choćby jedną twarz przywołaną z pamięci. Pozostawały niezdolne do powrócenia z wąskich korytarzy zapomnienia.
Zatrzasnął drzwi na klamce zawieszając zburzony niepokojem porządek nowego dnia cicho oczekującego za progiem. Obolałymi stopami omijał popękane fragmenty chodnika wytaczającego utartą drogę sobotnich poranków. Wyżłobione szczeliny w szarym trotuarze wyglądały jak zatrzymany kadr niemego krzyku w kosmosie nieziszczonych pragnień przetrwania. Podążał po nim bez określonego celu. Idąc donikąd gubił fragmenty samego siebie. Resztki obumarłych kawałków dawnej harmonii ze światem. Skrawków grubej kory odchodzącej od rdzenia drzewa, od rdzenia jego egzystencji. Pozostawały jedynie przestrzenie wypełniające się zgodą na samotność, niesprecyzowane domysły o konieczności spotkania się z ostatecznością, czymkolwiek by ona nie była, czymkolwiek by się nie stała na jego własny użytek.
Przysiadł na schodach bezradności. Z kieszeni płaszcza wyjął garść czarnych klawiszy ze starej maszyny do pisania. Rzucił je przed siebie jak kostki do gry licząc, że ułożą się w słowo-klucz do życia. Nadzieję. Niezdarnie. Kiedyś pozostanie jedynie nazwiskiem bez twarzy w nikomu już niepotrzebnej książce telefonicznej. Dzisiaj jeszcze, resztkami sił, zajął puste miejsce w tramwaju ze zgrzytem skręcającym w wąską uliczkę wypełnioną boleścią świata. Zobaczył w oknie swoją twarz.

4 komentarze:

  1. Im nas więcej na tej planecie tym więcej jest samotnych ,przerażające, ale prawdziwe.Przemijanie też jest okrutne ,ale z drugiej strony, jakby go nie było, to by było jeszcze okrutniejsze.Pozdrawiam Molekułka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Byle nie zabrakło czyjegoś czułego spojrzenia. Może wtedy rodzi się nadzieja, że jest mniej okrutne. Pozdrawiam Molekułko.

      Usuń
  2. Szczerze strona jest góra i byłem mile zaskoczony jakością artykułów piśmienniczych

    OdpowiedzUsuń